Doskonała forma
Szczerze uśmiechnięty mężczyzna z laseczką w dłoni, na oko góra osiemdziesięciolatek, wita w przedpokoju swego mieszkania prezydent Gdańska. – To pan? Jak na pana patrzę, to się zastanawiam, czy ktoś się w dokumentach nie pomylił – dziwi się Aleksandra Dulkiewicz i dodaje: - Świetnie się pan trzyma!
- A, jako tako, że tak po chińsku powiem – żartuje Eugeniusz Słodkowski, który kilka dni wcześniej skończył 100 lat, i wyjaśnia, co go tak zakonserwowało: - Bo ja Kresowiak jestem i frontowiec. Wojnę zakończyłem w Berlinie.
- Kilka dni temu tata poszedł do lekarza. Wchodzi do gabinetu, lekarz patrzy w metrykę i pyta: a gdzie pana ojciec? – śmieje się syn jubilata i dodaje: - Ojciec w pracy po 20 kilometrów dziennie na świeżym powietrzu robił, więc wyrobił sobie formę i kondycję.
- Dziadku, a ja myślałam, że twój sekret to te mazurskie węgorze wędzone, tatar i odpowiednia popitka – mruga okiem wnuczka.
- Wszystko razem! – puentuje jeden ze 130 gdańskich stulatków, których odwiedzają prezydent i jej zastępcy, po czym prowadzi żwawo gościnię do stołu, gdzie czeka tort.
Jest ostatnim Powstańcem mieszkającym w Gdańsku. Adam Borowski kończy sto lat
W mieszkaniu przy ul. Myśliwskiej na Pieckach Migowie mieszka od śmierci żony trzy lata temu sam. Radzi sobie świetnie. Mimo że regularnie wpada do niego ktoś z rodziny, chodzi po drobne zakupy do osiedlowego sklepu. Obiad też sobie ogarnie - teraz głównie odgrzewa, co bliscy przygotują, ale jeszcze trzy lata temu gotował od podstaw. Do banku, jak trzeba, jeździ taksówką, ale po gotówkę chodzi do bankomatu.
Aleksandra Dulkiewicz nie przypomina sobie, żeby któryś z gdańskich stulatków mieszkał samodzielnie i nie kryje podziwu wobec takiej zaradności. Bo jak dodaje, przepraszając za stereotyp, u mężczyzn to różnie z tą zaradnością bywa, jeśli chodzi o zakupy i obowiązki domowe.
– Jak się czegoś nie umie, to trzeba się nauczyć – wyjaśnia krótko Słodkowski. – Wszystkiego można się nauczyć, tylko trzeba chcieć.
Wszystko robiłem dobrze
W toku rozmowy prezydent Dulkiewicz dopytuje, czy jubilat nie żałuje, że mimo tak długiego życia czegoś nie udało mu się w ciągu 100 lat zrobić.
- Tyle się w życiu narobiłem, że nie wiem co jeszcze bym mógł zrobić – odpowiada po chwili zastanowienia. – Niczego nie żałuję, bo wszystko co robiłem, wydaje mi się, że robiłem dobrze.
Lubił swoją pracę. A że pracował dużo, to i dobrze zarabiał. Miał dobrą żonę, z którą przeżył 70 lat. Doczekał się dwóch synów, trójki wnucząt i dwójki prawnucząt. Teraz otoczony jest rodziną, która zabiera go od czasu do czasu na koncert do filharmonii czy do restauracji na obiad – ostatnio dobre 4 godziny biesiadowali. Zadowolony jest i tylko jedna rzecz go denerwuje – jak słucha polityków poprzedniej władzy w telewizji.
Dopytywany jednak o szczegóły z życia, odpowiada, że jeden czy dwa długie wieczory byłoby wciąż za mało, by swe losy opowiedzieć. Ale mimo to zdradza kilka ważnych momentów.
Z kresów przez Szczytno do Gdańska
Urodził się 4 kwietnia 1926 r. w Kopytowie niedaleko Łucka na wschodnich kresach. Cudem przeżył rzeź wołyńską, w której zamordowano mu ojca, gdy miał niespełna 17 lat.
Jako 18-latek trafił na front. Był zwiadowcą artyleryjskim i z 1. Armią Wojska Polskiego przeszedł cały szlak. Wojnę zakończył dopiero 2 maja 1945 r. w Berlinie.
Po wojnie trafił do Szczytna, gdzie zrobił maturę i został projektantem linii energetycznych. By wytyczać ich przebieg, musiał codziennie przejść długie kilometry, bo bez obejrzenia terenu by się nie dało. Jako inspektor nadzoru odbierał później wykonane już linie. Ale i dorabiał sobie łapiąc różne prace fizyczne, więc na brak gotówki nigdy nie narzekał.
Helena Kurpet ma sto lat i wciąż zachwyca energią. Jaki jest jej sekret?
W Szczytnie też poznał przyszłą żonę, w 1949 roku. On szedł chodnikiem z kolegą, z naprzeciwka szły trzy dziewczyny. A że matka już mu od dawna głowę suszyła, czemu jeszcze żony nie ma, to zagadali. Dwie mu się nie spodobały, ale jedna to i owszem. Chwilę pogadali i umówili się na randkę – na spacer po okolicy, bo żadnych lokali jeszcze nie było. Jej się w nim spodobało, że nie próbował jej do łóżka od razu zaciągnąć, jak inni, tylko o ślubie od początku mówił. Więc po drugim spacerze byli już dogadani.
- A mnie nie chodziło o łóżko, tylko o żonę. Bo wiedziałem, że jak będzie żona, to będzie też łóżko – wybucha śmiechem stulatek.
Jego żona powtarzała przez lata, że kluczem do ich dobrego, długiego pożycia była prosta zasada: wpuszczać jednym uchem, wypuszczać drugim i się nie przejmować, tylko robić swoje.
Na emeryturze (żona pracowała jako księgowa) przeprowadzili się do Gdańska, gdzie już od lat mieszkali ich synowie. Więc i on jest od kilkunastu lat Gdańszczaninem.