Marius von Mayenburg znów gości w Teatrze Wybrzeże: po przeszło 25 latach od “Ognia w głowie”, na tutejsze deski trafiła “Ellen Babić”. Sztuka gościła już na gdańskiej scenie, ale przez krótką chwilę - czytana w ramach PC Dramy. Wystąpili wówczas Marta Herman i nieodżałowany Krzysztof Matuszewski, reżyserią zajął się zaś Piotr Biedroń, który wyreżyserował później także pełnowymiarowy spektakl na teatralnych deskach w Poznaniu, w Teatrze Nowym.
Teraz sztuka powraca do Gdańska, ale wystawiona już według pomysłu innego reżysera. Za spektakl odpowiedzialny jest Patryk Warchoł, który dotąd pracował przy “Romeo i Julia is not dead” i “Potopie” Michała Siegoczyńskiego. “Ellen Babić” to jego reżyserski debiut w Wybrzeżu i dość powiedzieć, że to debiut mocny.
Premiera "Ellen Babić". Sztuka o potencjalnym molestowaniu
Gra pozorów
Jego “Ellen Babić” to spektakl gęsty i duszny. Na pewno - nie pozostawiający widza obojętnym. Także - pod wieloma względami brutalny, jak napisał i zapewne życzyłby sobie tego autor. A traktujący przecież o jednocześnie jednej z najbardziej drażliwych i delikatnych kwestii: molestowania seksualnego. Patryk Warchoł, idąc tropem niemieckiego dramaturga, podaje temat “na ostro” i bez znieczulenia, ale granicy dobrego smaku nie przekracza.
Bohaterkami sztuki są Astrid i Klara: para z kilkunastoletnim stażem - niechętnie zapraszająca obcych do swojego życia prywatnego, skrzętnie ukrywająca początki swojego związku. Oficjalnie: poznały się na kursie stolarskim, na którym Astrid zakochała się w młodej, energicznej prowadzącej. W rzeczywistości: to Klara była nastoletnią uczennicą Astrid. Obie, choć zapatrzone w siebie, muszą być bardzo ostrożne. Na szali stoi nie tylko reputacja charyzmatycznej nauczycielki. Ich codzienność składa się więc z pozorów. Pozostaje pytanie, czy tworzonych przed innymi, czy przed nimi samymi.
Spokój kobiet, na każdej płaszczyźnie, burzy przybycie dyrektora szkoły. Cel pozornie kurtuazyjnej wizyty szybko wychodzi na jaw, choć dyrektorowi trudno przechodzi przez gardło, że Astrid została oskarżona o wykorzystanie seksualne podopiecznej. Sprawa wydaje się prosta. Skoro jest niezamężna i bezdzietna, a co gorsza (!) nie ukrywa swojej orientacji seksualnej, jest pierwsza w kolejce do bycia podejrzaną, prawda?
W pułapce
Atmosfera gęstnieje, gdy w Klarze mężczyzna dodatkowo rozpoznaje byłą uczennicę. A z całej trójki stopniowo sączą się tajemnice i najgłębiej skrywane pragnienia, których woleliby nigdy nie ujawniać i dla których, mimo krzywd, są gotowi tkwić w toksycznym (?) układzie i grze pozorów.
„Król Roger” wraca do Gdańska. A w przyszłym roku… jedzie do Sewilli
Kto ma czyste intencje? Kto dominuje, a kto jest uległy? Kto gra wyłącznie na siebie? Nad kim w rzeczywistości biorą górę żądze i niespełnione fantazje? A w końcu - kto mówi prawdę, kto skrzywdził, kto zawinił? Reżyser, a wraz z nim świetna trójka aktorów pozwalają, by to widz wybrał swoją wersję.
“Ellen Babić” w Teatrze Wybrzeże to bardzo zręczna gra na detalu. Aktorskim: każdy ma tu swoją perełkę: Maria Kresa (hipnotyzująca, gdy tańczy na stole z piłą mechaniczną i gdy leży złamana na podłodze), Dorota Androsz (szczególnie w scenie finałowej konfrontacji ze szkolnym dyrektorem) i Piotr Łukawski (choćby podczas rozpaczliwego wyznawania fantazji). Zresztą, energia całego tego trio sprawia, że dwóch godzin dramatu nie odczuwa się prawie w ogóle.
To także gra detalu scenograficznego. Kiedy lustro weneckie stopniowo zmniejsza minimalistyczne wnętrze salonu i niszczy misternie ułożone stosy książek - na niewielkiej scenie, jaką jest Stara Apteka, sprawdza się. Przestrzeń staje się coraz bardziej ciasna, duszna, odcina możliwość ucieczki - to zabieg może i prosty, ale w przypadku thrillera psychologicznego odpowiednio działający na wyobraźnię. “Ellen Babić” łapie w pułapkę bohaterów i widzów - i skutecznie przez dwie godziny z tej pułapki nie wypuszcza.