Pani, która zadzwoniła była bardzo przejęta całą sytuacją. Oficer dyżurny poprosił, by wskazała dokładną lokalizację. Dzięki dodatkowym informacjom patrol strażników miejskich ruszył na poszukiwania tajemniczego czworonoga, ukrytego wśród krzaków.
Znaleźli, rzeczywiście przy drzewie. Leżało tam coś, co miało futerko, ogon i łebek. Leżało w bezruchu. Strażnicy podeszli bliżej - i wówczas okazało się, że jest to sporych rozmiarów maskotka, z pluszu.
Rozczarowanie po stronie strażników? Złość, że zostali wprowadzeni w błąd?
- Przeciwnie! Raczej poczucie ulgi - mówi insp. Andrzej Hinz ze Straży Miejskiej w Gdańsku. - Różne sytuacje spotykamy w naszej pracy. Bywają też zwierzęta źle traktowane przez ludzi. Tym razem nie potrzeba było pomocy weterynarza, karmy ani spaceru. Wystarczyło jedno spojrzenie, by stwierdzić, że to szczęśliwie tylko porzucona maskotka.
Strażnicy chwalą Gdańszczankę, która zadzwoniła.
- Ta pani nie mogła osobiście interweniować, ale była czujna, dlatego zadzwoniła do nas z prośbą o pomoc - dodaje insp. Andrzej Hinz. - To ważne by nie zamykać oczu na niewygodne, przykre sytuacje. Lepsza jest taka pomyłka, niż tragiczna w skutkach obojętność.