Do Gdańska pan Jan trafił w 1945 roku
archiwum rodzinne
Z Radziechowic do Gdańska
Pan Jan urodził się 16 czerwca 1926 roku w Radziechowicach koło Radomska. Dorastał w rolniczej rodzinie i do końca wojny pomagał rodzicom w prowadzeniu gospodarstwa. Nic wówczas nie wskazywało na to, że swoje życie na zawsze zwiąże z Gdańskiem. Wojenna zawierucha, w jego wspomnieniach, nie wyrządziła większych strat w rodzinnej miejscowości - światowy konflikt nie przerwał choćby budowy lokalnego kościoła.
Życie 18-letniego wówczas Jana zmieniło się pod koniec wojny, w 1945 roku. Do Radziechowic przybyli przedstawiciele władz WiN (właśc. Ruch Oporu bez Wojny i Dywersji "Wolność i Niezawisłość"), zachęcając młodych ludzi do wyjazdu na ziemie przyłączone do Polski.
Pan Jan trafił do Gdańska jako osiemnastolatek - w mieście wciąż trwały walki
archiwum rodzinne
Pojechali do Gdańska. W mieście trwały walki
- To dosyć niezwykła historia. Połowa wioski ojca należała do WiN. W 1945 r. przyjechali tam przedstawiciele władz i zobaczyli, że we wsi panowała bieda. Było wiele małych gospodarstw i brak perspektyw dla młodych ludzi. Zachęcano ich, aby wyjeżdżali na Ziemie Odzyskane, zwłaszcza do Gdańska. Mówili: "Jedźcie do Gdańska, tam będą rządzili ludzie z Łodzi". Ojciec przez wiele lat zastanawiał się, co to właściwie znaczyło. Dopiero później okazało się, że wielu ludzi obejmujących stanowiska w powojennym Gdańsku pochodziło z jego rodzinnych stron - opowiada Piotr, syn pana Jana.
Z okazji setnych urodzin pana Jana odwiedziła prezydent Gdańska Aleksandra Dulkiewicz
Fot. materiały prasowe
18-letni młodzieniec, wraz z rodzicami, wyruszył więc na Pomorze. W tym czasie walki o Gdańsk jeszcze się nie zakończyły. Na wschodnich obrzeżach miasta wciąż trwały działania wojenne, a pierwsze transporty osadników dopiero zaczynały docierać do zniszczonego miasta.
Do Gdańsk szedł na piechotę
- Ojciec trafił do Gdańska. Dokładnej daty nie pamięta. Miał wtedy osiemnaście lat i nie przywiązywał do tego większej wagi. Z moich wyliczeń wynika jednak, że było to w okolicach 3 kwietnia. W Tczewie okazało się, że dalej pociąg nie pojedzie z powodu zniszczonych mostów, nie mógł więc dojechać bezpośrednio do miasta. Przez Kościerzynę dotarł do Gdyni, skąd musiał iść dalej pieszo - opowiada syn stulatka.
Na początku życie w zniszczonym Gdańsku nie było łatwe. Miasto było gruzowiskiem, które zasiedlali sprowadzający się z różnych stron repatrianci.
Odbudowywali miasto za miskę zupy
- Ojciec nie miał zawodu ani pieniędzy. Najpierw trzeba było znaleźć dach nad głową, a potem każdy podejmował się pracy przy odbudowie miasta. Tak wyglądały początki powojennego Gdańska. Ojciec przez ponad rok pomagał odbudowywać zniszczone miasto. Pracował ze znajomymi z rodzinnych stron, było ich sześciu lub ośmiu. Za miskę zupy odbudowywali Gdańsk - mówi dalej pan Piotr.
Po roku pan Jan został powołany do wojska. Gdy zakończył służbę, postanowił zdobyć zawód.
- Wyuczył się zawodu krawca i tej profesji pozostał wierny aż do przejścia na emeryturę - mówi syn.
Jednak to nie praca najlepiej zapisała się w pamięci jego bliskich. Po zakończeniu kariery zawodowej z wielką pasją prowadził przydomowy ogródek na Wzgórzu Mickiewicza. Słynął przede wszystkim z wyjątkowych pomidorów, którymi chętnie dzielił się z rodziną i sąsiadami.
Stulatek wciąż jest samodzielny i zadziwia lekarki swoją kondycją
archiwum rodzinne
Jeszcze niedawno sam przekopywał ogródek
- Jeszcze pięć lat temu sam przekopywał całą działkę, sadził warzywa i dbał o wszystko osobiście. Na naszym osiedlu praktycznie każdy sąsiad musiał dostać choć jednego pomidora. To były po prostu "pomidory dziadka". Dopiero niedawno, kiedy prace ogrodowe zaczęły go przerastać, zdecydowaliśmy wspólnie zrezygnować z prowadzenia ogródka - opowiada pan Piotr. - Ojciec wciąż bardzo lubi przyrodę. Z ogromnym zainteresowaniem obserwuje ptaki. Kiedy przy naszym domu ptaki założyły gniazdo, dokładnie wiedział, ile jest jajek i codziennie sprawdzał, jak rozwijają się pisklęta - dodaje.
100-latek jest samodzielny i niesamowicie sprawny
Choć zrezygnował z pracy w ogródku, nadal pozostaje bardzo aktywny i samodzielny. Rodzina pomaga mu w zakupach i przywozi obiady, ale śniadania i kolacje przygotowuje sam. Po wspólnym obiedzie przychodzi czas na ulubioną grę.
- Gramy w "Tysiąca", i naprawdę trzeba się napracować, żeby z nim wygrać - śmieje się pan Piotr.
Syn nie ukrywa, że najbardziej zaskakuje go nie wiek ojca, ale jego samodzielność
- Mam wielu znajomych, których rodzice są młodsi od mojego ojca i wymagają codziennej opieki. A on właściwie radzi sobie sam. Robimy zakupy, bo nie chcemy, żeby chodził z ciężkimi torbami, ale poza tym jest bardzo samodzielny - dodaje.
Pan Jan nadal mieszka na Wzgórzu Mickiewicza. Nadal rozgrywa kolejne partie "Tysiąca", z zainteresowaniem obserwuje ptaki i - choć ogródek został już tylko wspomnieniem - wciąż z sentymentem opowiada o swoich pomidorach, które przez lata znało całe sąsiedztwo.
Zabytkowa kamienica na Oruni przejdzie remont. Zobaczcie jak będzie wyglądać