Sebastian Łupak: Jest Pani Polką pracującą dla miasta Brema. Czym się Pani zajmuje?
Dr Monika Nadrowska, Ministerstwo Budownictwa Kraju Zwiazkowego Bremy, obejmujacego miasta Brema i Bremerhaven:
- Jestem absolwentką Wydziału Architektury Politechniki Śląskiej. W Niemczech mieszkam i pracuję zawodowo od 25 lat. W samej Bremie pracuję od 2019 roku, obecnie w jednostce zajmującej się zintegrowanym rozwojem miasta.
Z jakimi kryzysami musiała sobie dotąd radzić Brema?
- Przeżyliśmy oczywiście pandemię COVID-19, musieliśmy sobie także poradzić z falami migracyjnymi związanymi z działaniami wojennymi w Syrii i Ukrainie.
Mamy także poważne problemy wynikające ze zmian klimatycznych. Jako, że miasto Bremerhaven leży na wybrzeżu Morza Północnego, jesteśmy bezpośrednio zagrożeni zmianami poziomu morza, które postępują w ostatnim czasie.
W administracji i kręgach politycznych miasta i państwa rośnie także świadomość zagrożenia ze strony Rosji. To jest kolejny temat, którym zaczynają zajmować się urzędy. Cyberataki są ostatnio bardzo częste. Poza tym w Bremerhaven znajduje się punkt logistyczny NATO, a w regionie kilka baz wojskowych, mogących być potencjalnym celem rosyjskich ataków. Musimy być przygotowani.
Jak Bremę dotykają zmiany klimatyczne?
- Brema jest miastem bardzo zielonym, położonym nad rzeką Wezerą. Sytuacja wydaje się więc komfortowa. Jednak na przykład stare miasto jest przegrzane z powodu gęstej zabudowy i braku zieleni, więc mieszkańcy tego obszaru w okresie letnim cierpią z powodu wysokich temperatur.
Cała zielona infrastruktura też jest dotknięta problemem zmian klimatu - nasze drzewa, aleje i parki po prostu usychają. I w zasadzie nie ma takiej możliwości, żeby wszystkie te rośliny, wszystkie te drzewa - wspaniałe, stare, niesamowicie bujne drzewostany - żeby je wszystkie utrzymać przy życiu albo przynajmniej w zadowalającym stanie.
Odesa żyje mimo rosyjskich ataków. Czego może nauczyć Europę?
Jak wygląda sytuacja z bunkrami na wypadek ataków Rosji?
- W Bremie mamy kilkaset podziemnych i nadziemnych bunkrów z okresu II wojny światowej. Gdyby te bunkry funkcjonowały, można by w zasadzie powiedzieć, że jesteśmy bezpieczni. Ale większość z nich po wojnie została przeznaczona na różne inne funkcje. Mamy w nich dużo miejsc związanych z kulturą i sztuką. Niektóre zostały przekształcone w mieszkania.
Eksperci doszli do wniosku, że reaktywacja tych obiektów do celów obrony cywilnej byłaby bardzo kosztowna. Nie były używane od czasów II wojny światowej, brakuje w nich na przykład systemów wentylacji, generalnie nie spełniają aktualnych wymogów bezpieczeństwa i komfortu. Dlatego trudno powiedzieć, czy będziemy mogli z nich w przyszłości korzystać.
Czy miasta w Polsce, Niemczech, Ukrainie czy Estonii mogą sobie pomóc w kwestii bezpieczeństwa?
- Mamy wiele wspólnych wyzwań i problemów. Jesteśmy wszyscy członkami Unii Europejskiej. Musimy więc pracować wspólnie nad odpornością miast. Wiele miast w Europie wypracowało interesujące rozwiązania, które ewentualnie moglibyśmy zaadaptować na miejscu. W tej chwili w Bremie jesteśmy na etapie tworzenia i realizowania koncepcji dotyczących obrony cywilnej i zarządzania sytuacjami kryzysowymi, więc jesteśmy zainteresowani wymianą doświadczeń z innymi miastami i krajami.
Czy po konferencji w Gdańsku uda się miastom z Niemiec, Polski, Ukrainy i krajów bałtyckich kontynuować współpracę?
- Z pewnością pozostaniemy w kontakcie i będziemy się nadal odwiedzać i dyskutować. Nowa perspektywa unijna 2028–2034, a szczególnie Europejski Fundusz Konkurencyjności, który uwzględnia tematykę odporności miast, stanowi dużą szansę na finansowanie dalszej współpracy.