Zanim woda ruszy
Na polderze Orunia przy ulicy Przybrzeżnej koparka wbija łyżkę w dno kanału. Wyciąga ciemny namuł, resztki trzcin, osad, który miesiącami zbierał się pod powierzchnią wody. Ciężarówka podjeżdża bliżej. Łyżka unosi się, zrzuca urobek na pakę. I znowu. W tej scenie nie ma nic widowiskowego. A jednak od takich powtarzalnych ruchów zależy, czy podczas gwałtownego deszczu woda będzie miała którędy odpłynąć.
Chodzi o to, żeby zapewnić swobodny spływ wody i nie dopuścić do powstawania zatorów – tłumaczy Tomasz Wysocki, kierownik Rejonu Wschód w Gdańskich Wodach.
Tutaj nie można pozwolić, by droga odpływu zarosła i zamuliła się na tyle, że w krytycznej chwili system nie zdoła przyjąć nadmiaru wody.

Miasto na drodze żywiołu
Woda nie zna granic dzielnic. Spływa z wyżej położonych terenów, nabiera prędkości, szuka najniższego punktu. Gdańsk jest dla niej szczególnym miejscem: ma strome zbocza, potoki, kanały i obszary depresyjne, gdzie poziom terenu znajduje się poniżej poziomu morza. To, co spadnie na górze, może stać się problemem na dole.
Gdańsk jest trudnym miastem, ponieważ jest bardzo zróżnicowany wysokościowo. Mamy dużo potoków, dużo płynącej wody i ponad 50 zbiorników retencyjnych – mówi Andrzej Ciupek, kierownik Rejonu Centrum w Gdańskich Wodach.
Każdy zbiornik, kanał i studzienka jest częścią układu, który ma przejąć wodę, spowolnić ją albo odprowadzić. Jeśli jeden element zawiedzie, skutki mogą pojawić się dalej, czasem bardzo daleko od źródła problemu.
To, co niesie deszcz
Deszczówka nie przychodzi sama. Z ulic zabiera piasek, żwir, liście i nieczystości, które osiadają w studzienkach i kanałach. Z każdym kolejnym opadem warstwa osadu może stawać się grubsza. W końcu woda napotyka przeszkodę. Wojciech Niemczyk, mistrz Rejonu Centrum w Gdańskich Wodach, zna ten mechanizm od podszewki. Pracownicy regularnie czyszczą wpusty, studnie i kanały, korzystając ze specjalistycznych wozów, które wypłukują osad i odsysają go do zbiorników.
Jeżeli kanały, studnie i wpusty są zapchane, woda zostaje na jezdni. Nie odpływa w naturalny sposób, co stwarza zagrożenie dla bezpieczeństwa ruchu – tłumaczy.
W tej pracy liczą się rzeczy małe i niepozorne. Kratka, której nikt nie zauważa, dopóki działa. Studzienka, o której przypominamy sobie dopiero wtedy, gdy wokół niej tworzy się kałuża.

Kiedy prognoza przestaje być tylko prognozą
Pracownicy Gdańskich Wód zaczynają dzień od sprawdzenia pogody. Jeśli zapowiadane są intensywne opady, zmieniają się plany, ustalane są dyżury, a ludzie i sprzęt muszą być gotowi do wyjazdu. Woda nie czeka, aż skończy się zmiana.
Jeśli wiemy, że mamy prognozy deszczy nawalnych, wyznaczamy dyżury, żeby być przygotowanymi na ewentualne zdarzenia po intensywnych opadach – mówi Wojciech Niemczyk.
Jest w tym napięcie, którego nie widać podczas spokojnego dnia. Prognoza może zapowiadać deszcz, ale nie zawsze wiadomo, gdzie spadnie go najwięcej i jak szybko zacznie przybywać wody. Andrzej Ciupek przyznaje, że nawet przygotowane służby nie wszędzie zdążą, gdy opad jest wyjątkowo intensywny. Można udrożnić kanały, sprawdzić studzienki i rozstawić ekipy. Nie można jednak nakazać wodzie, by płynęła wolniej.
Zbiornik też może stracić oddech
Woda potrzebuje miejsca. Dlatego zbiorniki retencyjne, które przejmują jej nadmiar, muszą być regularnie odmulane. Na zbiorniku Orłowska 2 pływa refuler, który pobiera z dna osad wraz z wodą i transportuje go rurami do geotub. Woda wraca do zbiornika, a osad zostaje do wyschnięcia. Nowoczesne rozwiązanie, dopiero testowane przez Gdańskie Wody, pozwala przywrócić zbiornikowi pojemność bez opróżniania. Bo zamulony zbiornik ma mniej miejsca na kolejną ulewę. A kiedy deszczu jest dużo, każdy metr sześcienny pojemności ma znaczenie. Jednocześnie miasto próbuje zatrzymywać wodę bliżej miejsca, w którym spada. Ogrody deszczowe i rozszczelnione nawierzchnie mają sprawić, by nie cała deszczówka od razu ruszała w stronę kanalizacji.
Próbujemy zatrzymać wodę w miejscu, w którym ona po prostu spadła z nieba – przekonuje Jacek Roszczyński, brygadzista Gdańskich Wód.

Przeciwnik, który nie uprzedza
Woda jest żywiołem cierpliwym. Najpierw powoli wypełnia osadnik, potem zajmuje studzienkę, w końcu może wyjść na ulicę. Innym razem przychodzi nagle, w ilości, której infrastruktura nie jest w stanie przejąć. Wtedy trzeba odpompowywać ją z jezdni, skrzyżowań, czasem z torowisk tramwajowych. Gdańsk pamięta powódź z 2001 roku, kiedy woda z Kanału Raduni zalała część Oruni. Takie doświadczenia zostają w pamięci miasta, ale nie oznaczają, że następną ulewę da się przewidzieć dokładnie co do ulicy.
Woda to bardzo trudny przeciwnik. Nigdy nie wiemy dokładnie, gdzie i w jakiej ilości spadnie. Czy będzie to mały deszcz, czy duży deszcz. Prognozy też nieraz się mylą – mówi Roszczyński.
Dlatego ta walka nie zaczyna się w chwili alarmu. Zaczyna się dużo wcześniej, od kontroli, konserwacji i pracy, która na pierwszy rzut oka może wyglądać jak zwykłe sprzątanie.
Najlepszy finał? Kiedy nie ma o czym opowiadać
Samochód techniczny blokuje część ulicy. Kierowca musi zwolnić, pieszy obejść ekipę pracującą przy studzience. Nie każdy ma ochotę czekać. Pracownicy Gdańskich Wód wiedzą, że ich obecność potrafi być uciążliwa. Chcieliby jednak, by mieszkańcy widzieli w tych pracach coś więcej niż chwilowe utrudnienie.
Bez nas wszystkie ulice by pływały. To tylko kwestia czasu.
Kiedy pada, rzadko myślimy o ludziach, którzy wcześniej czyścili kratki i wybierali osad z kanałów. Jeśli woda odpływa, miasto działa dalej: samochody jadą, tramwaje kursują, ludzie wracają do domów. Nie ma dramatycznych zdjęć ani opowieści o zalanych ulicach. Jest cisza po deszczu. I właśnie o taki finał chodzi. Bo w walce z wodą największym sukcesem jest to, że nic się nie wydarzyło.
