Gdańsk, fly away!
Zacznijmy - nietypowo - od jego talii, której pozazdrościłaby mu niejedna dwudziestoletnia instruktorka fitness. W wieku 62 lat wciąż jest - może bardziej niż kiedykolwiek - symbolem seksu. Nienaganna sylwetka i niesamowita energia na scenie. Wystarczy popatrzeć na filmy wideo, w których lubi prezentować się półnagi. Do tego włosy w dredach, czarne okulary i mamy uosobienie rockandrollowego bóstwa.
W Gdańsku, pewnie ku rozpaczy tysięcy fanek, Kravitz był w pełni ubrany, ale ręczniki, którymi się wycierał i które zrzucał ze sceny do wielbicielek pod sceną, wywoływały euforię. Stara, dobra szkoła "podkręcania" fanek.
Przejdźmy jednak do muzyki, bo to ona była tu kluczowa, a nie wyrzeźbiona sylwetka Lenny'ego. Kravitz jest artystą, który na scenie nie potrzebuje technicznych fajerwerków. Ma za sobą oczywiście snopy światła i dwa niewielkie ekrany po bokach sceny, ale tak naprawdę w centrum wydarzeń jest on i jego zespół. Muzyka gra tu główną rolę: fantastyczna perkusistka z charakterystycznym afro Jas Kayser, gitarzysta Craig Ross (mógłby z powodzeniem grać w The Ramones), sekcja dęta, chórki - wszyscy tworzą zespół wybitny.
Kravitz na scenie zbiera w sobie energię nieżyjących już Jamesa Browna, Prince’a i Boba Marleya. Oczywiście znamy go z pop rockowych przebojów “Fly Away”, “It Ain't Over Til It's Over” czy “The Chamber”, ale wielokrotnie w czasie koncertu - zwłaszcza w czasie wybitnego zamykającego koncert “Let Love Rule” - słychać było, że korzenie jego muzyki są w czarnym bluesie, r’n’b i muzyce soul. To stara, dobra czarna muzyka podana w XXI-wiecznym, ultranowoczesnym wydaniu.
Always on the Run
Publiczność stanowili w większości ludzie, którzy w 1989 roku - roku debiutu Kravitza - mieli po naście lat. Dziś ci nobliwi panowie mają po 50 plus lat i przyszli na koncert ze swoimi ubranymi w ramoneski żonami, konkubinami, czy partnerkami. Rockandrolla, bluesa i inteligentnego popu czas nie tyka. “Always on the Run” i “Are You Gonna Go My Way?” wprawiły ludzi z ten sam dziki taniec jak blisko 40 lat temu. Ach, przenieść się do tych studenckich imprez z lat 90.
Kravitz był czarujący. Wielokrotnie powtarzał ze sceny, że kocha wszystkich, że czuje tę miłość, dobro i ducha, które wracają do niego od publiczności. Powiedział, że powinien się właściwie przenieść do Polski na jakieś trzy tygodnie, żeby lepiej poznać cudowny kraj i ludzi. - Jestem tu u siebie w domu - stwierdził, co publiczność potwierdziła entuzjastycznym wrzaskiem. Gdyby potrzebował gdzieś przenocować przez ten czas, nie byłoby problemu.
Jedyne czego żałuję to faktu, że mokry ręcznik z potem Lenny Kravitza nie trafił do mnie. Byłaby to świetna pamiątka, a może i zachęta, żeby zadbać o swoją już nie studencką talię. Rockandroll co prawda się nie starzeje, ale ludzie już tak. Czas zatrzymał się jedynie dla Lenny'ego Kravitza.