Samodzielny i aktywny
Dziś Marian Drożdż wstał wcześnie, zrobił sobie śniadanie, zjadł i poszedł do Biedronki. Poszedł? Raczej się wymknął, bo lekarz i rodzina pilnują by wychodził z domu pod opieką.
- Uparty jest, nie słucha się – poskarżyła się pani Helena, krewna zmarłej 18 lat temu żony, Ksawery, która przed śmiercią poprosiła ją, by opiekowała się małżonkiem.
Wracając ze sklepu zaszedł do kwiaciarni po bukiet róż dla Aleksandry Dulkiewicz. Prezydent Gdańska zapowiedziała się z urodzinową wizytą na 13:30. Po powrocie ubrał się elegancko i napisał powitalne przemówienie, żeby nie zapomnieć co ma powiedzieć, bo „głowa już nie ta sama co kiedyś”.
Od śmierci żony mieszka sam. Na co dzień towarzyszą mu wszystkie wnuki i prawnuki w ramkach na regale i liczne pamiątki z dalekich, egzotycznych rejsów, jak drewniana figurka z Dżakarty, malowany dzbanek z Tokio czy bryłka lawy z Teneryfy; a na ścianach morskie dyplomy i grafiki z zabytkami Gdańska – miasta, które pokochał prawie tak samo jak Gdańszczankę Ksawerę, spotkaną w 1945 r. po przyjeździe z rodzinnej Królówki. Przez gdański port chciał jedynie uciec na Zachód przed komunistami, a został na dziesięciolecia.
- Jak człowiek sobie wybierze jakąś drogę, to musi się z tym liczyć, że jak na tej drodze spotka kobietę, to koniec z jego planami – wyjaśnił jak stał się Gdańszczaninem.
Działają od 50 lat. To najstarszy klub seniora w Gdańsku
W mieszkaniu na Przymorzu odwiedzają go krewni, najczęściej Helena i synowa Elżbieta, a także gołębie, które wchodzą przez balkon do pokoju i jedzą okruszki z ręki gospodarza. Bo zwierzaki to jego kolejna miłość po Ksawerze i Gdańsku. Jeszcze niedawno miał psa, ale kudłaty przyjaciel też już odszedł, tak jak żona, dwóch synów i koledzy na „wiecznej wachcie”. Bo jak się żyje tak długo, to tych rozstań jest z czasem coraz więcej. Trzeci syn wyemigrował w PRL-u do Niemiec i tam wciąż mieszka.
Jest jeszcze jedno trwałe zauroczenie. W Lechii kopał już w 1945. Bez większych sukcesów sportowych, ale serce w klubie zostało. Na oparciu krzesła wiszą więc kibicowskie szaliki – biało-czerwony i biało-zielony. Kibice też o nim nie zapominają – co roku z okazji urodzin licznie odwiedzają i odpalają przed domem race.
Na ścianie jeszcze jedna fotografia w ramce, zrobiona przed rokiem - mężczyzny w berecie z orzełkiem i trzema gwiazdkami nad belką - Marian Drożdż w Armii Krajowej dostał pseudonim „Wulkan” i stopień porucznika. Na głowie wojskowy beret, a wokół szyi biało-zielony szalik.
Czy to możliwe, żeby ten aktywny, wyprostowany jak struna mężczyzna, o niemal niezmąconym umyśle skończył 15 października 106 lat?
- Tylko 106 lat – podkreślił z szelmowskim uśmiechem gospodarz.
Wzajemne uznanie i szacunek
Aleksandrę Dulkiewicz, która wręczyła mu prezent, oprawione życzenia i kwiaty, powitał szarmancko i z humorem.
- Piękne kwiaty, ponieważ urocza kobieta je podaje – wybuchł szczerym śmiechem jubilat. – Mam przeczytać życzenia? Dobrze, jestem posłuszny jak w szkole.
„Szanowny Panie poruczniku, drogi jubilacie! Proszę przyjąć najserdeczniejsze życzenia urodzinowe, zdrowia i wszelkiej pomyślności w dniu 106. urodzin. Dziękuję za Pana postawę, za życie poświęcone służbie ojczyźnie, za odwagę i patriotyzm. Jako uczestnik kampanii wrześniowej w 1939 roku i żołnierz Armii Krajowej należy Pan do pokolenia, które dało świadectwo niezłomności i wierności. Ze wzruszeniem przywołuję również Pana słowa: »Gdańsk przygarnął mnie i dał mi to, czego pragnąłem«. Cieszę się, że właśnie Gdańsk stał się dla Pana miejscem nowego początku. Pana historia jest częścią historii Gdańska.” – napisała prezydent.
- Rzeczywiście, Gdańsk mi dał wielką szansę. I dlatego mam dziś zaszczyt i szczęście rozmawiać z panią prezydent cudownego, historycznego miasta Gdańska – powiedział od serca gospodarz, a później, już za stołem, przy torcie i kawie przeczytał napisane wcześniej oficjalne powitanie.
Bo radość nie zna wieku! 18. miejski Bal Seniora w Gdańsku
- „Witam państwa serdecznie w moich skromnych progach. Jako mieszkaniec Gdańska oraz wojenny kombatant mam wyjątkową okazję, aby złożyć Pani Prezydent wyrazy wdzięczności za postawę w swym prezydenckim powołaniu, wierności dla miasta Gdańska. Miasta, któremu dozgonnie jestem wdzięczny za przygarnięcie mnie, gdy znajdowałem się w nader trudnych warunkach życia, w czasie, gdy przybyłem tutaj po zakończeniu wojny w 1945 roku, gdzie był gruz na gruzie. W następstwie tego faktu Gdańsk dał mi szansę do życiowego rozwoju. Wyrażam Pani Prezydent głębokie uznanie za odważne zaangażowanie i owocną pracą, dzięki czemu Gdańsk dzisiaj błyszczy pięknością, a turyści wyrażają podziw dla zabytków oraz nowoczesności miasta.” – odczytał gospodarz i dodał od siebie – to dzięki pani prezydent jest tak pięknie w Gdańsku.
- Z całego serca dziękuję, panie Marianie - odpowiedziała wzruszona gościni. - Ale to wszystko dzięki całej drużynie. Pan, jako żołnierz, to wie, że sam człowiek nic nie zrobi, musi być drużyna, a ja mam bardzo dobrych współpracowników.
Zawsze się porządnie prowadziłem
Prezydent Dulkiewicz i porucznik Drożdż poznali się sześć la temu.
- Pan wtedy przyszedł do Urzędu Miasta jakąś sprawę załatwić, a pani Beata, która jest u nas na pierwszym froncie, zadzwoniła po mnie. I pamiętam, że pan wtedy sam do nas przyszedł – wspominała z uznaniem Aleksandra Dulkiewicz.
- No sam, a z kim miałem przyjść? Ja tylko 100 lat wtedy miałem.
Będąc wówczas pod wrażeniem jego kondycji prezydent zapytała o sposób na długowieczność. Stulatek odpowiedział wtedy: - zawsze się dobrze prowadziłem.
W 106. urodziny powtórzył te słowa, a prezydent poprosiła by wyjaśnił, jak to rozumieć.
Według jubilata tajemnica tkwi w relacjach międzyludzkich.
- Po pierwsze, trzeba znaleźć sposób na dobrą komunikację z ludźmi. Po drugie – nigdy się nie mścić, chociaż doznałeś krzywdę. A ja doznałem krzywdy okropnie dużo, nie tylko za okupacji. Ale daruję im to wszystko – wyznał gospodarz.
Marian Drożdż podzielił się z naszym portalem historią swego wyjątkowego życia dwa lata temu w wywiadzie „Gdańsk mnie przygarnął”.