Robert Pietrzak: “Bez pracy nie ma kołaczy”, “Ciężka praca popłaca”. Czy takie przysłowia przyświecają Panu w życiu?
Roland Budnik, Dyrektor Gdańskiego Urzędu Pracy: - (śmiech) Jestem z tego pokolenia, które wierzy, że na jakikolwiek sukces, to trzeba przede wszystkim zapracować ciężką pracą. Oczywiście, w życiu potrzebna jest odrobina szczęścia, ale bez wysiłku i zaangażowania w swoje obowiązki trudno jest cokolwiek osiągnąć.
Czyli na takim stanowisku, to nie ma mowy o tym, żeby trochę bumelować i się lenić?
Przede wszystkim, to takiego stanowiska nie dostaje się tak od razu.
A jak?
Aby być w tym zawodowym miejscu - a to już 34 lata - to przeszedłem wszystkie możliwe szczeble w administracji publicznej. Od gońca roznoszącego pocztę starszym kolegom i koleżankom, referenta, inspektora, starszego inspektora, po sekretarza urzędu.
To wszystko w Gdańsku?
Nie, w Urzędzie Wojewódzkim w Koszalinie, gdzie się urodziłem. Pracowałem tam w Wydziale Geodezji i Wydziale Kontroli. Później byłem sekretarzem Urzędu Gminy w Biesiekierzu. To taka mała miejscowość w powiecie koszalińskim. Do Gdańska przyjechałem w 1988 roku na studia prawnicze i już zostałem. Służbowo przeniosłem się z Biesiekierza do Wydziału Kontroli w Urzędzie Wojewódzkim w Gdańsku.
Czyli trafił Pan do Gdańska na krótko przed upadkiem systemu komunistycznego?
Tak, rzeczywiście. Byłem świadkiem tych ogromnych zmian politycznych i społecznych w kraju. W 1990 roku zlikwidowano Wydział Kontroli w Urzędzie Wojewódzkim w Gdańsku i powstało Wojewódzkie Biuro Pracy, które zostało przekształcone z Wydziału Zatrudnienia. Pracowało nas tam wtedy siedem osób. Byłem zatrudniony do połowy 1991 roku.
Stracił Pan tę pracę?
Ówczesny wojewoda gdański Maciej Płażyński wraz z dyrektorką Wojewódzkiego Biura Pracy zaproponowali mi objęcie stanowiska kierownika Rejonowego Biura Pracy w Gdańsku, które mieściło się przy ulicy Piwnej 36. To były takie czasy, że to biuro ledwo żyło i chyliło się ku upadkowi.
W jakim sensie? Co Pan ma na myśli?
W Polsce wtedy nie znaliśmy bezrobocia, a przynajmniej bezrobocia legalnego i oficjalnego. Wydziały zatrudnienia zamiast pomagać ludziom znaleźć pracę, to ścigały “niebieskie ptaki”
Młodszym czytelnikom podpowiemy, że nie chodzi bynajmniej o latające stworzenia ze skrzydłami w kolorze niebieskim.
(śmiech) Zdecydowanie nie. Tak w czasach PRL nazywane były osoby uchylające się od pracy i żyjące na koszt innych.
A wracając do biura na Piwnej, to zastałem tam bardzo ciężkie warunki: mało miejsca, bardzo wąskie korytarze. Moje poprzedniczki (Ewa Rudnicka i jej zastępczyni Wiesława Gmurczyk - powołane przez ostatniego komunistycznego wojewodę gdańskiego Jerzego Jędykiewicza - przyp. red.) mimo dobrych chęci nie dawały sobie z tym rady. Ja będąc wtedy w wyższym organie, w Wojewódzkim Biurze Pracy, przychodziłem tam często na rozmowy i pomagałem im rozwiązywać różne problemy. Ale tam było naprawdę bardzo ciężko.
Te sprawy interesowały mnie do tego stopnia, że kiedy do Urzędu Pracy w Szczecinie przyjechała grupa Amerykanów, aby pokazać zachodnie, sprawdzone rozwiązania, to pojechałem tam półprywatnie, aby tego posłuchać i spróbować przenieść niektóre wzorce do Gdańska.
Kiedy objął Pan stanowisko kierownika Rejonowego Urzędu Pracy w Gdańsku?
W sierpniu 1991 r. powierzono mi na początek obowiązki na trzy miesiące. Gdy pierwszy raz wszedłem do swojego gabinetu, to na całej jego długości i szerokości leżały różne akta w stosach na metr, półtora metra wysokości. Bałagan nie z tej ziemi. Na domiar złego, już w pierwszym dniu mojej pracy przyszły trzy osoby z ZUS-u, żeby przeprowadzić kontrolę. Jak zobaczyli w jakim stanie jest biuro, to powiedzieli, że mam z tym zrobić porządek, bo oni wrócą za jakiś czas, żeby to sprawdzić.
Jak Gdańszczanie oceniają swoje miasto?
Mało tego, proszę sobie wyobrazić, że jak wszedłem tam rano, gdzieś około godziny 8.00, to nie mogłem wyjść nawet do toalety do godziny 15.00. Taki był ścisk i tłok na korytarzu. Jedna kolejka ludzi stała po decyzję o zasiłek dla bezrobotnych, a druga kolejka do kasy z decyzją uprawniającą do wypłaty zasiłku. Nie sposób się było tam przecisnąć.
Urząd na Piwnej kompletnie nie nadawał się na nową, wolnościową epokę.
Osobiście pomagałem kasjerkom, które jadąc do banku po pieniądze musiały wychodzić przez okno, bo przez korytarz się nie dało, taki tam był ścisk.
Słucham?
Słowo honoru. Całe szczęście, że tam był parter i można było bezpiecznie wyjść. Mimo wszystko asekurowałem je, aby nie zrobiły sobie żadnej krzywdy.
Kasjerki z torbą szły do banku. Pobierały tam gotówkę, a to były wtedy miliony złotych, które następnie w kasie wypłacały bezrobotnym. Żeby wejść do urzędu, też musiały skorzystać z okna.
Niewiarygodne. Delikatnie mówiąc, początki nie należały do najłatwiejszych…
W pierwszej kolejności w tamtym czasie musieliśmy zadbać o wypłaty zasiłków. W drugiej kolejności zaproponować nowe miejsce pracy. Problem był jednak taki, że tej pracy nie było. Transformacja gospodarcza Balcerowicza spowodowała masowe zwolnienia - wiadomo, gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą. Ludzi, którzy tracili pracę przybywało nam w tempie geometrycznym. Dam przykład. W Gdańsku na koniec stycznia 1990 roku bez pracy znajdowało się 480 osób. Natomiast w grudniu 1991 r. liczba zarejestrowanych wzrosła już do ponad 30 000.
Jak się szybko okazało, sprawy lokalowe nie były głównym problemem. Ja już w pierwszym miesiącu musiałem zawiadomić prokuraturę.
Dlaczego?
Odkryłem, że niektóre kasjerki okradają urząd. Wypisywały na przykład wnioski o zasiłek dla bezrobotnych na osobę, która przebywała za granicą. Były zwolnienia dyscyplinarne. Do oszustw dochodziło też ze strony bezrobotnych. Nie byliśmy tu jednak odosobnieni. Takie przypadki zdarzały się, niestety, w całej Polsce. Ale powstrzymać te nadużycia musiałem odczytać wszystkim pracownikom odpowiednie przepisy kodeksu karnego, aby mieli świadomość, co im wolno robić, a czego nie wolno.
Kiedyś decyzje wypisywało się w trzech egzemplarzach ręcznie lub na maszynie i kładło się kalkę pomiędzy strony. Panie wychodziły z pracy z pełnymi reklamówkami, ale nie prezentów, tylko tych decyzji, które trzeba było wieczorem w domu wypisać i przynieść następnego dnia do pracy, żeby kierownik, mógł je podpisać. Bo dopiero wtedy można było mieć wypłatę.
Stopa bezrobocia w Gdańsku oscylowała wtedy w granicach 13-14 procent.
Na jakich zasadach bezrobotni mogli wówczas otrzymać zasiłek?
Nowe przepisy wprowadził w tym zakresie ówczesny minister pracy i polityki społecznej Jacek Kuroń.
Czyli słynne “kuroniówki”
Dokładnie. Wystarczyło wówczas przyjść do urzędu pracy i powiedzieć, że się nie ma pracy. A zasiłek był w wysokości 70 procent ostatniej pensji.
Wysoki
Bardzo wysoki. Proszę pana, ja osobiście rejestrowałem na “kuroniówkę” trzech byłych wicewojewodów, którzy stracili swoje stanowiska po transformacji ustrojowej.
Z tymi zasiłkami było tyle roboty, że musiałem kilka razy usiąść z moimi pracownikami i też przyjmować wnioski, choć nie należało to do moich obowiązków. Pamiętam, że mój rekord to było 17 osób zarejestrowanych w ciągu dnia.
W tamtych czasach miałem około 50 osób dziennie na skardze. Wszyscy domagali się albo szybszej rejestracji albo pracy natychmiast. A jaką my pracę mogliśmy wtedy dać? To pracodawcy przedstawiali oferty pracy, a my byliśmy tylko pośrednikiem.
Trzeba było organizować różne inne formy pomocy. Zaczęliśmy więc robić szkolenia, staże i wypłacać dotacje na własną działalność gospodarczą. Organizowaliśmy też roboty publiczne. Mało kto dziś pamięta, że kościół świętego Jana został odbudowany właśnie w ramach robót publicznych.
Konkurs Pomorski Pracodawca Roku. Kto odebrał laury za 2025 rok?
W 1996 roku, kiedy ostatecznie doszło do upadku Stoczni Gdańskiej pracę straciło ponad 20 000 ludzi. To było wtedy jedno z największych zwolnień w Europie. Pracowaliśmy wtedy dzień i noc, aby zarejestrować wszystkich zwolnionych.
Nie czuł się Pan bezsilny w sytuacji, w której trzeba się było zmierzyć z tymi ludzkimi dramatami?
Nie, ponieważ myślałem wtedy o tych, którym się udało pomóc. A tych ludzi zawsze było więcej od tych, którzy musieli odejść z kwitkiem.
Ważna była empatia. Nawet, jak nie było konkretnej oferty pracy, to wystarczyła czasami zwykła, szczera rozmowa, wysłuchanie człowieka.
Ale mniej więcej po miesiącu wychodząc z biura zasłabłem.
Co się stało?
Po prostu, organizm odmówił posłuszeństwa. Mimo, że byłem młody, miałem 30 parę lat. Ale wtedy pracowałem non stop, bez wytchnienia, po 12, 14 i 16 godzin. Lekarze orzekli, że muszę trochę spasować, bo takie sensacje mogą się zdarzać przy nadmiernym wysiłku.
Jak i kiedy opanował Pan tę trudną sytuację w urzędzie?
W ciągu kilku miesięcy udało mi się przenieść urząd z Piwnej do zabytkowego budynku przy ulicy 3 Maja 9, pochodzącego z lat 80. XIX wieku. Ach, jakie tam były szerokie korytarze… W październiku 1991 r. byliśmy już pod nowym adresem. W tym obiekcie byliśmy przez 29 lat, aż do przeprowadzki w roku 2020 do kompleksu przy Lastadii 41.
Jednym słowem, dla urzędu nastały nowe czasy
Do ideału było wciąż daleko. To były takie czasy, że myśmy nie mieli żadnych pieniędzy na wyposażenie pomieszczeń. Doszło do tego, że stare PRL-owskie biurka urzędnicze, często rozwalające się, pracownicy malowali farbą na czarno, aby nieco poprawić ich wygląd.
Część mebli, zresztą, nie wytrzymała przeniesienia z Piwnej na 3 maja. W przeprowadzkę zaangażowali się wtedy społecznie mężowie naszych pracownic.
Brakowało prawie wszystkiego. Z domu przynosiło się linijki, ekierki, długopisy, ołówki, gumki i tym podobne niezbędne przybory biurowe.
Sytuacja poprawiła się w 1993 roku, kiedy to biura pracy przekształcono w rejonowe i wojewódzkie urzędy pracy, a do koordynacji ich działań powołano nową instytucję o charakterze centralnym - Urząd Pracy, który dwa lata później przyjął nazwę Krajowy Urząd Pracy.
W międzyczasie dostaliśmy dużą pomoc merytoryczną z Zachodu. Pierwsi byli Amerykanie, a na drugim miejscu Międzynarodowa Organizacja Pracy z Genewy, która przysłała do Polski swoich konsultantów z różnych krajów ze Szwecji, Niemiec, Wielkiej Brytanii i Francji.
Wsparcie zagranicznych doradców było aż tak ważne?
Bez dwóch zdań. Wraz z innymi szefami Urzędów Pracy zacząłem jeździć po Europie i przyglądać się, jak tam funkcjonują instytucje związane z zatrudnieniem. Miałem okazję być w podobnych do Gdańska portowych miastach takich, jak Amsterdam, Antwerpia i Rotterdam. W Genewie i Francji zaliczyłem dwutygodniowy staż.
To była naprawdę duża dawka wiedzy. Tym bardziej, że u nas bezrobocie było duże i rosło w szybkim tempie.
Zmiana na funkcji prezesa Rady OMGGS. Postulat ten sam – ustawa metropolitarna
Przy czym, oni nam opowiadali o rozwiązaniach merytorycznych, a my z zazdrością patrzyliśmy na ich biurka, komputery i całe nowoczesne wyposażenie (śmiech).
Mimo wszystko pomoc materialna z Zachodu też była. Pamiętam, że jeszcze na Piwnej leżało na podłodze z 5-6 komputerów w kartonach. Dostaliśmy je w prezencie chyba od Amerykanów. Ale przez dobry rok nikt ich stamtąd nie ruszał, bo nie wiedzieliśmy, jak się do nich zabrać. Nie mieliśmy żadnego oprogramowania. Z czasem zatrudniłem informatyków i sprawy ruszyły z miejsca.
Słuchając tego wszystkiego muszę zapytać, czy nie miał Pan chwil zwątpienia? Nie pluł sobie w brodę i sam siebie nie pytał “w co ja się wpakowałem”?
Nie. Mnie to wszystko bardzo interesowało. To była moja pasja.
Uświadomiłem też sobie, że nie da się wszystkim pomóc, bo to jest niemożliwe. I nie można tego wszystkiego brać za bardzo do siebie, bo rzeczywiście człowiek by się wykończył.
Nie chcę, żeby zabrzmiało to zbyt patetycznie, ale lubiłem i lubię pomagać ludziom.
Udało mi się w urzędzie zebrać grupę ludzi, którzy też byli bardzo entuzjastycznie nastawieni. W tamtych czasach nikt nie pytał o pieniądze.
Przyjmowałem pracowników do naszego urzędu, którzy wcześniej byli bezrobotni. Byli zatrudniani albo w ramach prac interwencyjnych albo robót publicznych.
Tak tworzyła się nasza kadra. Wiele z tych osób przepracowało tutaj 20-30 lat i awansowało na stanowiska kierownicze.
Wtedy to jako jedno z czterech 49 ówczesnych województw w kraju skorzystaliśmy ze specjalnego programu Międzynarodowej Organizacji Pracy. Przez trzy lata mieliśmy cykl różnych profesjonalnych szkoleń. Potem mogliśmy dzielić się tą ekspercką wiedzą z innymi urzędami pracy w Polsce.
Jak wyglądały kolejne lata na naszym gdańskim rynku pracy?
Duże zmiany, wprowadziła w 2000 r. jedna z reform rządu Jerzego Buzka. Wszedł wtedy w życie przepis, który z niewielkimi zmianami, obowiązuje do dziś. To pojęcie bezrobotnego bez prawa do zasiłku.
Niemiec nie jest w stanie zrozumieć czegoś takiego: “Jak można być bezrobotnym i nie mieć prawa do zasiłku? Przecież trzeba mieć pieniądze na jedzenie i czynsz”.
U nas mieliśmy takie okresy, że 80, a nawet 90 procent bezrobotnych, było bez prawa do zasiłku. Bo, żeby zasłużyć na świadczenie trzeba było wykazać, że przepracowało się co najmniej 365 dni w ciągu ostatnich 18 miesięcy. Mało kto spełniał takie wymogi. Bardzo dużo ludzi pracowało “na czarno”.
A ci, którzy przychodzili do nas się rejestrować, to głównie po to, aby mieć ubezpieczenie zdrowotne. Bo jak się pracuje na czarno i ktoś złamie rękę czy nogę, to przynajmniej nie będzie płacił za szpital i za opiekę lekarską.
I my do dzisiaj jesteśmy jedynym państwem Unii Europejskiej, gdzie żeby mieć prawo do opieki zdrowotnej, trzeba najpierw się zarejestrować jako osoba bezrobotna, jeżeli nie ma się innego tytułu do ubezpieczenia.
Od wielu lat walczymy o zmianę tego przepisu, ale niestety bezskutecznie.
A jaka dziś jest skala tego problemu?
Wciąż spora. Co najmniej 40 procent bezrobotnych rejestruje się tylko po to, aby mieć ubezpieczenie zdrowotne. Nie są zainteresowani naszą ofertą, bo prawdopodobnie mają “pracę na czarno”.
Mówiąc o kamieniach milowych w najnowszej historii rynku pracy w Gdańsku trzeba koniecznie wspomnieć o mistrzostwach Europy w piłce nożnej w 2012 r.
Dlaczego?
Przed tą datą, jeszcze w latach w latach 90., Gdańsk, powiedzmy sobie szczerze, był zapyziałym miastem. Daleko mu było do Poznania, Krakowa, nie wspominając już Warszawy.
Euro 2012 dało naszemu miastu niesamowity impuls rozwojowy. Gdańsk zmienił się wtedy nie do poznania i nie przestaje się zmieniać. Chyba żadne miasto w Polsce nie zrobiło w ostatnich latach takiego postępu jak Gdańsk. Koledzy i koleżanki z innych urzędów pracy w Polsce przyjeżdżają do mnie i nadziwić się nie mogą: “jaki Gdańsk jest piękny, wspaniały i jak się wspaniale rozbudowuje”.
A jaka jest dzisiaj sytuacja na rynku pracy w Gdańsku?
Od dłuższego czasu cierpimy na deficyt rąk do pracy. I nawet te duże liczby cudzoziemców, szczególnie Ukraińców, którzy do nas przyjechali, nie zapełnili jeszcze tej luki.
Wszystko dlatego, że jest bardzo dużo osób, które schodzą z rynku pracy, między innymi ja też jestem w tej grupie. A reprezentujemy powojenny wyż demograficzny.
Natomiast, młodych osób, które po ukończeniu szkół wchodzą na rynek pracy, jest znacznie mniej.
Rodzi się mało dzieci, mamy głęboki niż demograficzny.
Jak można z tego wybrnąć?
Na pewno jedna z możliwości to, jak do tej pory, otwarcie się na cudzoziemców. Oni już mniej więcej od 2016 r. ratują naszą lokalną i krajową gospodarkę.
Ale my mamy pecha do polityki migracyjnej. Bo żaden rząd nie przygotował do tej pory takiej strategii, żebyśmy wiedzieli, kogo my chcemy tutaj do Polski ściągać, a kogo nie. Z drugiej strony, prawdą jest taka, że u nas zapotrzebowanie na pracę jest praktycznie w każdym zawodzie. Ale mimo to, potrzebna jest przemyślana polityka względem obcokrajowców.
Rok Portu Czystej Energii. Gdańsk buduje niezależność energetyczną
Następna rzecz. Proszę zobaczyć, ile czasu trwa procedura związana z wydaniem zgody na pobyt cudzoziemca w Polsce i pozwolenie na pracę. To są miesiące, czasem nawet lata. I który pracodawca będzie tak długo czekał na pracowników? Firmy potrzebują ich “na już”, bo wygrały jakieś zlecenie na budowę i mają ściśle określony termin na wykonanie inwestycji.
To ile dziś wynosi wskaźnik bezrobocia w Gdańsku?
Około 3 procent. Przy czym, eksperci przyjmują, że do 5 procent to jest bezrobocie higieniczne, naturalne, które towarzyszy każdej gospodarce rynkowej.
Jako znawca tematu, jak Pan widzi gdański rynek pracy za 5, 10, 20 lat?
Będziemy mieli wciąż problem z demografią, o której już wspomniałem.
Nie wiemy też do końca, co się będzie działo ze sztuczną inteligencją. Przez nią w niektórych miejscach takich, jak centra usług wspólnych, już teraz dochodzi do zwolnień. W tej chwili także rynek pracy nie potrzebuje takiej liczby informatyków i programistów.
Są też tacy, którzy mówią, że sztuczna inteligencja może stworzyć dodatkowe miejsca pracy. Ja tu widzę jednak więcej niebezpieczeństw.
Z drugiej strony, na takie zawody jak zbrojarz, elektryk, monter, hydraulik, monter, tapicer będzie stałe zapotrzebowanie. Czy sztuczna inteligencja założy Panu kran lub położy kafelki?
Niestety, dzisiaj młodzież nie garnie się do takich zajęć, bo woli być influencerem. Bo to jest czysta robota, a kasa jest dużo większa.
Do tego dochodzą jeszcze koszty pracy w Polsce, które są z roku na rok coraz wyższe, a nie niższe.
Ale generalnie jestem optymistą co do przyszłości. Także dlatego, że dzisiaj większość młodych ludzi zna angielski, a czasami i inny język obcy. Dodając do tego odpowiednie kwalifikacje oraz laptop z internetem można dziś pracować w każdym miejscu na świecie. Nie ma żadnych granic.
Inna tendencja jest taka, że dzisiaj dyplom wyższej uczelni nie jest gwarancją sukcesu zawodowego tak jak to kiedyś bywało. Teraz można nie mieć studiów i zarabiać przyzwoite pieniądze. Potwierdzają to statystyki. Dziś największa grupa bezrobotnych w Gdańsku - 30 procent - to są ludzie z wyższym wykształceniem. A najmniejsza grupa to osoby zasadniczym zawodowym - 10 procent.
A czy jest szansa, że Polacy rzucą dobrze opłacaną pracę w Norwegii i innych krajach Europy i osiedlą się na nowo w ojczyźnie?
Obserwuję od pewnego czasu, że Polacy zaczynają wracać. Po Brexicie wielu rodaków z Wielkiej Brytanii ponownie zamieszkało w kraju. Okazuje się, że ważne są takie wartości jak spokój i bezpieczeństwo. Nie we wszystkich miastach w Niemczech czy Francji jest bowiem bezpiecznie.
Rozmawiałem niedawno z panią, która wróciła do Gdańska z mężem z Irlandii. Ich dziecko jest w wieku szkolnym i chcą, że dalej uczyło w polskiej szkole. Zarobili na wyspach brytyjskich trochę pieniędzy i liczą, że uda im się tu ułożyć życie. To pokazuje, że Polska się rozwija, że żyje się nam całkiem nieźle.
Naprawdę, nie mamy się czego wstydzić. Dam przykład z naszego poletka. Mamy wizyty przedstawicieli urzędów pracy oraz innych instytucji społecznych z Niemiec. Jak im pokazywałem nasz urząd oraz otwarte 10 lat temu Centrum Rozwoju Talentów, to im szczęki z wrażenia opadały na podłogę. Bo oni tego nie mają, albo mają stare. A u nas wszystko jest nowe. Aż pachnie nowością, wykonane w najnowszych technologiach. Nie do końca zdajemy sobie sprawę z tego, ale my gospodarczo naprawdę zrobiliśmy ogromny krok do przodu.
A nie chciał Pan nigdy awansować? Czy miał Pan na przykład propozycję objęcia teki ministra pracy?
Ministra nie, ale dyrektora w jednym departamentów w ministerstwie. Było to za pierwszych rządów koalicji PO-PSL. Była też propozycja z Wojewódzkiego Urzędu Pracy. W obu przypadkach jednak grzecznie podziękowałem. Ja najlepiej się czuję w tym miejscu. Tu się mogę prawdziwie spełniać. Tutaj mogłem wdrażać swoje pomysły natychmiast w życie. Taka satysfakcja jest bezcenna, nie ma nic lepszego.
Nie chwaląc się, ale zawsze byliśmy pierwsi wśród pierwszych. To na nas wzorowały się inne urzędy pracy w Polsce. Dla mnie ważne było zaufanie Prezydenta Miasta i resortowych wiceprezydentów, a także ich wsparcie.
To jakie sukcesy macie na koncie?
W 2009 r. jako pierwsi w kraju wprowadziliśmy rejestrację bezrobotnych przez internet. To na podstawie naszych doświadczeń przygotowano w 2012 r. przepisy i rozpoczęto wdrażanie rejestracji w sieci w całej Polsce.
Naszą inicjatywą w 2011 r. było profilowanie bezrobotnych. Na początku przypisywaliśmy ich do dwóch grup: zainteresowanych (30 proc.) i niezainteresowanych podjęciem pracy (70 proc.). Wypracowane przez nas rozwiązania stały się podstawą ogólnopolskiego systemu, który wdrożono we wszystkich urzędach pracy trzy lata później
Dzięki nam w ustawie znalazło się także zlecanie agencjom zatrudnienia doprowadzanie do znalezienia pracy bezrobotnym.
Talon na Szkolenie to również nasz autorski pomysł, który wdrożono w całym kraju w 2014 r.
W październiku 2018 r. uruchomiliśmy pierwsze w Polsce Centrum Pracy dla Seniorek i Seniorów.
W 2022 r. jako pierwsi uruchomiliśmy portal JobMapa.pl, dzięki któremu nie wychodząc z domu można sprawdzić ofert pracy blisko miejsca zamieszkania, podzielone według zawodów, i z wieloma innymi praktycznymi funkcjami. Od razu zgłosiły się do nas inne urzędy pracy, które chciałyby zrobić u siebie coś podobnego - “nie ma problemu, dajemy Wam know-how, kopiujcie”.
Ważnym działaniem było również utworzenie Działu Zatrudnienia Cudzoziemców w naszym urzędzie pracy, który szybko stał się najlepszym w Polsce.
Najbardziej dumny, to jestem jednak jestem z działającego od 2016 r., Centrum Rozwoju Talentów, o którym już wcześniej wspomniałem. Był to pierwszy tego typu ośrodek w Polsce utworzony przez Urząd Pracy.
Czym zajmuje się ta placówka?
Jak sama nazwa wskazuje, jego zadaniem jest wspieranie młodzieży i dorosłych w odkrywaniu własnych talentów, predyspozycji i mocnych stron. Robimy to za pomocą specjalnych testów. Pomagamy w ten sposób w wyborze kształcenia, miejsca pracy czy dalszego rozwoju zawodowego.
Prawdę mówiąc, to przydałyby się jeszcze jedna taka placówka. Dziś do Centrum Rozwoju Talentów są kolejki. Szkoły czekają po trzy miesiące, żeby się tam dostać z uczniami na spotkania.
Zapotrzebowanie jest duże, szczególnie u młodych ludzi, którzy nierzadko są zagubieni i bezradni życiowo. Nawet kończąc studia nadal nie wiedzą, co mają dalej robić.
Jak zarabiają Polacy? Nowy raport wynagrodzeń w Jobmapa.pl
Nasi doradcy w Centrum Rozwoju Talentów próbują dotrzeć z przekazem o tajemnicy zawodowej, która jest też tak naprawdę, przepisem na szczęście w życiu. Warto bowiem robić to, co się lubi i kocha. I do czego ma się predyspozycję. Jeżeli w to się człowiek wstrzeli, to będzie zadowolony z życia. Jak będzie szczęśliwy w pracy, to będzie miał szczęśliwą rodzinę, bo przyniesie to szczęście do domu. Nie będzie stresu, człowiek bez pracy jest zły i poirytowany. Często też zmaga się z depresją i obniżonym poczuciem wartości. Łatwo o wtedy o spięcia i konflikt z najbliższymi.
Jeżeli ktoś jest spełniony w pracy i przynosi mu ona satysfakcję, to nawet jeśli nie ma z niej dużo pieniędzy, to prędzej, czy później przekroczy poziom rzemieślnika i osiągnie w niej mistrzostwo.
Jeśli chodzi o nasze osiągnięcia, to muszę jeszcze wymienić docenienie nas w wymiarze międzynarodowym.
To znaczy?
Mam na myśli Europejską Nagrodę Przedsiębiorczości.
Do tej pory tylko dwa urzędy pracy w Polsce otrzymały ten laur. Pierwszym w 2010 r. był Urząd Pracy w Nysie, a rok później Gdański Urząd Pracy. W tym unijnym konkursie zajęliśmy ostatecznie drugie miejsce. Zostaliśmy wyróżnieni za promowanie ducha przedsiębiorczości wśród ludzi dojrzałych, po 50. roku życia. Wcześniej wygraliśmy w tej kategorii krajowy konkurs i ministerstwo gospodarki desygnowało nas do rywalizacji wśród 27 państw unijnych.
A było coś w Pańskiej karierze urzędniczej czego Panu zabrakło?
Niczego bym nie zmienił.
Natomiast, jeśli chodzi o władzę, to jestem rozgoryczony. Myślę, że większość pracowników Urzędów Pracy w kraju ma podobne uczucia.
Dlaczego?
Ponieważ w połowie ubiegłego roku weszła w życie nowa ustawa o rynku pracy, która wprowadziła wiele nowych instytucji oraz programów dla osób bezrobotnych i dla pracodawców, ale też zapowiedziała wprowadzenie dodatków motywacyjnych dla pracowników Urzędów Pracy w wysokości do 1000 złotych. I niestety, do dziś pracownicy się ich nie doczekali. Mimo, że w wyniku zmiany przepisów dostali więcej zadań do wykonania.
Aż trudno uwierzyć, jak duży jest brak szacunku do pracowników zatrudnionych w powiatowych Urzędach Pracy ze strony naszych zwierzchników ustawowych. Całe szczęście, że możemy liczyć na wsparcie naszych lokalnych władz.
Odchodzi Pan na emeryturę w wieku 67 lat. Dlaczego akurat teraz?
Kiedy dwa temu mogłem to zrobić, uznałem, że na spokojnie rok lub dwa mogę jeszcze popracować. Natomiast, dziś powiem, że po ludzku czuję się już zmęczony. Nie mam już w sobie tyle energii i pasji jak na początku mojej służby.
Jestem już ostatnim tak długo urzędującym dyrektorem w urzędzie pracy. Ostatnio, rok temu mój kolega w Krakowie przeszedł na emeryturę.
To jaki ma Pan pomysł na emeryturę?
Odpocząć troszeczkę. Spokojnie żyć. Ale też jeszcze odrobinę popracuję … (śmiech)