PORTAL MIASTA GDAŃSKA
PL | EN | DE

Smoleńsk po 11 latach. Małgorzata Rybicka: “Pamiętać Arama za to jak żył, nie jak zginął”

Smoleńsk po 11 latach. Małgorzata Rybicka: “Pamiętać Arama za to jak żył, nie jak zginął”
- Wielu ludziom łatwiej trzymać się kurczowo teorii o zamachu, niż uznać, że był to straszny wypadek lotniczy, wynikający z wielokrotnego złamania procedur. Bo to nadaje patriotyczny sens śmierci 96 osób, przedstawicieli polskich elit. A władzy daje możliwość wprowadzenia Lecha Kaczyńskiego do panteonu największych bohaterów narodowych, bo niewystarczająca jest dobra pamięć o jego życiu i wysiłkach dla Polski - mówi w rozmowie z gdansk.pl Małgorzata Rybicka, wdowa po Aramie Rybickim, który zginął w katastrofie smoleńskiej.
Małgorzata Rybicka ze zdjęciem Arama podczas konferencji prasowej w Europejskim Centrum Solidarności, 3 lipca 2020 roku. Z tyłu stoją Bogdan Borusewicz (po lewej) i Bogdan Lis. W tle - sklejkowe tablice, na których Aram Rybicki i Maciej Grzywaczewski podczas strajku Stoczni Gdańskiej w sierpniu 1980 roku spisali 21 postulatów Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego wobec komunistycznych władz
Małgorzata Rybicka ze zdjęciem Arama podczas konferencji prasowej w Europejskim Centrum Solidarności, 3 lipca 2020 roku. Z tyłu stoją Bogdan Borusewicz (po lewej) i Bogdan Lis. W tle - sklejkowe tablice, na których Aram Rybicki i Maciej Grzywaczewski podczas strajku Stoczni Gdańskiej w sierpniu 1980 roku spisali 21 postulatów Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego wobec komunistycznych władz
Dominik Paszliński/www.gdansk.pl

 

Roman Daszczyński: Gosiu, co dla Ciebie oznacza, gdy się zbliża data tej strasznej tragedii? Jedenasta już rocznica. Czy to robi na Tobie wrażenie, czy raczej nie, ponieważ żyjesz z tym na co dzień?

Małgorzata Rybicka: - Zawsze z niepokojem myślę o tej rocznicy. To wydarzenie oczywiście w jakiś sposób stale ma miejsce w moim życiu. Przede wszystkim w moich wspomnieniach o Aramie, który wtedy zginął. 

 

W jakim byliście wtedy wieku?

- Ja miałam prawie 55 lat, a Aram 57. Przez 34 lata byliśmy małżeństwem, ale parą kilka lat dłużej, bo od czasów licealnych. Byliśmy parą od 1971 roku, a więc przez całe młodzieńcze i dorosłe życie razem. Chodziliśmy do tej samej szkoły, gdańskiej “Jedynki”, potem na uniwersytet, Aram wciągnął mnie do działalności opozycyjnej, byliśmy w Ruchu Młodej Polski. Budowaliśmy wspólne życie, bardzo ciekawe, ale i trudne. Te lata działalności opozycyjnej, czy nawet represji, które dotyczyły Arama, zamykanie na 48 godzin, rewizji, zabierania książek, to jakoś nie było dla nas przytłaczające. Mieliśmy poczucie, że robimy to, co jest właściwe. Patetycznie rzecz określając - że dajemy świadectwo prawdzie i poszerzamy przestrzeń wolności. Mieliśmy oparcie w środowisku przyjaciół. W latach siedemdziesiątych opozycja demokratyczna, bardzo różnorodna i ideowo podzielona - stanowiła garstkę, ale i stanowiła pewnego rodzaju wspólnotę. Teraz to jest nie do wyobrażenia.

 

Było więcej takich par, jak wasza, które przeszły przez czasy opozycyjne i okazały się trwałe w nowych warunkach, już po upadku “komuny”? 

- Tak, jest ich więcej. Są małżeństwa, którym się udało przeżyć dobrze, ładnie, całe życie. Na przykład Ewa i Piotr Dykowie, nasi serdeczni przyjaciele. Siostra Arama, Bożena i Maciek Grzywaczewski. Izabela i Zbigniew Dulkiewicz, Danuta i Grzegorz Grzelakowie. Takich par było, czy nawet jest do dzisiaj, więcej. 

 

Ciebie i Arama jeszcze w czasach “komuny” życie zderzyło z nowymi wyzwaniami.

- Nasza córka, Magda, urodziła się w 1977 roku. Zawsze dobrze się rozwijała. W 1984 roku urodził się Antek, który okazał się dzieckiem autystycznym i myślę, że to było dla nas najtrudniejsze wyzwanie. Dość szybko zorientowaliśmy się, że coś jest nie tak. To było dziecko, które dużo płakało i nie dawało się uspokoić, nawet całymi godzinami noszone na rękach. Było widać, że ma dziwnie schematyczne trasy, zachowania. W Polsce w tamtym czasie w zasadzie nikt nie miał pojęcia o autyzmie. Szukaliśmy pomocy w kraju i za granicą. W wieku trzech lat Antek był już zdiagnozowanym dzieckiem autystycznym.   



Wielu ojców w takiej sytuacji dezerteruje. Z Aramem było inaczej.

- Tak, wiele małżeństw się rozpada. Nie znam danych statystycznych, ale to prawda, że bardzo dużo ojców odchodzi. Aram prowadził bardzo aktywne życie polityczne, po odzyskaniu niepodległości był radnym, posłem, podsekretarzem stanu w kancelarii prezydenta, wiceministrem kultury - miał wielką satysfakcję, że może uczestniczyć w budowaniu nowej, wolnej Polski. W latach osiemdziesiątych to dla nas wszystkich było czymś niewyobrażalnym. Jednak to wszystko nie zastąpiło Aramowi życia rodzinnego. Nieśliśmy bardzo ciężkie brzemię, nasz synek okazał się dzieckiem z  poważnymi problemami, i zobaczyliśmy, że w całym kraju nie ma dla niego żadnej pomocy. Bardzo szybko, w roku 1987, stanęliśmy przed takim dylematem: czy emigrować, czy organizować pomoc dla Antka i innych dzieci z autyzmem tutaj na miejscu.

 

Małgorzata Rybicka: - Nieśliśmy bardzo ciężkie brzemię, nasz synek okazał się dzieckiem z poważnymi problemami, i zobaczyliśmy, że w całym kraju nie ma dla niego żadnej pomocy
Małgorzata Rybicka: - Nieśliśmy bardzo ciężkie brzemię, nasz synek okazał się dzieckiem z  poważnymi problemami, i zobaczyliśmy, że w całym kraju nie ma dla niego żadnej pomocy
Archiwum domowe Małgorzaty Rybickiej

 

Inaczej mówiąc, czy emigrować, bo w Polsce fachowej pomocy dla Antka nie było - czy zostać w Polsce i samemu taką fachową pomoc zorganizować od podstaw. 

- Oczywiście, tak to wyglądało. Były na Zachodzie kraje, gdzie pomoc dla dzieci autystycznych była już rozwinięta, dlatego myśl o emigracji  przychodziła nam czasem do głowy. Jednak zdecydowaliśmy, że zostajemy, przyjmując za swoje hasło bardzo nośne wśród ludzi opozycji w 1989 r, “Jeżeli nie my - to kto? Jeżeli nie teraz - to kiedy?”. W kraju zaczynał się czas przemian i my to hasło wzięliśmy bardzo do siebie. Prawdę mówiąc, to hasło towarzyszy mi do dzisiaj, ciągle je sobie przywołuję w trudnych chwilach. Zaczęliśmy organizować pomoc dla Antka na miejscu, a jeśli organizujesz dla jednego dziecka, to i dla innych, bo rodzin w takiej sytuacji, jak nasza było przecież więcej.

 

Staliście się polskimi pionierami terapii osób z autyzmem.

- Tak było. I patrząc z dzisiejszej perspektywy, dużo udało nam się osiągnąć, ale gdyby państwo aktywnie uczestniczyło w budowaniu tego systemu wsparcia, to bylibyśmy daleko dalej. Aram w Sejmie stał się takim głosem osób z autyzmem, ich rzecznikiem. Został przewodniczącym Parlamentarnej Grupy do Spraw Autyzmu i dobrze rozumiał problemy osób z autyzmem, ich rodzin. Widać, jak bardzo kogoś takiego brakuje w Sejmie dzisiaj, przez te całe lata po śmierci Arama. Dzięki temu, że był posłem, miał kontakty polityczne, udało się wiele  zrobić na rzecz osób z autyzmem. Aram miał silną pozycję i był bardzo lubiany, pewnie dlatego, że miał taką umiejętność rozmowy i dialogu. także z ludźmi, z którymi się nie zgadzał. Zawsze mówił ściszonym głosem, nie przerywając rozmówcy - to rzadka w tych czasach umiejętność. Bardzo go dzisiaj brakuje. Wielkim zmartwieniem Arama było to, co stanie się z Antkiem, kiedy my umrzemy. Co stanie się z Antkiem, ale też z innymi osobami autystycznymi, gdy umrą ich rodzice. Że będą musieli trafić do domów pomocy społecznej, jakiegoś instytucjonalnego molocha, gdzie nie ma prywatnej przestrzeni, ani indywidualnego wsparcia 

 

Aram widział inne rozwiązanie?

- Wiele godzin przegadaliśmy o tym, że trzeba zbudować mały dom dla osób z autyzmem, który będzie zupełnie inny. I muszę powiedzieć, że dopiero po śmierci Arama zdecydowałam się, że nasze Stowarzyszenie Pomocy Osobom Autystycznym musi podjąć tę decyzję. Zresztą wsparli mnie w tym nasi przyjaciele, Ewa z Piotrem Dykowie i Olek Hall. Uznaliśmy, że budowa domu dla osób z autyzmem, małego domu w społeczności lokalnej, będzie  wypełnieniem testamentu Arama i uczczeniem jego pamięci. I zrobiliśmy to. Dostaliśmy od  Miasta Gdańska działkę, kilka lat prowadziliśmy zbiórkę pieniężną oraz  kampanię społeczną na rzecz małych domów i pod koniec 2017 roku pierwszy taki dom został oddany do użytku.  



Aż się prosi, żeby to był Dom imienia Arama Rybickiego.

- I tak właśnie jest. Dom nazywa się Wspólnota Domowa dla Dorosłych Osób z Autyzmem imienia Arama Rybickiego. W korytarzu jest jego zdjęcie na tle tych słynnych tablic z 21 postulatami, które w sierpniu 1980 roku, podczas strajku w Stoczni Gdańskiej, wypisali razem z Maćkiem Grzywaczewskim na tablicach ze sklejki. Niestety wciąż nie ma przepisów, które by pozwalały na finansowanie takich małych domów z budżetu państwa i z budżetów samorządów. I tutaj również Arama brakuje, on byłby głosem osób z autyzmem i ich rodzin w Sejmie. Stale odwiedzam cmentarz i na co dzień towarzyszy mi pamięć o Aramie. Staram się żyć normalnie i robić na rzecz osób z autyzmem to, co przez tyle lat robiliśmy wspólnie. Życie po żałobie też ma swoją wartość. Mam jeszcze wiele do zrobienia. Pandemia nie ułatwia mi działania, jak wszystkim, ale chyba tym bardziej trzeba dziś cenić każdy kolejny dzień, jaki jest nam dany. Zrozumiałam to po śmierci Arama, ale pandemia jeszcze dodatkowo wyostrzyła we mnie tę świadomość.

 

Mówiłaś, że Aram lubił rozmawiać, prowadzić dialog z osobami o innych poglądach. Zdaje się, że to był jeden z powodów, dla których znalazł się na pokładzie samolotu prezydenckiego do Smoleńska, wśród zaproszonych na uroczystości katyńskie 10 kwietnia 2010 roku.

- On bardzo chciał lecieć do Katynia, bo nigdy tam wcześniej nie był. To stanowiło dopełnienie pewnych wątków z jego młodości. Jako nastolatek malował w Gdańsku na murach hasło “Katyń pamiętamy!”. To było jeszcze w latach siedemdziesiątych. Katyń był dla niego ważny, chciał oddać hołd pomordowanym oficerom. Ale rzeczywiście, cieszył się też na myśl, że dzięki tej podróży będzie miał okazję porozmawiać z prezesem IPN, Januszem Kurtyką. Aram był posłem sprawozdawcą ustawy o IPN-ie i miał na ten temat zupełnie inny pogląd niż Kurtyka. Wierzył, że rozmowa pozwoli zbliżyć ich stanowiska. 

 

Ponowny pogrzeb Arkadiusza Arama Rybickiego (1953-2010) na cmentarzu Srebrzysko, 9 czerwca 2018 roku. Niespełna półtora miesiąca później prokuratura przystąpiła do kolejnej ekshumacji, na którą nie zgodziła się rodzina zmarłego. Małgorzata Rybicka: - Uważam, że te ekshumacje są elementami spektaklu medialno-politycznego i każdy kolejny miesiąc to potwierdza
Ponowny pogrzeb Arkadiusza Arama Rybickiego (1953-2010) na cmentarzu Srebrzysko, 9 czerwca 2018 roku. Niespełna półtora miesiąca później prokuratura przystąpiła do kolejnej ekshumacji, na którą nie zgodziła się rodzina zmarłego. Małgorzata Rybicka: - Uważam, że te ekshumacje są elementami spektaklu medialno-politycznego i każdy kolejny miesiąc to potwierdza
Grzegorz Mehring/www.gdansk.pl

 

Od tamtej tragedii pod Smoleńskiem minęło już jedenaście lat. Pamiętam Ciebie z sytuacji, która miała miejsce na cmentarzu Srebrzysko, gdy nie zgadzałaś się na ekshumację Arama, w związku ze śledztwem prowadzonym przez prokuraturę. Szukali śladów materiału wybuchowego, bo według niektórych to nie była katastrofa, ale zamach bombowy. Przyszłaś tam zaprotestować, z Tobą dziesiątki znajomych, przyjaciół, członków rodziny. I cała chmara policjantów, radiowozy. Wstrząsający widok. Władza państwowa narzuciła swoją wolę najbliższej rodzinie zmarłego, jakby to była jakaś nowa wersja “Antygony”.

- Tak, ten rząd zupełnie zlekceważył  wolę naszej rodziny.

 

W ciągu tych jedenastu lat od dnia katastrofy to był dla Ciebie najtrudniejszy moment?

- Cała ta walka, nie tylko  naszej rodziny, bo też innych rodzin, które nie zgadzały się na ekshumację ciał swoich bliskich, to było bardzo trudne, bo odbijaliśmy się od kolejnych instancji i okazało się, że w Polsce nie mamy w ogóle prawa odwoływania się od tej decyzji o ekshumacji. Stale byłyśmy w kontakcie z Ewą Solską, ciało jej męża również było ekshumowane. Miałyśmy stale takie poczucie uzurpacji i zadawanego nam gwałtu. Zwracałam się w liście otwartym i do prokuratora generalnego Zbigniewa Ziobry, i zwracałam się o wsparcie do przewodniczącego Komisji Episkopatu arcybiskupa Stanisława Gądeckiego, który powiedział, że są sentymenty rodzin, ale interes narodowy jest ważniejszy. Nie widział tego w kategorii praw człowieka, które są łamane, tylko sentymentów, których przecież w  zestawieniu z sprawą ogólnonarodową można nie uwzględniać.

 

Tak powiedział?!

- Można ten cytat znaleźć. On to powiedział do kamery przy jakiejś okazji na lotnisku Okęcie. Wystarczy wrzucić do wyszukiwarki “arcybiskup Gądecki, arcybiskup Hoser o ekshumacjach”.  Liczyłam na to, że Kościół  stanie w naszej obronie, ale się zawiodłam, zajął to samo stanowisko, co Prokuratura, żeby ekshumować wszystkie ciała, bez wyjątku. Arcybiskup Gądecki na chciał nawet się ze mną spotkać w tej sprawie. Bardzo mnie to rozczarowało, jako katoliczkę. Kiedy wszystkie instancje odwoławcze, prośby o pomoc i listy otwarte okazały się bezskuteczne, wystąpiliśmy z Ewą Solską, wdową po Leszku Solskim przeciwko państwu polskiemu do Strasburga i tamtejszy Trybunał Praw Człowieka uznał, że nasze prawa zostały złamane, jeśli chodzi o prawo do prywatności i życia rodzinnego. Dostałyśmy zadośćuczynienie, ale nam nie chodziło o zadośćuczynienie, tylko o to, żeby nie dopuścić do ekshumacji ciał naszych mężów i to się nie udało. Miałam przekonanie, że te ekshumacje są elementami spektaklu medialno-politycznego i każdy kolejny miesiąc tego dowodzi. Przecież mija już jedenaście lat i teza o zamachu nie została potwierdzona. Od początku było wiadomo, że tutaj żaden zamach nie był potrzebny, bo tuż przed katastrofą złamane zostały przez pilotów wszystkie procedury bezpieczeństwa. 

Uważasz, że tragedia smoleńska używana jest jako narzędzie polityczne?

- Tak, jest elementem zawłaszczania przez tę władzę polskiej pamięci i przestrzeni wolności. To jest traktowane całkowicie instrumentalnie, na tej tragedii budowany jest kult śp. Lecha Kaczyńskiego i na nowo pisana jest oficjalna wersja najnowszej historii. Ubolewam nad tym, bo pamiętam krótki moment prawdziwej żałoby, który był ponad podziałami, ale następnie przekształcił się w bardzo głęboki konflikt, polaryzację społeczną i w ogóle nie wiadomo, jak to przezwyciężyć. 

 

Jeszcze tego słuchasz, czy już zupełnie zamknęłaś się na informacje ze strony Antoniego Macierewicza, że jego komisja jest coraz bliżej prawdy, że były dwie bomby, albo były nawet trzy bomby…

- Bardzo chciałam wiedzieć, jak mogło do tego dojść. I niestety uważam, że raport Millera bardzo dokładnie to wyjaśnia. 

 

Podczas ekshumacji grobów ofiar katastrofy smoleńskiej na cmentarzu Srebrzysko, 14 lipca 2018 roku. Małgorzata Rybicka: - Cała ta walka, nie tylko naszej rodziny, bo też innych rodzin, które nie zgadzały się na ekshumację ciał swoich bliskich, to było bardzo trudne, bo odbijaliśmy się od kolejnych instancji i okazało się, że w Polsce nie mamy w ogóle prawa odwoływania się od tej decyzji o ekshumacji.
Podczas ekshumacji grobów ofiar katastrofy smoleńskiej na cmentarzu Srebrzysko, 14 lipca 2018 roku. Małgorzata Rybicka: - Cała ta walka, nie tylko  naszej rodziny, bo też innych rodzin, które nie zgadzały się na ekshumację ciał swoich bliskich, to było bardzo trudne, bo odbijaliśmy się od kolejnych instancji i okazało się, że w Polsce nie mamy w ogóle prawa odwoływania się od tej decyzji o ekshumacji.
Grzegorz Mehring/www.gdansk.pl

 

Przez te wszystkie lata nie znalazłaś nic, co by w istotny sposób podważało raport Millera?

- Tak, nie znalazłam nic. Natomiast uważam, że za mało wysiłku włożono, żeby dotrzeć z raportem Millera do świadomości Polaków. Zamiast tego wszyscy poznali w szczegółach sensacyjne opowieści Macierewicza, które nie mają żadnego pokrycia w rzeczywistości, ale przez całe lata silnie oddziaływały na emocje społeczne. PiS dzięki temu zdobyło władzę w kraju, dzięki kłamstwom. 

 

Może łatwiej jest myśleć o takiej tragedii w kategoriach zamachu, niż wypadku lotniczego, który wynikał z braku poczucia odpowiedzialności i łamania procedur. 

- Tak, myślę, że wielu ludziom łatwiej się kurczowo trzymać teorii o zamachu, niż uznać, że był to straszny wypadek lotniczy, wynikający z wielokrotnego złamania procedur. Bo to nadaje patriotyczny sens śmierci 96 osób, przedstawicieli polskich elit. A władzy daje możliwość  wprowadzenia Lecha Kaczyńskiego do panteonu największych bohaterów narodowych, bo niewystarczająca jest dobra pamięć o jego życiu i wysiłkach dla Polski.

 

Ma dla Ciebie jakieś znaczenie, że wrak samolotu wciąż jest w Rosji, że nie sprowadził go do kraju żaden rząd, ani dawny, ani obecny?

- To w ogóle nie zaprząta moich emocji.

 

Twoim zdaniem, co musiałoby się zdarzyć, żeby tragedia smoleńska przestała być narzędziem politycznym, żeby przestała budzić złe emocje między Polakami?

- Myślę, że musi minąć czas. Nie wiem ile. Ty sam myślisz, że mit smoleński jest wciąż aktualny, czy wygasa?

 

Zdaje się, że wygasa, ale ludzie PiS nauczyli się tego mitu używać jak pałki i cały czas próbują uderzać. Natomiast sam Jarosław Kaczyński chyba zdaje sobie sprawę, że opowieści Macierewicza stają się politycznym balastem z każdym kolejnym rokiem. Bo ile lat można się zbliżać do prawdy i jej nie znaleźć?

- Tak chyba rzeczywiście jest. My co prawda wciąż dostajemy jakąś korespondencję z prokuratury o kolejnych etapach śledztwa, o tym że jakieś szczątki znowu są badane, jacyś biegli są powoływani, i że coś tłumaczone jest przez biegłych na rosyjski, ale…

 

Czytasz w ogóle tę korespondencję?

- Przede wszystkim czyta ją nasz pełnomocnik. Ja na to nie mam nerwów - żeby jedenaście lat po katastrofie czytać, jakie tkanki zostały z jakiej części ciała pobrane. W zeszłym roku jeszcze dostawałam informacje o tym, że fragmenty tkanki łącznej, zęba… To po prostu jest nie do wytrzymania. Czemu to ma służyć? Chyba wyłącznie przedłużaniu tego śledztwa po to, żeby ta sprawa ciągle jeszcze żyła i żeby można ją było odświeżyć i politycznie użyć w razie potrzeby. 

 

To wszystko szkodzi Polsce?

- Oczywiście, że szkodzi. Daliśmy się poróżnić, nie patrzymy już wzajemnie na siebie po prostu jak ludzie, ale jak sympatycy lub przeciwnicy wyobraźni  Jarosława Kaczyńskiego. Bardzo żałuję, że nie ma możliwości wspólnego przeżywania kolejnych rocznic katastrofy smoleńskiej przez wszystkie rodziny, nawet jeśli różnie myślą o przyczynach tej tragedii. 

 

FILM DOKUMENTALNY O ARKADIUSZU ARAMIE RYBICKIM:

 

Nie ma takiej możliwości, aby wszystkie rodziny skrzyknęły się w jednym miejscu dla wspólnego uczczenia tej tragedii? 

- Rodziny są bardzo podzielone, bo różni je myślenie o przyczynach katastrofy. Jedni wciąż myślą, że to był zamach Rosjan, a inni - do których ja należę - że była to tragiczna i niepotrzebna katastrofa. 


A jak Twoim zdaniem powinno być?

- Powinniśmy się starać, i ja się staram, przede wszystkim pamiętać o dobrym życiu tych ludzi, którzy w katastrofie pod Smoleńskiem zginęli. O tym, co dobrego zostawili. To najbardziej się liczy. Bardzo bym nie chciała, by o Aramie pamiętać przede wszystkim przez pryzmat śmierci, jaką zginął. 

Pamięć po Aramie żyje w dziełach, dla których jest patronem i inspiracją:

Wspólnota Domowa dla Dorosłych Osób z Autyzmem im. Arama Rybickiego, Salon Młodopolski im. Arama Rybickiego, czy Pozytywna Szkoła Podstawowa im. Arama Rybickiego.

 

Myślisz, że w przewidywalnej przyszłości zdarzy się taka sytuacja, że wszystkie rodziny zgodnie staną 10 kwietnia, aby wspólnie uczcić ofiary? 

- Nie wiem, trzeba po prostu próbować. Ja w tym roku zamówiłam mszę świętą nie tylko za Arama Rybickiego i za Leszka Solskiego, ale za wszystkie ofiary smoleńskie i za pamięć o ich dobrym życiu, i za pojednanie nas  żyjących. To chyba krok w dobrym kierunku, tak bym chciała. Jeśli nie my - to kto? Jeśli nie teraz - to kiedy?