PORTAL MIASTA GDAŃSKA
PL | EN | DE

Attention Dangel na mecie! Gdańszczanie ukończyli rajd Budapeszt-Bamako

Attention Dangel na mecie! Gdańszczanie ukończyli rajd Budapeszt-Bamako
KONIEC RAJDU! Gdańszczanie z Attention Dangel Team na mecie The Budapest-Bamako Rally! 17 dni, 14 etapów, ponad 9000 kilometrów! Teraz przed nimi spokojny powrót do domu...

Trzej gdańszczanie - Piotr Bejrowski, Grzegorz König i Jędrzej Łukowicz - wyruszyli z Gdańska 12 stycznia 2016 r. z herbem miasta i logo portalu gdansk.pl na masce leciwego peugeota 505 dangel. Kolejne relacje z podróży można było śledzić u nas - portal gdansk.pl objął patronat nad wyprawą. Poniżej notatki z podróży dzien po dniu.

Gdańszczanie przed wyjazdem: Grzegorz König, Jędrzej Łukowicz i Piotr Bejrowski.


  

Czytaj także:

Pchają się do Afryki, by zawieźć kredki. Tam to luksus

14 stycznia 2016 roku

Grzegorz König i Jędrzej Łukowicz po kilkunastu godzinach podróży docierają z Gdańska do Budapesztu. Na swoim facebookowym profilu zamieszczają wpis:

Pierwsza granica za nami i jeszcze się nie pozabijaliśmy :) Jutro w Budapeszcie Niebieski będzie ozdobą konferencji prasowej inaugurujacej rajd. Pozdrawiamy ze Słowacji :)

Po przyjeździe do stolicy Węgier, gdańszczanie biorą udział w konferencji prasowej rajdu. Ich samochód marki Peugeot 505, jedyny w Polsce model uterenowiony przez fabrykę Dangel, wzbudza ogromne zainteresowanie wśród pozostałych startujących ekip.

Peugeot 505 już w Budapeszcie.


 

15 stycznia 2016 r.

11. charytatywny rajd Budapest-Bamako rozpoczęty! O 14.00 gdańszczanie przekraczają linię startu. Przed nimi przejazd przez Stary Kontynent. 

Wpis z Facebooka:

Przed chłopakami 3700 km przez Europę, Gibraltar i Maroko.  Meta pierwszego etapu - 18 stycznia w Midelt. Trzymajcie kciuki!

Rajd Budapeszt-Bamako rozpoczęty! Trzymamy kciuki za gdańszczan.

W rajdzie Budapest-Bamako, poza gdańską ekpią, biorą udział ekipy z całego świata. Na starcie - jak powiedzieli nam „nasi” zawodnicy - panowała przyjemna i rodzinna atmosfera.

Rozpoczęcie rajdu Budapest-Bamako

Rozpoczęcie rajdu Budapest-Bamako

Rozpoczęcie rajdu Budapest-Bamako


 
16 stycznia 2016 r.

Gdańszczanie przemierzają Stary Kontynent. Z Budapesztu do Midelt mają do pokonania 3629 km. Na oficjalnej stronie rajdu www.budapestbamako.org ten etap został nazwany SUPER MARATHON 4 DAYS.  

Wpis z Facebooka:

„Chłopaki na pełnej mocy dangela wjechali nad ranem do Francji”. Jeszcze tego samego dnia powinni dojechać do Hiszpanii.

Poniżej relacja filmowa ze startu Attention Dangel.


 



17-18 stycznia 2016 r.

Docierają do nas niepokojące informacje na tamat gdańskiej drużyny. Organizator rajdu na Facebooku napisał:

Team 07 Attention Dangel is stuck in Avignon waiting for spare part. They will most likely miss their points for the super marathon" (Zespół 07 Attention Dangel utknął w Awinionie. Kierowcy czekają na części zamienne. Prawdopodnie nie zdobędą punktów w supermaratonie). Awininon leży na południu Francji, u podnóża wapiennego wzgórza na lewym brzegu Rodanu.



19 stycznia 2016 r.

Potwierdziły się informacje, które otrzymaliśmy od organizatorów! Gdański zespół utknął na południu Francji.

Peugeot 505 w warsztacie

Ekipa Attention Dangel spędziła weekend we francuskim warsztacie samochodowym. Ich samochód marki Peugeot 505 Dangel miał awarię. Naprawa trwała dwa dni. Teraz auto jest jak nowe i gdańska ekipa może kontynuować wyścig. 

Przed nimi trudne wyzwanie: będą musieli gonić pozostałe załogi biorące udział w The Budapest-Bamako Rally. Są daleko w tyle, ale nie opuszcza ich dobry nastrój. Informacja od załogi:

„We are back in the game heading Barcelona and then south of Spain to get on a ferry and catch you Guys!” (Jesteśmy z powrotem w grze. Wyruszamy z Barcelony, następnie jedziemy na południe Hiszpanii, stamtąd będziemy musieli promem dostać się do Afryki, by Was złapać, chłopaki!)

Zmiany w załodze Attention Dangel! W Barcelonie do gdańszczan dołączył kolejny zawodnik - Maciej Sokołowski. 

Wpis z Facebooka:

Jutro o wschodzie słonca powinniśmy być w Tangerze, kilka godzin później w Marakeszu. Plan jest prosty: dojechać do obozu na Saharze (Erg Chigaga), a następnego dnia powrócić do rajdowej rywalizacji i dogonić Grzmiący Rydwan."

Aktualna pozycja Attention Dangel: ok. 150 km na zachod od Barcelony.

Drugi etap rajdu: Midelt-Merzouga

Pozostałe ekipy dotarły już do Midelt. Dziś rozpoczyna się pierwszy etap rajdu w Afryce. Zawodnicy muszą pokonać 268 km, by dotrzeć do kolejnego punktu na trasie rajdu - Merzouga. 


 

20 stycznia 2016 r.  

Dziś trzeci etap The Budapest-Bamako Rally! Zawodnicy, którzy nie mieli problemów z samochodami, o świcie wystartowali z Merzouga, niewielkiej miejscowości w południowo-wschodnim Maroku. Po przejechaniu 429 km dotarli do Erg Chigaga. 

Trzeci etap: Merzouga-Erg Chigaga


Gdańska załoga, po dwudniowym przymusowym postoju we Francji, wciąż próbuje dogonić pozostałe ekipy!

Wpis z Facebooka:

„Jeśli wjazd do Afryki był pod górkę, to teraz musi być juz z górki :) Wystaliśmy swoje godziny na granicy, aktualnie pędzimy w stronę Marrakeszu! Jeśli kiedyś odwiedzicie Maroko, pamietajcie o miejscowości Essouira nad Atlantykiem. Przypomina trochę nasz Gdańsk: najfajniejsze miasto w kraju, sympatyczni mieszkańcy i pozytywna energia w powietrzu!".

Miejscowość Essouira nad Atlantykiem

Problemy techniczne miała nie tylko gdańska drużyna. Z rajdu musieli zrezygnować węgierscy zawodnicy z zespołu Felvidek Team. Ich maszyna utknęła na pustyni.

Zepsuty samochód zespołu Felvidek Team

Z pustynnym terenem nie mają za to problemu... trabanty.

Trabant zespołu Zero Berurázási Csoport


 

21 stycznia 2016 r.  

Rajdowcy nie przewożą broni! Problemy z wjazdem do Maroka, kolejna noc w podróży. Gdańszczanie doganiają pozostałe ekipy.

Dziś czwarty etap The Budapest-Bamako Rally! Uczestnicy rajdu musieli pokonać 429 km, jadąc z Erg Chigaga do Assa!

Czwarty etap: Erg Chigaga-Assa

Gdańszczanie starają się dogonić pozostałych uczestników rajdu. Wczoraj wjechali do Maroka: „Wjechaliśmy kwadrans przed północą po 5 godzinach, najpierw stania w nieprzesuwającej się kolejce, potem walki o każdy centymetr” - piszą w swojej relacji rajdowcy z Attention Dangel. - Wreszcie udało się nam wjechać w region, w którym porządek prawny był przedziwną mieszanką mundurowych, naganiaczy, żebraków, mrówek, ponurych gości w śmiesznych kapturkach z nieczytelnymi identyfikatorami na szyi oraz niezidentyfikowanej masy innych. Wszyscy wprost na przejściu granicznym coś wypakowywali z niezliczonych busów, coś gdzieś nieśli, coś przerzucali przez płot”. 

Na przejściu granicznym gdańska ekipa starała się nie wzbudzać zainteresowania… ale się nie udało. Niebieskie auto, którym się poruszają, to przecież wyjątkowy i dobrze utrzymany zabytek na czterech kołach. „Samochód wzbudził takie zainteresowanie wśród pograniczników, że zadali jedynie pytanie pro forma - czy nie przewozimy broni”. 

Attention Dangel w powiększonym składzie. Od lewej: Maciej, Jędrzej, Grzegorz i Piotr


Zatłoczony Marrakesz przeraża i zachwyca. Rajdowcy w swojej relacji zwrócili uwagę na niecodzienego uczestnika ruchu: „Ruch uliczny przypomina upiorny sen kursanta kategorii B, gdzie jadący pod prąd na rondzie szalony konny zaprzęg nie robi na nikim, oprócz nas, żadnego wrażenia, gdzie motocykliści na swoich archaicznych konstrukcjach ryzykują życie w trybie ciągłym”.

Peugeot 505 Dangel w autoryzowanym afrykańskim serwisie


Rajdowcy wciąż borykają się z awariami auta. Ich 30-letni peugeot 505 dangel potrzebuje nowych części i „chwili spokoju”! Niestety, trakcie amatorskiego rajdu nie ma spokoju, a części, jeśli są - to używane i trzeba ich szukać na afrykańskich szrotach. „Potrzebowaliśmy rozrusznika, który znalazł się prawie natychmiast. Nonszalancko przytknięty do przypadkowego akumulatora – zakręcił od razu" - piszą w swojej relacji gdańszczanie. - W ramach poszukiwania problemu rozebraliśmy kolejno stacyjkę, kolumnę kierownicy, przekaźnik. Wszystko oczywiście w asyście gęstniejącej grupki miejscowych, z których każdy miał własną receptę na nasz rozrusznik, który na krótko palił, a normalnie wcale. Po trzech godzinach wymontowania i wmontowania wszystkiego, postanowiliśmy, że wobec braku koncepcji, co jeszcze moglibyśmy ewentualnie rozebrać, metoda „na krótko” jest energetycznie mniej wymagająca niż „na pych” - i trudno, jedziemy dalej, wyposażeni tylko w gruby kabel do robienia efektownego zwarcia. Poskładaliśmy samochód, pro forma przekręciliśmy kluczyk, który spowodował, że motor zamruczał natychmiast”.

Afrykański szrot


Po godzinach spędzonych na pustynnym szrocie Attention Dangel Team ruszył dalej: „Jedziemy przez Agadir do Assy. Kolejna noc w aucie i kolejna noc w ukropie, bo gdy tylko prędkość przekracza 80 km/h, temperatura silnika bezlitośnie zbliża się do 90 stopni, co z kolei oznacza konieczność włączenia maksymalnego ogrzewania kabinowego, by choć trochę zapewnić odprowadzenie ciepła z silnika… Jest szansa, że przed świtem dogonimy nasz rajd. Jeżeli oczywiście się nic nie wydarzy…”.


Do przydrożnych afrykańskich warsztatów trafiają także auta pozostałych ekip biorących udział w rajdzie. Na poniższym zdjęciu samochód węgierskiej załogi Szomjas aszfalt betyárok Team.

Zepsute auto węgierskiej ekipy

W rajdzie, poza usterkami technicznymi, kłopoty sprawić może przede wszystkim… piasek. Wtedy z pomocą przychodzą... dzieci.

Golf zakopany w piasku


 

22 stycznia 2016 r.

546 km przez pustynię między miejsowościami Assa a Laayoune - to trasa, którą muszą pokonać zawodnicy na szóstym etapie The Budapest-Bamako Rally.

Piąty etap: Ass-Laayoune

Gdańszczanie, po naprawach samochodu, wciąż są w tyle… ale powoli doganiają pozostałe ekipy. 

Attention Dangel na pustyni. Od lewej: Jędrzej, Maciej, Grzegorz i Piotr

Wpis z Facebooka:

„Ścigaliśmy się dzisiaj starą trasą rajdu Dakar! Był offroad, była pustynia, były zadania nawigacyjne, było wyschnięte jezioro, była zabawa :)
Właśnie wjechaliśmy na teren Sahary Zachodniej, meta za 200 km w Al Ujun. Niebieski był dzisiaj niezawodny! Brawo Dangel :) Pozdrowienia ze Smary!”

Attention Dangel w akcji


Szczegóły dzisiejszego etapu od Macieja Sokołowskiego, nowego członka załogi Attention Dangel Team:

Rajd dogoniliśmy kwadrans po szóstej rano. Właśnie wszyscy przygotowywali się do wyjazdu na kolejny etap. Dogonilibyśmy ich trzy godziny wcześniej, ale że miejsce rozbicia obozowiska było podane w postaci współrzędnych geograficznych, a koledze się pomyliły dwie cyferki przy wprowadzaniu do GPS, to zawzięcie szukaliśmy w środku nocy obozu 200 km od miejsca, gdzie istniał naprawdę. Miło, że nie wpisał drugiej półkuli.”

Członek Attention Dangel wpisuje błędne współrzędne na GPS


Gdańszczanie w trakcie rajdu musieli zaliczyć już pierwsze zadania.

Dojechaliśmy na odprawę przed kolejnym etapem, nie pozostało nam nic innego, jak wypić po łyku herbaty podsuniętej litościwie przez inną polską ekipę Grzmiącego Rydwanu i ruszyć do boju o pierwsze punkty, które można zdobyć za kolejne zadania - odnalezienie konkretnego miejsca i zrobienie tam zdjęcia lub spisanie literki namalowanej sprayem przez organizatora." 

Uczestnik rajdu Grzegorz König
 

Rajdowcy musieli też zmierzyć się z pustynnym piaskiem. 

„Nam wśród zadań trafiło się ponad sto kilometrów dawnej trasy rajdu Paryż - Dakar. Ślady ledwie widoczne wśród kamieni i piasku. Po horyzont w każdą stronę wielkie nic. Piasek, kamienie, jakieś wzniesienia. Przez cały dzień spotkaliśmy jednego wielbłąda i dwójkę ludzi. Na koniec, rajd po dnie wyschniętego jeziora z dobrą radą organizatora z tyłu głowy: Jeżeli tylko będzie gdzieś wilgotno, nie pchajcie się tam. Pod żadnym pozorem nie wjeżdżajcie w to!”

Attention Dangel na pustyni


Zawodnicy w ciągu 11 godzin musieli pokonać ponad 500 km. „Jechaliśmy zdecydowanie za wolno, jak na »dakarowe« warunki. Aby się mieścić, musimy pędzić dwa razy szybciej, co oznacza permanentny stan lotu pomiędzy garbem a kamieniem na czymś, co drogą nazwać można tylko umownie, i pralkę nastawioną na wirowanie w środku auta. Jutro wjeżdżamy do Sahary Zachodniej.”


Afryka widziana zza szyb Peugeota 505 Dangel


Dzisiejsza noc dla gdańszczan będzie wyjątkowa: „pierwsza noc na łóżkach. I pierwszy prysznic.”


 

23 stycznia 2016 r.

Malowniczy 6. etap The Budapest-Bamako Rally! Zawodnicy musieli pokonać ponad 500 kilometrów, jadąc wzdłuż wybrzeża Atlantyku. Jak poszło gdańskiej ekipie? Poniżej relacja z kolejnego dnia rajdu przesłana przez Attention Dangel Team.

Szósty etap: Laayoune-Dakhla


Załoga pozdrawia z granicy saharyjsko-mauretańskiej! W swojej relacji piszą:

Dziś nie przeczytacie o podpalonych stacjach benzynowych, o urwanych lawetach, zniszczeniu sprzętu fotograficznego i wodzika od skrzyni biegów oraz śmierci rozrusznika, przeciekającym baku i innych ciekawych historiach, które przydarzyły się nam w ostatnich dniach :) Wczoraj było znacznie spokojniej. Przez 5 godzin odkopywaliśmy się z plaży przy pomocy rdzennych mieszkańców Sahary Zachodniej do spółki z marokańską żandarmerią królewską. Udało się."

Afrykańska droga widziana zza szyby zabytkowego Żuka

„Rano przekroczyliśmy Zwrotnik Raka, a za kilka minut wjeżdżamy do Islamskiej Republiki Mauretanii. Jednak zanim to nastąpi, czeka na nas pole minowe..."

Attention Dangel Team na pustyni


 

24 stycznia 2016 r.

Co zrobić, by nie zasnąć, i jak wygląda kontrola paszportowa na pustyni? Gdańszczanie walczą ze snem i afrykańską biurokracją! Relacja z 7. etapu rajdu przesłana przez Macieja Sokołowskiego, członka załogi Attention Dangel Team. Zawodnicy mieli do pokonania 385 km dzielących Dakhlę i Baulandę.

Siódmy etap: Dakhla-Baulanda


Mam wrażenie, że spałem nie dłużej niż 5 minut - pisze w swojej relacji Maciej Sokołowski. - Faktycznie było to nieco ponad półtorej godziny. Nieprzytomny wywlokłem się ze śpiwora i dygocząc z zimna, zacząłem pakować śpiwór. Doniesienia o dużych różnicach temperatur pomiędzy dniem a nocą na pustyni nie są ani trochę niestety przesadzone.”

Niebieski zapakowany po brzegi


Najtrudniejsze zadanie to przekroczenie granicy.

„Punkt szósta odebraliśmy listę na dziś, z której najbardziej ambitnym zadaniem było przekroczenie granicy mauretańskiej. Nadzieja na zdobycie kompletu punktów zaświtała gdzieś nieśmiało.”

Peugeot 505 dangel, czyli „Niebieski”, jak nazywają go gdańszczanie, jak zwykle wymagał „dopieszczenia”: „Nocna przeróbka układu dolotowego powietrza dała pozytywne efekty – samochód udało się rozpędzić do ponad dziewięćdziesięciu kilometrów na godzinę, a wskazówka temperatury jak zaczarowana nie przekraczała 90 stopni.”

Kolejna naprawa Peugeota 505 Dangel


Po rozpoczęciu 6. etapu rajdu jeden zawodnik prowadził auto, reszta spała.

„Kolejnych zadań nie pamiętam, spałem na przednim fotelu i tylko wywlekany na wspólne zdjęcia otwierałem nieco oczy, by nie przewrócić się przy wysiadaniu. To zresztą tutejsze przystosowanie. Czasu na sen jest tak mało, że wykorzystuje się każdą chwilę, by zasnąć w dowolnej pozycji choćby na parę minut.

Peugeot 505 Dangel z logo www.gdansk.pl


Najtrudniejsze zadanie okazało się „bułką z masłem”. Gdańszczanie bez trudu przekroczyli granicę.

Przejście graniczne jest mniejsze niż myślałem. Zaledwie kilkanaście samochodów – parę ciężarówek i busów, większość to samochody rajdowe. Po stronie marokańskiej panuje względny porządek i już po odwiedzeniu czterech różnych miejsc, w których zbieramy kolejne pieczątki, otwiera się przed nami strefa niczyja - przygnębiający efekt konfliktu mauretańsko-marokańskiego o Saharę Zachodnią. Brak tu utwardzonej szosy, jedyna wyjeżdżona droga po wytartej skale wije się pomiędzy setkami zdezelowanych lub spalonych aut, stert śmieci, rozbitych kineskopów (!). Głębiej w lewo i prawo teren jest zaminowany. Ponoć, ale woleliśmy nie sprawdzać. Całość wygląda jakby tu kręcono sceny do ostatniej części Gwiezdnych Wojen - pustynnego miasteczka pełnego bezprawia.”

Kolejne zadanie, z którym mierzą się gdańszczanie

Paszport i fixerzy do pomocy! Trzeba się odpychać nogami i łokciami. Załoga Attention Dangel miała spore kłopoty po przekroczeniu granicy. Jak pisze Maciej Sokołowski, po stronie mauretańskiej był dużo większy chaos i do załogi od razu podeszli celnicy.

Rzuciło się do nas kilku mundurowych na raz, krzycząc »passports!« jeden przez drugiego. Samochód wręcz oblepiła chmara fixerów - osób, które chcą Ci pomóc w meandrach mauretańskiej biurokracji, załatwić ubezpieczenie, wymienić walutę, sprzedać kartę telefoniczną. Odganiamy się od nich, a już kolejny mundurowy każde nam skręcić i zaparkować. A my, jakby tu powiedzieć, wciąż ani wstecznego, ani rozrusznika. Udaje się przycupnąć na poboczu i zmieniając się przy cały czas odpalonym aucie, udać się do posterunku tutejszej straży granicznej. Betonowy budyneczek jest brudny z zewnątrz i w środku. Zwłaszcza w środku, gdzie podłoga wyłożona płytkami otacza fragment klepiska. Pod ścianami walają się pety, puste puszki, jakieś śmieci. Urzędnicy w mundurach wyraźnie znoszonych, obuci w przetarte do granic możliwości sandały, dumnie prezentują równie używane kabury wypchane bronią. Zatknięty za pasek na naboje jeden jedyny pocisk zdaje się informować, że sąsiedzi byli użyci dosłownie przed chwilą. Na zdezelowanych meblach stoją zakurzone do granic możliwości, ale względnie nowe komputery. Śmiertelnie poważny urzędnik każe przytknąć dłonie do skanera odcisków palców (!) i spojrzeć w kamerę, którą robi zdjęcie. Oni mają System! Tak dumnie chwilę wcześniej mauretański pogranicznik skomentował próbę wręczenia kartki ze wszystkimi naszymi danymi - tzw. fiszy. W Maroku i Saharze Zachodniej kontrole policyjne są tak częste, a nasze europejskie paszporty tak trudne w przepisywaniu do policyjnego notatnika, że wykształcił się system wręczania kartek z danymi wszystkich pasażerów pojazdu. Wybitnie skraca to czas kontroli, czasami do paru sekund. No więc mauretański pogranicznik fiszy nie przyjął, bo oni mają System! Nie przeszkadzało to jednak jego kolegom na kolejnych mauretańskich kontrolach drogowych prosić o… fisze właśnie. Jedyną nowością była dołączona prośba o petitcadeu, mały prezencik, łapóweczka taka, żeby się nie czepiać niepotrzebnie naszych miłych gości. Garść długopisów załatwia sprawę. Nie dopytujemy również o System, w końcu nie oni jedni mają problem z Cepikiem.”

Uczestnik rajdu Grzegorz König


Po afrykańskiej biurokracji gdańszczanie dotarli do mety 6. etapu rajdu. Udało im się zmieścić w czasie.

Na rozdrożu zamiast skręcić w lewo w kierunku mety, gdzie bylibyśmy cztery godziny przed czasem, skręcamy w prawo, celem odnalezienia słynnego cmentarzyska statków, w końcu mamy jeszcze dużo czasu. Szukamy zawzięcie, przeczesując plaże po jednej i drugiej stronie Przylądka Białego nieopodal Noadhibou, w końcu, zamiast wielkiego cmentarzyska odnajdujemy w zasadzie skromny grobowiec - parę wystających z wody kawałków drewna, które niegdyś były łodzią rybacką. W drodze powrotnej odwiedzamy jeszcze panią Lucynę, Polkę mieszkającą tutaj od 32 lat. Zostawiamy część darów dla miejscowego domu dziecka i pędzimy na obóz pilnowany przez kilka samochodów gwardii mauretańskiej. Jest dopiero 21.00, czas więc na integrację z innymi teamami.”

Przybory szkolne przekazane afrykańskim dzieciom przez załogę Attention Dangel


 
25 stycznia 2016 r.


8. etap rajdu The Budapest-Bamako Rally! Zawodnicy kolejny dzień mierzą się z wysokimi temperaturami i afrykańskim piaskiem. Start: w Bou Lanoar, meta: 250 km dalej w B2 Beach.

Ósmy etap: Bou Lanoar - B2 Beach

Wpis z Facebooka:

„Pozdrawiamy z Nawakszut, stolicy Mauretanii! W niedzielę odwiedziliśmy Nawazibu, główny port kraju. Obserwowaliśmy najdłuższy pociąg na świecie, zobaczyliśmy cmentarzysko statków na Przylądku Białym, a przede wszystkim odwiedziliśmy Panią Lucynę. Przekazaliśmy jej część darów, które trafią do miejscowego domu dziecka. Dzisiejszy dzień upłynął natomiast na walce z piaskami pustyni, plażą i przypływem oceanu :)"

Niebieski zakopany w piasku

W kategorii wyścigowej zajmujemy 6. pozycję. Duży szacunek wśród innych ekip budzi nasz system antywłamaniowy: auto odpalamy na krótko, jedziemy bez wstecznego, a bagażnik otwiera się raz na dziesięć prób :)"

Trasa 8. etapu rajdu Budapest-Bamako
 

Relacja z 8. etapu przesłana przez Macieja Sokołowskiego: 

„Dzisiejszy dzień był pod znakiem kryzysu, zwątpienia i porażki zakończonej moralnym zwycięstwem. Taki polski dzień znaczy - pisze Maciek. - Zaczęło się w nocy od burzy piaskowej albo w każdym razie od czegoś, z czym mi się to kojarzy – wiało mocniej niż w Kieleckiem i sypało piaskiem. A przez cały dzień słońce było zamglone, jakby za warstwami tumanów kurzu.”

Wielbłądy na pustyni


„Niebieski” nie lubi piasku, ale wciąż musi się z nim mierzyć. „Ósmy etap wg zapowiedzi miał mieć tylko 250 km, połowę tego co wcześniejsze, to co będziemy się spieszyć?". Załoga Attention Dangel jak pomyślała, tak zrobiła: „Odebraliśmy w końcu kartę i ruszyliśmy w bój. Wiedzieliśmy, że to będzie piaszczysty etap, a nasze auto piasku nie lubi, ale z godnością przystąpiliśmy do realizacji wytycznych, wbiliśmy w GPS współrzędne punktów kontrolnych i ruszyliśmy przez pustynię. Jeżeli pisałem, że w Mauretanii wszędzie dookoła była równina, to tutaj jest równina absolutna. Płasko jak stół, drobniutki twardy żwir i naprawdę sporadycznie jakieś kępki sukulentów. Pierwsze łachy piachu były po 200 metrach, ale jakoś z rozpędu przejechaliśmy je z nadzieją, że to tylko taki początek. Potem 18 km względnego spokoju, po drodze bezpańskie dzikie wielbłądy i wyrastające sporadycznie po lewej i prawej diuny piaskowe, które udawało się skrzętnie omijać.”

Wielbłądy na pustyni


„Nagle piasek zrobił się grząski i jedynym wyjściem było dodanie gazu. Rumakowanie skończyło się po 300 metrach. Dangel osiadł na niewielkim garbiku - pisze w swojej relacji Maciej. -  Wyjęliśmy i podłożyliśmy deski i… i nic. Kręcił kołami na deskach. Okazało się, że wykrzyż mamy taki, że jedne koła są blokowane przez nadkola, a drugie nie mają żadnej przyczepności. Chyba też wyjechaliśmy na tę trasę jako ostatni, bo na horyzoncie żadnego samochodu.”

Niebieski zakopany w piasku


W zasadzie po horyzont nie tylko samochodu, ale również niczego innego nie było. Żar lał się z nieba, najbliższe miasteczko - pewnie ze 100 km, najbliższy asfalt - minimum 20. Mamy telefon satelitarny, ale przecież nie zadzwonimy nim po pomoc drogową, bo takowej tu nie ma. Wyłączyliśmy auto, chłopaki nerwowo zaciągnęli się papierosem. Tak się wszystkim niewesoło zrobiło i chyba wszyscy poczuliśmy, że zabawa zabawą, a Afryka Afryką. I wszystko ma swoje granice, z tym że tej pierwszej są jakby bliżej.”

Niebieski zakopany w piasku


Co zrobić z zakopanym autem? Gdańszczanie szukają pomysłu... ale na pustyni pomysły trzeba przesiewać przez sitko: „Jedyne rozwiązanie, które przychodziło nam do głowy, to odciążenie samochodu - zdjęliśmy kanistry z paliwem, parę kartonów z darami, skrzynkę narzędziową - w sumie przeszło 100 kg. To, że w czasie rozpakowywania auta skończył się zamek tylnej klapy i ona sama zamyka się lub otwiera od tego momentu we własnym niepojętym rytmie, to szczegół, który jednak nie poprawiał humoru. Podkopaliśmy koła, żeby choć trochę zlikwidować wykrzyż, naparliśmy w ataku ostatniej szansy… poszedł! Jędrzej pojechał bez nas do najbliższego twardego terenu, zawrócił (nie mamy wstecznego), przejechał. Nam pozostało zanieść owe 100 kg do miejsca, w którym się zatrzymał, uznając, że jest bezpieczne. Znowu pakowanie, ruszyliśmy. Nasze ślady były już częściowo zawiane, zresztą stwierdziliśmy, że koleiny są bardziej grząskie niż dziewiczy teren. Efekt był taki, że po chwili kompletnie się zgubiliśmy. Przed nosem wyrastają nam diuny, które są gwarantem sypkiego piasku, a jego boimy się panicznie. Skręcamy to w lewo, to w prawo, próbując manewrować pomiędzy tymi ruchomymi wydmami, całe szczęście, że mamy GPS, który wskazuje naszą pozycję względem odległej szosy.”

Uczestnik rajdu Jędrzej Łukowicz

„Niebieski” - jak się okazuje - jest idealnym autem na gdańskie drogi, dużo gorzej idzie mu pokonywanie pustynnych tras. Jak pisze Maciej, po powrocie na drogę załoga Attention Dangel jest załamana. Nasze auto kompletnie nie nadaje się do tutejszego off-roadu. Jesteśmy przeładowani, nie mamy szerokich baloniastych opon. Zostawiamy pustynię i z nosami spuszczonymi na kwintę trzymamy się asfaltu i pędzimy do kolejnego noclegu. Doczytaliśmy w roadbooku, że punkt noclegowy znajduje się na brzegu oceanu, a dojechać do niego można jedynie 18-kilometrową ścieżką, najpierw dość piaszczystą, a następnie wręcz plażą. Co prawda w owym roadbooku jest napisane również, że da się dojechać samochodem z napędem na dwa koła, ale nie ma w nas krzty wiary w te zapewnienia. Adrenaliny dodawał fakt, że ową plażą należy przejechać w ściśle określonych godzinach odpływu; jeżeli nie zdążymy, woda zaleje dogodną drogę i nas na niej. Wymowne zdjęcia aut, które nie zdążyły przed przypływem, które na początku ugrzęzły w jęzorze wody jednym kołem, następnie czterema, a potem już ocean wlewał się oknami, wypełniały roadbook. Oczyma duszy widziałem już tam nasze zdjęcie, jak w popłochu ewakuujemy co cenniejsze rzeczy na suchy ląd."

Uczestnik rajdu Jędrzej Łukowicz


„Zakopujemy się w piasku na pierwszych metrach owej ścieżki, co odbiera nam resztki nadziei na nocleg i dalszą zabawę. Wyciąga nas Krystyna, która jedzie autem nr 27. W jej aucie z kolei nieustannie pali się kontrolka przegrzania oleju w skrzyni biegów, ale pomaga nam wyciągarką. Jędrzej w jakimś niepojętym ostatnim geście rezygnacji spuszcza powietrze w kołach o 2,5 atmosfery. W powszechnym rozumieniu mamy kapcie zamiast opon."

Attention Dangel pomagają inni uczestnicy rajdu

„I w tym momencie zdarzył się cud. Nasze autko, Peugeocik Kochany, Dangel Wspaniały zaczyna sobie radzić na piasku jak mały czołg. Dzielnie brnie w koleinach, wraz z rykiem silnika wyjącym na reduktorze wspina się na wydmy i daje sobie wrzucić nawet czasami trzeci bieg. Żeby jednak nie było tak łatwo - grzeje się przy tym niemiłosiernie, raz po raz informując, że temperatura sporo przekracza 100 stopni."

Trasa 8. etapu rajdu Budapest-Bamako

"Na plażę wjeżdżamy 25 minut przed najwyższym stanem wody. Zostało nam osiem kilometrów. Zapada zmrok, widać, jak wcześniejsze ślady aut nikną zalewane przez spienione fale oceanu. Staramy się zmieścić w coraz węższym pasie pomiędzy grząskimi wydmami a grząskimi mokrym piaskiem. Temperatura za chwilę rozsadzi nam chłodnicę, zapada więc decyzja, że dalej jedziemy z podniesioną maską.”

Niebieski z podniesioną maską

„Razem z Grzegorzem wychyleni przez okna przekrzykujemy się nawzajem – »Prawo!«, »lewo!«, »bardziej w prawo!«, »bardziej w lewo!«. Jędrzej próbując coś zobaczyć w wąziutkim prześwicie pomiędzy krawędzią deski rozdzielczej i podniesionej maski, stara się pogodzić nasze instrukcje, raz po raz jednym kołem rozbryzguje nacierającą wodę, a drugim zahacza wydmy. Do obozowiska wpadamy 10 minut przed czasem. Jest już ciemno, ale inni przychodzą nam pogratulować. Wiele załóg zrezygnowało z prób dojechania, nie ma z nami ani żuka, ani poloneza, wiele ma problemy techniczne. W ciągu dnia spotkaliśmy Niemców z połamanymi rolkami napinacza paska, Belgom przetarł się wąż od chłodnicy. Przed nami już tylko noc pośród wydm nad samym oceanem." 


 
26 stycznia 2016 r.

Trudny 9. etap The Budapest-Bamako Rally! Zawodnicy muszą pokonać 450 km. Startują o świcie z plaży B2 Beach (zobacz poniżej) i muszą dotrzeć do miejscowości Atar, która znajduje się w zachodniej Mauretanii, w oazie, na skraju Sahary. Miasto ma połączenie asfaltową szosą z Nawakszutem. Jest tu międzynarodowy port lotniczy obsługujący loty m.in. do Paryża.

Dziewiąty etap rajdu: B2 Beach-Atar


Poniżej relacja z 9. etapu rajdu przesłana przez polską ekipę „Grzmiący Rydwan”. Dzięki niej możemy dowiedzieć się, jak wygląda afrykańskie miasteczko.

Wczoraj dojechaliśmy do stolicy Mauretanii - Nawakszut. Wyobraźcie sobie slums z czteropasmowymi ulicami, zasypanymi kurzem i piachem, czasem jakiś krater, do tego nierzadko ładne (jak na lokalne warunki) budynki, dorzućcie stado mercedesów 190, kaczek i renault 21 oraz wózków z osiołkami, do tego snujący się smród palonych opon i śmieci, sporo pyłu, pomnóżcie to przez pięć i jakbyście tam byli.”

Nawakszut


„Ruch uliczny w Tiranie (bo to mój punkt odniesienia w Europie) jest wybitnie uporządkowany w porównaniu z tutejszym - piszą w swojej relacji członkowie »Grzmiącego Rydwanu«. - Noclegi w cenie od 50 euro za osobę, standard słaby, wifi ledwo kapało. Dlatego drugą noc w tej metropolii spędziliśmy w misji katolickiej, śpiąc w hamakach. Rano z ulgą uciekliśmy z raju ;)”

Targowisko w Nawakszut

„Kolejka do bankomatu w Mauretanii. Mamy problem ze zdobyciem lokalnej waluty i tracimy czas. To naprawdę dziki kraj, mimo że bankomat jest w miasteczku. Jak ktoś powie przy mnie, że Polska jest 100 lat za Murzynami, to osobiście strzelę w ucho...”

Bankomat w Nawakszut

Krótką relację z pobytu w Nawakszut przesłali nam również gdańszczanie. Panowie będąc w mieście, skupili się głównie na odpoczynku i podładowaniu akumulatorów: „Bardzo przydał nam się ten jeden luźniejszy dzień. W stolicy Mauretanii czuliśmy się bardzo bezpiecznie. Naszą uwagę przykuł natomiast tragiczny stan jeżdżących tu aut...”

Uczestnicy rajdu. Od lewej: Piotr Bejrowski i Grzegorz König


 

27 stycznia 2016 r. 

13. dzień rajdu! Przed zawodnikami biorącymi udział w The Budapest-Bamako Rally do przejechania 458 km. Startują z miejscowości Atar i muszą dotrzeć do Tidjikja. Jest to niewielkie miasteczko w środkowej Mauretanii, w której mieszka ok. 6 tys. mieszkańców. Słynie z zabytkowej architektury i obfitości drzew palmowych. 

Dziesiąty etap: Atar-Tidjikja


Poniżej szczegółowa relacja Macieja Sokołowskiego, członka załogi Attention Dangel: "Ostatnie dwa dni oderwaliśmy się od głównej trasy rajdu ze względu na jakość niekompatybilność naszego auta z miejscowym piaskiem. A organizator, zapytany przez nas czy kolejne odcinki będą też tak „sandy” czy „much more sandy”, tylko się uśmiechnął - „ very fucking sandy!”. Z plaży wyjeżdżamy więc wczesnym rankiem, znowu w okienku odpływowym, tym razem bezpieczniej - w konwoju z innymi a następnie odbijamy do Nawakszut – stolicy Mauretanii."

Zniszczone auta na afrykańskich drogach


Jak wygląda afrykańskie miasteczko? Europejczykom trudno się przyzwyczaić do tego widoku. Jak pisze Sokołowski, w mieście są "nieliczne bankowe szklane domy, skąpane w 40 stopniach ciepła, sąsiadują z hektarami slumsów, biedadomów i pomysłów budowlanych o nader wątłych podstawach wiedzy z zakresu konstrukcji i architektury. Powszechna przestrzeń komercyjna to ciągi komórek, z solidnymi stalowymi drzwiami od strony ulicy jako jedynym otworem, o wewnętrznych wymiarach 3 x 4 metry. Jedna przy drugiej stanowią przeważające miejsce handlu i i usług. Jego przedłużeniem jest handlowanie wprost z chodnika, o ile ubitą kawał ziemi co jakiś czas przetykany betonową wylewką można nazwać chodnikiem, z towarem rozłożonym na kawałku szmaty albo i nawet bez niej. Wśród tego wszystkiego kręcą się jeszcze handlarze bagietek z deską na której trzymają pieczywo umieszczoną na głowie. 

Na sąsiadującej z tym wszystkim ulicy toczy się pozornie zawzięta walka o życie dinozaurów motoryzacj - pisze w swojej relacji Maciej Sokołowski. - Każdy trąbi, przepycha się, próbuje wcisnąć na trzeciego i czwartego, ale stłuczek nie ma, choć auta wyglądają, jakby składały się wyłącznie z wgłębień, przytarć i uszkodzeń. Wiele ma stopień zużycia jest tak widoczny, że aż dziw bierze, że silnik po pierwsze daje się uruchomić, a po drugie nie wypada z przerdzewiałej ramy. Blaszaki pełniące role transportu powszechnego nie mają często tylnych drzwi (ale tylko jednych), rolę okna spełnia nierówno wycięty nożycami w blasze otwór. Miliony kilometrów na wielokrotnie przekręconych licznikach sąsiadują z rozpadającymi dwukółkami ciągniętymi przez rachityczne osiołkami wyglądającymi jakby miały paść w zeszłym miesiącu, ale są ciągle w robocie, więc nie miały czasu."

Zniszczone auta na afrykańskich drogach


"Wszystko – samochody, towary, sprzedawców i kupców pokrywa warstwa pyłu przywianego z pustyni. Nikt tego nie sprząta, albo na tyle rzadko, że czasem, żeby przeczytać cenę, trzeba przetrzeć palcem tabliczkę. Brud i syf jest tu powszechny, śmieci zalegają wszędzie i nikomu nie przeszkadzają. Sprasowane wielokrotnym deptaniem i przejeżdżaniem plastikowe puszki i butelki po napojach stanowią nieodłączny element dekoracyjny każdego skweru, placu, pobocza, ulicy. Mieszkańcy jednak znają pojęcie czystości. Zaraz po wyjściu z głównego meczetu zawzięcie obmywają swe stopy, nogi, ręce wodą z butelki specjalnie do tego celu przyniesioną. Co bardziej czystolubni stojąc przodem do ściany na przeciwko meczetu myją swoje afrykańskie fallusy, również obficie polewając je wodą z butelki."

Co dalej z pustą butelką? Afrykańczycy mają na to sposób. Jak pisze Sokołowski "pustą już butelkę wywalić przed owym meczetem po prostu na ziemię i podeptać na odchodnym.Osobnym doświadczeniem w dziedzinie międzynarodowych doświadczeń z HACAP i Dobrej Praktyki Higienicznej jest wizyta na targu rybnym zlokalizowanym tuż przy plaży gdzie przybiją łodzie rybackie. Odór czuć z daleka. Na miejscu, gdzie kilkaset ludzi próbuje sprzedać ryby i wyroby rybopodobne, smród jest już nie do wytrzymania nawet dla mnie, który zmieniał pieluszki zagryzając jabłko. Ci, którzy filetują ryby, robią to na miejscu nie przejmując się resztkami – gniją na betonowych płytach podłogi, rozciągnięte są po plaży, pływają w wodzie. "


Ile kosztuje wielbłąd? Attention Dangel targują się na bazarze

"Taksówkarz wiezie nas z targu w kierunku centrum. Coś przychodzi nam do głowy, by zapytać gdzie tu można kupić piwo, kierowca mówi coś o dwóch lokalach, następnie ostrzega przed deportacją, gdyby władze znalazła przy nas alkohol. W tym też momencie zaczyna wykonywać dziwne ruchy. Zjeżdża z głównej drogi, pcha się w jakąś szutrową. Zaniepokojeni dopytujemy co się dzieje, on „uspokaja” informacją, że musi ominąć posterunki Policji. Nie bardzo wiemy o co chodzi, zwłaszcza, że nawet z naszą niewielką znajomością miasta widzimy, że od centrum się oddala a nie przybliża. W końcu docieramy pod… ambasadę Francji. Objeżdżając ufortyfikowany kwartał ulic dowiadujemy się, że w środku na pewno jest alkohol na sprzedaż. Jasne, przecież normalnym jest, że ambasady prowadzą wyszynk dla strudzonych wędrowców, potrzebujących odkazić układ pokarmowy. Gdy w końcu udaje się wysiąść taksiarz jest zdziwiony, że nie chcemy z nim objechać innych miejsc, gdzie z pewnością można zakupić alkohol. Pomni ostrzeżeń o deportacji dobrze przygotowujemy się do kolacji. Do pobliskiej restauracji przychodzimy z własną buteleczką wody mineralnej, zamawiamy świeżo wyciskane soki pomarańczowe, upijamy jedną czwartą i uzupełniamy zdrową wodą mineralną. Humory się poprawiają a my czujemy się dumni jak alkospiskowcy na studniówce."

Wielbłądy na afrykańskim targowisku


Gdańszczanie chcieli także kupić wielbłąda, ale przypomnieli sobie, że biorą udział w rjadzie i zwierzak nie zmieściłby się w „Niebieskim”.
Jak piszą w swojej relacji: „10 000 mauretanskich ouguiyi trzeba zapłacić za dorodnego wielblada na targu pod Nawakswut, czyli ok. 115 PLN :)” 

Afrykańskie łodzie


Mamy też relację „Grzmiącego Rydwanu”, polskiej ekipy biorącej udział w rajdzie. Tym razem uczestnicy rajdu przesyłają szczegółowe informacje na temat Mauretani:

„Nie jest to ładny kraj. 3/4 zajmuje Sahara, piaszczysta i kamienista, porośnięta z rzadka jakimś zielskiem. Wszędzie jest niewyobrażalny syf, śmieci wokół wiosek i miasteczek po prostu leżą hałdami. Miliony pustych butelek PET, padłe zwierzęta, których nikt nie sprząta, i inne lokalne atrakcje. Domy w wioskach wyglądają jak altany śmietnikowe i składają się zazwyczaj z pary drzwi, zrobionych z blachy z kontenerów oceanicznych. Smród dodaje kolorytu. Ogólnie nie polecamy jako miejsce na romantyczny weekend ;-) Masakra totalna, ale urok swój to mimo wszystko ma. No i jest drogo - biały człowiek jest ofiarą do kwadratu. Panowie na stacji benzynowej, na której zalaliśmy mieszankę paliwa rakietowego z rozpuszczalnikiem, byli milutcy do kwadratu - teraz wiemy dlaczego i będziemy tankować na stacjach, gdzie obsługa nie jest przesadnie uprzejma.Za przełożenie opony na feldze zażądano 20 000 lokalnych tiurlików - piszą uczestnicy z »Grzmiącego Rydwanu«. - Jedno euro to 380 tych jednostek. Policzcie sobie sami, jak próbowano zedrzeć. Skończyło się na 5000, co i tak jest ceną przesadzoną kilka razy, ale machnęliśmy ręką...”

Attention Dangel dobili targu? Wielbłąd wraca z nimi do Gdańska?


 

28 stycznia 2016 r.

Rajdowcy rozpoczęli kolejny etap The Budapest-Bamako Rally! Wystartowali z Tidjikja i po przejechaniu 272 km mieli dotrzeć do miejscowości Kiffa. Miasteczko, liczące ok. 77 tys. mieszkańców, słynie z wyrobów rzemieślniczych i stanowi centrum handlowo-usługowe regionu opartego na pasterstwie koczowniczym. Jest tu także węzeł drogowy i lotnisko.

Jedenasty etap: Tidjikja-Kiffa
 

Załoga Attention Dangel nie odpuszcza! Gdańszczanie, mimo początkowych kłopotów, jadą z pozostałymi ekipami. W przesłanej do nas informacji czytamy: „Zwrotnik, najdłuższy pociąg świata i inne. Razem z »Grzmiącym Rydwanem« zwiedzamy i pomagamy.”

Hasło akcji Kredki dla Afryki


Dłuższą relację z 14. dnia rajdu przesłała ekipa »Grzmiącego Rydwanu«. Załoga, która jedzie zabytkowym żukiem.

Słaba jakość dróg, niby są równe, ale często postrzępione na krawędziach i mocno zniszczone - pisze w swojej relacji załoga. - Kratery w jezdni nie są niczym dziwnym. Wszędzie jest pełno śmieci, w wioskach jeszcze jako tako, ale w miasteczkach jest niewyobrażalny syf. Mauretania nie jest krajem turystycznym, to jest safari przez wysypisko śmieci.”

Wysypisko przy drodze

„Jeśli chcecie sami w domu odtworzyć klimat mauretański, to poniżej przepis - proponują rajdowcy z »Grzmiącego Rydwanu«. - Wziąć czarny worek na śmieci, wkroić do niego kilo cebuli, czosnek, dorzucić płat świeżego mięsa i kozie bobki. Dla pełniejszych doznań można dorzucić ośli placek. Całość szczelnie zamknąć i wystawić na balkon na słońce, na tydzień, aby się dobrze ukisiło. Po tym czasie przynieść do domu, rozkręcić ogrzewanie na maxa, przygotować pełny worek z odkurzacza i butelkę PET. Butelkę podpalamy, do worka z odkurzacza wkładamy petardę typu achtung i odpalamy. W momencie detonacji wkładamy głowę do worka na śmieci z zawartością i chłoniemy bukiet. Włala - jesteśmy w stolicy Mauretanii…”

Na zdjęciu załoga Grzmiącego Rydwanu i ich zabytkowy żuk

Brud, smród i trzeba stąd uciekać.

Z ulgą uciekamy na pustynię i początki sawanny, po dziurki w nosie mamy żebrzących dzieci - mesje, mesje, kado, kado. Fioła można od tego dostać. Wszystko jest tu biedne, a biały człowiek ofiarą. Za nędzny camping z marnym socjalem zażądano 10 euro od osoby, nie chciano przyjąć lokalnej waluty i zero negocjacji, bo dobrze wiedzą, że ze względu na bezpieczeństwo nie mamy wielkiego wyboru!"

Niebieski na afrykańskiej drodze

„Kado to prezent, domaga się go prawie każdy, a raczej domagał, opracowaliśmy bowiem rewelacyjną metodę która zapobiega wszelkim próbom wyłudzania czegokolwiek - mówimy wyłącznie po polsku. I to oni mają problem, żeby nas zrozumieć, a nie my ich. Po polsku wyjaśniliśmy panu, że ma nam zdjąć oponę i znaleźć dziurę. I zrobił to bardzo inteligentnie - okazało się, że puszcza bowiem felga, a nie opona. Po polsku załatwiamy wszystkie kontrole drogowe, czasem mówimy po góralsku, czasem po śląsku - zależy od nastroju. Do tego spokojna intonacja i uśmiech i jedziemy dalej!”

Uczestnicy rajdu. Od lewej: Jędrzej Łukowicz i Grzegorz König

Liczymy - pisze na koniec swojej relacji załoga »Grzmiącego Rydwanu« - że Mali okaże się nieco bardziej normalne od Mauretanii..."


  

29 stycznia 2016 r.

12. etap The Budapest-Bamako Rally! Zawodnicy 14. dzień zmagają się z wysokimi temperaturami, piaskiem i miejscowymi, którzy - jak wynika z przesyłanych relacji - raczej przeszkadzają niż pomagają. Dziś zawodnicy wyruszają z miejscowości Kiffa. Po przejechaniu 590 km mają dotrzeć do Kayes. Jest to trzecie co do wielkości miasto Mali z ok. 138 tys. mieszkańców. Znajduje się tu port. 

Ekipa Attention Dangel Team

Relację z 12. etapu rajdu otrzymaliśmy od Macieja Sokołowskiego, członka załogi Attention Dangel. „Etap Kiffa – wodospady Gouina zapowiadał się jako jeden z nudniejszych. W programie w zasadzie jedna jedyna atrakcja – przejście graniczne Mauretańsko – Malijskie.Wszyscy nas przed tą Mali ostrzegają. Jeszcze w domu, to wiadomo – jeden news o zamieszkach robi wizerunek kraju na lata. Ale również w Maroko i Mauretanii, każdy jak słyszy o Mali to kręci głową i mówi, że tutaj to jest w porządku, ale Tam.... tu milknie i nie chce kontynuować - pisze w swojej relacji Maciej. - W zasadzie nie wiadomo czego Tam się należy spodziewać. Jakoś bardzo się nie boimy, bo gdyby było bardzo źle to chyba organizator by coś powiedział, ale jakiś taki dreszczyk niepewności się czai. Zwłaszcza, że Mali to ponoć kraj w 99% muzułmański, a już w Mauretanii wygląda to źle, więc jak będzie w Mali?"

Tablica informacyjna na afrykańskiej drodze


To nie będzie łatwy przejazd, zawodnicy muszą pokonać 590 km i przejście graniczne. „W tutejszych warunkach oznacza to minimum 15 godzin za kółkiem. Robimy ogromny objazd by trafić do przejścia granicznego Gougui, mimo, że najbliższe pozwoliłoby oszczędzić przeszło połowę długości odcinka. Ale lokalni helperzy twierdzą, że to odległe przejście w przeciwieństwie do lokalnego jest przygotowane na nasze przybycie. Czyli jednym słowem ktoś ma wujka, który ma brata, które przyjaciel zna się dobrze z komendantem. Tak to ponoć tutaj wygląda.”

Kanapki dla Attention Dangel?

„Chcąc nie chcąc jedziemy skrajem Sahary i Sahelu przez mauretańskie bezmiar nicości - opisuje kolejny dzień relacji Sokołowski. - Zwały śmieci po obu stronach dróg, do tej pory stały element dekoracji, o dziwo zaczynają zanikać. Mniej też na poboczach wysuszonych trucheł padłych czy też przejechanych zwierząt. Nic dziwnego, że kto może ten drzemie. Ocknąwszy się nagle na jakimś wyboju, wyjrzałem przez okno, a tam widoki żywcem przeniesione z Gór Skalistych. Czerwona skała tworzy fantazyjne formy, maczugi, kolumny, mosty skalne. Zatrzymujemy się przy takiej jednej i pędzimy do podnóża. 15 metrów łatwego wspinania w pięknej suchutkie, absolutnie nie kruszącej się skale, w początkowo lekkiej przewieszce następnie absolutny pion, ale z pewnymi chwytami. Żadnego rzężenia na dziurkach czy krawądkach. Zrobilibyśmy to oczywiście… gdybyśmy byli nierozsądni. Nie wzięliśmy bowiem ani uprzęży ani liny, a na żywcowanie nie było kandydatów. Nie odpuściliśmy jednak! Góra zdobyta została drogą normalną i nie możemy wykluczyć, że było to pierwsze polskie wejście w warunkach kalendarzowej zimy. Spotykane na każdym etapie wspinaczki, łączcie z partiami szczytowymi kozie bobki nie mogą w żaden sposób umniejszać naszego heroicznego czynu.”

Niebieski na pustyni

„Po tej półgodzinnej przerwie pędzimy dalej. Słowo „pędzimy” może trochę nad wyraz, bo co chwila zatrzymuje nas kontrola drogowa – w Mauretanii mamy ich około 10 dziennie. Kontrola oczywiście ogranicza się do odebrania naszej „fiszy” bez absolutnie sprawdzenia jej z czymkolwiek i coraz natarczywszego dopominania się o prezent. Niektórych nie interesują w ogóle nasze dokumenty, „cadoe” krzyczą od samego wetknięcia głowy do samochodu. Gdy z przyklejonym uśmiechem dajemy długopis – żądają więcej, bo przecież ich koledzy też chcą. 

Cały czas się zastanawiamy, na co im te dziesiątki długopisów? Może zbierają i wymieniają się wieczorami podczas męskich spotkań przy sziszy – „ - Mam dwa czerwone z herbem Gdańska, ktoś chce się wymienić na jeden niebieski z I love France?” – tak mogłyby wyglądać rozmowy i arabskie targi wśród entuzjastów, poligrafistów. Nauczyliśmy się już na tych kontrolach recytować płynną polszczyzną fragmenty naszych poematów narodowych lub z (koniecznie) uśmiechem na ustach odrobinę ich znieważać. Brak znajomości polskiego wytrąca z poczucia pewności i nie chcąc wchodzi z nami w polemikę – kiwają tylko ręką żeby jechać dalej.

Wreszcie granica, mniej emocjonująca i problematyczna niż marokańsko – mauretańska. Pół godzinki, odgoniony tłumek handlarzy walutą i kartami telefonicznymi i jesteśmy w Mali.”

Uczestnik rajdu na ściance

„Zmienia się krajobraz biologiczny, architektoniczny i kulturalny. Zamiast pustyni - zaczyna się sawanną – wielka wypłowiała łąka z rozrzuconym to tu to tam baobabem. Co to baobab nie muszę tłumaczyć – każde polskie dziecko wie, że to takie drzewo, w którym mieszkają małe blond dziewczynki."

Baobab

„Betonowe potworki zaczynają ustępować domom z gliny, drewna i słomy. Kończy się wreszcie islam w swoim nowomodnym acz ortodoksyjnym wydaniu mauretańskim. Nie ma już na ulicach wszechobecnych diszdaszy, nie ma kobiet otulonych od stóp do głów. Nie ma kontroli drogowych co parę kilometrów. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że jest weselej i milej. A gdy wyluzowane czarne chłopaki na postoju proponują piwo z przenośnej lodówki – jest już zupełnie fajnie. Zmrok zapada, jak tu wszędzie, koło dziewiętnastej. A my mamy znowu do przejechania jeszcze 400km. Więc jednak trochę z duszą na ramieniu robimy to, czego choćby miejscowy kierowca w Etiopii nie chciał robić za nic w życiu – jedziemy przez czarną Afrykę ciemną nocą, trochę z duszą na ramieniu, bo pierwsza zasada bezpieczeństwa to nie przemieszczanie się po zmroku. Ale, że druga to nie zatrzymywanie się w miejscach przypadkowych – to jedziemy dalej!”

Tam jest Hel?

„Mijamy wioski, przy których płoną ogniska, majaczą kontury dziesiątek mieszkańców, grają telewizory na klepiskach, Próbujemy omijać dziury w jezdni, wirtualnie rozmawiamy ze zwierzętami, odradzając im przechodzenie przez jezdnię, co za dnia jest tu na porządku dziennym i dedukujemy po której stronie pojedynczego światła z naprzeciwka rozciąga się reszta nieoświetlonej ciężarówki. Im głębiej i ciemniej – tym dziwniejszy odbywa się rytuał z zagradzaniem drogi stalowymi beczkami. Czarne ludzkie kontury te beczki przesuwają, zasuwają, jednym pozwalają jechać, drugi każą czekać. Wszystko widać jedynie w blasku palącego się ogniska i świateł samochodowych reflektorów, a te jak już wspominałem, są raczej nieliczne. Wszyscy stoją cierpliwie, nikt się nie pcha, słychać tylko charakterystyczne tutejsze podniesiony głosy, ale kto by tam zrozumiał o czym mówią. My tradycyjnie po polsku pytamy jak się jegomoście czuje i czy Litwa jest również jego ojczyzną. A oni tradycyjnie nie mogąc się dogadać – puszczają nas bez problemów.

Handel zagraniczny

"Ostatnie 20 km prowadzące do bazy to gruntowa droga i druga w nocy. Jędrzej, właściciel auta śpi gdzieś z tyłu, więc jego serce nie cierpi gdy słyszy każdy zgrzyt i stukot mocno już nadwyrężonego zawieszenia. Zgodnie z moją własną teorią – jeżeli samochód jedzie po wybojach odpowiednio szybko to nie zdąża wpadać w dziury – grzeję do wymarzonego campu ile koni w Peugeocie. Nagle droga się kończy, nie zdążam zahamować i wypadam wraz lekkim uskokiem na płytę skalną. Prawie wyrywa mi rękę ze stawu przy szarpnięciu kierownicą ale udaje się wszystko opanować. Wszystko, poza kierunkiem dalszej jazdy, bo owa półka jest duża, skraj ginie w mroku, gdzieś obok płynie rzeka, trzeba znaleźć most. Obudzenie dość twardym lądowaniem chłopaki idą na zwiady i szczęśliwie po chwili wszystko się znajduje. Po chwili dojeżdżamy na obozowisko położony na krawędzie olbrzymiego wodospadu na rzece Senegal.”

Wodospad Gouina Falls

„Udział w takim rajdzie to jedyny chyba sposób by spać w tak niezwykłych okolicznościach przyrody. Samodzielny przyjazd nie jest chyba zbyt powszechny, zwłaszcza, że nas pilnują dwa samochody lokalnego wojska, wyposażone między innymi w zamontowany na pace pickupa karabin maszynowy kaliber 25mm. Zwisająca taśma z pociskami zwiększa poczucie bezpieczeństwa proporcjonalnie do kwadratu kalibru. Jesteśmy mocno po czasie ale bynajmniej nie ostatni. Wręcz można by powiedzieć, na tyle na ile pozwala obserwacja światełek w samochodach, że jesteśmy w tej szybszej połowie rajdu. Miejmy nadzieję, że Dangel tego nie „odchoruje” .

Niewidoczna w mroku woda szumi niczym radio CB na nie skręconym Squelchu, a nad nami Droga Mleczna i obłok Magellana w pełnej okazałości. Kiedy próbuję zasnąć długo nie wiem jak się ułożyć - jedna ręka boli od wydaje się naderwanego mięśnia, druga od spalenia słońcem przez nieodpowiedzialne stosowanie „zimnego łokcia”. Przez jakieś 5 do 7 sekund myślę nawet czy nie pójść do plecaka po apap, ale sen jest szybszy."

Wypełniony samochód na afrykańskiej drodze

O przejściu granicznym możemy dowiedzieć się także z relacji przesłanej przez ekipę »Grzmiącego Rydwanu«, polskiej załogi, która zmierza do mety wraz z gdańszczanami. Jak piszą w swojej relacji, na granicy celnicy mają system informatyczny, skanery palców i twarzy. Jest także dostęp do bazy Schengen, „z tym że to wszystko w chacie z wielbłądziego łajna i patyczków. Na zewnątrz kontrola ebola - sami wpisujemy swoje imię i nazwisko, a pan medyk mierzy nam temperaturę termometrem bezkontaktowym. Oczywiście zrobiliśmy konkurs, kto wpisze głupsze nazwisko. Następnie kolejna budka z kupy i znowu coś przepisują w kwity, i jesteśmy wolni. Za to 70 km dalej musimy zarejestrować auto, że nie sprzedamy go w Mali. Teraz jedziemy na biwak, niestety droga daleka i dość słaba technicznie, za to widoczki ładne, bo to już sawanna. Nie ma też śmieci, zniknęły mercedesy, za to jest teraz milion motocykli. Dzieci oczywiście rozpuszczone przez białych, więc co postój, to »petit kado«, ale lekko podniesiony głos i dosadne »wypad stąd« odnosi skutek. Nie mamy już skrupułów i odpędzamy żebrzących stanowczo, bo inaczej zachowują się jak natarczywe glonojady - przyklejone do auta…”


30 stycznia 2016 r.

Kilometry dzielą uczestników Budapest-Bamako Rally od mety! Dziś przedostatni etap rajdu. Zawodnicy wyruszają z Kayes. Muszą przejechać 310 km, by dostać się do miejscowości Toukoto, która jest położona nad rzeką Bakoye i liczy ponad 10 tys. mieszkańców.

Afrykańskie dziecko

Gdańszczanie nie dają za wygraną! Ostatnie kilometry, które dzielą ich od upragnionej mety, spędzają na wykonywaniu zadań, opracowywaniu mapy i kierowaniu „Niebieskiego” po pustynnym terenie. „Nie jest łatwo, ale dajemy radę” - piszą do redakcji gdansk.pl.

Chłopiec na łodzi


„»Skończyło się« - stłumiony głos Jędrzeja dochodzący spod samochodu świadczył o nieistnieniu czegoś naprawdę istotnego - »Skończyło się zawieszenie« - uszczegółowił posępnym głosem - rozpoczyna swoją relację z 13. etapu rajdu Maciej Sokołowski. - Na prośbę o wyrażanie się jaśniej dodał: - Wszystkie amortyzatory z tyłu już wylały, łożyska mają taki luz, że koło można rękoma na boki wykrzywiać, a na kierownicy »prosto« oznacza rozrzut od »za dziesięć« do »dziesięć po«. W każdej chwili możemy stracić półoś albo nawet i dwie.

Jędrek, najmłodszy uczestnik naszego teamu, a jednocześnie właściciel dangela i jego mechanik, być może jakieś wady posiada, ale z tego, co dał się poznać - na pewno nie jest nią histeryzowanie. W związku z tak dramatycznie rysującą się sytuacją, a jednocześnie dużym apetytem na etap, w którym miało nie być w końcu piasku, w dzisiejszym przedostatnim już etapie postanawiamy wziąć udział połowicznie. To znaczy pojedziemy off-roadem, ale tak delikatnie. No, w każdym razie tak obiecujemy Jędrkowi. Tylko delikatnie, żadnej ekstremy. Nie wiem, czy uwierzył, ale w końcu on też ma ochotę na trochę akcji. Ruszamy!

Gdybyśmy przeczytali roadbook, to byśmy wiedzieli, że organizator ostrzega, że jeżeli pierwsze 10 km pokonamy w czasie dłuższym niż 40 minut, to należy zawrócić, bo później będzie tylko trudniej - i terenowo, i nawigacyjnie. Ale że jakoś tak przeczytanie tego fragmentu nam umknęło, to owe 10 km pokonujemy chyba w godzin dwie i pół. Droga jest sennym koszmarem posiadacza auta z wytłuczonym zawieszeniem. Niekończące się kamienie, uskoki skalne, afrykańskie garbate drogi szutrowe i jazda po linii kolejowej - to naprawdę nie jest coś, co samochody lubią najbardziej."

Most nad rzeką Senegal

„Wjeżdżamy w busz - kontynuuje swoją opowieść Sokołowski. - Wysoka spłowiała trawa rośnie wokół karłowatych drzewek, ciernistych krzewów i rzadko rozsianych baobabów. Ścieżka prowadzi to w górę, to w dół, samochód ledwie mieści się między drzewkami. Nagle wjeżdżamy do wioski. Takiej prawdziwej afrykańskiej wioski, jaką znamy z ekspozycji muzealnych i ilustracji w książkach. Gliniane okrągłe chałupki przykryte snopkami siana, na płotach zrobionych z powykręcanych konarów rozwieszone kolorowe pranie, w obejściach krzątają się bose dzieci i ich równie bose i czasem topless mamy. Miejsca pomiędzy obejściami tyle, że samochód mieści się ledwo, ledwo. Jeden nierozważny ruch kierownicą i wjedziemy komuś do dużego pokoju. Za wioską droga nagle rozmienia się na drobne i kilkanaście śladów ginie gdzieś w trawach. Wydaje się nam, że widzimy ślady poprzedników, i brniemy w głąb buszu. Razem z Grześkiem wywodzimy się z »Neptuna« - gdańskiego Klubu Imprez na Orientację; stare doświadczenia pozwalają trochę wyobrazić sobie teren i nie zgubić się kompletnie. Musimy też ciągle pamiętać, że jeżeli wybierzemy zły wariant - to samochód musi mieć miejsce, żeby zawrócić; brak wstecznego dzisiaj doskwiera chyba najbardziej. W pewnym momencie nie ma już gdzie jechać i nie wiadomo, czy jest jak wrócić. Auto wjechało między stertę kamieni i trudno je stamtąd wypchnąć. Mamy kryzys, jest po drugiej, a my nie zrobiliśmy nawet dwudziestu kilometrów, skończyła się woda do picia, ktoś doczytał informację w roadbooku, że z takim naszym tempem już dawno powinniśmy zawrócić!”

Zwierzęta grzebią w śmieciach


„Z poszukiwań nic nam nie wychodzi. Nawigacja pokazuje drogi tam, gdzie ich zupełnie nie ma, ślady wyglądają na zrobione przez jednoślady, lejący się żar z nieba koncentracji nie poprawia. Dajemy sobie ostatnią szansę, przejeżdżamy w jakimś dzikim miejscu linię kolejową i znajdujemy po drugiej stronie ścieżkę - wydaje się, że jesteśmy uratowani! Ścieżka jeszcze dwa razy przechodzi przez tory, by na końcu zwęzić się tak, że jedynym rozwiązaniem jest wjechanie na nie i dalej poruszanie się jak drezyna. Znowu ogarnia nas strach - tory biegnące nasypem wyglądają na używane. Co będzie, gdy spotkamy pociąg?!? Ale wyjścia w zasadzie nie ma – inna droga nie istnieje, cofnięcie się do początku etapu nie wchodzi w grę - jedziemy!"

Wodospad Gouina Falls

 
Auto bierze tory pomiędzy koła, jadąc po podkładach, które ułożone co parędziesiąt centymetrów są gorsze dla zawieszenia niż jakiekolwiek wyboje. Co chwilę przechodzą nas ciarki od zgrzytu wahaczy trących po szynach. Przyspieszający strach przed pociągiem walczy ze spowalniającym strachem o zawieszenie, które jeżeli rozpadnie się w tym miejscu, to już kompletnie nic nie będziemy w stanie zrobić. W końcu dotaczamy się do… stacyjki kolejowej - maleńka wioska Galougo położona w środku buszu, bez prądu, ma jednak swój dworzec? Po chwili okazuje się, że ma też strategiczne położenie - zaraz za nią jest most kolejowy, którym możemy przeprawić się na drugą stronę rzeki. To znaczy nie możemy, a moglibyśmy. Moglibyśmy, gdybyśmy tylko uiścili opłatę dla starszyzny wioskowej, która nas przez ten most przeprowadzi. Bo tak w ogóle to nie można po nim jeździć, ale »dzisiaj, wyjątkowo dla was my friend, zrobimy wyjątek«. Nie zgadzamy się płacić i sytuacja przestaje być tak kurtuazyjna. Dwóch wioskowych, w asyście sąsiadów i dzieci, z głowami wsadzonymi do auta przez lewe i prawe przednie drzwi, kłóci się w swoim narzeczu, nie zważając na kierowcę i pasażera. My tylko od czasu do czasu wtrącamy po francusku, że pardon, ale pieniędzy nie mamy i w ogóle jesteśmy biedni, bardzo biedni, z Polski, przecież widać po rejestracji.

W końcu mniej interesowny autochton kapituluje i pokazuje nam piaszczystą drogę za wioską, prowadzącą do betonowej kładki przez rzekę. Dalej ścieżka wije się w sposób zauważalny, pojawiają się też jej lokalni użytkownicy - to różnej maści skutery i motory. Widać ich trochę zaparkowanych w mijanych wioskach, nie widać natomiast żadnego samochodu. To dlatego drogi są takie wąskie…”

Obozowisko


Wreszcie wyrzuca nas na obrzeża jakiejś większej miejscowości, w której odnajdujemy rondo z dostojnym monumentem hipopotama z glinianą drogą wokół. Kawałek dalej - początek asfaltu. Co za ulga! Robimy zakupy w mikrosklepiku, wykupując jego wieloletnie zapasy - dość powiedzieć, że butelce sprite’a termin przydatności do spożycia minął parę tygodni wcześniej, a akurat te produkty mają zazwyczaj terminy paroletnie. Pierwszy też raz kupujemy coś z lokalnej gastronomii - dwa dziewczęcia przycupnięte na skraju drogi sprzedają smażone na głębokim oleju kulki z ciasta. Próba ustalenia ceny i dowiedzenia się, co to jest w ogóle, budzi u nich spazmy śmiechu. Czujemy się trochę nieswojo, ale niezarażeni płacimy jakąś śmieszną kwotę, za którą i tak dostajemy dwa razy więcej tłustych kuleczek niż było to ustalone. 
Teraz już tylko 250 km według mapy asfaltową drogą do mety."

 

W miasteczku o dźwięcznej nazwie Machina przejeżdżamy przez rzekę Senegal, która tu ma szerokość Wisły w Warszawie. Oczywiście mostem kolejowym, tym razem bezpłatnie i znowu modląc się, by jakiś pociąg nie miał w tym samym czasie tego samego zamiaru. Ale że razem z nami przechodzi i przejeżdża na swoich skuterkach wielu miejscowych - to czujemy się w tym zakresie względnie bezpiecznie, pomijając koszmarne zgrzyty przerdzewiałej blachy, która ugina nam się pod kołami. Poza tym okazuje się , że to jedyny most w okolicy. Spodziewany asfalt oczywiście okazuje się znowu afrykańskim szutrem z garbami jak tarka. Na ostatni nocleg przed Bamako wpadamy 5 h po limicie czasu, ale dzisiaj zdobyliśmy sporo punktów, co sprawia, że… przeskakujemy o jedną pozycję. Piąte miejsce jest nasze!"


 

31 stycznia 2016 r.


KONIEC RAJDU! Gdańszczanie, cali i zdrowi, dotarli do mety!

Wpis z Facebooka: 

Dotarliśmy! Attention Dangel Team na mecie The Budapest-Bamako Rally! 17 dni, 14 etapów, ponad 9000 kilometrów. Dziękujemy wszystkim za wsparcie :) Pozdrawiamy ze stolicy Mali!!" 


Gdańszczanie na mecie rajdu The Budapest-Bamako Rally


I jeszcze informacja od Macieja Sokołowskiego, członka załogi Attention Dangel Team:

„Wszystkie polskie ekipy pojawiły się na mecie w Bamako!"

Wszystkie polskie ekipy na mecie rajdu
 
 

1 lutego 2016 r.

Załoga świętuje sukces!

Wpis z Facebooka:

Do rana świętowaliśmy zajęcie piątego miejsca w rajdzie! Śpimy na misji katolickiej u księdza Darka. Czujemy się bardzo komfortowo i bezpiecznie.”

Prezenty dla mieszkańców

Prawie pół tony przyborów szkolnych, a także plecaki, piłki, stroje sportowe, zabawki oraz listy od uczniów VIII LO w Gdańsku trafią do malijskich szkół prowadzonych przez księdza Darka!

Koniec akcji: kredki dla Afryki

Dziękujemy wszystkim darczyńcom, a przede wszystkim: Fundacji Asante za pomysł, inspirację i wskazanie kontaktów oraz PKS Gdynia - za wsparcie akcji. Brawa dla ekipy z poloneza oraz dla Grzmiącego Rydwanu za dowiezienie paczek na miejsce!

Piłka okazała się idealnym prezentem

PS. We wtorek rano, już bez Macieja (wrócił już do Polski), ruszamy w stronę Dakaru. Pozdrawiamy z Bamako!"


Piotr Mirowiczwww.gdansk.plpiotr.mirowicz@gdansk.pl
Piotr Mirowicz - najnowsze
Piotr Mirowiczwww.gdansk.plpiotr.mirowicz@gdansk.pl
Piotr Mirowicz - najnowsze