Przeklinał z wdziękiem
To właściwie samograj. Jacek Kuroń był postacią tak charyzmatyczną, że wystarczyło posadzić go przed kamerą, by mieć świetny dokument. Przypomnijmy: biały podkoszulek, na to dżinsowa koszula, nieodłączny papieros, kłęby dymu i charakterystyczna chrypka. Opowiadał w sposób zajmujący, pełen anegdot, nie stroniąc od przekleństw, które oczywiście u niego brzmiały czarująco.
W czwartek, 4 czerwca, w ECS pokazano godzinny fragment z powstającego dokumentu o Jacku Kuroniu pod tytułem “Nie palcie komitetów”. Premiera całości ma mieć miejsce we wrześniu.
Film w reżyserii Jacka Petryckiego i Marii Zmarz-Koczanowicz ma trwać w założeniu trzy godziny i opowiadać o całym życiu Kuronia, od dzieciństwa aż po czasy, gdy został ministrem pracy i spraw społecznych w latach 90. i nalewał głodnym Polakom zupę na ulicy.
W ECS zobaczyliśmy jedynie segment ze środka opowiadający o życiu Kuronia od strajków 1980 roku aż po pierwsze wolne wybory w 1989 roku. Była to wciąż wersja robocza.
Dokument miesza wypowiedzi samego Kuronia, wspomnienia znajomych o Kuroniu (np. Adam Michnik, Helena Łuczywo, Seweryn Blumsztajn, Ewa Kulik), archiwalne zdjęcia oraz fragmenty musicalu “1989”.
(Nie wiadomo, czy fragmenty musicalu bardziej ożywiają opowiadaną historię i ją uzupełniają, czy jednak zupełnie niepotrzebnie przerywają - tańcem i muzyką - przecież i tak ciekawą narrację. Ta historia jest wszak fascynująca bez wstawek ze skądinąd wybitnego przedstawienia. Ale może tak trzeba opowiadać o Kuroniu młodzieży? Zdecydujcie sami, gdy zobaczycie całość jesienią).
Powstaje trzygodzinny dokument o Kuroniu
Świat szarych prochowców
Dokument o Kuroniu to znakomita szansa przypomnienia sobie, skąd pochodzimy. A pochodzimy z szarych blokowisk, pod którymi stały małe fiaty, pochodzimy z kolejek “po szarość”, pochodzimy z czasów niedoboru i reglamentacji oraz smutnych tajniaków śledzących nasze ubogie życie. Kuroń w filmie próbuje gubić te “ogony”, które go śledzą, jeżdżą za nim polonezami, aresztują go, internują, i marnują życie jego oraz jego ukochanej Gajki.
Jacek palił te swoje kubańskie papierosy, popijał mocną herbatę, czy w zasadzie esencję, i knuł jak obalić reżim bez obalania reżimu. Paradoks! Kuroń - jak i reszta Solidarności - starał się bowiem zmieniać PRL wiedząc, że nawet jeśli coś uda się zmienić w Polsce, to przecież rdzewiejąca sowiecka konstrukcja dalej będzie stała, a towarzysze z ZSRR są zawsze skorzy do “bratniej pomocy” (widać to dziś najlepiej na przykładzie mordowanej Ukrainy).
Trzeba więc było starać się zmienić władzę bez obalania władzy. Prawie udało się to w 1980/81 roku, w czasie karnawału "Solidarności". Powstał wtedy niezależny od PZPR związek zawodowy i ruszył do zmieniania kraju. Ale paradoks polegał na tym, że rząd tworzyli wciąż komuniści a nie opozycja. Wałęsa i Kuroń jeździli po Polsce i gasili strajki - od cukrowników po włókniarzy - zapisując postulaty zmęczonych ludzi, ale przecież “czerwoni” nie mieli zamiaru niczego realizować.
Skończyło się to stanem wojennym. Kuroń - aresztowany w Gdańsku w grudniu 1981 roku i pytany przez esbeków po co mu ta walka - powiedział: “kiedyś przyjeżdżało po mnie tylko kilka fiatów, a teraz musieliście wysłać po mnie te wszystkie czołgi”.
Takich polityków dziś nie ma
Fragmenty, które zobaczyliśmy w czwartek, pokazują Kuronia jako polityka, o jakim dziś moglibyśmy pomarzyć. On sam sobą niesie ten film. To zwykły facet, który lubi pety i whisky, kocha kobiety, jest szczery i nikomu się nie podlizuje. Ciężko sobie wyobrazić taką postać dziś, gdy politycy mają całe sztaby speców od kreowania wizerunku i manipulowania opinią społeczną, ludzi od mediów i “socjali”. Nie wiemy, kim naprawdę jest polityk, na którego głosujemy, bo przecież sprzedaje się ich jak przysłowiową pastę do zębów.
Natomiast Kuroniowi trzeba zaufać, kiedy mówi z ekranu - wypuszczając z siebie kłęby dymu - że ten peerelowski burdel wkrótce się rozpier…