Proces 15 członków załogi obozu koncentracyjnego Stutthof, zatrzymanych pomiędzy majem a listopadem 1945 r., odbył się przed Specjalnym Sądem Karnym (SSK) w Gdańsku między 25 kwietnia a 31 maja 1946 r.
W trakcie egzekucji
źródło: Gedanopedia
Z polecenia Ministerstwa Sprawiedliwości SSK został zorganizowany przez dr. Józefa Tarczewskiego, adwokata i specjalistę w zakresie prawa karnego i cywilnego, późniejszego kierownika tej instytucji.
Głównym oskarżycielem był kierownik Nadzoru Prokuratorskiego i Sądownictwa Specjalnego z Warszawy Adolf Dąb, drugim – szef Prokuratury SSK w Gdańsku Stanisław Stachurski, zarazem autor aktu oskarżenia. Funkcję ławników pełnili Tadeusz Tylewski oraz redaktor warszawskiego „Wieczoru” Józef Iżycki.
Oskarżonych sądzono – za znęcanie się nad więźniami obozu i spowodowanie śmierci wielu z nich – na podstawie dekretu Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego z 31 sierpnia 1944 r. „O wymiarze kary dla faszystowsko-hitlerowskich zbrodniarzy winnych zabójstw i znęcania się nad ludnością cywilną i jeńcami wojennymi oraz dla zdrajców Narodu Polskiego”.
Po egzekucji
źródło: Gedanopedia
Rozprawy odbywały się w siedzibie SSK w gmachu Sądu Okręgowego w Gdańsku (obecnie ul. Nowe Ogrody).
Miały charakter otwarty, bilety na salę wydawano w sekretariacie sądu. Oskarżonych przewożono na salę rozpraw codziennie o 8.30 z Aresztu Śledczego przy ul. Kurkowej. Wszyscy do ostatniego dnia przed ogłoszeniem wyroku pracowali w warsztatach na terenie aresztu: kobiety w pralni lub szwalni, mężczyźni w warsztatach krawieckim i szewskim.
Na kilka dni przed rozpoczęciem procesu w „Dzienniku Bałtyckim” przestrzegano przed zbyt łagodnym wymiarem kary. W gorącej atmosferze co najmniej 11 gdańskich adwokatów odmówiło pełnienia funkcji obrońców podsądnych, a po ogłoszeniu wyroku niektórzy z nich wnioskowali o złagodzenie kary.
Sąd wezwał do stawienia się w roli świadków 42 osoby, głównie więźniów obozu Stutthof.
Jako dowód w sprawie wykorzystano również pamiętnik Alda Coradella, byłego konsula włoskiego w Wolnym Mieście Gdańsku, spisany w trakcie pobytu w obozie (unikatowy, 60-stronicowy opis struktury obozu, metod traktowania i uśmiercania więźniów oraz warunków życia w KL Stutthof).
Do SSK pisemne relacje przesyłali też byli więźniowie Stutthofu.
29 maja 1946 r. na terenie obozu Stutthof odbyła się wizja lokalna z udziałem sądu, oskarżonych i dziennikarzy. Na byłe miejsce kaźni podsądnych (parami, w kajdankach) wprowadzała służba więzienna. Przed kamerami opowiedzieli oni między innymi o funkcjonowaniu komory gazowej oraz obozowego szpitala.
Kiedy oskarżeni składali zeznania w Gdańsku, w Norymberdze sądzono głównych zbrodniarzy nazistowskich.
Oskarżone w procesie. Od lewej w pierwszym rzędzie: Elisabeth Becker, Gerda Steinhoff, Wanda Klaff, w drugim Erna Beilhardt (z zakrytą twarzą) i Jenny–Wanda Barkamann
źródło: Gedanopedia
Kończąc mowę oskarżycielską, prokurator Adolf Dąb oświadczył:
- Jeżeli oskarżonych uznacie winnymi, to sądźcie ich tak, jak się sądzi zbrodniarzy przeciwko ludzkości. Słońce powinno zgasnąć dla tych, którzy przez lata całe innym na ziemi piekło zgotowali.
Prasa lokalna („Dziennik Bałtycki”) oraz ogólnopolska („Przekrój”) szczegółowo relacjonowała przebieg kolejnych dni procesu, publikując obszernie zarówno zeznania świadków, jak i oskarżonych. Wraz z ujawnianiem nowych faktów w przewodzie sądowym przedstawiano drastyczne opisy zbrodni popełnionych na terenie obozu, metod uśmiercania i znęcania się nad więźniami.
Wyrok, ogłoszony 1 czerwca 1946 r. w obecności polskich i zagranicznych reporterów oraz publiczności, transmitowany był przez Polskie Radio.
Na karę śmierci skazano pięć kobiet i sześciu mężczyzn:
- SS-Oberscharführera Johanna Paulsa
nadzorczynie:
- Gerdę Steinhoff
- Wandę Klaff
- Jenny-Wandę Barkmann
- Ewę Paradies
- Elisabeth Becker
więźniów funkcyjnych (kapo):
- Józefa Reitera
- Wacława Kozłowskiego
- Jana Breita
- Franciszka Szopińskiego
- Tadeusza Kopczyńskiego
Dwie osoby otrzymały kary więzienia: Kazimierz Kowalski (trzy lata) oraz Erna Beilhardt (pięć lat).
Dwie zostały uniewinnione: Aleksy Duzdal i Jan Preiss.
W wypadku Elisabeth Becker sąd dopuścił możliwość zamiany kary śmierci na piętnaście lat więzienia, jednak prezydent RP Bolesław Bierut odrzucił wniosek w tej sprawie, nie skorzystał też z prawa łaski wobec pozostałych skazanych.
Jeszcze na sali sądowej zaraz po ogłoszeniu wyroku dziennikarz „Zrzesz Kaszebsko” dostrzegł krótką wymianę zdań między skazanym na śmierć Janem Breitem a uniewinnionymi Janem Preissem i Aleksym Duzdalem.
Reporter zapisał ich ostatnią rozmowę następująco:
Na twarzy Breita malowała się rozpacz, okazał jednak dużo silnej woli. Podszedł do Duzdala i Preissa, życząc im szczęścia w życiu i smutno się po tym uśmiechając.
W trakcie egzekucji oskarżonej Elisabeth Becker
źródło: Gedanopedia
Egzekucja odbyła się na Stolzenbergu (Wysoka Góra) na Chełmie, przy ul. Pohulanka. Dzień ten wiele zakładów ogłosiło dniem wolnym lub zakończyło pracę wcześniej. Miejsce egzekucji od bramy więzienia przy ul. Kurkowej dzieliło około 700 metrów.
Jednym z najbardziej zaangażowanych w realizację egzekucji, z racji sprawowanego stanowiska służbowego, był ówczesny zastępca naczelnika więzienia w Gdańsku, Alojzy Nowicki. Miał on stały kontakt z grupą skazanych oraz odpowiadał za ich bezpieczeństwo. Musiał wiedzieć jako jeden z pierwszych, że wszyscy zostaną wkrótce straceni. Zachowywał jednak tę wiedzę dla siebie. Zgodnie ze złożoną przez niego relacją, 11 skazanych żyło przez kilka tygodni nadzieją na ułaskawienia.
Stwierdził:
W praktyce więziennej nigdy nie stosuje się uprzedzania skazanego, że zostanie powieszony, czy rozstrzelany. Żyje nadzieją, nie wymaga szczególnej opieki, ponieważ zdarzają się wypadki targania się na własne życie. Skazany szuka innej drogi zejścia z tego świata. Dlatego praktyka więzienna od dawien dawna uczy, że skazany powinien być przed skazaniem uprzedzony, że prezydent nie skorzystał z prawa łaski, ale to się robi na 5 minut przed zawieszeniem stryczka. Odczytuje się sentencję wyroku i mówi się, że prezydent Rzeczypospolitej nie skorzystał z prawa łaski w dniu takim a takim.
Grono osób, które miały kontakt ze skazanymi w tych dniach, składało się jednak nie tylko z podwładnych Nowickiego, ale także jego zwierzchników. Informacja o ostatecznym skazaniu na śmierć musiała wówczas, zaraz po jej dostarczeniu, krążyć wśród ludzi ówczesnej gdańskiej władzy. 1 lipca 1946 r. skazani dowiedzieli się o swoim losie, co znacznie skomplikowało przygotowywaną egzekucję. Źródłem przecieku był Jan Wołkow, 29-letni kapitan, ówczesny Naczelnik III Wydziału WUBP w Gdańsku.
Alojzy Nowicki nawet po latach wspominał to z zażenowaniem:
Dlaczego mówię o tym? Bo w odniesieniu do tych jedenastu zbrodniarzy ze Stutthofu pan Wołkow zrobił mi „ładny” prezent. Dowiedziawszy się, że prezydent nie skorzystał z prawa łaski, na wiele dni przed egzekucją publiczną poszedł i oznajmił tym więźniom: „Będziecie wisieć, wy łajdaki!”. Jeden z nich targnął się na życie, podciął sobie gardło.Proszę sobie wyobrazić, egzekucja publiczna, o której wie cała Polska, o której wiadomość poszła za granicę. Teraz będzie dziesięciu, nie jedenastu. Trzeba było robić wszystko, żeby ten człowiek dotrwał do dnia egzekucji, bo nie wolno człowieka chorego czy rannego powiesić lub rozstrzelać.
W sądowych materiałach nie ma adnotacji wskazujących na próbę samobójczą jednego z oskarżonych. Tożsamość niedoszłego samobójcy ujawniła jednak prasa. Reporter „Ilustrowanego Kuriera Polskiego” napisał, że widział podczas egzekucji zakrwawione gardło Johna Paulsa, który kawałkiem szkła w więzieniu usiłował odebrać sobie życie.
Informacje o wykonaniu wyroków śmierci podano do publicznej wiadomości w „Dzienniku Bałtyckim”:
Dziś w Gdańsku na Stolzenbergu o godzinie 17-tej publicznie straceni zostaną przez powieszenie skazani na śmierć zbrodniarze ze Stutthofu.
Na miejscu zgromadził się olbrzymi tłum ludzi, który zajmował teren aż po obecną al. Armii Krajowej, przybyły rodziny wraz z dziećmi. Najbardziej wiarygodne szacunki mówią o ok. 50 tysiącach gapiów. Oprócz Gdańszczan zjawili się na egzekucji mieszkańcy Gdyni, Sopotu, Oliwy, a nawet Tczewa i Kartuz.
W gorący dzień panowała atmosfera festynu, na placu sprzedawano piwo. Władze Gdańska uruchomiły dodatkowe autobusy, a przedsiębiorstwa przewoziły swoich pracowników ciężarówkami – mimo to wielu chętnym nie udało się dotrzeć na miejsce.
Egzekucja rozpoczęła się, gdy kolumna 11 samochodów ciężarowych ulicami Strzelecką i Pohulanka zajechała pod ustawione wcześniej szubienice.
Cztery z nich, skrajne, w kształcie litery T, miały po dwa powrozy, a środkowa (piąta), o dwóch bocznych podpórkach, trzy powrozy.
Skazańcy, z zawiązanymi z tyłu rękoma, siedzieli na wysokich drewnianych stołkach, ustawionych na podestach ciężarówek, które wykorzystano jako zapadnie.
Przed egzekucją jednego z oskarżonych
źródło: Gedanopedia
Funkcję katów pełnili ubrani w obozowe pasiaki byli więźniowie ze Stutthofu lub członkowie ich rodzin, którzy założyli pętle na szyje skazanych. Występując w roli katów, zrezygnowali z prawa nałożenia masek, ich personaliów jednak oficjalnie nie ujawniano.
Przed odczytaniem wyroku ze skazanymi rozmawiali kapłani polski katolicki i niemiecki ewangelicki. Byli to: 32-letni ksiądz pallotyn Józef Żyto, administrujący pobliskim kościołem Chrystusa Króla oraz 73-letni pastor Franz Krüger, znany w Gdańsku przedwojenny duchowny, który prowadził działalność w kościele Świętej Trójcy, potem w kościele św. Bartłomieja. Pastora przywieziono z jego domu parafialnego przy ulicy Kościuszki w Sopocie.
Następnie na znak prokuratora zostały uruchomione silniki ciężarówek. Kiedy jedno z aut nie ruszyło, znajdująca się wśród egzekutorów kobieta zepchnęła skazaną z platformy. Obecny na miejscu oddział żołnierzy wystrzelił w niebo serię salw, a wśród zgromadzonych zapanowała euforia, wznoszono okrzyki „za naszych mężów i nasze dzieci!”.
Ciała spadały z niedużej wysokości, agonia każdego ze skazanych trwała od kilku do kilkunastu minut. Według niektórych relacji, gdy zakończono egzekucję, tłum ruszył do wiszących, kopiąc martwe ciała, ściągając z nich ubranie i buty, odcinając guziki, kłócono się o fragmenty szubienicznych sznurów.
O godzinie 18.00 zwłoki traktowane jako bezimienne przewieziono do Katedry Anatomii i Neurobiologii Akademii Lekarskiej w Gdańsku. W październiku 1946 r. posłużyły studentom Wydziału Lekarskiego do zajęć z anatomii.
Przed egzekucją oskarżonej Wandy Klaff
źródło: Gedanopedia
Po wydarzeniach w Gdańsku na łamach polskiej prasy rozgorzała dyskusja dotycząca publicznych egzekucji. W środowisku polskich intelektualistów dominowały głosy krytyki, podkreślające ich demoralizujący wpływ.
Przeciwko egzekucjom wypowiadali się publicyści Adam Kryński („Tygodnik Powszechny”) i Jan Kott („Przekrój”), socjolog Stanisław Ossowski oraz pisarka Ewa Szelburg-Zarembina.
Po głosach krytyki we wrześniu 1946 r. na łamach „Przekroju” i „Ilustrowanego Kuriera Polskiego” minister sprawiedliwości Henryk Świątkowski potępił publiczne wykonywanie kary śmierci.
Pragnę podkreślić z całą stanowczością, że jestem zdecydowanym przeciwnikiem publicznego wykonywania kary śmierci. […] Ten sposób wykonywania kary śmierci w dalszym ciągu obniża wagę życia ludzkiego, wyzwala niezdrowe instynkty brutalnego odwetu i rodzi objawy szkodliwych społecznie emocji wśród szerokich warstw społeczeństwa. Ponadto publiczne wykonywanie kary śmierci, połączone z fotografiami w prasie i kinie – pobudza instynkt naśladownictwa zarówno wśród dorosłych, jak i młodzieży. […] Dziś wojna skończyła się i nie powinniśmy utrzymywać w społeczeństwie kultu okrucieństwa. […] Aby uzyskać zadośćuczynienie za potworną krzywdę, jaką wyrządził nam hitleryzm nie musimy koniecznie przyglądać się przedśmiertnym drgawkom skazańca. Wystarczy, gdy na publicznej rozprawie sądowej możemy obserwować, jak butny pan życia i śmierci tysięcy umierających z godnością więźniów Płaszowa czy Oświęcimia – przeistacza się w łachman ludzki, płaszczy się i żebrze o litość – aby tylko ocalić swe nędzne istnienie. I to jest prawdziwy odwet – i to jest sprawiedliwość.
Zachowanie tłumów podczas gdańskiej egzekucji oraz drastyczność sytuacji wpłynęły na podjęcie przez władzę decyzji o zaniechaniu tego typu widowisk. Ostatnia publiczna egzekucja odbyła się ponad dwa tygodnie później, 21 lipca 1946 r. – wykonano ją na Arthurze Greiserze, namiestniku Rzeszy w Kraju Warty.
W 1947 r. przed Sądem Okręgowym w Gdańsku odbyły się jeszcze trzy przewody sądowe przeciwko nazistowskim oprawcom. Zapadło w nich 69 wyroków, w 10 wypadkach orzeczono karę śmierci. W 1948 r. Najwyższy Trybunał Narodowy w Gdańsku (następca SSK) orzekł karę śmierci wobec gauleitera Alberta Forstera - wyrok wykonano 8 lutego 1952 r. w Warszawie.
W miejscu egzekucji sprzed 80 lat stoją dziś obecnie bloki mieszkalne, zbudowane przez przedsiębiorstwo PB Górski.
źródło: Marcin Owsiński - "Ludowa sprawiedliwość: 4 lipca 1946 roku w Gdańsku", Gedanopedia - internetowa encyklopedia Gdańska