![]() Fot. Dawid Linkowski/GTS |
Tym, co natychmiast zwraca uwagę w „Burzy” Teatru Polskiego we Wrocławiu, jest niesamowita scenografia Aleksandry Wasilkowskiej, utrzymana w mroku, zbudowana niemal wyłącznie w odcieniach czerni. Nad aktorami wisi nisko ogromna czarna chmura-płachta, cały czas falując, drgając, wręcz jakby oddychając. Efekt ruchu, płynności całej scenografii wzmacniają abstrakcyjne, rozedrgane wizualizacje. Hipnotyzujące wrażenie potęguje ilustracja dźwiękowa: gęsta, pełna szumów, urywków muzyki, głosów zwierząt.
Mamy na scenie do czynienia wręcz z przesytem środków i chwytów formalnych (widać, że reżyser uważnie podpatruje pomysły takich twórców teatru, jak choćby Rene Pollesch czy Krystian Lupa). I tak w spektaklu brzmią muzyka i piosenki wykonywane przez aktorów (oraz, pojawiającą się na moment, cygańską kapelę), są projekcje wideo, wizualizacje… Paradoksalnie, elementy te tworzą spójną, gęstą jak smoła całość, intensywnie atakującą wzrok i słuch widza.
Gdy dochodzimy do kwestii tekstu, to o spektaklu Teatru Polskiego we Wrocławiu uczciwiej byłoby napisać, że jest to „Burza” reżysera Krzysztofa Garbaczewskiego i dramaturga Marcina Cecko, a nie Williama Szekspira. Elżbietański dramat jest raczej pretekstem do stworzenia spektaklu, w żadnym stopniu jego tematem. Realizatorzy konsekwentnie zrywają co chwila iluzję sceniczną, a do oryginalnego dramatu dopisują obszerne fragmenty, wykorzystują też ustępy z innych testów. I tu pojawia się problem, bo przynajmniej część tych dopisków – szczególnie zestawionych z dziełem Szekspira – to teksty nie najwyższych lotów, momentami wręcz grafomańskie.
Najciekawszym – i najkonsekwentniej w spektaklu prowadzonym oraz najbardziej efektywnym znaczeniowo – pomysłem inscenizacyjnym jest zmiana płci części bohaterów sztuki. I tak kobietami są w spektaklu Alonzo, Gonzalo oraz sam Prospero. W efekcie nowych, znacznie głębszych znaczeń nabierają relacje władcy wyspy z córką Mirandą, ale też z Arielem i Kalibanem – te stają się intensywnym połączeniem władzy z uczuciami macierzyńskimi. Nieprzypadkowo właśnie Ewa Skibińska tworzy najmocniejszą rolę w przedstawieniu – bo, mówiąc wprost, ma „z czego” ją stworzyć. Jej Prospera jest schorowana, ale dumna i władcza; postać została zbudowana oszczędnymi środkami aktorskimi, ale czuć w niej ogromną moc.
Samo wymienienie pozostałych tematów, które poruszają lub choćby sygnalizują w swojej adaptacji „Burzy” Garbaczewski i Cecko, mogłoby stanowić osobny artykuł. Z najważniejszych mamy tu: terroryzm, wolność jednostki (w kontekście politycznym, ekonomicznym, emocjonalnym, ale też rodzinnym), sposoby na sprawowanie władzy, pragnienie zdobycia władzy, nikczemności, do jakich ludzie się uciekają, aby zdobyć władzę, konflikt pokoleń, tęsknotę za nieznanym, nieodkrytym jeszcze miejscem, teatr i jego konwencje, twórczość artystyczną w ogóle... Niestety, większość tych kwestii jest tylko sygnalizowana i nie doczekuje się rozwinięcia.
W efekcie przedstawienie – tak spójne i konsekwentne plastycznie (i to pomimo sporego nadmiaru różnorodnych środków i chwytów scenicznych) – nie buduje żadnej myśli przewodniej, razi powierzchownością myślenia o tematach, zmienia się momentami w chaotyczny komunikat, przypominający zmieniane co chwila stacje radiowe czy spis rekordów wyszukiwarki internetowej. O ile jego strona wizualna (i dźwiękowa) wciąga, wręcz hipnotyzuje, to zawartość intelektualna zdecydowanie rozczarowuje.
