Trudny los Westerplatte. Wielu gdańszczan na wykładzie Andrzeja Drzycimskiego

Obrońcy Westerplatte nie mieli szans na zwycięstwo. Jednak w ciągu siedmiu dni obrony gdańskiej placówki dokonali czegoś bardzo ważnego, o czym nie mieli pojęcia: pokonali machinę propagandową Adolfa Hitlera. Po wojnie wielokrotnie byli i nadal są wykorzystywani do celów politycznych - już wyłącznie przez Polaków.

Trudny los Westerplatte. Wielu gdańszczan na wykładzie Andrzeja Drzycimskiego
A
A
data publikacji: 27 września 2018 r.
Książki Andrzeja Drzycimskiego o Westerplatte, które autor przyniósł na wykład do Domu Uphagena
Książki Andrzeja Drzycimskiego o Westerplatte, które autor przyniósł na wykład do Domu Uphagena
Grzegorz Mehring/www.gdansk.pl

Blisko sto osób przyszło w środę późnym popołudniem (26 września) do Domu Uphagena na wykład doktora Andrzeja Drzycimskiego „Reduta Westerplatte - losy obrońców”. Krzesła trzeba było stawiać nie tylko w dużej sali, przeznaczonej na to spotkanie, ale także w korytarzu i następnej sali.

Dr Drzycimski mówił przez dwie godziny, choć wykład był zaplanowany na godzinę. W tym czasie wszyscy siedzieli zasłuchani, jakby codzienne obowiązki przestały istnieć. Wyszły może dwie, trzy osoby.   

Ważną część wykładu stanowiła opowieść o bardzo bogatej niemieckiej dokumentacji oblężenia Westerplatte. Zdjęć jest bardzo dużo. Dlaczego aż tyle?

- Hitlerowi bardzo zależało na szybkim zdobyciu Westerplatte - mówił Andrzej Drzycimski. - Był to dla niego symbol. Chciał pokazać Niemcom i światu, jak usuwa obce wojsko ze świętej niemieckiej ziemi.

Na kapitulację Westerplatte czekało kilka zespołów dziennikarskich. Pracowali w napięciu, wypatrując kapitulacji. Relacje ukazywały się w prasie, były wyczekiwane przez publiczność. Niemieckie gdańskie radio dysponowało samochodem z mobilnym nadajnikiem, który wysłano oczywiście na Westerplatte, by relacjonować wydarzenia na żywo. Prócz tego - filmowcy, fotoreporterzy. Bardzo nowoczesna, pod wieloma względami wyprzedzająca swoją epokę, machina medialno-propagandowa.

Skąd wiemy, że Hitler tak bardzo wyczekiwał na kapitulację Westerplatte?

- Przysłał tu swojego nadwornego fotografa Heinricha Hoffmanna - mówi Andrzej Drzycimski. - Kilka dni wcześniej Hoffmann na osobiste polecenie Hitlera poleciał do Moskwy, by robić zdjęcia z podpisania paktu Ribbentrop-Mołotow. Byli zaprzyjaźnieni jeszcze z czasów, gdy Hitler był tylko piwiarnianym krzykaczem w Monachium. Niemal wszystkie zdjęcia z początków politycznej kariery Hitlera są dziełem Heinricha Hoffmanna.

Dr Andrzej Drzycimski z pasją mówił do zdebranych przez dwie godziny
Dr Andrzej Drzycimski z pasją mówił do zdebranych przez dwie godziny
Grzegorz Mehring/www.gdansk.pl

Mijały kolejne dni, a Westerplatte się nie poddawało. Teren polskiej placówki obserwowały nie tylko oczy wojskowych, ale też liczni dziennikarze, fotoreporterzy. Według Andrzeja Drzycimskiego są to okoliczności, które ostatecznie przesądzają o nieprawdziwości wersji podawanej przez krajowych historyków-amatorów, że major Henryk Sucharski kazał wywiesić białą flagę i poddać placówkę przed 7 września.

- Gdyby tak było, mielibyśmy tego świadectwa po stronie niemieckiej - podkreśla dr Drzycimski. - Niemcy bardzo by nagłośnili, że źli, podstępni Polacy, najpierw wywiesili białą flagę, a potem ją zdjęli. Że Polacy nie przestrzegają norm międzynarodowych.

Hitler czekał na kapitulację, zapewne chciał od razu przylecieć do Gdańska i paradować w glorii zwycięzcy. Siedem dni, to było jednak dla niego zbyt długo, by zrobić wielkie medialne show dla Niemców i świata. Przywódca III Rzeszy musiał być wściekły. Przybył na Westerplatte, ale dopiero 21 września. Ta wizytacja również miała przygotowaną z rozmachem oprawę dziennikarską (była nawet tzw. zwyżka medialna dla reporterów - postawiono ją przed budynkiem tzw. Nowych Koszar), ale to już nie było to.

Tymczasem legenda o niezłomnych obrońcach Westerplatte stała się częścią polskiej wyobraźni. Najpierw były komunikaty Polskiego Radia, które w pierwszych dniach września 1939 r. w irracjonalny sposób dodawały otuchy krajowi, podbijanemu przez niemieckie wojska. Resztę zrobił Gałczyński swoim wierszem, w którym “czwórkami do nieba szli żołnierze z Westerplatte”.

- Niemcy próbowali chyba pięć razy podpalić broniony teren przy pomocy cystern kolejowych - podkreśla dr Drzycimski. - Ze wzgórz Gdyni, Oksywia, Helu widać było wielką czarną chmurę dymu nad Westerplatte. Ludzie naprawdę myśleli, że wszyscy obrońcy polegli, że się wysadzili w powietrze. W kościołach odprawiano msze święte w ich intencji.

A oni przeżyli. Poległo zaledwie piętnastu, było około 40 rannych, w tym sześciu ciężko. Blisko 200 wzięto do niewoli, trzymano ich głównie w oflagach utworzonych w rejonie Królewca. Ich wojenne i powojenne losy również przebadał Andrzej Drzycimski. Większość w niewoli była do końca wojny, ale część z nich uciekła - m.in. Jan Tusk, krewny Donalda Tuska, który ukrywał się potem na Kaszubach. Jeden z obrońców Westerplatte po ucieczce z oflagu znalazł się na wschodzie, i z armią Berlinga przeszedł cały szlak bojowy - od Lenino do Berlina.

Po wojnie byli poniżani, a nawet pozbawiani życia przez komunistów. Często nie mogli znaleźć nawet prostego źródła utrzymania - gdy zatrudniła ich ta czy inna instytucja, szybko władze komunistyczne robiły z tym "porządek", wskutek czego tracili zatrudnienie. Lekarza z Westerplatte, kapitana Mieczysława Słabego ubowcy zakatowali na śmierć. Kapitan Franciszek Dąbrowski został najpierw przyjęty do powojennych komunistycznych sił zbrojnych (jednostka w Nowym Porcie), ale następnie wzięty pod lupę tzw. informacji wojskowej i ostatecznie wyrzucony ze służby bez środków do życia. Zamieszkał z rodziną w Krakowie, Jego żona prowadziła kiosk z prasą, Dąbrowski pracował tam, zgorzkniały. “Może kupi pan gazetę od obrońcy Westerplatte”- usłyszał niejeden z kupujących.

Westerplatte wracało do wyobraźni Polaków stopniowo. Zaczęło się od masakry robotników w grudniu 1970. Ludzie nowego przywódcy PZPR, Edwarda Gierka, wpadli na pomysł, by odzyskać zaufanie społeczne poprzez sprowadzenie z Włoch zmarłego zaraz po wojnie w Neapolu majora Henryka Sucharskiego. Doszło do tego w 1971 r. Tysiące ludzi przyszły pod Dwór Artusa oddać hołd szczątkom dowódcy obrony Westerplatte.

Wykład w Domu Uphagena zakończył się brawami licznej publiczności
Wykład w Domu Uphagena zakończył się brawami licznej publiczności
Grzegorz Mehring/www.gdansk.pl

Aż trudno uwierzyć, ale z badań Andrzeja Drzycimskiego wynika, że jeszcze w latach osiemdziesiątych westerplatczycy byli inwigilowani przez komunistyczną bezpiekę. Na koniec zaczęto ich honorować orderami Virtuti Militari - pierwsze z tych odznaczeń wręczył… gen. Florian Siwicki, jeden z autorów stanu wojennego.

- I dzisiaj politycy próbują wykorzystywać Westerplatte do swoich celów - mówi dr Drzycimski. - To dzieje się na naszych oczach i ja osobiście jestem tym oburzony. Moim celem jest zbadanie i opisanie prawdy historycznej o Westerplatte, tak by nie można było nią manipulować. Mam poczucie, że to jest moja misja.

Na cmentarzyku na Westerplatte znajdują się mogiły obrońców, ale tylko dwie z nich są prawdziwe. W jednej leżą szczątki majora Sucharskiego. W drugiej - pierwszego z poległych żołnierzy, kaprala Andrzeja Kowalczyka. Jego kości znaleziono przypadkowo w czasach PRL, przy pracach ziemnych, podczas poszerzania kanału portowego. Najpierw pochowany został jako “Niemiec”, dopiero z czasem władze dały się przekonać, że to jeden z polskich obrońców. O wszystkim zdecydowało drobne znalezisko przy szczątkach - ebonitowy gwizdek i harmonijka ustna. Tak Kowalczyka zapamiętali koledzy z Westerplatte: miał otwarty, wesoły charakter i lubił grać na harmonijce.

oprac. RD (0)
www.gdansk.pl
oprac. RD (0)
www.gdansk.pl