PORTAL MIASTA GDAŃSKA
PL | EN | DE

Paweł Zbierski, autor biografii Lecha Bądkowskiego: - Zaważył na całym moim życiu

Paweł Zbierski, autor biografii Lecha Bądkowskiego: - Zaważył na całym moim życiu
Poznali się, kiedy był dzieckiem, a Lech Bądkowski przyjacielem jego ojca. Paweł Zbierski mógł obserwować z bliska “pomorskiego Jasienicę”, a z czasem stał się jego uczniem, współpracownikiem i autorem biografii. - Był do bólu wyczulony na coś, co nazwałem sobie na własny użytek etyką życia społecznego - mówi nam Zbierski, podsumowując po latach relację z Bądkowskim. 
Paweł Zbierski (po lewej) i bohater jego książki Lech Bądkowski (po prawej)
Paweł Zbierski (po lewej) i bohater jego książki Lech Bądkowski (po prawej)

 

Z Pawłem Zbierskim autorem biografii Lecha Bądkowskiego zatytułowanej „Na własny rachunek. Rzecz o Lechu Bądkowskim”, wydanej w 2004 roku rozmawiamy na odległość, bo publicysta, reporter i dziennikarz mieszka dziś i pracuje we Francji. Z pytań o to, jak pokazać Lecha Bądkowskiego nie tylko jako “wybitnego gdańszczanina”, a człowieka z krwi i kości rodzą się kolejne wspomnienia, aż w końcu Paweł Zbierski pisze “Z drugiej strony uświadomiłem sobie, jak jednak bardzo Bądkowski zaważył na całym moim życiu, czyli uznałem, że nie ma co chować głowy w piasek”.   

 

Lech Bądkowski podczas strajków w sierpniu 1980 r.
Lech Bądkowski podczas obrad związkowców 'Solidarności' jesienią 1980 r.
źródło: www.badkowski.pl

 

Alicja Katarzyńska: Przypomnij swoje wrażenia, kiedy poznawałeś Lecha Bądkowskiego. Przyjaciela domu, który z czasem stał się dla ciebie nauczycielem i po prostu bliskim, wspierającym człowiekiem. Kiedy zobaczyłeś w nim mistrza, autorytet, człowieka wyjątkowego?

Paweł Zbierski: Nie od razu. To się potęgowało z biegiem lat. Ale bardzo systematycznie. „Bądkower mnie nie zawodzi, zwłaszcza w sytuacjach frontowych!” - zawołał spontanicznie mój ojciec pod historyczną bramą stoczni gdańskiej w sierpniu 80. Ludzie z miasta, stojący wówczas przed bramą, aż się obejrzeli za siebie, bo ojciec, mimo że niepozornej postury, miał okrzyk tubalny. 

Tamten głos Bądkowskiego podczas negocjacji z rządem w historycznej sali BHP, wydał się nam najbardziej przytomny, trafiający w samo sedno spraw, w sam splot nerwowy polskiej polityki, w dodatku kierowany wprost do ówczesnego PRL-owskiego wicepremiera Mieczysława Jagielskiego. Dzisiaj to jest zapisany szczęśliwie zarówno w dźwięku jak i w obrazie fragmencik filmu dokumentalnego Chodakowskiego i Zajączkowskiego pt. „Robotnicy 80”.

Bądkowski z wyraźną swadą wywalił właśnie wtedy twarzą w twarz Jagielskiemu prawdę o ówczesnej Konstytucji, która łamana szczegółowymi rozporządzeniami, stała się w PRL “zwykłym świstkiem papieru”.

Identycznie jak w czasach Dobrej Zmiany. Cóż to była wtedy za uniwersalna, ponadczasowa diagnoza Bądkowskiego! I jakaż była ta wypowiedź przytomna w wielkim obozie rodzącej się wówczas „Solidarności”, idąca wyraźnie pod prąd ówczesnemu szaleństwu zwolenników marszu z motykami na słońce i na Moskwę, idąca na przekór rozmaitym trockistom, anarchistom, populistom i demagogom, którzy właśnie wtedy wydawali się zupełnie nieodpowiedzialnie dominować w tym dopiero kiełkującym wielkim polskim ruchu „Solidarności”. No więc tamtym wystąpieniem Bądkowskiego na temat Konstytucji byliśmy z ojcem i bratem poruszeni ogromnie.

 
Bądkowski żywo interesował się prowadzonymi na Pomorzu badaniami archeologicznymi. Tu na wykopaliskach w Gniewie w 1978 r. Obok Lecha (pierwszy z lewej) stoją: Elżbieta Choińska, Andrzej Zbierski oraz Tomasz Zbierski
Bądkowski żywo interesował się prowadzonymi na Pomorzu badaniami archeologicznymi. Tu na wykopaliskach w Gniewie w 1978 r. Obok Lecha (pierwszy z lewej) stoją: Elżbieta Choińska, Andrzej Zbierski oraz Tomasz Zbierski
 
Lech Bądkowski przyjaźnił się z twoim ojcem Andrzejem Zbierskim, archeologiem, honorowym obywatelem Gdańska, odkrywcą grobu Heweliusza. 
Odkąd sięgam pamięcią wstecz, rzeczywiście obaj panowie byli bardzo blisko siebie. Chociaż byli zarazem tak fundamentalnie od siebie różni! Bądkowski - w wymiarze obyczajowym nieomal libertyn, miłośnik serc niewieścich, lubił wódkę i mocną nikotynę („sporty” bez filtra, zawsze radomskie i zawsze w szklanej, brązowo-czarnej od smoły lufce), agnostyk, czyli człowiek poszukujący absolutu i wątpiący zarazem w absolut. Plon tych poszukiwań widać najdobitniej w tomie jego opowiadań „Sny” i w powieściach, zwłaszcza w „Połowie nadziei” i pewnie także w jego sztuce dramatycznej „Sąd nieostateczny”. Podczas drugiej wojny światowej z konieczności - a potem pewnie także z zamiłowania - podróżnik po Francji, Norwegii, Wielkiej Brytanii, Włoszech. A w czasach pokoju - co pewien czas odwiedzający jako załogant kilku polskich jednostek oceanicznych - morza i oceany na kilku kontynentach świata. To zresztą zaowocowało takimi m.in jego książkami jak „Powtórka”, „Wesoło w Tropikach”, „Oblężenie” i „Kulminacja”. Z tych podróży regularnie zresztą przywoził mojemu bratu i mnie muszelki o najdziwniejszych kształtach i kolorach.
 

Jak na lidera kaszubsko-pomorskiego i gdańskiego był bardzo śmiały i odważny w wywalaniu różnym ludziom twarzą w twarz, co rzeczywiście o nich myśli, zachowując jednak przy tym instynkt samozachowawczy i talent do skutecznego stosowania realizmu politycznego jako najporęczniejszego narzędzia działania na arenach publicznych. Bądkowski był do bólu szczery, jak najdalszy od dewocji czy hipokryzji, bardzo rozrywkowy.

Ojciec - przeciwnie: katolik praktykujący w kościele otwartym, nie zamkniętym, z pewnością znacznie bliższy „Tygodnika Powszechnego”, niż dzisiejszej TV „Trwam”, harcerz-abstynent, wieloletni prezes Klubu Inteligencji Katolickiej w Gdańsku, niepodległościowiec, trochę lewicujący, zapewne już od momentu, gdy sam od razu po rozstrzelaniu przez gestapo własnego ojca, stał się czternastoletnim szaroszeregowcem z karabinem w ręku, ale i zarazem zwykłym robotnikiem w miejskich wodociągach, z kluczem francuskim w dłoniach. Obaj więc byli z różnych bajek, bo nie tylko z różnych frontów tej samej, drugiej wojny światowej. Nie wykluczam dziś, że jednak obu rozmówców owa odmienność wzajemnych przekonań właśnie przyciągała, zachęcała do dyskursu, niż odrzucała.

 

Podczas II Wojny Światowej z konieczności - a potem pewnie także z zamiłowania - podróżnik po Francji, Norwegii, Wielkiej Brytanii, Włoszech. A w czasach pokoju - co pewien czas odwiedzający jako załogant kilku polskich jednostek oceanicznych - morza i oceany na kilku kontynentach świata
Podczas drugiej wojny światowej z konieczności - a potem pewnie także z zamiłowania - podróżnik po Francji, Norwegii, Wielkiej Brytanii, Włoszech. A w czasach pokoju - co pewien czas odwiedzający jako załogant kilku polskich jednostek oceanicznych - morza i oceany na kilku kontynentach świata
źródło: www.badkowski.pl

 

Jaka była atmosfera tych waszych domowych spotkań, ich koloryt i tło?

Gdy Bądkowski przychodził do nas, zawsze siadał na, jedynym takim w domu, drewnianym zydlu, wyprostowany jak strzała, co być może wiązało się z jego jakimś poważnym problemem z kręgosłupem. Prawdopodobnie ta jego kontuzja ciągnęła się jeszcze od momentu, gdy w północnych Włoszech wykonywał ćwiczebne skoki jako żołnierz cichociemny, próbując skakać ze spadochronu z ciężkimi ładunkami złota, które miały być zrzucone nad powstańczą Warszawą.

Często w czasie tych wizyt u nas miał na sobie krawat z wyszytym na szarym płótnie siedmiokolorowym haftem kaszubskim. Nosił ten kaszubski krawat właściwie do wszystkiego: do samej koszuli, do marynarki, a nawet do swetra zapinanego na skórzane guziki. Fakt, że stary Bądkowski potrafił przegadać ze starym Zbierskim bardzo wiele godzin, a ja im byłem starszy, tym bardziej nasłuchiwałem i podsłuchiwałem. Zwłaszcza gdy to jego charakterystyczne pomorskie „r” (identyczne jak u Tuska!) wibrowało w powietrzu zawarte w tym jednym z najbrzydszych polskich przekleństw. Zazwyczaj tym słowem na k… zamierzał w prywatnej rozmowie z moim ojcem określać czy raczej przyszpilać któregoś z ich wspólnych adwersarzy. I nie była to wówczas - powiedzmy szczerze - żadna mowa nienawiści, ale właśnie jak najbardziej pokojowa krytyka, szczera do bólu, wolna od dzisiejszych syndromów sztokholmskich. Długo nie mogłem zrozumieć dlaczego obydwaj zdecydowanie woleli spotykać się w gdańskich plenerach niż we wnętrzach domowych. Obaj bowiem mieli obawę - jak dziś po latach, opierając się na UB-eckich papierach, wykazuje jasno córka Bądkowskiego Sławina - bardzo przecież uzasadnioną, przed podsłuchami agentów.

 

Nosił ten kaszubski krawat właściwie do wszystkiego: do samej koszuli, do marynarki, a nawet do swetra zapinanego na skórzane guziki. Nz zdjęciu: luty 1976, Lech Bądkowski przekazuje dokumenty do Biblioteki Gdańskiej PAN z zastrzeżeniem, że można je otworzyć po pięćdziesięciu latach
Nosił ten kaszubski krawat właściwie do wszystkiego: do samej koszuli, do marynarki, a nawet do swetra zapinanego na skórzane guziki. Nz zdjęciu: luty 1976, Lech Bądkowski przekazuje dokumenty do Biblioteki Gdańskiej PAN z zastrzeżeniem, że można je otworzyć po pięćdziesięciu latach
fot. Alfons Klejna / Archiwum rodzinne Sławiny Kosmulskiej

 

Co wydało Ci się wtedy szczególnie istotne w postawie Bądkowskiego?

Z pewnością dla Bądkowskiego w każdym ze spotkań z przeróżnymi ludźmi, bo przecież nie tylko z moim ojcem, były rzeczy ważniejsze niż powierzchowne etykiety. Ważniejsze było więc to co wspólne, niż to co osobne: Kaszuby, archeologia, Gdańsk, Pomorze, Bałtyk, sprawy obywatelskie i może jeszcze - o czym mało kto chyba już w Gdańsku pamięta - muzyka popularna i symfoniczna oraz przyjaźń z wybitnym gdańskim kompozytorem Deglerem vel Jabłońskim oraz jego piękną żoną Charlottą, czyli z „Bibi”, o czym zresztą soczystą story napisała Olga Dębicka w swoich „Fotografiach z tłem” - reportażach o gdańszczanach po 1945 roku. Akurat - poznani przez Bądkowskiego Deglerowie byli Niemcami, ale inni ludzie byli przecież Ukraińcami, gdy z pokonanego przez Niemców Pomorza Bądkowski przedzierał się przez zieloną granicę do Brygady Podhalańskiej, inni Żydami, a jeszcze inni Arabami, których ratował przed śmiercią z pragnienia i ogólnego wycieńczenia podczas wojny izraelsko-egipskiej opisywanej w reportażu „Wielkie Jezioro Gorzkie”.

Bądkowski spotykał przecież w swoich różnych momentach życiowych ludzi różnych ras, kultur, mówiących różnymi językami. … I może właśnie dzięki temu tak daleki był od ksenofobii i megalomanii narodowej i tak daleko był także od tak popularnego na Kaszubach i Pomorzu endeckiego nurtu myślenia.

Warto bowiem podkreślić, że Bądkowski - człowiek pragmatyczny - dobierał sobie w życiu sojuszników, a potem także współpracowników, nie tylko ze względu na ich korzenie, tradycje, przekonania i tak zwane konotacje obiegowe. Nie wybierał ich sobie ze względu na plotki rodem z magla albo - nie daj Boże -  ze względu na jakieś życzliwe donosy czy koronkowo plecione intrygi. Nie znosił bowiem najbardziej właśnie plotek, choć prywatne śledztwa w sprawach najistotniejszych, oparte na rzetelnej wielości poważnych źródeł, uwielbiał. Brzydził się obłudą. Nie znosił również osób motywujących swoje działanie zawiścią czy zazdrością. W szczególny więc sposób wyjątkowo ceniąc, wyróżniając i promując Kaszubów czy Kociewiaków, nie absolutyzował ich, a nawet bywało, że krytykował ich bez pardonu, wymagając od nich nawet znacznie więcej, niż od innych. Dla ich własnego dobra. Najważniejsze więc były dla Bądkowskiego - z dzisiejszego punktu widzenia może staroświeckie - osobiste cechy charakterów ludzi, z którymi współpracował w Zrzeszeniu Kaszubsko-Pomorskim, w ZLP, SDP, PEN- Clubie, „Samorządności”, Kole Inicjatyw Społecznych czy w Klubie Myśli Politycznej im. Konstytucji 3 maja. Taki był właśnie jako inspirator tworzenia rozmaitych przestrzeni publiczno-obywatelskich w Gdańsku, na Pomorzu i w Polsce.

 

Bigos Party w klubie studenckim Zak w Gdansku 30 czerwca 1965 r. Na zdjęciu od lewej Irena Przewłocka, Maria Kowalewska, Maja Fac, Franciszek Fenikowski, Teresa Sierand i Lech Bądkowski
Bigos Party w klubie studenckim Żak w Gdańsku 30 czerwca 1965 r. Na zdjęciu od lewej Irena Przewłocka, Maria Kowalewska, Maja Fac, Franciszek Fenikowski, Teresa Sierand i Lech Bądkowski
fot. Zbigniew Kosycarz / KFP

 

Rozczarowań jednak na pewno nie uniknął.

Bywało oczywiście, że właśnie w tych rozpoznaniach ludzkich charakterów, także czasami nawet bardzo się mylił, że bywał też niesprawiedliwy, co zresztą swój literacki odpowiednik znajduje choćby w jego „Legendzie o pustelniku”. W każdym razie ludzi motywowanych jedynie przez własne psychologiczne uprzedzenia bardzo starannie unikał. I wydaje mi się, że w podobnym duchu, czyli bez uprzedzeń, starał się wychować - może jednak za bardzo po wojskowemu - swoją jedyną córkę Sławinę, którą zresztą wprowadzał intensywnie także w świat kaszubsko-pomorski. I może ta linia życia biegnie dalej, bo wnuczka Bądkowskiego - Miłka też chyba, podobnie jak wnuk Maciej, podążają tym tropem? A w każdym razie - z tego co widzę - wnuki interesują się historią własnego dziadka.

 

Badałeś w swojej książce całe życie Lecha Bądkowskiego. Która z epok wydaje Ci się najciekawsza?

Najciekawsze, a słabo znane powszechnie, wydają mi się u Bądkowskiego oprócz czasów wojennej walki z faszyzmem w Europie i oczywiście oprócz Sierpnia 80 (wraz ze słynnym jego esejem o Wałęsie!), gdańskie lata pięćdziesiąte i sześćdziesiąte i jego nieraz samotne zmagania z realiami ówczesnego systemu, czego śladem jest między innymi może nie najbardziej genialna literacko książka „Huśtawka”: pokancerowana ingerencjami cenzorskimi, jednak bardzo ciekawa faktograficznie i psychologicznie - wokół wydarzeń z Października 1956 roku. Z kolei w roku 1968 był w Gdańsku razem z Różą Ostrowską i Franciszkiem Fenikowskim bardzo osamotniony protestując głośno i otwarcie w sprawie odgórnej nagonki antysemickiej. 


CZYTAJ TAKŻE O LECHU BĄDKOWSKIM


Bądkowski nie miał wtedy zbyt wielu sojuszników w Gdańsku.
 

Im bliżej lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych - tym więcej było przecież konkurujących w Gdańsku z Bądkowskim mitotwórców, kandydatów do własnego bohaterstwa - rzeczywistego lub ewidentnie konfabulowanego. Mogę dziś o tym mówić otwartym tekstem, jako emigrant z Gdańska do Francji, nie mając do załatwienia w Polsce żadnych moich prywatnych interesów, co przecież przydarza się wciąż moim niektórym kolegom. Z relacji mojej mamy i z opowieści o trzy lata starszego brata Tomasza odtwarzam więc najpierw tamten topograficzny gdański krajobraz, fyrtel z początku lat sześćdziesiątych: tamto terytorium życia Bądkowskiego, ale zarazem terytorium mojego własnego dzieciństwa, przebiegającego między Targiem Rybnym, Drogą Królewską, bazyliką Dominikanów, knajpą Kubickiego a nabrzeżem przy którym cumował mój ulubiony, parowy statek Białej Floty „Karol Wójcik”. A bardzo niedaleko stamtąd były przecież od zawsze Lody „Miś” i potwornie dymiąca „Ołowianka”, na którą z okien własnej pracowni miał Bądkowski widok na miasto, tak kolosalnie zmienione już w epoce Pawła Adamowicza jako prezydenta Gdańska i Jana Kozłowskiego jako marszałka Pomorza. Z okien swojej pracowni Bądkowski patrzył dokładnie tam, gdzie dzisiaj mieści się już wbudowany interesująco w starą architekturę nowoczesny gmach Filharmonii. A po prawej ręce mamy już teraz zabudowaną wreszcie Wyspę Spichrzów. Ale wtedy, wszystko to na co patrzył Bądkowski w Gdańsku, musiało mu się wydać rozpaczliwie smutne. I bez przyszłości.

 

[…] tamto terytorium życia Bądkowskiego, ale zarazem terytorium mojego własnego dzieciństwa […] mój ulubiony, parowy statek Białej Floty „Karol Wójcik” […] potwornie dymiąca „Ołowianka” na którą z okien własnej pracowni miał Bądkowski widok na miasto […]
[…] tamto terytorium życia Bądkowskiego, ale zarazem terytorium mojego własnego dzieciństwa […] mój ulubiony, parowy statek Białej Floty „Karol Wójcik” […] potwornie dymiąca „Ołowianka”, na którą z okien własnej pracowni miał Bądkowski widok na miasto […]
fot. Zbigniew Kosycarz / KFP

 

Pamiętasz miejsca w Gdańsku, w których bywał Bądkowski, z którymi był związany? Widzisz go we wspomnieniach idącego na przykład jakąś ulubioną ulicą Gdańska?

Według mojej mamy - specjalnie do niej telefonowałem, żeby o to dopytać - Andrzej Zbierski i Lech Bądkowski wyróżniali się w Gdańsku, kilka lat po drugiej wojnie światowej, nieomal identycznymi battle dressami. Zapewne tamten uniform przywiózł Bądkowski z polskiej armii na Zachodzie, z kolei ojciec zachował go, mimo odsiadki w stalinowskim więzieniu. Może tata miał go z jakiegoś „zrzutu”, jako żołnierz Szarych Szeregów i AK? Fakt, że po latach tamten szaroszeregowy mundur taty wystawił w Gdyni prezydent Wojciech Szczurek razem z wiceprezydentami Markiem Stępą i Michałem Guciem podczas słynnej, monograficznej wystawy poświęconej polskim harcerzom walczącym o niepodległość.  

Bądkowski wędrując właśnie wtedy w tamtym militarnym uniformie lubił spacery ulicą Wartką i wzdłuż kanału Raduni, ale odwiedzał też ojca regularnie - najpierw w Stacji Archeologicznej przy Grodzkiej 13 i tuż obok w Gdańskim Towarzystwie Naukowym przy Grodzkiej 12, potem także w mieszkaniu rodziców przy Kamiennej Grobli, na Dolnym Mieście. Jeszcze częściej spotykali się na wykopaliskach archeologicznych u zbiegu Grodzkiej i Rycerskiej, w podziemiach bazyliki dominikanów czy w okolicy Studni Neptuna pod Ratuszem Głównego Miasta w Gdańsku. Z całą pewnością Bądkowski szczególnie cenił mojego ojca właśnie jako archeologa. Zdarzało się także Bądkowskiemu - jak pamiętam - odwiedzać moją mamę najpierw w Bibliotece Gdańskiej PAN w Gdańsku, potem w Żurawiu, w Muzeum Morskim, wreszcie w Muzeum Zamkowym w Malborku, gdzie była kustoszem. W tym Malborku rozegrała się zresztą już po Sierpniu 80 regularna bitwa między mamą i wybuchającą wtedy pierwszą „Solidarnością” a obrońcami dawnego porządku, którzy między innymi przy pomocy spychaczy i buldożerów chcieli tam prowadzić wykopaliska archeologiczne w zamkowej fosie. Bądkowski osobiście, własnym piórem, komentował tamten konflikt w Malborku na łamach „Samorządności” w tekście zatytułowanym „O czysty ton”.

Był do bólu wyczulony na coś, co nazwałem sobie wtedy na własny użytek etyką życia społecznego - akurat w tej sprawie był Bądkowski bardzo konsekwentny, nieomal od urodzenia aż do śmierci. I zapewne akurat ta rzecz - prócz istotnych bardzo wielu różnic - łączyła go z moim ojcem.

Owa etyka i krytyka życia społecznego wydała mi się także głównym tematem wydawanej potem przez Bądkowskiego „Samorządności”. Z czasem docierała do mnie także swoista przedwojenność obu panów, wraz z dość pewnie egzotyczną i budzącą może uśmiech postronnych świadków, ich skłonnością do całowania w rękę napotkanych pań. Ale też zapewne najbardziej w gruncie rzeczy zbliżało ich podobieństwo pozytywistycznych etosów, innych niż na tak zwanej polskiej Ścianie Wschodniej, w dawnym zaborze rosyjskim: pomorskiego w rodzinie Bądkowskich oraz wielopolskiego w rodzinie Zbierskich.

 

Czy to się przekładało na twórczość Bądkowskiego, który był przecież bardzo aktywnym pisarzem, dziennikarzem, publicystą?

Myślę, że wiele z tych spotkań i wielogodzinnych rozmów z ojcem - podobnie zresztą jak Gerardem Labudą czy Bernardem Sychtą - zaprocentowało potem niedokończonym - z powodu tragicznego nowotworu u naszego bohatera - cyklem błyskotliwej prozy o średniowieczu kaszubskim, a wcześniej tomem esejów Bądkowskiego „Odwrócona Kotwica”. Jej autor, zafascynowany łamigłówkami wielobarwnego starego Gdańska i średniowiecznego Pomorza oraz Kaszub do dziś całkiem chyba celnie nazwany bywa „pomorskim Jasienicą”. Tymczasem wspominany przeze mnie na początku i związany z Bądkowskim gdański „fyrtel” terytorialny poszerzał się z czasem - mojemu bratu Tomkowi i mnie - o kolejne kręgi wtajemniczeń: Gdynię, Toruń, Wejherowo, Kartuzy, Puck, Gniew i Tczew, o Wiele, Chojnice i oczywiście o Łączyńską Hutę, gdzie miał swoje nowoczesne gospodarstwo noszący wysokie buty z cholewami Hubert Lewna i gdzie znajdowała się także checz Klubu Studenckiego „Pomorania”, który Bądkowski nazwał „podchorążówką” Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego. Dzięki Bądkowskiemu dotarłem też wtedy do głęboko poruszającej historii Słowińców, kaszubskich protestantów wyrzuconych na teren RFN i stygmatyzowanych w PRL, przemielonych przez powojenny walec komunizmu oraz przez zwykłą polską głupotę. Akurat w sprawie Słowińców miał także Bądkowski samemu sobie wiele do zarzucenia. Że może nie zrobił w ich sprawie tego wszystkiego, co powinien?

 

Paweł Zbierski w Katalonii
Paweł Zbierski w Katalonii

 

Czujesz się jego uczniem?

Na różne spotkania, zwłaszcza na literackie Spotkania Wdzydzkie albo Publicystyczne w Tczewie coraz częściej zabierał mnie ze sobą. Także na spotkania w klubie literatów przy Mariackiej, gdzie w latach siedemdziesiątych zapadł mi w pamięci szczególnie błyskotliwy wywód Stefana Kisielewskiego na temat polskiej geopolityki i możliwych perspektyw na jakieś wolnościowe przesilenie. Wkrótce zresztą doszlusowała do nas zafascynowana Gdańskiem wyjątkowo bystra lokalna patriotka, młodziutka Ania, moja przyszła żona, jak się okazało za sprawą dociekań Bądkowskiego w połowie Kaszubka, najlepsza moja przyjaciółka i miłość ze szkolnej ławy w „Topolówce” - kilka lat później później zresztą - za sprawą osobistej decyzji Pawła Adamowicza - szefowa promocji miasta Gdańska. Bardzo mądra. Równolegle - w drugiej połowie lat siedemdziesiątych, poznawaliśmy przez naszego przyjaciela z humanistycznej klasy IV A Piotrka Szczudłowskiego także środowisko Młodej Polski. No więc zaczęło się najpierw właśnie w „Topolówce” - kolportowanie „Opinii” - pisma Ruchu Obrony Praw Człowieka i Obywatela, z którym bezpośrednio związany był ojciec Piotra Tadeusz a także kolportowanie „Bratniaka” które to pismo odbijane zgrabnie na offsecie redagował w Gdańsku Aram Rybicki w imieniu środowiska Aleksandra Halla. W maju 1980 roku zdawaliśmy maturę. To był krótki moment w naszej oświacie, kiedy z języka polskiego i historii można się było bronić na maturze. Piotrek - aresztowany zresztą tuż przed obroną na 48 godzin - bronił swojej pracy o Michale Bobrzyńskim, ja o Lechu Bądkowskim - pisarzu objętym wówczas przez władze PRL całkowitym zakazem druku własnych tekstów. Obroniliśmy się solidarnie obaj. Chyba cudem. To był zresztą dramatyczny moment także z tego powodu, że w więzieniu wciąż siedzieli ojciec Piotrka, Tadeusz razem z Darkiem Kobzdejem, za swoje patriotyczne 3-majowe wystąpienia pod Pomnikiem Sobieskiego w Gdańsku - a wkrótce potem wybuchł przecież Sierpień. W powodzeniu naszych szkolnych zmagań duży udział miała zresztą nasza znakomita polonistka Elżbieta Ubertowska, mama Oli Ubertowskiej, z którą potem przyszło mi chwilę popracować w gdańskim oddziale „Gazety Wyborczej”….

 

Okładka książki Pawła Zbierskiego „Na Własny rachunek”, wydanej w 2004 r.
Okładka książki Pawła Zbierskiego „Na Własny rachunek. Rzecz o Lechu Bądkowskim”, wydanej w 2004 r.

 

Wspomniałeś już, że Twoje zbliżanie się do Bądkowskiego to był proces, nie jednorazowy akt. Proces, który trwał chyba też po jego śmierci... 

Im byłem starszy, tym bardziej serio traktował mnie sam Lech Bądkowski, do którego zawsze mówiłem „Mistrzu!”. Myślę teraz dopiero, gdy mnie pytasz, że nie miał Bądkowski kompletnie żadnych talentów pedagogicznych wobec dzieci i w ogóle wobec ludzi niedojrzałych. Tak jak go sobie teraz przypominam, to chyba żal mu było marnować własny czas z powodu ludzi nie dość dorosłych. Mówiąc trochę żartem i zupełnie na marginesie: miał także swoją bardzo ważną, żelazną zasadę - nigdy nie podrywał dziewczyn mających nie ukończone 18 lat. Zdecydowanie więc - warto to wyakcentować - preferował dorosłość w każdym wymiarze. Bądkowski wprowadzał mnie więc - jeszcze przed wielkim Sierpniem - w krąg swoich bliskich dorosłych współpracowników i przyjaciół. Takim sposobem poznałem między innymi jego córkę Sławinę, Wojtka Kiedrowskiego, Marię Kowalewską, Marię Borowikową, Bolesława Faca, Józefa i Felka Borzyszkowskich, Jurka Sampa, Izabelę Trojanowską, Tadeusza Bolduana, Stanisława Pestkę, potem także Staszka Janke, Marylę Mrozińską, dowiadywałem się o ponadprzeciętnych dokonaniach Brunona Synaka, Jana Wyrowińskiego, Kazimierza Kleiny i wielu, wielu innych. Także tych podejmujących to dziedzictwo tuż po śmierci naszego bohatera, ale znacznie radykalniejszych w rozumieniu choćby etniczności Kaszubów, takich jak Artur Jabłoński, który portretował Bądkowskiego m.in. dla TVP Gdańsk. 

Bądkowski - jeszcze gdy byłem licealistą w drugiej połowie lat siedemdziesiątych - namawiał mnie bym pisał, a czasem nawet on sam adiustował moje młodzieńcze teksty i pomagał mi je drukować najpierw w miesięczniku „Pomerania”, potem także w „Rejsach” na łamach „Dziennika Bałtyckiego”. Mówił, że on (sam twórca przecież m.in. urodziwej prozy poetyckiej! ) na poezję jest kompletnie głuchy, podobnie jak na religię. I dlatego - w sprawie poezji - wysyłał mnie najpierw do Bolesława Faca. Przedziwnie zresztą - za sprawą Bądkowskiego - ułożyło się potem wiele moich losów z różnymi ludźmi - jego wychowankami.

To wszystko, czego Bądkowski nie mógł zrobić osobiście z racji obiektywnych kataklizmów wojennych: faszyzmu i komunizmu, pociągnęli lepiej lub gorzej jego wychowankowie, zwłaszcza samorządowcy gminni i regionalni. Także parlamentarzyści - chociaż jak myślę - parlamentarzyści robili to znacznie gorzej od samorządowców.

No i pociągnął to oczywiście bardzo mocno sam Donald Tusk jako polityk, także już jako szef Rady Europejskiej. Co prawda Bądkowski nie żyje, ale przecież Tusk - tak to widzę - najlepiej kontynuuje polityczne dziedzictwo jego myśli. Wśród „wnuków” Bądkowskiego widzę także tragicznie odeszłego Pawła Adamowicza i oczywiście Aleksandrę Dulkiewicz. A gdy patrzę na te gdańskie parady niepodległości - jakże odmienne od warszawskich, parafaszystowskich marszy - to już nawet jestem tego pewien.

 

18 luty 2009, Sejm RP. Ówczesny Premier RP Donald Tusk i Senator RP Kazimierz Kleina podczas otwarcia wystawy Autorytety: Lech Bądkowski
18 luty 2009, Sejm RP. Ówczesny Premier RP Donald Tusk i Senator RP Kazimierz Kleina podczas otwarcia wystawy "Autorytety: Lech Bądkowski"
Fot. Grzegorz Rogiński / Centrum Informacyjne Rządu

 

Widzisz to jak Bądkowskiego życie po życiu? 

Jest zdecydowanie lepiej, niż za życia Bądkowskiego. Oczywiście w tym naszym Gdańsku, na Pomorzu oraz w kilku innych, ważnych miastach polskich nie wygląda dziś to samorządowo-obywatelskie życie aż tak bardzo źle, jednak w reszcie Polski jest znacznie gorzej. Warszawa ma wyraźne parcie do odwracania biegu dziejów, nie tylko poprzez z uporem maniaka budowany przekop Mierzei Wiślanej. Głównie jednak poprzez polityczną redystrybucję środków wytwarzanych w samorządnych miastach i regionach. Cofamy się bowiem dzisiaj niebezpiecznie - jako państwo - do scentralizowanej PRL. Jeszcze gorzej jest chyba z centralizacją umysłów dziennikarzy i publicystów, czego doświadczyłem osobiście na własnej skórze, już w 2009 roku, jako moderator dyskusji w polskim parlamencie przy okazji otwarcia monograficznej wystawy poświęconej Bądkowskiemu - „Autorytety” przygotowanej między innymi przez Patrycję Medowską i Krzysztofa Kordę z Europejskiego Centrum Solidarności. Żaden bowiem reporter z tej całej ówczesnej warszawskiej ławicy dziennikarskiego głównego nurtu nie był wtedy kompletnie zainteresowany ani postulatami decentralizacji władzy w Polsce, ani samorządnością, ani Bądkowskim, ani tym co o Bądkowskim mieli tam do powiedzenia ówczesny marszałek Senatu Bogdan Borusewicz, ani zwłaszcza pan premier RP Donald Tusk. Żaden dziennikarz. Miałem tam co prawda osobną kamerę przywiezioną z Gdańska, jedna Telewizyjna Agencja Informacyjna TVP nie wyraziła wówczas jakiegokolwiek zainteresowania moim przekazem wokół odbioru myśli Bądkowskiego przez najważniejszych w Polsce polityków. Dziennikarze warszawscy pytali wtedy premiera i marszałka o jakieś politycznie bieżączki i - z dzisiejszej perspektywy - kompletne nieistotne duperele, o przepychanki międzypartyjne. Pytali o rzeczy, które z czasem okazały się nie mieć kompletnie żadnego znaczenia politycznego.


CZYTAJ TAKŻE O LECHU BĄDKOWSKIM


„Autorytety” wyprzedzały w parlamencie swój czas, a dziennikarze to przespali? A może to też kwestia, że rolę Bądkowskiego, choćby podczas Sierpnia 80, różne środowiska umniejszały, nie jest postacią powszechnie znaną, piszesz o tym w swojej książce. 

Oczywiście! Bo wcześniej właśnie za sprawą głównie „Samorządności”, którą Tusk współtworzył - jak to dziś widzę - Bądkowski starał się przygotowywać grunt dla największej w Polsce reformy ustrojowej, wciąż nie dokonanej, bo nie mającej finału: reformy terytorialnej. A dziś zatrzymanej w połowie drogi i cofanej gwałtownie do punktu wyjścia. Tymczasem wydaje mi się, że przede wszystkim za sprawą intensywnych spotkań z coraz bardziej słabnącym zdrowotnie Bądkowskim Donald Tusk odbył przecież intensywny, przyśpieszony kurs dojrzałości obywatelskiej, politycznej, publicznej. I że Tusk docenił właśnie bardzo mocno proeuropejski regionalizm Bądkowskiego.

Zapewne była u nich, u obu naraz i w Bądkowskim i w Tusku - mimo sporej różnicy wieku i nieporównanie różnych doświadczeń historycznych - ta sama gorąca pasja w rozwijaniu, a więc także w woli metropolizowania Gdańska i Polski. Ważna strategicznie i cywilizacyjnie i - nierozłączna z tą pasją była ich wola aktywnego współtworzenia Europy złożonej raczej z nowoczesnych, zdecentralizowanych regionów, niż z centralistycznych państw narodowych.

Ten wątek podjął potem, jak myślę, perfekcyjnie zarówno w Gdańsku jak i w Polsce wspominany słusznie z wdzięcznością przez współobywateli gdańskich Paweł Adamowicz, zręcznie zgrywając własną politykę miejską z gigantycznym strumieniem europejskich pieniędzy, w czym niemały przecież udział miał ówczesny unijny komisarz do spraw budżetu Janusz Lewandowski. Oczywiście - jak każdy normalny człowiek - popełniał przy tym Adamowicz jakieś tam błędy. Drobne. I dlatego właśnie Paweł Adamowicz jako wybitny człowiek nie potrzebuje w Gdańsku po swojej śmierci - podobnie zresztą jak omawiany tu Bądkowski - kultu parareligijnego, na wzór sekty smoleńskiej. Bo to nie byłoby - jak myślę - w pełni twórcze podejście. Jest raczej chyba nam wszystkim potrzebna pozytywistyczna kontynuacja myśli Bądkowskiego, w konkretnym działaniu, a nie jakichś mitologiach i kultach jednostek, co zresztą Aleksandra Dulkiewicz odważnie podjęła po śmierci prezydenta.

 

Dwóch Lechów: Bądkowski i Wałęsa
Dwóch Lechów: Wałęsa i Bądkowski 
źródło: www.badkowski.pl

 

W Twojej książce Wałęsa mówi o Bądkowskim: „To było ciągle przed nim…” Bądkowski umarł przed czasem?

Owszem, bardzo smutna była tamta ostatnia faza życia Bądkowskiego, gdy śmiertelnie chory i okrutnie już obolały, umierał w oparach stanu wojennego. O ile pamiętam, to mocne zastrzyki przeciwbólowe z morfiny musiał już brać podczas wielkiego strajku w Sierpniu 80. Opiekowała się nim, zresztą medycznie znakomita i bardzo jasna postać wolnego Gdańska, Pani Profesor Joanna Pensonowa, a także byli z nim blisko wtedy przyjaciele z gdańskiego Hospicjum ks. Dutkiewicza. Stan wojenny i śmierć Bądkowskiego, którego traktowałem, no może nie jak drugiego ojca, ale powiedzmy: jako jakiegoś najbliższego stryja, dobiły mnie. I dobił także tamten czas wiele moich życiowych spraw, cofnął moje życie o kilka dobrych okrążeń. Byłem bowiem wówczas akurat nie tylko po lekturze „Książeczki Wojskowej” Antoniego Pawlaka, ale także po mojej realnej ucieczce od ludowego wojska polskiego do szpitala psychiatrycznego. Na gdańskim "Srebrzysku", w zamkniętym zakładzie, spędziłem wówczas wiele traumatycznych tygodni. Żeby uniknąć wojska. A zaraz potem, przenosząc się z moją ówczesną żoną Anną na studia z Uniwersytetu Gdańskiego na UJ i nie mogłem niestety regularnie czuwać w Gdańsku przy łóżku umierającego Bądkowskiego, tak jak czynili to Donald Tusk, Grzegorz Fortuna, Wojtek Duda, Zbyszek Gach - przyjaciele i współpracownicy z zamkniętej w stanie wojennym „Samorządności”.

 

Będąc w Krakowie, pamiętałeś jednak o Bądkowskim...

Tamten mój Kraków okazał się jednak na tyle istotny, że właśnie wówczas trafiłem na Macieja Słomczyńskiego - nie tylko genialnego tłumacza Szekspira oraz autora powieści kryminalnych, ale też bardzo, bardzo bliskiego, długoletniego powiernika Bądkowskiego. Jakiś skromny kontakt z rodziną Słomczyńskiego zachowuję zresztą do dziś, mimo że sam mieszkam teraz w Katalonii francuskiej, a oni w Krakowie.

Kiedy wspominam ostatnie dni Bądkowskiego, myślę że to był właśnie ten moment, gdy Tusk i Bądkowski bardzo mocno wówczas przybliżyli swoje myśli o Gdańsku, o ludziach, o świecie, o Polsce, o polityce. Teraz, gdy mnie tak wypytujesz Alu, uświadamiam sobie, że te wszystkie rzeczy związane właśnie z Bądkowskim, kumulowały się w moim życiu bardzo intensywnie przez dalsze lata.

 

W swojej książce podkreślasz, że wartości obywatelskie i wolnościowe Bądkowski wiązał ze sprawami codziennymi, a nawet przyziemnymi i że to nie była wzniosła ideologia, a praktyka codziennego działania bardzo bliska także wychowankowi Bądkowskiego - Donaldowi Tuskowi.

“Warto się było urodzić, by spotkać takiego człowieka na swojej drodze” - wspominał Lecha Bądkowskiego Donald Tusk, już jako premier, podczas otwarcia wystawy „Autorytety” w polskim parlamencie 18 lutego 2009 roku. Z pewnością, jako student profesora Romana Wapińskiego i wychowanek Lecha Bądkowskiego, musiał Tusk nauczyć się na Pomorzu nie tylko z zapisów historycznych właśnie tej bardzo swoistej, kaszubsko-pomorskiej etyki. Że mianowicie czarne nie jest białe, i że to „jest rydel, a nie wół, to jest całe a nie pół!”

 

Kibice Lechii podczas pucharowego meczu Lechia Gdansk - Juventus Turyn w Gdańsku
Kibice Lechii podczas pucharowego meczu Lechia Gdańsk - Juventus Turyn w Gdańsku
fot. Zbigniew Kosycarz / KFP

 

Etyka wynikająca z konkretu, z autopsji?

Jak najbardziej - kiedy wspominam sobie tamte czasy. W porządku normalnej codzienności była też wtedy w nas wszystkich silna energia w sprawach, które można by nazywać za profesorem Władysławem Bartoszewskim zwykłą przyzwoitością. Przyzwoitością, która realizowała się w najprostszych, codziennych sytuacjach czy nawet odruchach międzyludzkich. Jako typowi młodzi gdańszczanie lubiliśmy na przykład z bratem Tomaszem traktować stadion „Lechii” jak substytut wolnej Polski.

Pamiętam więc te nasze wszystkie antykomunistyczne okrzyki wznoszone przy ulicy Traugutta we Wrzeszczu, te nasze młodzieńcze manifestacje gdańskiej niepokory. Choćby takie, jak realizowane trochę później, podczas słynnego meczu Lechii z Juventusem Turyn. Jednak właśnie ten rodzaj naszej aktywności Bądkowski słusznie wyśmiewał, uważając je za swoisty infantylizm, podobnie jak rzucanie przekleństwami w zwykłych pałkarzy z MO.

Ale my byliśmy przecież młodzi. I wydawało się, że mamy w związku z tym monopol na nieomylność. I żaden starszy, nawet nobliwy pan w kaszubskim krawacie i z laseczką nie będzie nam tutaj - za przeproszeniem - pierdolił co dla nas jest najlepsze! Były więc mecze wyjazdowe, a wśród nich także tamten pamiętny, z Zawiszą w Bydgoszczy. Dziś już nie pamiętam: wygrany czy przegrany? Faktem jest, że kiedy wracaliśmy do Gdańska owinięci biało-zielonymi szalikami w zatłoczonym do granic możliwości pociągu Milicja Obywatelska zastosowała wobec kibiców Lechii klasyczną prowokację, aresztując oczywiście upatrzonych z góry ludzi - największych aktywistów i prowodyrów. To jest zresztą przecież klasyka policyjna na wszystkich kontynentach i we wszystkich czasach, co teraz widzę najlepiej w Katalonii! Otóż wtedy mój brat Tomasz - w pociągu potulny jak baranek, ale z czupryną jak Jimi Hendrix - trafił za kraty, wywleczony z wagonu kolejowego na stacji Twarda Góra i został skandalicznie, absurdalnie oskarżony o czynną napaść na funkcjonariuszy Milicji Obywatelskiej. Jedynym człowiekiem z ówczesnej kilkusetosobowej grupy kibiców, który odważnie stanął wówczas w jego obronie i zgodził się zeznawać jako świadek podczas posiedzenia Kolegium do Spraw Wykroczeń (tej typowo PRL-owskiej instytucjonalnej parodii milicyjno-prawnej) był jego kolega ze szkolnej ławy w gdańskiej „jedynce” - Donald Tusk. Inni kibice Lechii się przestraszyli. Paradoksalnie, za sprawą tamtego niepozornego epizodu, mogliśmy jednak mocno poczuć istotną wspólnotę losu wolnych gdańszczan i solidarność międzyludzką na tym najbardziej elementarnym, międzyludzkim poziomie. Po tamtej historii pomeczowej zostaliśmy z bratem zdrowo ochrzanieni przez Bądkowskiego. Ale mój ojciec zaczął z kolei patrzeć na Donalda z wielkim szacunkiem.


CZYTAJ TAKŻE O LECHU BĄDKOWSKIM


Mówiłeś, że wtedy, wy kibice, mieliście nawet własną przyśpiewkę: „W Wolnym Mieście Gdańsku, gdzie korona w herbie jest, mamy swą drużynę, która zwie się BKS…”?

Oprócz tej przyśpiewki była także największa pieśń bojowa kibiców Lechii. Śpiewaliśmy ją na melodię „Międzynarodówki”, czyli: „Bój to jest nasz ostatni.”… Jednak ograniczanie naszej aktywności jedynie do stadionu przy ulicy Traugutta we Wrzeszczu, byłoby okrutną niesprawiedliwością. Przecież wkrótce zaczęło to wszystko procentować w bardziej poważnych obszarach: kulturowych, społecznych, ekonomicznych. Bo dość szybko zarówno za sprawą mojego ojca archeologa, odkrywającego najstarsze dzieje Gdańska, jak i Lecha Bądkowskiego zacząłem rozumieć już promowany w epoce PRL, między innymi w drugim obiegu wydawniczym, fenomen wielokulturowego i wielowyznaniowego Gdańska, jako terytorium dialogu i porozumienia, miejsca spraw osobnych, a jednak nadających się do pokojowej współegzystencji, do wypracowywania kompromisów. Rozpoznawałem więc samorządność gdańską i regionalizm pomorski jako wartości ponadczasowe i na wskroś współczesne, traktując je łącznie z nowymi technologiami. I oczywiście domagające się konfrontacji nie tylko z dokonaniami zachodniej Europy, ale postulując także zanurzenie ich w uniwersalizmie świata, w nowoczesnych metropoliach, wykraczających poza administracje narodowe, czyli wymykających się także wszelkim nacjonalistycznym populizmom, szowinizmom i ksenofobii. Wreszcie mocno obecnych w wybitnych tekstach artystów, między innymi poprzez dzieła Grassa, którym zresztą Bądkowski - jako pisarzem w stu procentach gdańskim - bardzo się interesował.

 

„Samorządność”, dodatek do gdańskiego „Dziennika Bałtyckiego”, utworzony we IX 1980 z inicjatywy Lecha Bądkowskiego, członka Prezydium MKS i MKZ, pełniącego (do XI 1980) obowiązki rzecznika prasowego tymczasowych władz „S”, wydawany 24 IX 1980 – XII 1981, źródło: Encyklopedia Solidarności, http://www.encysol.pl
„Samorządność”, dodatek do gdańskiego „Dziennika Bałtyckiego”, utworzony we wrześniu 1980 roku z inicjatywy Lecha Bądkowskiego, członka Prezydium MKS i MKZ, pełniącego (do listopada 1980) obowiązki rzecznika prasowego tymczasowych władz „S”, wydawany 24 IX 1980 – XII 1981, źródło: Encyklopedia Solidarności, http://www.encysol.pl

 

Czytałeś dużo Bądkowskiego?

Bardzo dużo. Dlatego właśnie już moją zanurzoną w tyglach europejskiej wielowymiarowej gdańskości i pomorskości pracę maturalną z języka polskiego i historii pisaną w roku 1980 w Topolówce zatytułowałem: „Refleksja nad historią i inne motywy w pisarstwie Lecha Bądkowskiego”. Wkrótce także moim prywatnym odkryciem stał się wtedy udostępniony mi przez Bądkowskiego a drukowany w końcówce lat drugiej wojny światowej w Wielkiej Brytanii jego esej zatytułowany „Pomorska myśl polityczna” oraz wydane poza zasięgiem cenzury „Kaszubsko-Pomorskie Drogi” oraz „Twarzą do przyszłości”. Myślę, że już podczas wojny - zaprzyjaźniony mocno z Ksawerym Pruszyńskim - Bądkowski wyprzedzał swoim myśleniem politycznym całą ówczesną klasę polityczną, zwłaszcza tą na emigracji. Z czasem to jego obywatelskie i regionalistyczno-federalistyczne, bardzo nowoczesne, europejskie myślenie coraz lepiej się sprawdzało, jako najlepsza droga do przemyślanego działania: konkretnego i praktycznego - a nie do jakiejś mało obiecującej medytacji. Konkludując: dziś kibicami bywać chyba trzeba coraz rzadziej. Bo jednak chyba lepiej grać samemu, niż nieustannie kibicować innym? Na okrągło tylko lajkować? Płynąć z prądem? 

 

Pomagałeś Lechowi Bądkowskiemu w redakcji “Samorządności”. Na ile nowatorskie były treści zamieszczane przez Bądkowskiego w tym niezależnym dodatku, chociaż zależnym od oficjalnej gazety? Jaki oddźwięk wywoływała „Samorządność” w tamtych czasach? I co wtedy działo się z Tobą?

Pierwsza reakcja Bądkowskiego na mój pęd do „Samorządności” tuż po Sierpniu 80 była dość dla mnie zaskakująca, radykalna, a nawet niemiła. Kaszubsko-pomorskie „r” mocno wtedy zawirowało! Bo Bądkowski straszliwie na mnie nakrzyczał i nakazał mi natychmiastowy powrót do nauki. Byłem bowiem świeżo po maturze i niedługo po zdanym egzaminie na Uniwersytet Gdański. Faktem jest, że przedtem zlecił mi ważną misję zaproszenia w jego imieniu do współpracy w „Samorządności” w tej regionalnej przecież na początku rubryce „Dziennika Bałtyckiego”, ale jednak wybitnie autonomicznej, znakomitych autorów z Polski. Bądkowski wysłał mnie więc tuż po strajku sierpniowym do Warszawy, dzięki czemu mogłem poznać osobiście w ich własnych domach Tadeusza Mazowieckiego (który wkrótce pokierował „Tygodnikiem Solidarność”), Wiktora Woroszylskiego, Artura Międzyrzeckiego i Julię Hartwig, Andrzeja Kijowskiego, Andrzeja Brauna, Jacka Bocheńskiego. (Kilka osób z tego grona współpracowało przedtem z Bądkowskim na łamach wychodzącego poza zasięgiem cenzury kwartalnika literackiego „Zapis”, a także w ZLP i w PEN-Clubie). Kiedy wróciłem wtedy z Warszawy do Gdańska, poprosiłem Bądkowskiego o kolejne zadania, tłumacząc, że idąc na studia w tak gorącym czasie chyba zanudzę się na śmierć, choćby w trakcie nauki języka starocerkiewno-słowiańskiego … Częściowo go zresztą przekonałem, bo wciąż pisałem jednak do „Samorządności” a kolejnym ogromnym dla mnie wyzwaniem był wspólny wyjazd z Bądkowskim na odbywany po Sierpniu Nadzwyczajny Zjazd ZLP oraz moja dziennikarska obsługa tego wydarzenia właśnie dla „Samorządności”. Wypalając dużo „sportów” bez filtra i wypijając trochę wódki, nie spaliśmy wówczas na tym Krakowskim Przedmieściu z Bądkowskim po całych nocach i wiele godzin przegadaliśmy. Słuchałem go wtedy z wielką uwagą. To co mi powiedział właśnie wtedy, okazało dla mnie bardzo ważne. Na całe życie.

 

O czym rozmawialiście?

Istotne to były rozmowy. Intymne. I zapewne bardzo, bardzo trudno mi to dziś literalnie powtarzać w rozmowie z Tobą. Bo to były rozmowy głównie o kobietach, o ludziach, o Bogu i o tak zwanym polskim realnym Kościele instytucjonalnym. Bardzo krytycznie na przykład wyrażał się Bądkowski na temat wtrącania się kleru w działania rodzącego się wielkiego ruchu „Solidarności”. Wymieniał zresztą przy okazji konkretne nazwiska: między innymi księdza kanonika Henryka Jankowskiego oraz biskupa Lecha Kaczmarka. Mówił wtedy, że bardzo ceni Tadeusza Brezę za jego literacką wiwisekcję Watykanu. Rozmawiał też wówczas ze mną Bądkowski o męskiej seksualności. Tak. Bo nawet mój ukochany i rodzony ojciec tak ze mną otwarcie i bez udawania, bez hipokryzji i bez dewocji, nie rozmawiał o tych sprawach w taki sposób jak wówczas Bądkowski na zjeździe literatów. Tym bardziej, że te osobiste rozmowy z Bądkowskim odbywały się przecież po moich dość przygnębiających, niefortunnych doświadczeniach z katolickiej szkoły. Po doświadczeniach z dość wczesnej młodości, po mojej bardzo nieudanej edukacji w Warszawie, z liceum pod wezwaniem św. Augustyna. Po doświadczeniach z próbą molestowania seksualnego przez wychowawcę… W tym miejscu naprawdę wolę sobie podarować szczegóły. W każdym razie ogólnie rzecz biorąc wówczas, podczas bardzo szczerej rozmowy z Bądkowskim, byłem niedługo po doświadczeniach z alkoholem i narkotykami - po traumatycznych doświadczeniach płynących wprost z internatu z katolickiej szkoły, gdy jako nastoletni hippis noszący demonstracyjnie pacyfkę i długie włosy zostałem w 1976 roku pobity do nieprzytomności przez wytatuowanych i ogolonych na łyso gitowców. I że ze wstrząśnieniem mózgu oraz erozją gałki ocznej spędziłem kilka tygodni w szpitalu przy Banacha.

Z nikim na ten temat nie rozmawiałem potem tak bardzo szczerze, jak właśnie z Bądkowskim. Nawet z własnymi rodzicami. Po latach Bądkowski pozwolił mi więc - nomen omen znów w Warszawie - mocno przewietrzyć własne myślenie o własnym życiu, ale także o Polsce i o Kościele Katolickim.

I to właśnie wtedy, w kuluarach tamtego Nadzwyczajnego Zjazdu ZLP, namówił mnie Bądkowski, bym wspólnie z Tomaszem poszedł popracować w zwalnianym przez  niego na rzecz Arama Rybickiego Biurze Informacji Prasowej „Solidarności” oraz w tworzonym wtedy właśnie między innymi z Pawłem Huelle, Andrzejem Zarębskim i Zosią Modzelewską serwisie „BIPS”. Jako wolontariusz zresztą - bo nie wziąłem wówczas od „Solidarności” za te prace nawet jednego grosza. Ale może jakiś efekt tamtej roboty wciąż jest, bo przecież całe stosy tamtych „BIPS-ów” leżą sobie w zbiorach ECS. Można to sobie poczytać weryfikując beznamiętnie. Zresztą w BIPS przyszło mi przecież poznać i bardzo docenić pracującego w konkurencyjnej wobec BIPS warszawskiej redakcji „AS” (Agencji Solidarności) znakomitego dziennikarsko Krzysztofa Leskiego. BIPS okazał się także preludium przed moją dalszą pracą dziennikarską w „Gazecie Gdańskiej”, między innymi z Donaldem Tuskiem, Lechem Parellem, Darkiem Szreterem, Darkiem Chabiorem, z Iwonką i Jaśkiem Pawłowskimi a wkrótce potem także w „Gazecie Wyborczej” - z między innymi z Tobą, Mietkiem Abramowiczem, Marylą Musidłowską, Olą Ubertowska, "Wróblem" i całą zgrają naszych gdańskich przyjaciół.

 

Targ Rybny w Gdańsku - w tym domu (w latach 1960-1984) mieszkał i tworzył Lech Bądkowski
Targ Rybny w Gdańsku - w tym domu (w latach 1960-1984) mieszkał i tworzył Lech Bądkowski
źródło: https://pl.wikipedia.org/wiki/Lech_Bądkowski

 

Wracając jeszcze do legendarnego roku osiemdziesiątego, dlaczego Bądkowskiemu tak zależało na Twojej obecności w Biurze Informacji Prasowej "Solidarności"?

Wydaje mi się dzisiaj po latach, że był to z jego strony również jakiś bardzo świadomy zabieg i chęć uzyskania jakiegoś dopływu - choćby poprzez Tomka i mnie - informacji na temat wciąż dla niego ważnego Biura Prasowego „Solidarności”. Tym bardziej, że sam Bądkowski był wtedy po Sierpniu 80 coraz mocniej spychany w Gdańsku do narożnika przez ówczesne środowisko „Gwiazdozbioru”, które samo czuło się wówczas tam mocno osadzone, tak między innymi jak małżeństwo Gwiazdów, Anna Walentynowicz, Alina Pienkowska i chyba trochę, jak mi się wydaje, także Bogdan Borusewicz.

Bądkowski - jakże niesprawiedliwie - uznawany był wówczas przez tych ludzi za kunktatora, uległego wobec PZPR, a w każdym razie za kandydata do uległości. „Gwiazdozbiór” uważał, że bardzo mocne, ofensywne wchodzenie „Solidarności” - zgodnie z pomysłem samego Bądkowskiego - na terytorium koncesjonowanej i kolportowanej przez komunistów prasy było karygodne i że jedyną formą związkowej ekspresji powinny być nadal drukowane na wątłych powielaczach białkowych i offsetach samizdaty.

Było wokół tego wchodzenia Bądkowskiego na terytoria zastrzeżone przez władców PRL mnóstwo sporów i kłótni także z silnym wewnątrz obozu „Solidarności” gdańskiej afrontem obozu Warszawiaków symbolizowanym między innymi nazwiskiem Jacka Kuronia. Wśród sojuszników miał wtedy Bądkowski po swojej stronie głównie Lecha Wałęsę, Tadeusza Mazowieckiego i Bronisława Geremka. Silny był także w środowisku KOR-owskim i warszawski pęd do odsuwania Bądkowskiego od wpływu na centralę „Solidarności” i zastąpienia jego osoby skądinąd cenionym - jak pamiętam także przez samego Bądkowskiego - profesorem Karolem Modzelewskim. A potem także Lechem Dymarskim. Przy okazji wybuchła mimochodem - dokładnie 17 września 1980 roku, a zwłaszcza 22 września, bo robiłem z tego dziennikarską relację dla „Samorządności” - awantura, czy powstającą „Solidarność” organizować w strukturach regionalnych (z wyraźnie określoną centralą w Gdańsku), czy też w strukturach branżowych? Bądkowski był kategorycznie po stronie regionów i w walkę tę zaangażował się tak - według mojej pamięci - jakby walczył o niepodległość Polski, uzyskując wówczas akceptację dla tego planu głównie najważniejszego, co by nie mówić, człowieka w Związku, czyli Lecha Wałęsy. Dużo energii pochłaniała ta właśnie walka o „solidarnościowy” regionalizm Bądkowskiemu - dając mu zresztą po rezygnacji z Biura Prasowego - trochę więcej czasu na przekształcenie autonomicznej rubryki w samodzielny tygodnik wydawany w Gdańsku w nakładzie - bagatela - ćwierć miliona egzemplarzy i dokooptowanie do tego zespołu między innymi związanych z rodzącym się „Przeglądem Politycznym” Donalda Tuska i Wojtka Dudę, a także - jako swoich pierwszych zastępców bardzo mocnych medialnie, zdeterminowanych i solidarnie oddanych Bądkowskiemu świetnych dziennikarskich fachowców: Janusza Daszczyńskiego, Izabelę Trojanowską a także dostępnych na rynku gdańskim najbardziej błyskotliwych dziennikarzy, min.: Zbycha Gacha, Heni Dobosz i Mariusza Wilka. W każdym razie pierwszy trzon redakcyjny „Samorządności”, jako autonomicznego dodatku do „Dziennika Bałtyckiego”, utworzył Bądkowski na samym początku razem z Marią Mrozińską, Grzesiem Fortuną i Ewą Górską. Ogromnym zaszczytem dla mnie i dla mojego brata Tomasza był fakt, iż pierwszy, inauguracyjny numer „Samorządności”, sygnowany był nie tylko tekstami Bądkowskiego - ale także mojego brata i moim. Nikt nam dziś już tego w Gdańsku nie odbierze.

Gdańsk, Saint Laurent de Cerdans, 30 stycznia 2020.

 

Wydana w r. 2004 przez gdańskie wydawnictwo słowo/obraz terytoria książka Pawła Zbierskiego p.t. „Na własny rachunek. Rzecz o Lechu Bądkowskim” uzyskała m.in. prestiżową Nagrodę Księgarzy „Pro libro legendo”. Była także nominowana przez Stowarzyszenie Wydawców Książek do tytułu „Najpiękniejsza książka roku”. Książkę można jeszcze kupić w księgarni internetowej wydawnictwa słowo / obraz terytoria.

 

Paweł Zbierski to polski publicysta, reporter, scenarzysta i reżyser. Debiutował jako poeta na łamach "Rejsów", magazynu Dziennika Bałtyckiego. Najmłodszy uczeń Lecha Bądkowskiego, jego współpracownik i współzałożyciel rubryki Samorządność. Uczestnik Ruchu Młodej Polski, wolontariusz Biura Informacji Prasowej “Solidarności” z Arkadiuszem Rybickim, Pawłem Huelle. Od 1987 roku pracował w Zakładzie Literatury Współczesnej Uniwersytetu Gdańskiego, potem jako dziennikarz w Gazecie Gdańskiej, dalej jako redaktor naczelny gdańskiego Oddziału Gazety Wyborczej. Od 1994 roku pracował w TVP Gdańsk, zrealizował kilkadziesiąt reportaży i filmów. Od roku 2012 był stałym współpracownikiem wydawanego przez Pawła Huelle kwartalnika artystycznego „Bliza”. Członek Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego, współzałożyciel Towarzystwa Polska-Niemcy oraz Towarzystwa Polsko-Ukraińskiego w Gdańsku. W 2004 roku wydał książkę "Na własny rachunek. Rzecz o Lechu Bądkowskim". Obecnie mieszka i pracuje we Francji.

 

CZYTAJ TAKŻE:  

Inauguracja roku Lecha Bądkowskiego. Wspominają: Tusk, Dulkiewicz, Kosmulska, Struk, Obracht-Prondzyński

Córka o Lechu Bądkowskim: - Muszę o nim przypominać. ROZMOWA

 

Alicja Katarzyńskawww.gdansk.plalicja.katarzynska@gdansk.pl
Alicja Katarzyńska - najnowsze
Alicja Katarzyńskawww.gdansk.plalicja.katarzynska@gdansk.pl
Alicja Katarzyńska - najnowsze