• Start
  • Wiadomości
  • Z Moskwy przez Gdańsk, by bronić ojczyzny. Historia Ukraińców, których wojna zastała w Rosji

Z Moskwy przez Gdańsk, by bronić ojczyzny. Historia Ukraińców, których wojna zastała w Rosji

Serhia i Michala informacja o ataku Rosji na Ukrainę zastała w Moskwie. Zatrzymani w podróży do swojego kraju na lotnisku w Kaliningradzie, przeszli gehennę nim z granicy dotarli do Gdańska, gdzie przywiódł ich szczęśliwy przypadek. Kiedy to czytasz, są w drodze do domu, na wojnę.
( Publikacja: 02.03.2022 )
Więcej artykułów poświęconych Gdańskowi znajdziesz na stronie głównej gdansk.pl
Michal i Serhii
Michal i Serhii
Fot. Dominik Paszliński/www.gdansk.pl

Serhii i Michal przyjaźnią się i pracują razem od lat. Mieszkają w obwodzie lwowskim, ale często wyjeżdżają do pracy. Do Polski lub Rosji - zależy gdzie jest akurat robota dla budowlańców.

Wojna zastała ich na kontrakcie w Moskwie. Telefon Michala zadzwonił tuż przed piątą w czwartek, 24 lutego. - Wojna, synu - usłyszał głos ojca.

- Postanowiliśmy natychmiast wracać - opowiada Michal (rozmawiamy w Gdańsku, w domu Sławka, jego polskiego krewnego, jest środa, 3 marca. Serhii siedzi obok, przed nimi włączony telewizor, TVN24 pokazuje na przemian zniszczenia wojenne i mapy obrazujące położenie wojsk rosyjskich w Ukrainie).

 

Natychmiast po telefonie ojca wykupili bilety na samolot do Warszawy, spakowali torby i pojechali na lotnisko, ale lot został odwołany, polecieli więc jak najbliżej Polski się dało - do Kaliningradu. 

- Gdy wysiedliśmy, służba imigracyjna wzięła nas na stronę. Mówili: “poczekajcie, zaraz was wypuścimy. Wszystko będzie dobrze, pojedziecie do domu” - relacjonuje Serhii. - Za pół godziny przyszły zamaskowane chłopaki w kominiarkach, z bronią, zakuli nam ręce w kajdanki na plecach i zabrali. Mówili, że do lekarza. Ten rozebrał nas do naga, obmacał i powiedział, że na sto procent jesteśmy żołnierzami, dywersantami. 

- Dalej nie jechaliśmy już na siedząco jak dotąd, tylko leżąc w busie twarzą do podłogi, wciąż skuci, z zawiązanymi oczami. Zabrali nam telefony, nie mówili, dokąd wiozą - dodaje Michal. - Trafiliśmy do jakiejś hali, tam zaczęli po nas chodzić, deptać, w tę i z powrotem, a potem bili po tułowiu i plecach. To trwało chyba całą noc.

 

Serhii
Serhii
Fot. Dominik Paszliński/www.gdansk.pl

- Krzyczeli: “Przyznajcie się, jesteście dywersantami”. “Nie jesteśmy, jesteśmy zwykłymi ludźmi” powtarzaliśmy - wspomina Serhii. - Powiedzieli, że będziemy siedzieć trzydzieści lat i nie dożyjemy końca wyroku. 

W piątkowy ranek Ukraińców oddano w ręce kaliningradzkiej policji, przesiedzieli 48 godzin na komisariacie. Gdy Michal zapytał, czy może zapalić, oberwał też od policjantów. Serhia zostawili już w spokoju.

- W niedzielę rano przyjechało po nas kilku fukcjonariuszy FSB, rosyjskiej służby bezpieczeństwa. I oni byli już dla nas mili. Zapytali, czy chcemy zapalić i powiedzieli, że odwiozą na granicę. I odwieźli, a po drodze jeszcze zrobili nam testy na koronawirusa, jakby nic się nie stało - mówią Ukraińcy.

Po polskiej stronie zadzwonili do rodzin, które odchodziły od zmysłów po stracie kontaktu na tyle dni i nie czekali długo aż zatrzymał się przy nich samochód Witalika, gdańszczanina, Kazacha z pochodzenia, który jako wolontariusz kursował między Gdańskiem a obwodem kaliningradzkim. Zapytał czy pomóc, a na życzenie Ukraińców, by dostać się do jakiegoś miasta, zaproponował swój Gdańsk. 

Już po drodze do Michala zadzwoniła jego mieszkająca w Polsce ciocia - Nadia, że w Gdańsku czeka na nich daleki kuzyn Michala - Sławek. 

W niedzielę wieczorem uciekinierzy z Moskwy padli ze zmęczenia na kanapie w mieszkaniu Sławka w Brzeźnie, a ten w poniedziałek zawiózł ich do szpitala. Prześwietlenie pokazało pęknięte żebro w Serhia, u obu stwierdzono mocne stłuczenia tułowia.

 

 Michal
Michal
Fot. Dominik Paszliński/www.gdansk.pl

- To, co teraz czuję, to nie jest strach…. nie wiem, jak nazwać to uczucie. Najgorszemu wrogowi nie życzę tego, co przeszliśmy. Modliłem się każdej minuty. Nasze żony mówią, że jakaś dobra gwiazda nad nami jest - wyznaje Michal trzęsącym się głosem. - Głowa jeszcze nie myśli dobrze po tym, co się stało.

Co dalej?

- Jedziemy do domu i będziemy walczyć na sto procent. Michal był w wojsku, ja nie. Zapiszemy się do obrony terytorialnej, nasze żony są pielęgniarkami i też chcą zostać, by służyć. Moja mama zabierze dwójkę dzieci moich i dwójkę Michala do swojej siostry, która mieszka w Polsce, 150 km od naszego domu - odpowiada Serhei. - Wszyscy nasi znajomi, którzy pracowali u was w kraju wrócili. Bracia mojej żony już są w wojsku. Niewielu Ukraińców zostaje w Polsce. Ukraina to nasza ziemia, nie mogę tu pracować, kiedy w domu jest wojna. To jest przecież nasza ojczyzna.

Michal: - Kiedy o tym pomyślę, serce boli i dusza rwie do domu. Wszyscy Ukraińcy są teraz zjednoczeni w walce. Putin to drugi Hitler. Tak samo on o 4 rano napadł na Ukrainę, jak tamten na Polskę w 1939 roku. I mówi, że to my jesteśmy nacjonalistami. Myśleliśmy, że Krym, Ługańsk i Donieck mu wystarczą, że postawi mur, odgrodzi się od nas i koniec. Co jest w jego głowie? 

Serhii: - Pod Lwowem na razie jest ok, jedyny ślad wojny to godzina policyjna, ale na wschodzie jest strasznie: Kijów, Charków…, a dziś także Żytomierz został zaatakowany. To już bliżej do nas, to tylko 400 km.

 

W chwili publikacji tekstu Serhii i Michal byli już w Warszawie. Wczesnym wieczorem wsiądą do busa, który zawiezie ich do mieszkających blisko granicy krewnych, a w czwartek rano ojciec Michala odbierze ich z przejścia granicznego Dołhobyczów - Uhrynow.