Dziwy w teatrze
Takiej premiery w Gdańskim Teatrze Szekspirowskim jeszcze nie było. I nie jest to pusty frazes marketingowy. Jeszcze żaden spektakl nie był wystawiany w drewnianym podwieszanym foyer - do czasu, aż weszła tu ze swoim zespołem, tworząca w Gdańsku, a pochodząca z Białorusi reżyserka Żenia Dawidenka. To nie jej pierwszy gdański spektakl, ale to spektakl wyjątkowy: gęsty, mroczny, duszny, a jednocześnie hipnotyzujący i pełen wrażliwości.
Poniekąd zanurzony w rodzimym romantyzmie (to nie przypadkowe skojarzenie - January Barszczewski, autor prozy, na której powstała sztuka, XIX-wieczny pisarz i poeta, znał się z polskim wieszczem Adamem Mickiewiczem), a jednocześnie wciąż współczesny. Stąd też podczas pokazu widzowi szybko i słusznie powinien przyjść na myśl cytat z “Romantyczności” - “miej serce i patrzaj w serce”, ale nie tylko. Bo “W starym domu wciąż ktoś czeka” to połączenie polskiej i białoruskiej duszy, stawiające pytanie o jej kondycję.
To nie jest czas na czytanie w samotności. Więcej, niż unikatowa akcja
Ten spektakl oddziałuje na wszystkie zmysły: słuch (stukanie, tupanie, a nawet walenie po drewnianych ścianach przez aktorów, śpiew niosący się echem po korytarzach teatru, klimatyczna muzyka Macieja Świniarskiego), węch (wszędzie unosi się zapach kadzidła). Wreszcie na wzrok - i tu działa zręcznie ograna przestrzeń i gra światłem, ale nie tylko.
Całość dopełnia fantastyczna folklorystyczna scenografia i kostiumy Kornelii Dzikowskiej-Demirskiej, a foyer podzielone na pół i "ściśnięta" widownia sprawiają wrażenie przesiadywania w niewielkiej izbie. Meble, dobrze znane z polskich wiejskich domów, tworzą widok znajomej chałupy, choć znajomej… nie od razu wiadomo, dlaczego. Wiadomo tyle, że to gdzieś na granicy dwóch krajów (Polski i Białorusi) i dwóch światów (ludzi, duchów i zjaw). Nade wszystko - wrażenie robi przemyślane i zgrabne ogranie przestrzeni - szczególnie części otwartej na główne foyer - rzadko wykorzystywana w ten sposób przestrzeń ożywa i odsłania (ku uciesze widza) swoje tajemnice. Sam spektakl zresztą zaczyna się od zwiedzania teatru, nieuczęszczanych zbyt często korytarzy prowadzących do podwieszanej sali i domu bohaterów.
Jednym głosem
Żenia Dawidenka odważnie prowadzi aktorów przez szereg odrębnych historii (to jak filmowa, choć posługująca się śmiałym teatralnym językiem antologia folk-horroru), wykorzystując ich umiejętności - biały śpiew czy taniec (tu duże brawa za wdzięczne i niepokojące choreografie Patryka Gackiego). Aktorzy zaś, każdy w swojej etiudzie, świetnie wykorzystują niemałe pole do popisu.
Głównym bohaterem jest wprawdzie Janek (w tej roli Maciej Baka), ale popis daje dopiero bliżej finału spektaklu. Świetnie wypada białoruska obsada: Siarhei Artsiomenka, Katsiaryna Zhaludok, Mikita Chabatar i Sviatlana Tsimokhina (każdy z nich stawia własną, ciekawą interpretację obłędu). Na szczególną uwagę zasługuje Piotr Srebrowski w roli Stryja i Szlachcica, będący niejako gospodarzem i spoiwem historii. Jego rola, poniekąd groteskowa, jest niepozbawiona humoru, ale i głęboko przejmująca, nie przeszarżowana. To on stawia najważniejsze pytanie o to, czego tak naprawdę chce współczesny człowiek, którego uosabia Janek (a być może i widz) i co w imię tych pragnień porzuca.
Zachować pamięć o ludziach i miejscu. Fotograficzny portret Oruni
Opowiadana przez Szlachcica i jego wędrownych gości wielojęzyczna, mówiąca jednym głosem opowieść o tym, co bezpowrotnie (czy aby na pewno?) porzuciliśmy wciąga, ale wymaga też szczególnego skupienia.
- Zrezygnowaliśmy z napisów, ponieważ zależało nam na stworzeniu intuicyjnego, zmysłowego doświadczenia. Między polskim a białoruskim istnieje naturalna, międzysłowiańska przestrzeń: język »pomiędzy«, który jest niezwykle szczery i zrozumiały na poziomie emocji. Chcemy, aby widzowie otworzyli się na brzmienie słów, zamiast skupiać się na czytaniu ekranu - mówi o spektaklu Żenia Dawidenka.
Każdy widz, który ma wschodnie korzenie, albo przeprowadził się do Gdańska ze wschodnich części Polski (a tych tutaj nie brakuje), zrozumie spektakl bez trudu. Zresztą nie tylko ten o kresowych koneksjach, choć to mistyka Ziemi Połockiej. Zrozumie na poziomie emocjonalnym i przypominając ten międzysłowiański język. I międzysłowiańskie dziwy. W końcu zjawy, duchy i czarty występują w polskich podaniach, czyż nie?
Przejrzeć się w folklorze
W tym starym domu pojawiają się i duchy, i przydrożna płaczka, i nawet wilkołak. Są jak senne mary uaktywniające się w okresie przełomu, tuż przed nowym rokiem. I właśnie wtedy można przejrzeć się w nich jak w lustrze. W teatralnej chałupie są i fantazyjne majaki, piękne wizualizacje Volhi Zarouskiej niczym ilustracje baśni (ale uwaga - spektakl jest przeznaczony dla widzów powyżej 16. roku życia).
- Folklor w kulturze popularnej bywa spłycany, a przecież w tradycji ludowej ogromną rolę odgrywała refleksja nad śmiercią, przetrwaniem i ludzkimi słabościami. W naszej opowieści baśnie i pieśni stają się lustrem dla lęków oraz chciwości głównego bohatera. Przeszłość i pamięć naszych przodków nieustannie decydują o tym, kim jesteśmy dzisiaj – wyjaśnia reżyserka.
Dźwięk w kadrze. Poznajcie TAPES - najlepiej w sobotę w Grid ArtHub
Warto pamiętać, że Gdański Teatr Szekspirowski to nie tylko gościnne występy i wielkie teatralne produkcje, to także (i chwała za to!) mniejsze spektakle tworzone z wielkiej pasji, o nie mniejszej sile rażenia. “W starym domu ktoś jeszcze czeka” ma premierę w Gdańskim Teatrze Szekspirowskim w piątek, 18 września. Następne pokazy 19, 25 i 26 września. Uwaga: ilość miejsc na widowni jest mocno ograniczona.