Portal Miasta Gdańska
PL | EN | DE

Architektura wciąż nie jest dla kobiet. Prof. Marta Leśniakowska tłumaczy dlaczego

„Architektki” to zbiór esejów o pionierkach polskiej architektury, pierwszej generacji kobiet w architekturze. Wszystkie były zdeterminowane, zdolne i reprezentowały modernizm w radykalnym wydaniu. Prof. Marta Leśniakowska tłumaczy, dlaczego bycie architektką jest tak trudne dla kobiet nawet w dzisiejszych czasach.

A
A

Marta Leśniakowska, profesor w Instytucie Sztuki PAN. Zajmuje się historią, teorią i krytyką sztuki, metodologią historii sztuki, architekturą oraz fotografią XIX-XXI wieku
Marta Leśniakowska, profesor w Instytucie Sztuki PAN. Zajmuje się historią, teorią i krytyką sztuki, metodologią historii sztuki, architekturą oraz fotografią XIX-XXI wieku
Materiały prywatne

Anna Umięcka: Książka “Architektki” to zbiór esejów o sześciu wybitnych modernistkach, z których większość rozpoczynała aktywność zawodową w dwudziestoleciu międzywojennym. Nawet dzisiaj niewiele kobiet wykonuje zawód architekta. Z czego to wynika?

Prof. Marta Leśniakowska: Problem nieobecności kobiet w architekturze, jako projektantek lokuje się w znanym zjawisku scenariuszy patriarchalnych, które w kulturze zachodniej definiowały kulturę i naturę. Zgodnie z nimi kobiety lokowane były po stronie natury: ich celem biologicznym jest prokreacja, natomiast kulturę tworzą mężczyźni. Badając kulturę na przestrzeni setek lat, obserwujemy, że w niektórych jej przestrzeniach kobiety były długo nieobecne, nie było wielkich artystek malarek albo rzeźbiarek. Natomiast w dziedzinie architektury ten problem dotyczył jeszcze specyficznie męskiego zawodu. Uważano, że architekt jest zawodem przypisanym do temperamentu i psychiki wyłącznie mężczyzny.
 

Z tego powodu, że opiera się na naukach ścisłych?

- Tak, bo łączy się w nim zdolność kreacji z matematycznymi umiejętnościami. Ale argumenty były bardzo różne: między innymi odwoływano się do Biblii twierdząc, że pierwszym architektem był Adam, który zbudował szałas dla Ewy, do którego ona została wprowadzona. I wobec tego architekturę kreuje mężczyzna, a kobieta jest tylko użytkowniczką tej przestrzeni.
 

Do dziś mówi się, że mężczyzna powinien postawić dom, posadzić drzewo i spłodzić syna.

- Zauważmy że kobieta jest tylko przedmiotem tych zabiegów, natomiast nie uczestniczy w nich w sposób podmiotowy. Ale w pewnym momencie kobiety zaczęły się ujawniać ze swoimi architektonicznymi pasjami.
 

W czasach międzywojnia?

- Nawet wcześniej. Mamy kilka spektakularnych przykładów, ale dotyczyły one najwyższych warstw społecznych. Arystokratki ze względu na pozycję majątkową i społeczną stać było, jako mecenaski kultury, by zajmować się również promowaniem architektury. A niektóre zajmowały się nią nawet czynnie: jak Izabela Czartoryska, która w swoich Ogrodach Puławskich budowała świątynię Sybilii własnymi rękami.

W XIX wieku Amerykanki zauważyły, że projekty gotowe domów średniej i większej wielkości, czysto użytkowe, nie spełniają ich oczekiwań: pokój dziecięcy nie jest w tym miejscu, kuchnia nie taka, itp. Uznały więc, że jako użytkowniczki nie widzą możliwości negocjowania z tymi projektantami i pojawiło się niezwykle interesujące zjawisko domowych inżynierek. Zapoczątkowały je w połowie XIX wieku siostry Beecher, jedna z nich jest autorką “Chaty wuja Toma”. Abolicjonistki, niezwykle nowoczesne kobiety, napisały nawet podręcznik dla kobiet projektowania domów, czyli jak tę przestrzeń udomowić. Pojawiły się też coraz silniejsze tendencje innego wychowywania dzieci, łamiące schemanty, bo w scenariuszu patriarchalnym chłopcy musieli się bawić żołnierzykami, a dziewczynki lalkami.

Przełom nastąpił w końcówce XIX wieku: politechniki europejskie zaczynają otwierać się na studiujące kobiety. Pierwsze takie dyplomy pojawiały się w Finlandii, ojczyźnie sufrażystek. Pojawiały się kolejne przykłady, ale szło to bardzo opornie.
 

Prof. Marta Leśniakowska jest współautorką zbioru esejów pt. Architektki
Prof. Marta Leśniakowska jest współautorką zbioru esejów pt. Architektki
Materiały prywatne

W Polsce sytuacja była o tyle skomplikowana, że dopiero odzyskaliśmy niepodległość, a kobiety uzyskały prawa wyborcze (w 1918 r). Książka „Architektki" mówi o sześciu architektkach, które działały w tym czasie w Polsce.

- I w tych życiorysach widać, jakie to było trudne. To pierwsza generacja kobiet w architekturze, z których wszystkie reprezentowały awangardę, modernizm w radykalnym wydaniu. W Polsce proces wchodzenia kobiet do architektury rozpoczął się w 1915 roku, ponieważ wówczas, na mocy decyzji władz okupacyjnych niemieckich, otwarto wydział architektury Politechniki Warszawskiej i w jej statucie zapisano, że do studiów mają prawo na równi i kobiety i męzczyźni. Natychmiast pojawiły się cztery pierwsze dziewczyny, między innymi bardzo uzdolniona Jadwiga Dobrzyńska. 
 

Okładka książki pt. Architektki
Okładka książki pt. Architektki
Materiały prasowe


W życiorysach “Architektek” pojawia się pewien wspólny rys: zarówno Helena Syrkusowa, jak i Barbara Brukalska i Anatolia Hryniewicka-Piotrowska, wszystkie pracowały w pewnego rodzaju tandemach małżeńskich...

- To było charakterystyczne dla tego okresu, bo okazało się wkrótce, że... owszem, studiować kobiety mogą (chociaż koledzy studenci i profestorowie zachowywali się w stosunku do nich, z dzisiejszego punktu widzenia, w sposób haniebny), ale kiedy chciały wejść do zawodu jako samodzielnie praktykujące architektki, to już nie było takie proste. Klientela była oporna a męskie lobby ciężko pracowało, by utrącić konkurencję, bo chodziło przecież o duże pieniądze. Wobec tego pojawiło się zjawisko architektonicznych małżeństw, forma najmniejszej grupy artystycznej, pracująca pod wspólną marką. Ciekawe zresztą, kto był naprawdę autorem takich wspólnych projektów, bo podpisywali się albo razem albo tylko mężczyzna, by zakamuflować proces, który w badaniach nad kulturą nazywa się “niewidoczna pomocnica”.

Te małżeństwa zaistniały bardzo silnie, zwłaszcza w polskim środowisku. Wszystkie trzy: Syrkusów, Brukalskich i Piotrowskich reprezentowały awangardę, radykalnie modernistyczne poglądy. Działali w grupie awangardowej Praesens, publikowali w wydawnictwie o tej samej nazwie i reprezentowali polskie środowisko w założonym przez Le Corbusiera w 1928 roku, stowarzyszeniu CIAM (Międzynarodowych Kongresów Architektury).
 

Brukalska była do tego stopnia zafascynowana Le Corbusier’em, że jej dyplom był właściwie kopią jego projektów...

- Zacytowała w nim wszystkich charakterystyczne elementy: kręcone schody, wielkie panoramiczne okno… Ona była też jedną z najwybitniejszych designerek na skalę europejską. Jej projekty, w stylu art deco, były bliskie twórczości wybitnej projektantki Eileen Gray (zasłynęła nowoczesnymi meblami z chromoniklowych rurek) czy współpracowniczki Le Corbusiera Charlotte Perriand (to ona zresztą okazała się autorką słynnego szezlonga przypisywanego Corbusier'owi).
 

Barbara Brukalska była też bardzo piękną kobietą. Na zdjęciu w książce "Architektki" ma charakterystyczną dla lat 20. krótką fryzurę i sukienkę w geometryczne wzory.

- Tę fryzurę zafundowała sobie w Paryżu, kiedy pojechała z mężem, świeżo po ślubie, na wielką wystawę światową EXPO w 1925 roku. W tym też roku dokonywały się tam najróżniejsze przełomy artystyczne: powstał pierwszy pawilon Le Corbusiera, pojawiła się tam też ekstrawagancka tancerka Josephine Baker, która przyjechała z grupą czarnoskórych amerykańskich jazzmanów. To oni wprowadzili do Europy jazz. I tam Brukalska wpadła w oko Antoine’owi, słynnemu paryskiemu fryzjerowi, który wymyślił tę fryzurę dla Baker. Zresztą Antoine nazywał się oryginalnie Antoni Cierplikowski i pochodził z Sieradza. A suknia w charakterystyczne geometryczne kwadraty prawdopodobnie pochodziła z boutique Sonii Delaunay. Boutiques były też odkryciem tamtych czasów.
 

Dzisiaj właściwie niewiele się zmieniło. Kobiety po studiach często odchodzą z zawodu: projektują wnętrza, meble, ogrody… Dlaczego?

- To wciąż bardzo brutalny zawód dla kobiety. Na studiach w Polsce kobiety stanowią często nawet połowę studentek, ale potem? Kiedy nie mogą się utrzymać z architektury, projektują zabawki dla dzieci czy ciuchy i powoli wypadają ze środowiska, nie mając wsparcia.
 

A SARP (Stowarzyszenie Architektów Polskich) nie pomaga?

- SARP to najbardziej mizoginiczne środowisko, jakie sobie można wyobrazić. To banda krwiożerczych facetów, którzy jeżdżą swoimi czarnymi furami, ubrani na czarno, a kobiety, nawet te najbardziej utalentowane, traktują jako przedmiot seksualnych zainteresowań. To zresztą nie tylko polska specyfika. Najlepszy tego dowód: słynna, zmarła niedawno architektka, Zaha Hadid. Jak to możliwe, że w XXI wieku, kiedy kobiety są wszędzie mówimy tylko o jednej wybitnej architektce, i to z Iranu?

„Architektki” ,pod redakcją Ewy Mańkowskiej-Grin, to zbiór opowieści poświęconych sześciu wybitnym, kobiecym postaciom polskiej architektury: Dianie Reiterównie, Barbarze Brukalskiej, Helenie Syrkusowej, Halinie Skibiniewskiej, Jadwidze Grabowska-Hawrylak i Anatolii Hryniewickiej-Piotrowskiej.
 

O ich osiągnięciach w środę, 1 marca, o godz. 18 w Instytucie Kultury Miejskiej, porozmawiają prof. Marta Leśniakowska, prof. Małgorzata Omilanowska i Irek Grin. Wstęp wolny.



Anna Umięcka (0)
www.gdansk.pl
***