Debata w Centrum Św. Jana. Jak dzielić się historią i budować wielokulturowe społeczeństwo?

“Gdańsk - nowe otwarcie” to tytuł debaty, która 22 maja odbyła się w Centrum Świętego Jana. W trakcie rozmów panelistów: Basila Kerskiego, ks. Krzysztofa Niedałtowskiego, Anny Kwaśnik i Daniela Urey`a splatały się wątki dotyczące tożsamości Gdańska, nieznanej historii miasta czy możliwości, które niosą miastu nowi mieszkańcy.

Debata w Centrum Św. Jana. Jak dzielić się historią i budować wielokulturowe społeczeństwo?
A
A
data publikacji: 23 maja 2018 r.
Debata Nowe Otwarcie jest częścią projektu Shared History - splecione historie, realizowanego przez Nadbałtyckie Centrum Kultury z partnerami ze Szwecji i i Łotwy
Debata Nowe Otwarcie jest częścią projektu Shared History - splecione historie, realizowanego przez Nadbałtyckie Centrum Kultury z partnerami ze Szwecji i i Łotwy
Dominik Paszliński/www.gdansk.pl

Debata odbyła się w ramach projektu Shared History - Splecione Losy realizowanego przez Nadbałtyckie Centrum Kultury w Gdańsku. W ramach projektu artyści z Polski, Łotwy i Szwecji tworzą wspólne prace z mieszkającymi w Szwecji artystami z Syrii. Ideą projektu jest prezentacja historii jako splotu jednostkowych doświadczeń, które razem składają się na portret wielonarodowego i wielokulturowego kraju. Więcej o projekcie.

Debatę poprowadził Mikołaj Chrzan - redaktor naczelny Gazety Wyborczej Trójmiasto, który  rozpoczął rozmowę od przywołania stereotypu, że w Gdańsku i w Polsce żyjemy w homogenicznym społeczeństwie: - Ten wątek przywoływany był podczas debaty publicznej o przyjmowaniu uchodźców, która toczyła się w 2015 i 2016 r. Z drugiej strony, statystyki pokazują, że obecnie już 10 proc. mieszkańców Gdańska wywodzi się z innych krajów. Od rektora Politechniki Gdańskiej, prof. Jacka Namieśnika dowiedziałem się właśnie, że kandydatką uczelni do nagrody Czerwonej Róży przyznawanej najlepszym studentom Pomorza po raz pierwszy w historii jest studentka zagraniczna, Indonezyjka… Gdzie więc znajduje się teraz Gdańsk na tle Polski i Europy jeśli chodzi o różnorodność mieszkańców?

Dyrektor Europejskiego Centrum Solidarności Basil Kerski i Anna Kwaśnik z Centrum Wsparcia Imigrantów i Imigrantek, koordynatorka kampanii Łączy nas Gdańsk
Dyrektor Europejskiego Centrum Solidarności Basil Kerski i Anna Kwaśnik z Centrum Wsparcia Imigrantów i Imigrantek, koordynatorka kampanii Łączy nas Gdańsk
Dominik Paszliński/www.gdansk.pl

Anna Kwaśnik z Centrum Wsparcia Imigrantów i Imigrantek, koordynatorka kampanii Łączy nas Gdańsk: - W naszym mieście zameldowanych jest 30 tys. imigrantów, ale nie wszystkich obejmują oficjalne statystyki. Na tle Polski jesteśmy miastem różnorodnym, ale na tle Nowego Jorku - bardzo homogenicznym. Myślę, że kluczem do odpowiedzi na to pytanie nie są procenty, a relacje między grupą imigrantów a większością. Czy jesteśmy otwarci i traktujemy ich jak gości - tak szczerze? Czy spotykamy się po pracy z Ukraińcami? I jak oni się tu czują - pełnoprawnymi obywatelami, czy ludźmi drugiej kategorii? Pod tym względem wciąż jesteśmy raczej homogeniczni, ale mamy szansę by za kilkanaście lat stać się różnorodnym społeczeństwem. Żeby mogła powstać dwustronna relacja, oprócz dobrej woli potrzebne są odpowiednie warunki. I to jest optymistyczne, że w Gdańsku mówimy jednym głosem i działamy wg. wspólnej strategii: w Centrum Wsparcia imigrantów i Imigrantek, w Europejskim Centrum Solidarności czy w Urzędzie Miasta. To świetny początek, ale długa droga przed nami.

Basil Kerski, dyrektor Europejskiego Centrum Solidarności: - Najnowsza historia wielokulturowości Gdańska, to nie tylko fenomen ostatnich lat. Jest wiele biografii, które jeszcze nie zostały opowiedziane. Ja jestem urodzonym w Gdańsku synem Irakijczyka z pierwszej grupy właściwie także uchodźców politycznych, którzy znaleźli tu możliwość rozwoju, bo mogli na Akademii Medycznej czy Politechnice Gdańskiej uzyskać zawody, które otworzyły im drogę na cały świat. Homogeniczność PRL, która jest wynikiem czystek II wojny światowej, pękała już więc wcześniej tylko nie zostało to nazwane. W ECS przygotowujemy się do opisu fenomenu sopockiego Kebabu. Założył go Kurd z Iraku, kolega ze studiów mojego ojca. Na długo przed Berlinem Zachodnim tutaj, w Trójmieście, powstał pierwszy “prawdziwy” kebab. Statystyki pokazujące liczbę imigrantów w Gdańsku dziś są bardzo ciekawe. Kiedy trzy lata temu przez Europę przetoczyła się fala uchodźców, spotykaliśmy się w ECS z ludźmi w różnym wieku. Zadawaliśmy pytanie, ilu obcokrajowców mieszka oficjalnie w Polsce. Odpowiadali, że właśnie 10 proc. i byli ogromnie zaskoczeni dowiadując się, że nasz kraj z 0,3 proc. obcokrajowców był wówczas najbardziej homogenicznym państwem unii - średnia dla UE wynosiła 7 proc. Tymczasem gdańskie statystyki przekroczyły dziś ówczesny poziom unijny i pokazują, że mieszkamy już w “normalnym” mieście europejskim. W dużej mierze Gdańsk wybrali obywatele państw unii, którym Polska w związku z byciem częścią wspólnoty zapewnia prawa, choćby do udziału w wyborach samorządowych. I nikt się nie zastanawia, co możemy tej grupie zaoferować, grupie często zamożnych obywateli, którzy zabezpieczają nasz dobrobyt. Drugą grupą, która jest w centrum naszej uwagi, jest imigracja ze wschodu. Jestem bardzo mile zaskoczony tym, że Polacy spotykając Ukraińców czy Białorusinów rozumieją, że za tymi ludźmi stoją często dramatyczne losy i wybory, które spotykały naszych rodaków, pracujących poniżej swoich kwalifikacji na Zachodzie w latach 80.tych. Nie widzę jednak w Polsce świadomości, jak bardzo potrzebna jest nam polityka wobec imigrantów. Na Zachodzie w latach 60., 70. i 80.tych popełniono banalny błąd: uznano, że każdy imigrant jest gościem i zawsze nim pozostanie. Nie było pomysłu na to, jak wykorzystać potencjał tych ludzi, którzy jednak zostaną. Co zrobić, gdy urodzą się im dzieci? Co zrobić z ich kulturą? Czy drogą powinna być asymilacja, czy może wykorzystanie ich kompetencji kulturowych dla budowania mostów? Na skutek tego w Niemczech, ale nie tylko, urodziły się dwie generacje ludzi niechcianych. Podkreślając działania podejmowane w Gdańsku w zakresie integracji imigrantów, nie popełniajmy błędu myśląc, że to są przybysze, którzy tu przyjechali żeby załatwić kilka spraw. Postawmy sobie pytania: czy chcemy żeby to byli ludzie, którzy zapomną skąd pochodzą, czy żeby byli dwujęzyczni i pielęgnowali swoją wielokulturowość? To dopiero będzie prawdziwe wyzwanie debaty o wielokulturowości.

Daniel Urey ze szwedzkiego stowarzyszenia FÄRGFABRIKEN z tłumaczką
Daniel Urey ze szwedzkiego stowarzyszenia FÄRGFABRIKEN z tłumaczką
Dominik Paszliński/www.gdansk.pl

Ks. Krzysztof Niedałtowski, rektor kościoła św. Jana opowiadał o swoich kontaktach i pracy z mniejszościami w Gdańsku: - Od początku moich trzydziestu lat kapłaństwa ciągnęło mnie do mniejszości. Po powrocie ze stypendium w Monachium w 1991 roku postanowiłem odprawiać w Gdańsku mszę po niemiecku. Myślałem, że będę to robił dla turystów, gdy jednak zacząłem ją odprawiać regularnie w każdą niedzielę, pojawiało się ok. 300 osób i to byli głównie rodowici gdańszczanie, którzy urodzili się tu przed wojną i z jakichś powodów nie wyjechali. Mówili oczywiście po polsku, ale to był ich drugi język i byli niesamowicie wdzięczni za to, że jest msza w języku niemieckim. Z czasem pojawiły się głosy starszych księży, że to skandal, żeby ksiądz Polak podlizywał się Niemcom w mieście, w którym zaczęła się II wojna światowa… Jednym z dowodów wartości tych mszy była dla mnie wizyta Volkera Schlöndorff`a, który usiłował kiedyś nakręcić film na podstawie powieści “Idąc rakiem” Güntera Grass. Szukał kogoś, kto mógłby powiedzieć niemieckiej aktorce jak brzmiał niemiecki w dialekcie gdańskim. Moje gdańszczanki chętnie podzieliły się swoją wiedzą na ten temat, wiedzą której już nigdzie wtedy nie było. Po dwudziestu latach towarzystwo zaczęło się wykruszać, czas jest nieubłagany, ale miałem ogromną ilość kontaktów z nimi. Pokazali mi tę część historii Gdańska, która jest mało nagłaśniana.

Drugą grupą, do której mnie pociągnęło byli Ukraińcy, ofiary akcji Wisła, które trafiły do Gdańska. To też jest mało znana historia naszego miasta. Nie mieli swojego kościoła w Gdańsku i abp. Tadeusz Gocłowski zdecydował, że kościół św. Bartłomieja, gdzie rezydowałem z artystami łatwo będzie im przekazać. Zaprzyjaźniłem się z tą wspólnotą ukraińską, też było tam kilkaset osób. Znów - nieśli ze sobą bogactwo kultury i inną, piękną liturgia. Młodsze pokolenie parafian robi tam od wielu lat festiwal kultury ukraińskiej. A teraz, przy Ukraińcach przyjeżdżających do Gdańska od kilku lat, ta parafia kwitnie. Przedtem kościół był dla nich trochę za duży, a teraz jest trochę za mały.

Następny przykład to współpraca z gminą żydowską. Oczywiście są to obywatele Rzeczpospolitej, od dawna tu mieszkający, ale mało o nich wiedzieliśmy. Po kilku wspólnych świętach Biblii i Tory przewodziłem raz nawet świętu Pesach w synagodze na Partyzantów. Rabin Amerykanin słabo mówił po polsku, więc to ja czytałem hagadę, “naszą” przecież historię z Księgi Wyjścia, którą dwa tygodnie wcześniej przedstawiałem w kościele na święto Wielkiejnocy.

Takie rzeczy się udają pod warunkiem, że jest ciekawość i otwartość. To wraca, jeśli ktoś mi mówi, że trzeba się bać obcokrajowców i innowierców to ja jako katolicki ksiądz odpowiadam: nie, nie należy się bać. Jeżeli boisz się, że twój sąsiad obierze ci wiarę, to słaba jest ta wiara...

Redaktor naczelny Gazety Wyborczej Mikołaj Chrzan i dyrektor ECS Basil Kerski
Redaktor naczelny Gazety Wyborczej Mikołaj Chrzan i dyrektor ECS Basil Kerski
Dominik Paszliński/www.gdansk.pl

Doświadczenia ks. Krzysztofa Niedałtowskiego skomentował Daniel Urey, lider projektu Shared History ze szwedzkiego stowarzyszenia FÄRGFABRIKEN: - Msza po niemiecku w Gdańsku to piękny sposób na otwieranie historii na innych i dzielenie przestrzeni z różnymi interpretacjami historii. Nawet przy pozornie homogenicznej historii Gdańska na tym przykładzie widać, jak splatają się indywidualne losy jego mieszkańców.

Byłem w Gdańsku wielokrotnie. Dla mnie ciekawa jest przemiana waszego miasta łącząca przyszłość ze spojrzeniem w przeszłość. Widzę to patrząc choćby na nową gdańską  architekturę. Wzdłuż Długiego Pobrzeża stoją nowe realizacje, które mimo swej nowoczesności przypominają architekturę hanzeatycką. Dla mnie jest to przykład respektowania historii miasta, zniszczonego wielokulturowego organizmu. I tym doświadczeniem możecie się teraz dzielić, taka jest właśnie istota naszego wspólnego projektu.

Rozmawiano również o tym, jak wygląda sytuacja nowych mieszkańców Gdańska - czy są już aktywnymi obywatelami, czy są raczej “duchami” (jak w jednym z felietonów nazwał swoją gosposię Maciej Nowak).

Ks. Krzysztof Niedałtowski przytoczył przykład swojego przyjaciela, mieszkającego w Gdańsku Włocha Roberto Polce: - Wszyscy mówimy, że kochamy Italię, a on mówi że nie specjalnie, bo tam panuje korupcja i kumoterstwo. Polskę, a Gdańsk zwłaszcza, uwielbia. On nie tylko pokazuje Gdańsk włoskim turystom, ale założył także stowarzyszenie Ital - Gedania. Organizuje otwarte spotkania o kinie, literaturze czy kuchni włoskiej. Wielu gdańszczan na nie przychodzi, Włochów niewiele, bo mamy ich tu pewnie kilku. To jest przykład, jak z innej perspektywy zobaczyć “naszość”, dostrzec elementy, których sami już wokół siebie nie widzimy. Nie widzimy tego, że po wojnie udała się nam już raz integracja, bo przecież wszyscy skądś do tego Gdańska przyjechali. Zresztą - przyspieszony kurs integracji przeszliśmy podczas Sierpnia`80. To właśnie ta nasza niehomogeniczna grupa zapoczątkowała wielkie zmiany w Polsce i Europie.

Ks. Krzysztof Niedałtowski - rektor kościoła św. Jana i Daniel Urey
Ks. Krzysztof Niedałtowski - rektor kościoła św. Jana i Daniel Urey
Dominik Paszliński/www.gdansk.pl

Anna Kwaśnik podkreśliła: - To, czy imigranci będą tylko biernymi świadkami życia w Gdańsku, czy będą aktywni, o tym przede wszystkim my decydujemy. Impuls musi iść od nas, gospodarzy. Gdy zapraszamy kogoś do domu mówimy “może wejdziesz do środka, zapraszam”. Kiedy tego nie powiemy, ta osoba zostanie na klatce, w butach “mam kartę czasowego pobytu, nie będę wam zawracał głowy”. Musimy dać miejsce i narzędzia by mogli być aktywni. Przy czym nie będzie takiej aktywności bez stabilizacji, bez poczucia, że mamy zapewnione podstawowe potrzeby. Człowiek, który jest tutaj w stanie totalnego stresu, bo nie wie, czy przedłuży pobyt czy będzie miał zalegalizowaną pracę, nie ma raczej przestrzeni do działania i bycia aktywistą. Tym, którzy osiągnęli ten poziom stabilizacji staramy się dawać narzędzia. W ramach współpracy CWII z ECS realizujemy program praktyki obywatelskiej, taką akademię obywatelskości. Mówimy imigrantom: “Wejdźcie do środka, zobaczcie, jak to działa. Zobaczcie, że mamy budżet obywatelski, że mamy rady dzielnic, tam jest przestrzeń także dla was.” Imigranci korzystają z tego i widzimy, jak ci którzy mogą i chcą zaczynają czuć się tutejsi i jeśli mają w sobie potencjał to go wykorzystują. Choć oczywiście nie każdy jest aktywistą - tak samo jest przecież z Polakami za granicą.

Basil Kerski: - Ania Kwaśnik podkreśliła kluczową rzecz: wysiłek adaptacyjny imigrantów jest gigantyczny i trzeba o tym pamiętać. To bardzo ważne, jak się będziemy zachowywać wobec przybyszów na ulicy, w szkole, w urzędzie. Moje doświadczenie z imigrantami w Gdańsku to ich wielka chęć, wręcz głód poznania naszych historii, oni chcą się w nich odnaleźć. Ale jaka jest nasza narracja: “My Solidarność, naród bohaterów i reszta świata” lub “my naród ofiar, ale i najmądrzejszy naród świata”. To totalna ekstrawagancja, a po drugiej stronie jest także opowieść dziś dla wielu niewygodna, mówiąca o uniwersalnych wartościach, które niosła ze sobą idea Solidarności. Mówiła nie tylko o naszych interesach, ale też o prawach wszystkich ludzi. I to jest opowieść idealna dla nowych mieszkańców, jest w niej dla nich miejsce.

Obawiam się jednak, że czekają nas bardzo trudne czasy. Jeżdżę dużo po Europie i abstrahując od konfliktów wewnątrz unii, cała masa nowych mieszkańców, którzy przybyli na nasz kontynent w ostatnich latach świetnie się odnalazła, wykonała wielki wysiłek integracji, nie negując swojej kultury i korzeni. Ta nowoczesna, globalna wielokulturowość prowokuje wielu polityków do budowania negatywnej narracji i wydaje mi się, że to doświadczenie dopiero nas w Polsce czeka, 2015 rok to był dopiero początek. Ostatnio jeden z oficjalnych już kandydatów na prezydenta Gdańska użył banalnego argumentu, faktu, że mój ojciec jest Irakijczykiem, aby zdyskredytować mnie na Facebooku jako osobę, która nie ma prawa zarządzać instytucją kultury w Gdańsku. Atak na mnie, gdańszczanina, Polaka, który ma też obywatelstwo niemieckie, jest dziś w Polsce niestety politycznie poprawny. I wydaje mi się, że to dopiero początek.

Obawiam się, że na skutek tego, co mamy w głowie w naszej kulturze, na skutek tego że kościół polski oddalił się np. od listu polskich biskupów do niemieckich, że niestety pojawią się siły polityczne, które będą eksponowały konflikt jako źródło zdobywania głosów. Czy my, ludzie którzy chcą innej atmosfery politycznej, jesteśmy przygotowani do tego, by się zmierzyć z taką formą populizmu? Mamy za sobą kilka wpadek ostatnio. Dla mnie szokiem były wiece ONR w Gdańsku. Nie trzeba być prawnikiem by wyczytać z kodeksu, że treść przez nich głoszona w internecie jest w Polsce karalna. Nie słyszałem o działaniach żadnego prokuratora, nawet w naszym mieście, który zareagowałby na te działania. Obawiam się, że te otwarte przestrzenie tylko animują polityków w Polsce i w innych krajach, by wypróbować, jak bardzo można zyskać na antyimigracyjnych czy rasistowskich sloganach.

W Centrum Św. Jana zobaczyć można wystawę, która powstała w ramach projektu Shared History
W Centrum Św. Jana zobaczyć można wystawę, która powstała w ramach projektu Shared History
Dominik Paszliński/www.gdansk.pl

Odnosząc się do roli kościoła w Polsce, ks. Krzysztof Niedałtowski odpowiedział:

- Nie ma jednego kościoła w Polsce, ani jednego głosu biskupów w episkopacie. Mój kolega z Afryki, zakonnik, mieszka w Polsce od wielu lat i kolor jego skóry nigdy nie stanowił problemu. W ciągu ostatnich miesięcy trzy razy dostał w głowę na ulicy i wybito mu zęby, mimo koloratki. Ta straszna opowieść wystawia niestety cenzurkę Polakom... Kościół mógłby zrobić o wiele więcej niż robi, ale nie można powiedzieć, że nie robi nic. Jest wspaniała akcja Caritas “Rodzina rodzinie”  w ramach której polska rodzina czy parafia może wspomóc finansowo konkretną syryjską rodzinę, płacić na ich miesięczne utrzymanie. To genialna akcja, idąca w setki tysięcy zaangażowanych Polaków.

Ja się trochę boję jeszcze jednej rzeczy - radykalizacji nastrojów w młodym pokoleniu. Mam ogromny problem, próbując obecnie wykładać Koran w seminarium. Spotykam się z reakcją, że studenci wiedzą lepiej: “Koran to księga barbarzyńska, islam jest religią fundamentalistów i terrorystów…” Jako wykładowca oczywiście próbuję im tłumaczyć, że przejmują narrację medialną, ale problem polega na tym, skąd się biorą ci młodzi ludzie? Wiem, że to samo dzieje się w szkołach. Raptem młodzi ludzie chcą haseł narodowych, ksenofobicznych.

Szukajmy jednak pozytywnych znaków. Cmentarz Nieistniejących Cmentarzy to symboliczne, pięknie ukształtowane miejsce. Tam skupia się idea wspólnej pamięci i modlitwy, czy to pierwszego listopada, czy w trakcie modlitw za tych, którzy zginęli w drodze do Europy. Kiedy trzy lata temu po raz pierwszy modliliśmy się za zmarłych uchodźców bałem się kontrmanifestacji prawicowej, ale o dziwo jest cisza. To nadzieja, że choć nad grobem milkną demony nacjonalizmu.

Basil Kerski: - Sądzę, że my nie jesteśmy w Polsce przygotowani do głębokich przemian, które toczą się w świecie islamskim, nie rozumiemy tego, co się dzieje w krajach arabskich. Pamiętam, jak w trakcie dyskusji o uchodźcach w Europie polscy politycy zarzucali niemieckim naiwność. Nie rozumieli banalnej rzeczy, że w Niemczech jest mnóstwo obywateli pochodzenia arabskiego, którzy są lekarzami, profesorami, biznesmenami, prawnikami i że mają za sobą sąsiadów, którzy staną w ich obronie w razie potrzeby. Tymczasem u nas antyislamizm to wentyl na wszelkie formy frustracji.

Daniel Urey: - Edukacja jest kluczową bronią w walce z demonami nacjonalizmu, ale taka, która jest prowadzona wielodyscyplinarnie, w której nauczanie akademickie wzbogacone jest o treści kulturowe, ubarwiające czarno - białe spojrzenie na świat. W dzisiejszych czasach musimy być kreatywni, zarówno w zakresie szkolnictwa, jak i z punktu widzenia potrzeb ekonomii. Nie stać nas dziś w Europie na rasizm, w Polsce czy w Szwecji będziemy bankrutami jeśli przyjmiemy taką narrację.

Na zakończenie debaty padło kilka wypowiedzi z sali, m.in Natalii Kovalyshyny: - Kiedy cztery lata temu musiałam wyjechać z Ukrainy i przyjechałam do Gdańska, otrzymała tu ogromne wsparcie i jestem bardzo wdzięczna losowi, że trafiłam właśnie tutaj. Wspiera mnie szkoła, w której uczy się mój syn, wspiera CWII, czy akademia piłkarska, w której mój syn gra w futbol. Ale poza tym wsparciem, które otrzymuję od instytucji w Gdańsku jest jeszcze polityka ogólnopolska. Jestem w procesie od czterech lat staram się o status uchodźcy, mam już trzy negatywne decyzje w tej sprawie. Nie ma żadnego znaczenia talent mojego syna i jego świadectwo z paskiem, anie moje zaangażowanie w Radę Imigrantów przy Prezydencie Gdańska, ani aktywny udział w życiu społecznym, którym staram się przynieść korzyści także mojemu nowemu domowi, Gdańskowi. Czwarty rok siedzimy na walizkach, więc mimo tego wszystkiego wspaniałego, co się tutaj dzieje, wiele zależy od polityki ogólnopolskiej.  






Izabela Biała (0)
www.gdansk.pl
izabela.biala@gdansk.pl
więcej tekstów autora
Izabela Biała (0)
www.gdansk.pl
izabela.biala@gdansk.pl
więcej tekstów autora