Komuniści mogli przerobić Gdańsk po swojemu?

Wygląd gdańskiej starówki uważamy za oczywistość, a przecież Gdańsk mógł być szary i betonowy, jak Kaliningrad. Co nas uratowało - tłumaczy historyk sztuki Jacek Friedrich.

Komuniści mogli przerobić Gdańsk po swojemu?
A
A
data publikacji: 30 października 2015 r.

Jacek Friedrich, autor książki o powojennej odbudowie Gdańska.
Jacek Friedrich, autor książki o powojennej odbudowie Gdańska.
Grzegorz Mehring

– To było pierwsze duże hitlerowskie miasto, jakie spotkaliśmy na naszej drodze! Co mieliśmy zrobić? Musieliśmy je zniszczyć z zemsty za lata niemieckiej brutalności! – miał wyznać pewien pijany rosyjski generał podczas zakrapianej imprezy w Gdańsku, w latach 60.

Taką anegdotę przywołuje w rozmowie Jacek Friedrich, gdański historyk sztuki, autor właśnie wydanej książki o odbudowie Gdańska w latach 1945-60. Książka niby o kwestiach architektonicznych, budowlanych, a przecież w gruncie rzeczy o sprawach o wiele ważniejszych. O wojnie i pokoju. O Niemcach, Rosjanach i Polakach. O pięknie i brzydocie. O życiu i śmierci.

Friedrich opowiada w niej o miejscu, które dobrze znamy i którym tak się zachwycamy, czyli o gdańskim Głównym Mieście: popularnej starówce, po której dziś chodzą zakochani, rodziny z dziećmi, turyści. To, co wydaje się nam oczywiste – odbudowa miasta po II wojnie światowej i odtworzenie jego zabytkowego charakteru – nie musiało się wcale stać faktem. Komu właściwie zawdzięczamy, że Gdańsk w swoim centrum nie wygląda jak szary i postsowiecki Kaliningrad?

 

Ratować ludzi, nie mury

Musimy zacząć od zniszczenia Gdańska. Czy rzeczywiście, jak w to wierzymy, Armia Czerwona zrównała z ziemią 90 procent obszaru, przy bierności słabnących Niemców? Czy to prawda, że Niemcy właściwie poddali miasto, a krasnoarmiejcy przetoczyli się przez domy i ulice niczym dzikie hordy barbarzyńców ze Wschodu? Friedrich mówi, że nie można zaufać w tej kwestii jedynie przytoczonemu na początku pijanemu radzieckiemu oficerowi. Cała prawda wyjdzie na jaw dopiero, gdy otwarte zostaną dla polskich badaczy sowieckie archiwa wojenne.

– Czyli nieprędko – podkreśla Friedrich. – Na razie opieramy się jedynie na raportach Wehrmachtu. A te są dosyć dokładne i mówią, że Niemcy ciężko i zacięcie walczyli o Gdańsk.

Dlaczego chcieli utrzymać miasto? Jak tłumaczy Friedrich, Niemcy mieli do wyboru: ratować mury bądź ratować ludzi. Innymi słowy, walczyli o miasto, bo to angażowało Sowietów, podczas gdy na tyłach Gdańska odbywała się ewakuacja niemieckiej ludności z Prus do Rzeszy statkami. Niemcy bili się w Gdańsku, by jak najdłużej Gdynia mogła służyć za port ewakuacyjny.

Nie można też zapominać o fanatyzmie nazistów. Gdańsk był jednym z miast III Rzeszy, które Hitler rozkazem z 8 marca 1944 r. podniósł do rangi twierdzy. Obrońcy mieli walczyć do końca, drogi były dwie: zwycięstwo lub śmierć.

Czy pomimo to zniszczenia musiały być aż tak duże?

– Trzeba pamiętać, że nie było już wtedy straży pożarnej, nie było wodociągów – mówi Friedrich. – Szalały pożary, były tu drewniane więźby, trzcinowe stropy. Jak już się paliło, to się paliło. Po drugie, już po wojnie, gdy nadeszła jesień i zima i zaczęły się sztormy i wiatry, dziesiątki, może setki naruszonych wcześniej fasad rozsypało się po prostu w pył.

I takie właśnie, zrujnowane, miasto dostały we władanie władze nowej, komunistycznej Polski. Nie było wątpliwości, czy Gdańsk będzie odbudowany: wiadomo było, że będzie, bo ze swoim portem i stoczniami miał stać się sercem gospodarki morskiej PRL. Inna sprawa: w jakim kształcie go odbudować?  

Budowlańcy, którzy byli zatrudnieni przy odbudowie Głównego Miasta, początkowo nie mieli wielkiego pojęcia, jak to robić, ale z roku na rok efekty ich pracy były coraz lepsze.
Budowlańcy, którzy byli zatrudnieni przy odbudowie Głównego Miasta, początkowo nie mieli wielkiego pojęcia, jak to robić, ale z roku na rok efekty ich pracy były coraz lepsze.
Archiwum

 

Usunąć pruskie świństwa!

To gdańszczanie, czyli ci, którzy trafili tu po wojnie z Pomorza, centralnej Polski czy z Kresów, chcieli, by miasto zostało odbudowane w kształcie historycznym. Miejskie elity już od 1945 roku debatowały, jak Gdańsk ma wyglądać po wojnie.

– Ci ludzie byli zakochani w tej idei – mówi Friedrich. – Żyli tym, spierali się, to angażowało ich emocje. Odbudowa stała się jednym z głównych haseł społecznych.

Dlaczego jednak piękna starówka, a nie neoimperialne stalinowskie kloce? Z jednej strony wygrały względy estetyczne: to, co tu przez wieki stało, było po prostu ładne. Z drugiej – ideologia.

– Uznano, że Gdańsk to polskie miasto, co było może naciągane, ale dla miasta zbawienne – mówi Friedrich. – Trzeba było przekonać przyjeżdżających tu Polaków, że są u siebie, że nie są tu intruzami, że to ziemie odzyskane, a nie zabrane.

Zaczęła się więc akcja polonizacyjna: przywracanie i podkreślanie polskich symboli – orłów i wizerunków polskich królów – i niszczenie tego, co najbardziej pruskie. Na przykład budynek Poczty Głównej, stojący do dziś przy ul. Długiej, po wojnie był w całkiem dobrym stanie. A jednak autor pierwszego projektu odbudowy Gdańska Władysław Czerny uznał kamienicę za „pruskie świństwo”. Dlatego stojące fragmenty zostały wykorzystane do budowy nowej poczty, a dawna estetyka niemiecka zniknęła.

Odbudowa Gdańska stała się dla komunistów sprawą wagi państwowej - bardzo chcieli udowodnić, że dawny Gdańsk był polskim miastem, choć w rzeczywistości był niemiecką republiką kupiecką pod protektoratem Polski.
Odbudowa Gdańska stała się dla komunistów sprawą wagi państwowej - bardzo chcieli udowodnić, że dawny Gdańsk był polskim miastem, choć w rzeczywistości był niemiecką republiką kupiecką pod protektoratem Polski.
Archiwum

Trzeba było jeszcze przekonać władze w stalinizującej się Warszawie, że warto Gdańsk odbudować w jego dawnym kształcie. Centrala miała wszak pieniądze, a liczyła się każda złotówka. Dlatego, zdaniem Friedricha, część raportów o procentowym zniszczeniu gdańskich zabytków mogła być przesadzona. – Wiadomo, jak to działało: napiszemy w raporcie, że budynek jest zniszczony w 90 procentach, centrala w Warszawie stwierdzi, że ma budżet na 40 procent i gdzieś pośrodku to się dopnie – mówi Friedrich. – Dlatego nie ufałbym danym, że miasto było zniszczone w 90 procentach.

Odbudową miał się zająć Zakład Osiedli Robotniczych (ZOR) z centralą naturalnie w Warszawie. ZOR rzeczywiście budował, ale bloki. Ludzie tam zatrudnieni nie mieli pojęcia, jak się buduje kamieniczki z fikuśnymi szczytami i malowniczymi fasadami.

– Na szczęście dyrektor ZOR, Juliusz Goryński, dał się przekonać. Może dlatego, że był człowiekiem z przedwojennym wykształceniem i kulturą – mówi Friedrich. – Wyobraźmy sobie, że na czele ZOR-u stałby jakiś nowy komunistyczny człowiek, technokrata z awansu społecznego. Nie byłoby starówki.

Odbudowa Głównego Miasta trwała od 1948 do 1960 roku. Trochę metodą prób i błędów, i zdobywania doświadczenia.

Orłów na ogrodzeniu fontanny Neptuna oczywiście nie było – więc trzeba je było dorobić...
Orłów na ogrodzeniu fontanny Neptuna oczywiście nie było – więc trzeba je było dorobić...
Archiwum

– Dlatego ulica Ogarna, która była odbudowywana jako pierwsza, jest tak niebywale tępa – mówi Friedrich. – Między Ogarną a odnawianą zaledwie kilka lat później ulicą Mariacką jest przepaść. Bo budowniczowie szybko uczyli się czegoś, o czym wcześniej nie mieli pojęcia.

Pozostawało też określenie funkcji Głównego Miasta.

– To miało być zmiksowanie historii z nowoczesnym osiedlem – mówi Friedrich. – Od ulicy odbudowane domy wyglądały jak zabytki, miały szczyty, gzymsy, portale, a od strony dziedzińców były to właściwie mieszkalne bloki, które tworzyły osiedle ze żłobkami, przedszkolami, kinem, barami mlecznymi. W tym samym czasie i w tym samym miejscu zbudowano de facto dwa całkiem różne miasta.

Były jeszcze inne pomysły: starówka jako gdańska Dzielnica Łacińska, z antykwariatami, księgarniami, sklepikami z rękodziełem, do tego dużo zieleni.

– Ale zamiast zieleni ludzie spontanicznie zaczęli budować na dziedzińcach garaże i śmietniki – mówi Friedrich. – W ogóle w PRL piękne projekty bardzo często rozmijały się z praktyką. Planowano nowoczesne osiedla z basenami i kinami dla proletariatu, ale zazwyczaj pieniędzy starczało tylko na bloki, bo głód mieszkań był gigantyczny i nigdy nie zaspokojony.

Niewiele brakowało, by powojenny Gdańsk miał nie tylko zrekonstruowaną starówkę, ale i sowiecki wieżowiec, podobny do Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie.
Niewiele brakowało, by powojenny Gdańsk miał nie tylko zrekonstruowaną starówkę, ale i sowiecki wieżowiec, podobny do Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie.
Archiwum

 

Centralny Dom Kultury

Plany szły dalej.

– Socjalistyczna odbudowa miała być zwieńczona postawionym w pobliżu, od strony zachodniej, gigantycznym socjalistycznym gmachem – mówi Friedrich. - Miał to być stojący na wzgórzu, górujący nad otoczeniem Centralny Dom Kultury. Ogłoszono w 1953 roku konkurs, a projekty przedstawiono w piśmie „Architektura”. Ale już w latach 1955-1956 nastąpił rozkład socrealizmu, nikt już tak nie projektował i nikt nie chciał już ciągnąć tego pomysłu. Gdański pałac kultury nie powstał.  

Tak więc mamy Główne Miasto bez sterczącego zza jego pleców gigantycznego soc-gmachu. Ale czy na Długiej – która jest przecież jedną z wizytówek Gdańska - mamy do czynienia z wierną rekonstrukcją?

– Nie, to raczej swobodna wariacja na temat przeszłości – mówi Friedrich. – Raptem kilka budynków zostało naprawdę wiernie odtworzonych. Ale odbudowa – niezwykła, wręcz eksperymentalna jak na tamte czasy – niepostrzeżenie sama stała się już bardzo cennym zabytkiem.

 

Jacek Friedrich, „Odbudowa Głównego Miasta w Gdańsku w latach 1945-1960”. słowo/obraz terytoria. Jacek Friedrich jest historykiem sztuki, wykładowcą UG, dyrektorem Muzeum Miasta Gdyni.  

Sebastian Łupak (0)
www.gdansk.pl
sebastian.lupak@gdansk.pl
więcej tekstów autora
Sebastian Łupak (0)
www.gdansk.pl
sebastian.lupak@gdansk.pl
więcej tekstów autora