Bliscy abpa Gocłowskiego: Kochał Gdańsk więcej niż rodzinę

Arcybiskup Tadeusz Gocłowski urodził się i wychował we wsi Piski na Podlasiu. Do dzisiaj mieszka tam jego rodzina. - Był dla nas niedoścignionym wzorem, zawsze mieliśmy go za mało. Zastanawiamy się teraz, kogo bardziej kochał: nas czy gdańszczan. I wychodzi nam, że jednak gdańszczan - mówią.

Bliscy abpa Gocłowskiego: Kochał Gdańsk więcej niż rodzinę
A
A
data publikacji: 03 maja 2016 r.

Abp Tadeusz Gocłowski w styczniu 2016 r., w Szpitalu św. Wojciecha na Zaspie, na otwarciu Oddziału Kardiochirurgii Dziecięcej im. Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy.
Abp Tadeusz Gocłowski w styczniu 2016 r., w Szpitalu św. Wojciecha na Zaspie, na otwarciu Oddziału Kardiochirurgii Dziecięcej im. Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy.
Grzegorz Mehring/www.gdansk.pl

Opowiadają Krzysztof i Anna Gocłowscy (bratanek arcybiskupa, z żoną)

Anna: - Jeszcze rano 3 maja, o godzinie 10., mieliśmy kontakt ze stryjkiem. Telefoniczny. Przez kapelana, który był przy łóżku w szpitalu. Kapelan mówił, że stan zdrowia się poprawił. Że stryjek odzyskał przytomność i jest z nim kontakt. Co chcemy mu więc przekazać? My na to, że życzenia powrotu do zdrowia, choć przecież wiedzieliśmy, że to zaawansowany nowotwór, że 85 rok życia, więc na cud trudno liczyć. Kapelan powiedział, że stryjek mówi bardzo słabym głosem, ale dziękuje i przekazuje Szczęść Boże. Byliśmy po tej rozmowie przekonani, że nie umrze tego samego dnia, że jeszcze może dane będzie nam się spotkać. Wiadomość jaka dotarła do nas po południu bardzo nas zaskoczyła.

Bardzo rzadko nas odwiedzał tutaj w Piskach, bo on w zasadzie urlopów nie brał. Bywał w domu rodzinnym raz, czasem dwa razy w roku. Jeden, góra dwa dni. Gdy go odwiedzaliśmy go w Gdańsku, to miał dla nas najwyżej kilka godzin. Zastanawiamy się teraz, kogo bardziej kochał: nas czy gdańszczan. I wychodzi nam, że jednak gdańszczan.

Krzysztof: - W latach 1985-90 studiowałem w Gdańsku. Wiem, jak stryj był wtedy postrzegany w mieście, jakim cieszył się uznaniem. On bardzo cenił gdańszczan, nie będzie chyba przesady, jeśli powiem że gdańszczan wręcz kochał.

Anna: - Każde spotkanie było dla nas świętem. Tak mało tego mieliśmy i tak krótko. Został w nas niedosyt. Z drugiej strony, ludzie nam mówią, że powinniśmy być wdzięczni losowi, że mieliśmy w rodzinie takiego człowieka. Jako ludzie wierzący myślimy, że to było błogosławione życie, bo nie każdemu jest dane umrzeć w taki dzień: Maryi Królowej Polski, święto 3 Maja.

Jak chorował, prosiliśmy, żeby zwolnił. On odpowiadał na to, że nie potrzebuje odpoczynku, póki może coś zrobić dla drugiego człowieka. Gdy wiadomo już było że ma raka, powiedział do mojego męża: “No cóż, kończy się to życie, ale przynajmniej było piękne”. I do mnie jeszcze mówił: “Nie martw się, jak będzie naprawdę źle, to ja krzyknę. Póki nie krzyczę, wszystko jest w porządku”. Zastanawiam się teraz, czy przed śmiercią zdążył krzyknąć.

Notował Roman Daszczyński