Znalezione w gruzach
Dom stał przy ul. Struga na Emaus, dzielnica Siedlce. Dziś nie ma śladu po nim, ani po ulicy, która tamtędy przebiegała. Jest tam teraz skrzyżowanie ul. Kartuskiej i Łostowickiej. Obok - obelisk z listą nazwisk osób, które poniosły śmierć. Są tam całe rodziny, są małżeństwa, sędziwy ojciec z córką.
W chwili katastrofy w budynku przebywało 22 mieszkańców i sześcioro gości.
Wybuch spowodował zawalenie się 3/4 konstrukcji, głównie od strony wschodniej. Doszło do pożaru, który ugaszono przed północą. Ewakuowano 1200 mieszkańców okolicznych bloków - gaz wciąż mógł być groźny.
W akcji ratunkowej uczestniczyło łącznie ponad tysiąc osób. W pierwszej kolejności przybiegli okoliczni mieszkańcy, wkrótce potem przyjechali strażacy i milicjanci. Później - także oddziały Wojsk Ochrony Pogranicza, Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego i junacy z Ochotniczych Hufców Pracy.
Jeszcze w niedzielę 1 lutego znaleziono zwłoki czterech ofiar. 2 lutego - podczas ręcznego przerzucania gruzów cegła po cegle - natrafiono na ciała kolejnych dziesięciu ofiar. Ostatnie dwie ofiary znaleziono 3 lutego.
Cicho, jak najciszej
Przeglądanie gazet z tamtego czasu jest dziwnym doświadczeniem. W “Dzienniku Bałtyckim” początkowo można znaleźć lapidarne teksty, ale temat znika po czterech dniach - widać, że nie jest wygodny dla ówczesnych władz. Polska Gierka w rozkwicie woli opowiadać o swoich sukcesach i ambicjach. Pod koniec tygodnia, z tej najważniejszej w Gdańsku gazety, czytelnicy mogą dowiedzieć się o wielkim i tragicznym w skutkach trzęsieniu ziemi w Gwatemali - ale nic o dramacie mieszkańców zniszczonego domu przy ul. Struga.
Podobnie było kilka miesięcy wcześniej, gdy z powodu zaniedbań i braku procedur zatonął prom na Motławie.
19 lutego 1976 roku komisja powołana przez wojewodę, wydała komunikat, w którym stwierdziła, że powodem eksplozji był wybuch gazu.
Dom nie posiadał instalacji gazowej. Skąd więc ten wybuch?
Pierwsza hipoteza poszła w kierunku podziemnej rury gazociągu który przebiegał osiem metrów od budynku. Rura była ułożona na głębokości 70 centymetrów. Pod rurą znajdował się odwadniacz - zbiornik podwieszony pod gazociągiem. Odwadniacz był nieszczelny, ulatniał się z niego gaz, który prawdopodobnie dostał się do budynku przez podziemne szczeliny. Normalnie gaz wydobyłby się na powierzchnię i rozszedł na dworze bez konsekwencji - jednak w lutym grunt był zamarznięty do głębokości 40 cm, tworząc szczelną skorupę.
Mimo pracy śledczych i ekspertów, nie zdołano ustalić, co było przyczyną usterki gazociągu - choć mogło do tego dojść w wyniku ruchu ciężkiego sprzętu, używanego przy budowie pobliskich bloków, przy ul. Szarej.
Jednak eksperci - profesorowie z Politechniki Gdańskiej i Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie - uznali, że nieszczelność gazociągu prawdopodobnie nie była przyczyną katastrofy. Część piwniczna domu była niemal nienaruszona. Wyglądało to raczej tak, jakby w budynek trafiła bomba.
Nie było winnych
Druga hipoteza była pokłosiem znalezienia w gruzach pozostałości trzech 11-kilogramowych butli na propan-butan. Jedna z nich eksplodowała. Wybuch tego typu butli działa właśnie jak bomba. Zniszczenia, do jakich doszło, bardziej pasowały do wersji o takim źródle tej tragedii.
Znalezione butle nie były oznaczone - nie ma pewności do kogo z lokatorów należały. Najprawdopodobniej z powodu jakiejś wady doszło do rozszczelnienia jednej z nich i eksplozji. Skutek tego odkrycia był taki, że urzędowo wprowadzono w Gdańsku obowiązek przeglądu wszystkich kuchenek gazowych raz w roku i napełniania butli z gazem, we wskazanych - a więc uprawnionych do tego - punktach.
Mieszkańcom, którzy ocaleli, udzielono pomocy materialnej. Tymczasowo byli zakwaterowani w internacie lub u krewnych, znajomych. Później przydzielono im mieszkania w różnych częściach miasta.
Ci, którzy zginęli, leżą na cmentarzu obok siebie - po sąsiedzku.