Gdańsk żegna Brunona Zwarrę - pisarza, który stworzył portret miasta

Na wtorek, 21 sierpnia, wyznaczono termin uroczystości pogrzebowych Brunona Zwarry. Początek - o godz. 12.30, na Cmentarzu Oliwskim. Sylwetkę zmarłego w wieku 99 lat gdańskiego pisarza, specjalnie dla portalu gdansk.pl wspomina Marek Adamkowicz, kierownik Muzeum Poczty Polskiej - oddział Muzeum Gdańska, w przeszłości redaktor "Dziennika Bałtyckiego".

Gdańsk żegna Brunona Zwarrę - pisarza, który stworzył portret miasta
A
A
data publikacji: 20 sierpnia 2018 r.
Brunon Zwarra zmarł we wtorek, 14 sierpnia 2018 r., w wieku 99 lat
Brunon Zwarra zmarł w Gdańsku, we wtorek, 14 sierpnia 2018 r., w wieku 99 lat
Stowarzyszenie Biskupia Górka

Wspomnienia o zmarłych zazwyczaj są sentymentalne. Albo przesłodzone, bo o nieżyjących należy milczeć albo mówić dobrze. Podobnie można by mówić i pisać (zapewne wielu tak zrobi) o Brunonie Zwarze - pisarzu, działaczu społecznym, byłym więźniu niemieckich obozów koncentracyjnych. Warto jednak wiedzieć, że on sam zawsze przemawiał siłą konkretu. Na górnolotne deklaracje odpowiadał faktami, sięgając do pamięci albo do notatek, których z każdą pisaną książką było coraz więcej. Jak mało kto wierzył w moc liczb, dat, statystyk. Surowy w pierwszym kontakcie, serdeczny po godzinach spędzonych na rozmowie. Dostępny dla tych, którzy okazali prawdziwe, a nie tylko przelotne czy - nie daj Boże! - udawane zainteresowanie losem Polaków z Wolnego Miasta. Poważny w sprawach zasadniczych, nie stronił bynajmniej od zabawy i dobrego towarzystwa. Twierdził, że w życiu na wszystko jest pora.

W imieniu upokorzonych

Wiedza i życiowe doświadczenie pana Brunona było ogromne. Jako dawny uczeń Gimnazjum Polskiego w Gdańsku błyszczał wszechstronnym wykształceniem. Jako działacz organizacji polskich, pomimo niebezpieczeństwa, które czyhało ze strony hitlerowców, otwarcie  przyznawał się do bycia Polakiem. Nie złamał go pobyt w niemieckich obozach koncentracyjnych Stutthof i Sachsenchausen, ani konieczność podnoszenia z ruin ukochanego miasta. Przetrzymał szykany władz peerelowskich i - jakże częste - nierozumienie (albo niesłuchanie) jego racji przez decydentów całkiem współczesnych.

Tocząc nieustannie walkę z przeciwnościami, zdecydował się - za namową Mariana Pelczara, dyrektora Biblioteki Gdańskiej PAN - spisać historię Polaków z Wolnego Miasta. Dzisiaj autobiograficzne „Wspomnienia gdańskiego bówki” i „Gdańsk 1939. Wspomnienia Polaków-Gdańszczan” są uważane za dzieła pomnikowe. To one dały mu najwięcej, jakże zasłużonej!, satysfakcji. O nie też wciąż dopytywał gości odwiedzających jego oliwski dom.

CZYTAJ TEŻ: Pogrzeb Brunona Zwarry. Już wiadomo kiedy - we wtorek, 21 sierpnia

Zainteresowanie odbiorem własnych książek wynikało po części z ciekawości właściwej każdemu autorowi, ale równie ważna, a może i ważniejsza, była w tym przypadku nadzieja, że cel, który sobie postawił został osiągnięty.

„Jako urodzony gdańszczanin należałem do tej warstwy ludności, która zawsze najdotkliwiej odczuwała wszystkie drgania koniunktury politycznej i gospodarczej, a przede wszystkim poczynania odpowiedzialnych” - zanotował w pierwszym tomie „Wspomnień…”, dodając od razu:

„Ponieważ w naszym wypadku, członków gdańskiej Polonii, te poczynania okazały się nader tragiczne, uważałem za swój obowiązek nie tylko ująć na piśmie naszą działalność i walkę o polską godność, lecz uzupełnić dla uwiarygodnienia dostępnymi dla mnie dokumentami. Uważam to za swoją powinność wobec tych tak licznych rodaków, którzy tak wiele czynili, lecz tej wojny nie przeżyli”.

Zwierciadło polskiej duszy

Pamiętniki Brunona Zwarry zachwycają z różnych powodów. Bodaj najwięcej osób jest zachwyconych opisem Gdańska, który już odszedł nieodwołalnie. Bardziej wnikliwi czytelnicy dostrzegą jednak, że są one jedynym w swoim rodzaju zwierciadłem polskiej duszy. Autor pokazał bowiem, jak potrafiliśmy wspaniale walczyć o zachowanie polskości Gdańska, a jednocześnie jak wyniszczające były konflikty, które toczyły się wewnątrz tutejszej społeczności polskiej. Jej idylliczny, a podtrzymywany do dzisiaj, obraz Zwarra uważał za bezpodstawny, wskazując zarazem palcem tych, którzy wzniecali spory. W jego ocenie byli to zazwyczaj urzędnicy reprezentujący państwo polskie. Skierowani do Gdańska z Warszawy nie znali realiów Wolnego Miasta albo - co gorsza - prowadzili politykę zgodną z linią władz sanacyjnych, nie licząc się przy tym z racją gdańskich Polaków.

Dla Brunona Zwarry postacią uosabiającą to warszawskie politykierstwo pozostał do końca życia Kazimierz Papeé, komisarz generalny RP w Gdańsku, prywatnie szwagier Henryka Dobrzańskiego, czyli słynnego majora „Hubala”.     

To przedwojenne rozczarowanie postawą władz pogłębiło się po roku 1945, kiedy to gdańscy Polacy, którzy ocaleli z wojennej tragedii, stali się we własnej już ojczyźnie (i własnym mieście!) obywatelami drugiej kategorii. Ich poświęcenie przed i w czasie wojny okazało się dla przybyszów z innych stron kraju niewystarczające. Musieli przechodzić upokarzające procedury weryfikacji i rehabilitacji, udowadniając, że są… nie gorszymi Polakami niż inni. Wielu tego nie wytrzymało i wyjechało do Niemiec, państwa, w którego obozach koncentracyjnych niewiele wcześniej spędzili długie lata i stracili najbliższych.

Tak było chociażby z Gerardem Piełowskim, zwanym przez kolegów „Pilo”, który w latach międzywojennych był pracownikiem Poczty Polskiej w Wolnym Mieście Gdańsku, od 1939 r. zaś więźniem Stutthofu i Sachsenchausen. Na skutek fałszywego donosu został w 1945 r., w polskim już Gdańsku, aresztowany przez UB. Uwolniony od zarzutów, w 1958 r. opuścił Polskę.

„Ile lat można wytrzymać, gdy wchodzę codziennie jako listonosz do mego byłego mieszkania przy ulicy Pestalozziego, gdzie mieszka obcy człowiek, który zabrał mi także moje meble. Wicewojewoda gdański chciał mnie kilka dni temu, podobnie jak wcześniej, łudzić przyrzeczeniami, że otrzymam mieszkanie. Ale tym razem oddałem mu swój przedwojenny dyplom przyznający mi brązowy Krzyż Zasługi i powiedziałem jemu, że już nie wierzę! Jadę do Niemiec, gdyż tu nie starcza mi już sił” - zanotował Zwarra słowa Piełowskiego i od razu uzupełnił własnymi:

- W 1963 roku „Pilo” znów zawitał do Gdańska i przybył do mnie z licznym gronem obozowych kolegów. Zaskoczył mnie tym, że w RFN uznano w pełni jego przed- i powojenne lata pracy na poczcie [polskiej!], a chociaż zarabiał tam jako listonosz niedużo, nie narzekał. Otrzymał od razu mieszkanie i - jak podkreślił - miał przede wszystkim upragniony spokój.           

W imię prawdy

Kiedy rozmawiało się z Brunonem Zwarrą, w jego głosie pobrzmiewała nuta rozczarowania podobna do tej, którą słychać u Piełowskiego. Denerwował się, że zanika pamięć o Polakach z Wolnego Miasta, a w ich miejsce stawia się nowych bohaterów. Największy sprzeciw budziło honorowanie Güntera Grassa, także rodowitego gdańszczanina, ale o jakże innej drodze życiowej. Zwarra wielokrotnie podkreślał, że jako niemiecki chłopak Grass mógł nie wstępować do SS (do służby w tej formacji przyznał się po latach), a już na pewno nie musiał w „Blaszanym bębenku” przedstawiać Polaków jako podpalaczy, tudzież tworzyć karykaturalnego, w jego ocenie, obrazu obrońców Poczty Polskiej. Z tego właśnie względu odrzucił propozycję przyznania mu tytułu Honorowego Obywatela Miasta Gdańska, takiego samego, jak otrzymał Grass. Był pod tym względem nieprzejednany, wychodząc z przekonania, że nie mogą istnieć jednocześnie dwie wizje historii jego ukochanego Gdańska. Swoją, a nie opisaną w „Blaszanym bębenku”, uważał za prawdziwą.

To dążenie do prawdy - także w sferze duchowej - było immanentną częścią osobowości Brunona Zwarry. Pisarz w młodości był mocno związany z Kościołem, ale po przeżyciach z czasów wojny patrzył na niektórych duchownych z dużą dozą krytyki. Potwierdził to wyznaniem w ostatnim, piątym tomie „Wspomnień gdańskiego bówki”, stwierdzając otwarcie:

„Nie uznaję bigoterii, nie obnaszam się różnymi rzeczami mającymi rzekomo świadczyć o mojej religijności. O mojej wierze i jej sile przekonałem się zarówno podczas dni obozowych, jak i w późniejszych, niekiedy dramatycznych latach”.         

Hymn na cześć przyjaźni

Książki Brunona Zwarry nie są lekturą łatwą, za dużo w nich bólu i rozczarowań, jednak  paradoksalnie stanowią one lekarstwo dla duszy. Zwłaszcza pamiętniki, które pokazują, że wbrew podłości świata można przetrwać piekło i zachować godność. Tym zaś, co może dać człowiekowi siłę jest przyjaźń.

Brunon Zwarra zawsze pamiętał o swych i przyjaciołach i oni pamiętali o nim. Potwierdzeniem tego były chociażby telefony, które odbierał w dniu swoich urodzin. Dzwoniono z Gdańska, z Polski, z dalekiego świata, a pan Brunon cieszył się wtedy jak dziecko i mówił, mówił, mówił…

Teraz dołączył do wielkiej rodziny Polaków z Wolnego Miasta, którzy miejsce wiecznego znaleźli na cmentarzu w Oliwie. Idąc alejkami tej nekropolii można zobaczyć groby pocztowców - Józefa Klechy, Franciszka Mielewczyka, Franciszka Myszkowskiego i Franciszka Świczyńskiego. Jest mogiła Stanisława Chlebowskiego, najbardziej znanego malarza polskiego w międzywojennym Gdańsku, Leona Lendziona, przyjaciela Zwarry z Klubu Sportowego Gedania, i wielu, wielu innych.     

To z myślą m.in. o nich napisał tyle książek. Chciał, żeby pamięć o tym najpiękniejszym gdańskim pokoleniu nigdy zaginęła.

Marek Adamkowicz jest kierownikiem Muzeum Poczty Polskiej - oddział Muzeum Gdańska. Wspomnienie napisane zostało na podstawie rozmów z Brunonem Zwarrą, które autor prowadził pracując wcześniej jako redaktor „Dziennika Bałtyckiego”.