Fotka z Noriakim Kasai. Gdańszczanin Arnold Zdebiak mówi, jak było na igrzyskach w Pjongczangu

Arnold Zdebiak z AZS AWFiS Gdańsk pojechał w czwórce bobslejowej na Igrzyskach w Pjongczang w Korei. Był tam jedynym zawodnikiem z naszego miasta i zajął szczęśliwe 13. miejsce - powyżej oczekiwań! Opowiada nam o starcie, atmosferze w Korei oraz o spotkaniu z Noriakim Kasai.

Fotka z Noriakim Kasai. Gdańszczanin Arnold Zdebiak mówi, jak było na igrzyskach w Pjongczangu
A
A
data publikacji: 02 marca 2018 r.

Fota z legendą Od lewej: bobsleista Grzegorz Kossakowski, Noriaki Kasai i Arnold Zdebiak
Fota z legendą Od lewej: bobsleista Grzegorz Kossakowski, Noriaki Kasai i Arnold Zdebiak
zbiory A. Zdebiaka

Sebastian Łupak: O, tego gościa znam! Czy to przypadkiem nie…

Arnold Zdebiak, bobsleista: Tak, to Noriaki Kasai, słynny skoczek narciarski z Japonii. Kasai to jest wyższy poziom, historia sama w sobie. Jak byłem dzieckiem, to oglądałem go w telewizji. Dla mnie to kultowa osoba. Musiałem zrobić sobie z nim zdjęcie...

Marzył Pan o tych Igrzyskach od dziecka, więc emocje w Korei musiały być silne...

- To był mój debiut na igrzyskach, więc pierwszy tydzień to było bardzo dużo silnych emocji. Chłonąłem to wszystko. Ale, że byliśmy tam trzy tygodnie, to pod koniec już podchodziłem do tego z chłodną głową. Skupiłem się na naszym starcie.

Koreańczycy dużo się kłaniają. Są chyba bardzo mili...

- Aż za bardzo. Jedna wolontariuszka nie była pewna, jakim autobusem mamy jechać na stadion, na otwarcie Igrzysk, ale że chciała być pomocna, to podała jakiś numer busa. Jak się okazało, zły. Przejechaliśmy 40 minut w kierunku dokładnie przeciwnym. Chciała dobrze, starała się…

Coś Pan przywiózł z Pjongczangu dla dziewczyny?

- Mam dla niej oczywiście białego tygryska - maskotkę Igrzysk. Dla siebie mam plakat z Igrzysk z podpisami polskich sportowców. Jest też tam podpis naszego saneczkarza, który zjechał 130 km/h bez maski - Mateusza Sochowicza. Akurat mieszkał obok…

Jechał na ślepo, dobrze, że żyje…. Rosjanie nie mogli występować pod swoją flagą, bo ich federacja na masową skalę stosowała doping za zgodą Kremla. Co Pan na to?

- Rosjanie po prostu wszystkich przez lata oszukiwali. Często są takie wymówki, że ktoś brał lekarstwo, że lekarz coś tam przepisał. Ale przy kontroli opisuje się wszystko, co się brało. Jak ktoś miał katar, to musi wpisać, że brał takie a takie krople na katar. Wtedy można się odwoływać, bo krople na katar są w protokole. A mówienie, że brało się jakieś leki, ale nie wypisało się ich w protokole, to zwykłe oszustwo.

Pana w Pjongczangu badali?

- Mnie akurat nie. Nikt do mnie o siódmej rano nie przychodził z probówką. Ale do Grzegorza Kossakowskiego z mojego zespołu przychodzili pięć razy przez trzy tygodnie. Badali mu mocz i krew. Akurat jego wybrali. W sezonie też nas ciągle badają: ktoś puka do pokoju, gdy jesteśmy na Łotwie czy w Niemczech i mówi: "Dzień dobry, kontrola antydopingowa". W przypadku Igrzysk musisz wpisać w internecie, na specjalnej stronie, trzy miesiące do przodu i dwa tygodnie po, gdzie akurat jesteś. Codziennie! Jest tzw. okienko w ciągu dnia o danej godzinie.

Jak to działa?

- Jeśli by chcieli przyjść do mnie danego dnia, to muszą wiedzieć, czy 1 marca w godzinach 20-21 jestem akurat w Gdańsku czy może w Dąbrowie Górniczej u narzeczonej. Teraz będziemy lecieć na zgrupowanie do Kanady, poznawać tor, gdzie za rok będą Mistrzostwa Świata. Więc muszę im podać adres hotelu kanadyjskiego w miejscowości Whistler, bo może tam przyjdą.

Nasza drużyna bobslejowa w Pjongczagu. Pierwszy z lewej Arnold Zdebiak - zawodnik AZS AWFiS Gdańsk. W środku tygrysek Soohorang
Nasza drużyna bobslejowa w Pjongczagu. Pierwszy z lewej Arnold Zdebiak - zawodnik AZS AWFiS Gdańsk. W środku tygrysek Soohorang
zbiory A. Zdebiaka

Przejdźmy do waszych czterech ślizgów w Pjongczangu. Chcieliście być w pierwszej dwudziestce, a tu pierwszy ślizg, a wy na siódmym miejscu!

- Szczęście w losowaniu nam pomogło. Lód na torze był bardzo szybki, przygotowany na pierwszych dziesięć załóg. Korea - gospodarz - wiadomo, startowała z numerem jeden. A my wylosowaliśmy numer pięć. I pomogliśmy temu szczęściu!

Rozepchanie, czyli start, nie było chyba złe...

- Najlepszy czas startu w Pjongczngu to było 4,82 sekundy. My mieliśmy około 4,96, czyli 0,14 gorzej od najlepszej ekipy. To przyzwoity start, choć wiemy, że mamy jeszcze rezerwę. Musimy się wziąć do roboty, żeby być za najlepszymi tylko o jakieś 0,03 sekundy. Nie możemy mieć przecież dużej straty na dzień dobry, bo wtedy prędkość wyjściowa jest za niska i tego już się nie nadrobi na torze.

W czasie ślizgów obcierki były?

- Najgorzej poszedł, niestety, czwarty ślizg. Spadliśmy wtedy z 12 na 13 pozycję. Rozmawiamy o tym zawsze już na dole. Mówimy na głos: “no, ja poczułem na wirażu dziewiątym, że polecieliśmy bokiem, driftem. Przetarliśmy”. I wtedy nasz pilot mówi, że rzeczywiście, tutaj był błąd z jego strony, że źle wyszedł z wirażu. Bokiem poleciał. My to wszystko czujemy. Bo my - rozpychający - najbardziej dostajemy po każdym uderzeniu w bandę. Później spotkanie z trenerem. Zawsze jeden człowiek z ekipy stoi na największym wirażu, najbardziej narażonym na przetarcie, i nagrywa. Od razu po zjeździe oglądamy film ze zjazdu, a trener mówi do pilota Mateusza Lutego: “tu musisz przesterować, tu odpuścić”.

Tor był trudny?

- Nie należał do najłatwiejszych, był specyficzny, jednocześnie i dla bobslei i dla saneczkarzy, więc inne tam były wiraże. Tam były dwa, trzy takie miejsca, gdzie większość załóg miała problemy.

Co się działo z bobem między ślizgami?

- Obracamy go do góry płozami i odstawiamy na stojak. Nie chcemy, żeby zarysowały się płozy. One są polerowane przez nas i jeszcze przez mechanika - diamentowymi powłokami. W tych płozach przed startem można się przejrzeć - tak błyszczą. Tutaj każdy kamyczek na ścieżce lodowej, każde zarysowanie, może nam zaszkodzić. My w przerwie między ślizgami jemy jakieś batony regeneracyjne. Ale nie można jeść za dużo, bo w czasie ślizgu są ogromne przeciążenia i nie chcemy, żeby coś przykrego z żołądkiem się stało. Przed startem jest mocna rozgrzewka. Trzymamy temperaturę i staramy się pobudzić.

Nasza czwórka na starcie w Pjongczangu
Nasza czwórka na starcie w Pjongczangu
zbiory A. Zdebiaka

Macie boba używanego, po Austriakach. Jak się spisał w Korei?

- Te nasze prędkości były porównywalne z innymi, więc bobslej spisał się dobrze. Mimo, że jest starszy, to pokazał, że przy dobrej jeździe, po dobrym starcie, jest w stanie uzyskać dobre prędkości, około 140 km/h. Po pierwszym zjeździe pierwszych osiem zespołów ma kontrolę sprzętu. My byliśmy na siódmym, więc było sprawdzone przez jury nasze sterowanie i czy bob jest wymiarowy. I mieliśmy założone plomby na sterowanie. Po pierwszym ślizgu nie można już wtedy w bobie nic grzebać. To, co zostało ustawione na początku - po dołożeniu plomb - jest zamknięte i nie można nic ruszyć.

Sprzęt ma ogromne znaczenie…

- To może tak wyglądać, że to jest proste: rama i sterowanie. Ale zwykła rama może robić różnicę, jeśli jest zrobiona ze specjalnych metali. Niemcy są daleko z przodu ze sprzętem z BMW. Koreańczycy też mieli sprzęt specjalnie pod swój tor budowany przez Hyundaia. Niemcy byli pierwsi, a Korea druga. 

Czy po 13. miejscu na Igrzyskach znajdą się nowi sponsorzy?

- 13. miejsce to najlepsze miejsce Polaków w historii. Chcieliśmy pokazać siebie i Polskę z jak najlepszej strony i się udało. Jak to się teraz przełoży na pieniądze nie wiemy. Panczeniści cztery lata temu w Soczi mieli medale, a teraz nic. Został dla nich wybudowany specjalny tor w Tomaszowie Mazowieckim. I co? Nowa hala jest, a wyników nie ma - więc są rozliczani. Jak będzie z nami? Nie wiem. To pytanie do Ministerstwa Sportu. Zbliża się Puchar Świata - będziemy na pewno walczyć o Top 10.

Na organizację Igrzysk stać takie kraje, jak Korea, Chiny, Rosja czy Japonia. Widział Pan Pjongczang. Czy Polskę byłoby stać na Igrzyska?

- To bardzo duże koszty, ale Pjongczang to jest w sumie małe miasteczko. Jednak dali radę. W Polsce można by zorganizować Igrzyska chyba tylko w połączeniu z Czechami czy Niemcami. Na przykład skocznia w Polsce, a w Niemczech - tor bobslejowy. Inaczej sobie tego nie wyobrażam.

Biało -czerwoni. Od lewej: Arnold Zdebiak (AWFiS Gdańsk), Łukasz Miedzik (Flota Gdynia) oraz pilot Mateusz Luty i Grzegorz Kossakowski (obaj AZS UMCS Lublin)
Biało -czerwoni. Od lewej: Arnold Zdebiak (AWFiS Gdańsk), Łukasz Miedzik (Flota Gdynia) oraz pilot Mateusz Luty i Grzegorz Kossakowski (obaj AZS UMCS Lublin)
zbiory A. Zdebiaka

Czego jeszcze, poza pieniędzmi, nam brakuje? 

- Porównajmy, jak się promuje sport w Polsce, a jak w Niemczech, gdzie też studiowałem. Przed bobslejami byłem przecież sprinterem i widziałem, jak Niemcy organizują zawody lekkoatletyczne. To jest całodniowy piknik rodzinny, można coś zjeść, napić się piwa, są atrakcje dla dzieci. Idzie się na sobotni piknik i jednocześnie na zawody. U nas na zawodach lekkoatletycznych na trybunach siedzi tylko ciotka i szwagier zawodnika, bo nikt nie potrafi zachęcić ludzi, by przyszli na cały dzień na stadion. To samo z bobslejami: w Niemczech, w Altenbergu, na zawodach Pucharu Świata, są tłumy. Ale to są pikniki rodzinne: smażą się bratwursty, jest piwo i są bobsleje. Musimy nauczyć się organizować takie imprezy. Siatkówka w hali to moim zdaniem za mało. 

Czytaj także: Arnold Zdebiak - bobsleista z Gdańska "rozepchnie się" w Pjongczang dla Polski 

Sebastian Łupak (0)
www.gdansk.pl
sebastian.lupak@gdansk.pl
więcej tekstów autora
Sebastian Łupak (0)
www.gdansk.pl
sebastian.lupak@gdansk.pl
więcej tekstów autora