Droga do podcastu
Roman Czejarek jako młody, wywodzący się ze Szczecina i tam debiutujący reporter Polskiego Radia, relacjonował okoliczności katastrofy promu “Jan Heweliusz” na gorąco. Po przeszło 30 latach wrócił do tematu i swoje dziennikarskie śledztwo relacjonuje w podcaście “Heweliusz. Prawdziwa historia”. Pierwszy odcinek emituje pod koniec października 2025 roku, miesiąc później premierę ma serial “Heweliusz” na Netflixie, natomiast rok wcześniej ukazuje się książka innego szczecińskiego dziennikarza - Adama Zadwornego - pt. “Heweliusz. Tajemnica katastrofy na Bałtyku”.
Wszystko to sprawia, że temat morskiej tragedii sprzed 33 lat, w której życie - według najnowszych ustaleń Adama Zadwornego - życie straciło 56, a nie (jak dotąd podawano) 55 osób - znów rozpala wyobraźnię opinii publicznej.
Historia dla Narodowego Muzeum Morskiego
Narodowe Muzeum Morskie w Gdańsku trzyma rękę na pulsie. W dniu premiery serialu zaprosiło publiczność na prezentację przedmiotów wydobytych w miejscu zatonięcia promu. Są wśród nich osobiste przedmioty przekazane NMM przez ocalałego z katastrofy mechanika Grzegorza Sudwoja oraz model promu, który zresztą “wystąpił” w serialu.
Ocalał z "Heweliusza", oddał rzeczy do muzeum
Jaka była pogoda 13 stycznia?
Model “Jana Heweliusza” towarzyszy także spotkaniu w siedzibie Muzeum na Ołowiance. W rozmowie prowadzonej przez dr. Marcina Westphala (zastępca dyrektora NMM) obok Romana Czejarka uczestniczy także Robert Zawada, kpt. rez., były pilot Marynarki Wojennej, członek załogi jednego ze śmigłowców z 44. Bazy Lotnictwa Morskiego Darłowo, który 33 lat temu był na miejscu tragedii.
Roman Czejarek opowiadał z pasją o kulisach katastrofy, często wykorzystując miniaturową wersję promu, by skazać kluczowe dla wydarzeń sprzed trzech dekad elementy, czy wytłumaczyć zawiłości techniczne.
- Czy wieczorem 13 stycznia 1993 roku była zła pogoda? Była typowa dla styczniowych warunków na Bałtyku. Pamiętajcie Państwo, że tej nocy wypłynęły ze Świnoujścia promy polskie, niemieckie i szwedzkie. Wszystkie dotarły do celu. Przewrócił się wyłącznie “Jan Heweliusz”, więc co się takiego wydarzyło innego na Heweliuszu, co nie wydarzyło się tej nocy na innych jednostkach? Wokół tego pytania przez lata narosły spiskowe teorie - mówił, podkreślając, że po trzecim odcinku podcastu zaczął dostawać “bardzo poważne maile” od osób, których wcześniej nie znał, albo takich, które postanowiły jednak z nim porozmawiać, mimo wcześniejszej odmowy.
Nieracjonalne, dziwne, zaskakujące
- Im bardziej grzebałem w tej historii, tym bardziej odkrywałem rzeczy, które dziś się nam wydają kompletnie nieracjonalne, dziwne i zaskakujące. Jak choćby fakt, że załoga nie przechodziła wówczas szkoleń dotyczących środków ratowniczych dostępnych na jednostce - opowiadał dziennikarz. - Kiedy podcast stał się sławny, otrzymałem m. in. kopię 350 godzin nagrań filmowych wykonanych przez nurków na wraku “Jana Heweliusza” w kilka dni po zatonięciu. Widać na nim rejestracje ciężarówek, których nie ma w żadnych aktach sądowych. Skąd się tam wzięły?
Podczas spotkania autor podcastu poruszył jeszcze wiele wątków swego śledztwa, które dokładnie omawia w poszczególnych odcinkach - m. in. ten o tajemniczym statku, który znalazł się tej feralnej nocy na kolizyjnym kursie z “Janem Heweliuszem”, zmuszając go do wykonania zwrotu, który to manewr w warunkach sztormowych musiał przyczynić się do tragedii.
Tezę taką lata temu, zgłębiając przyczyny katastrofy, postawił kpt. Marek Błuś: - Dziś muszę mu przyznać rację - podkreślił Roman Czejarek, któremu w odszukaniu prawdopodobnie ostatniego żyjącego członka załogi, Filipińczyka, pomógł pewien polski marynarz również zafascynowany morską tragedią sprzed ponad trzech dekad.
Podczas kończącej spotkanie rundy pytań od publiczności “ujawnił się” m. in. wspomniany już darczyńca NMM - Grzegorz Sudwoj, który uzupełnił wątek braku znajomości środków ratowniczych przez załogę: - Kombinezony ochronne, aquaty, były w zaplombowanych workach i był oficjalny zakaz otwierania tych worków. Ja z wrodzonej ciekawości otworzyłem swoją aquatę i ubrałem się w nią. Nie było łatwo to zrobić, a co dopiero na kołyszącej się jednostce.
Pytania tego wieczoru zadawały osoby po prostu zafascynowane zatonięciem promu "Jan Heweliusz" (najmłodszy, Aleks, miał 10 lat i przyjechała na spotkanie z rodzicami ze Słupska), jak i osoby osobiście związane z tematem (syn ofiary, syn pilota z Darłowa).