Bogdan Ruksztełło-Kowalewski to prawdziwy komiksowy człowiek orkiestra: rysownik, scenarzysta i wydawca komiksów, animator kultury komiksowej, organizator konwentów, realizator warsztatów, twórca i wieloletni kierownik pierwszej w Polsce Pracowni Komiksowej przy Wojewódzkiej i Miejskiej Bibliotece Publicznej w Gdańsku, współzałożyciel Fundacji KRESKA im. Janusza Christy, a ostatnio - autor i gospodarz podcastu KOMIKS TV, serii, która dopiero się rozkręca.
Izabela Biała: Kiedy zaczęło się Pańskie życie z komiksem?
Bogdan Ruksztełło-Kowalewski: - Ponad 50 lat temu. Pierwszy komiks - Kajtek i Koko w Kosmosie Janusza Christy - dostałem w 1974 roku od mamy. Postanowiłem wtedy, że będę miał największy komiksowy zbiór na świecie, a już na pewno większy, niż moi trzej starsi bracia, którym wcześniej podbierałem paski z przygodami Kajtka i Koko drukowanymi w “Wieczorze Wybrzeża”, kolorując je czasem po swojemu.
A kiedy kolorowanie zmieniło się w rysowanie?
- W podstawówce. Rysowałem też w szkole i czasem musiałem przepisywać zeszyty na koniec roku, bo obecność postaci między notatkami z polskiego, czy matematyki, nie była akceptowana przez nauczycieli.
Jasne było dla mnie, że pójdę do liceum plastycznego, ale rodzice powiedzieli: “Nie, synu. Ukończysz zawodówkę, zdobędziesz fach, będziesz mógł utrzymać rodzinę i wtedy rób co chcesz”. Zostałem mechanikiem obróbki skrawaniem. Tokarki nie widziałem po szkole ani razu. Rysować w zawodówce nie przestałem, ale po niej nastąpiła dwuletnia przerwa, bo musiałem iść do wojska. Wróciłem w 1990 roku i zaangażowałem się mocno w działalność instruktorską w Hufcu ZHP Gdańsk Śródmieście, jednocześnie zacząłem działać na dużych komiksowych obrotach i marzyć o zorganizowaniu w Gdańsku festiwalu komiksu.
Trochę to marzenie potrwało - pierwszy GDAK, czyli Gdańskie Spotkania Komiksowe odbyły się w listopadzie 2001 roku, prawda?
- Tak i powstał na wariackich papierach, bo po festiwalu komiksu w Łodzi (Międzynarodowy Festiwal Komiksu i Gier w Łodzi odbył się po raz pierwszy w 1999 roku - red.) spotkało się czterech zapaleńców i stwierdziliśmy, że fajnie by było, żeby coś w Gdańsku też się zaczęło dziać. Połączyliśmy siły z ekipą Vormkvasa, nieoficjalnym stowarzyszeniem komiksowym, które prowadził Mateusz Skutnik w klubie Maciuś I na Przymorzu. Razem z Tomkiem Sitkiem, Robertem Żmudą, Kubą Babczyńskim, Tomkiem Meringiem - całą naszą “śmietaneczką komiksową” - wpadliśmy do nich z hasłem: “Robimy festiwal. Wchodzicie w to, czy mamy robić sami?” I tak powstał pierwszy GDAK.
Dobry moment na książkę. Południe Gdańska ma bibliotekę
Gdzie odbył pierwszy GDAK?
- W Domu Harcerza. W kawiarni na dole była część wystawiennicza, z kiermaszem, w kinie puszczano stare filmy anime, które koledzy nie wiem skąd wygrzebali. Na piętrze były spotkania autorskie. Pamiętam, że pierwszymi gośćmi byli profesor Jerzy Szyłak, Benek Schneider, Kuba Rebelka i Witek Tkaczyk. Później różne były kalibracje imprezy: raz Pałac Młodzieży, a raz szkoła gdzieś w Gdyni, gdzie połączyliśmy siły z grupą mangową, później dołączyliśmy do konwentu Teleport. To był wakacyjny zlot miłośników fantastyki, gier planszowych, anime, mangi i komiksu, który odbywał się m. in. w Technikum Łączności. A w końcu GDAK przeniósł się do biblioteki, bo jakoś tak się złożyło, że uczyłem się w policealnej szkole bibliotekarskiej.
No właśnie - jak to się złożyło, że zamiast absolwentem ASP został Pan bibliotekarzem?
- Zdałem maturę w szkole wieczorowej. Basia, moja kochana świętej pamięci żona, wiedziała, że jestem leserem, i że jeżeli nie pogodni mnie do dalszej nauki od razu, to już będzie ciężko. Poszliśmy więc do biblioteki na Targu Rakowym, żeby się dowiedzieć, czy są gdzieś jeszcze wolne miejsca. Wtedy, w czasach przed internetem, w bibliotekach dostępne były informatory edukacyjne. Wszędzie było już po terminie, ale na drzwiach wyjściowych zobaczyłem kartkę o zapisach do policealnego studium bibliotecznego.
Pomyślałem “no dobrze, pójdę, ale wiadomo, że nie będę bibliotekarzem. Ja i biblioteka?!? Gdzie tam”. Tym bardziej, że w międzyczasie już pracowałem - robiłem między innymi witraż witraże, kładłem bruk. Cały czas też szukałem czegoś, co mnie będzie interesowało.
To ile to już lat pracy w bibliotece?
- Ponad 22 lata… Podczas nauki w studium podszedłem któregoś dnia do Pawła Brauna, ówczesnego wicedyrektora, a później dyrektora Wojewódzkiej i Miejskiej Biblioteki Publicznej w Gdańsku, który prowadził z nami zajęcia. Zapytałem, czy kolejny GDAK można zrobić w bibliotece. Zgodził się. Impreza się odbyła i była strzałem w dziesiątkę, a dyrektorka Biblioteki, Iwona Koperkiewicz, zaprosiła mnie na rozmowę o komiksach.
A efektem tej rozmowy była pierwsza w Polsce pracownia komiksowa w bibliotece?
- Tak. To był jej pomysł, by komiksy szerzej zaistniały w księgozbiorze. Poprosiła mnie, żebym napisał projekt, jak to widzę. I tak zaczęła się moja praca w bibliotece. Początki pracowni były w budynku głównym na Targu Rakowym, a po roku czasu przeniesiono nas do filii na Suchanino i tam prawie 10 lat funkcjonowaliśmy. Cudowne czasy.
Dlaczego?
- Mieliśmy dwóch, trzech pracowników w porywach. Może nie było dużo wypożyczeń, ale codziennie były warsztaty: z pisania scenariuszy, z rysowania komiksów, z grafiki japońskiej, dyskusyjny klub filmowy o produkcjach na podstawie komiksu, warsztaty nauki języka japońskiego. Cały czas coś się działo popołudniami, a do południa mieliśmy dwie, trzy lekcje biblioteczne o komiksie, na które przychodzili uczniowie szkół z Moreny, z Suchanina, z Chełmu.
Plan Buhsego. Mało znany czystorys po renowacji, dostępny dla każdego
Jak powstawała kolekcja pracowni?
- Na samym początku to była gospodarka rabunkowa. Dostałem przykaz od pani dyrektor, że mam przyjechać się po wszystkich filiach i zebrać wszystkie komiksy.
Okazało się, że to nie był zbyt trafiony pomysł, bo każda z filii miała mniej więcej takie same komiksy z lat 80-tych, m. in. serie “Corto Maltese” Hugo Pratta i “Czarna Róża” Jerzego Wróblewskiego.
Zacząłem więc jeździć służbowo na imprezy komiksowe, najczęściej do Łodzi, skąd przywoziłem po trzy siatki komiksów. Później dogadałem się bezpośrednio z wydawnictwami, na przykład z Tomkiem Kołodziejczakiem z Egmontu, z panem Kenichiro Watanuki z mangowego Waneko - generalnie wszystkie domy wydawnicze przekazywały nam po jednym egzemplarzu. Z J.P. Fantastica mieliśmy taką umowę, że jeżeli kupimy jeden egzemplarz, to przekażą jeszcze trzy. Dlatego w Bibliotece Manhattan na przykład “Czarodziejki z Księżyca” zawsze mamy komplety.
Czy to były “twarde biznesowe rozmowy” z wydawnictwami, czy raczej takie “jak fan z fanem”?
- Raczej to drugie. Poza Egmontem, który jest filią międzynarodowej korporacji i Prószyńskim, prawie wszystkie wydawnictwa komiksowe są fandomowe. Kultura Gniewu to są fani komiksu, tak? Timof i cisi wspólnicy - to samo, Hanami to Radek Bolałek, chłopak od nas z Gdańska.
Można powiedzieć, że przecierał Pan szlaki w kontaktach biblioteczno - wydawniczych jeśli chodzi o komiks.
- No, zdecydowanie byliśmy pierwsi. Pisałem pracę magisterską o zbiorach bibliotecznych komiksów w Polsce w porównaniu z Europą Zachodnią. Zbierając materiały, zadzwoniłem do dr. Adama Ruska z Biblioteki Narodowej i powiedziałem: "Adam, ratuj, nie mogę znaleźć żadnych zbiorów komiksu w Bibliotece Narodowej. Są pojedyncze jakieś w katalogu, ale to nie to nie jest zbiór". A on odpowiedział: "Zacytuj mnie w swojej pracy - w Bibliotece Narodowej nie ma zbiorów komiksów". Nie było wtedy z kim współpracować. Najbliższa biblioteka komiksowa była w Berlinie.
A jak jest teraz?
- Mamy 12,5 tysiąca komiksów, z których zawsze jedna trzecia jest wypożyczona. To stała liczba od dziesięciu lat, czyli od kiedy skończyły się nam półki. No i niestety sporo komiksów przez to musi być ubytkowane (czyli wycofywane z księgozbioru, kiedy są zaczytane - red.), żeby znalazło się miejsce na nowe tytuły.
Cieszę się, że moja koleżanka Asia Świątecka robi teraz zamówienia za mnie, bo ja najchętniej bym wszystkie komiksy, jakie tylko są, przytulił i broń Boże, żeby coś z tego ruszać. W Bibliotece Manhattan powstała fajna ekipa - wiem, że gdybym stąd odszedł, ta kolekcja nie zginie.
Mi się w ogóle marzy, żebyśmy mieli czytelnię komiksową, tak jak w Bibliotece Uniwersyteckiej w Poznaniu, która ma dużo większych księgozbiór komiksów, ale udostępniają je w czytelni, dzięki temu nie mają zaczytanych egzemplarzy, jak my.
A u nas są czasami prawdziwe białe kruki, które można normalnie wypożyczyć do domu.
Zna Pan te wszystkie komiksy, które stoją w Manhattanie?
- Nie, absolutnie, jak ja bym miał to wszystko przeczytać?!? Orientuję się w tematyce, wiem mniej więcej, kto co rysuje, ale bez przesady, życia jest za mało. Ja czytam głównie komiks kartonowy, czyli taki, którego bohaterowie mają duże głowy i kończyny, a mały korpus.
Czyli - Kajko i Kokosz?
- Nie tylko, bo jest też Asterix i Obelix, czy na przykład Smerfy, choć nie odtrącę na przykład Mausa, czy Persepolis, czy innych tytułów, bo we wszystkim trzeba się orientować. Jedyny komiks, w którym się nie czuję dobrze, to manga.
Wracając do Kajka i Kokosza, jak poznał Pan autora ich przygód, Janusza Christę?
- Chciałem poznać moje guru i największe nazwisko komiksowe z Trójmiasta. To był rok 1990, wtedy numer do każdego można było jeszcze znaleźć w książce telefonicznej. Zadzwoniłem, przedstawiłem się jako instruktor ZHP i fan. Janusz Christa przyjął mnie z marszu, bo był bardzo otwartym człowiekiem. Podczas tej pierwszej wizyty rozmowa zupełnie się nie kleiła. Okazało się, że on również był instruktorem harcerskim, prowadził drużynę żeglarską w Sopocie. Kiedy się poznaliśmy, on już od ponad 20 lat nie rysował (zrezygnował pod koniec lat 80-tych) i nie chciał o tym rozmawiać. Ja do niego o komiksach - on do mnie o harcerstwie. Ja o komiksach, on o harcerstwie. No, naprawdę rozmowa się nie układała.
Niezły początek, jak na Waszą wieloletnią zażyłość… Czy Janusz Christa dał się namówić na udział w GDAK?
- Tak, ale po kilku latach starań, w 2005 roku przy okazji kinowej premiery filmu animowanego 3D Kajko i Kokosz. Zgodził się wówczas na prezentację o jego twórczości. Wcześniej latami prosiłem, żeby pokazał mi swoje rysunki. Odpowiadał: "Nie mam, poginęło to wszystko". Ale w końcu dał się przekonać. Nawet dostałem od niego kilka rysunków i komiksów. Zmarł 15 listopada 2008 roku, dzień później mieliśmy się spotkać. Bardzo mi go brakuje, to był niesamowity facet.
Nie zapomniał Pan o swoim guru - jak powstała Fundacja “Kreska” im. Janusza Christy w 2015 roku?
- Gdyby nie zgoda Pauliny Christy, wnuczki Janusza, która jest prezeską fundacji, nic by z tego nie było. To była jej decyzja. Naszym celem jest promowanie twórczości Janusza i od początku bardzo nam zależy, by w Trójmieście powstała galeria autorska Janusza Christy. Mamy sporo oryginalnych plansz i pamiątek, na przykład biurko, przy którym to wszystko było tworzone, czy rysik, którym rysował swoich bohaterów. To mogłoby być wspaniałe miejsce i dziwię, że Gdańsk, Sopot, czy Gdynia, nie stara się promować twórczością Janusza Christy. W Kajtku i Koko jest tyle wspaniałych fragmentów związanych z Trójmiastem, a jednym z bohaterów też jest marynarz Kajtek Majtek, który pływał na statku Kakaryka.
Skoro wciąż nie ma niestety stałej przestrzeni dla Janusza Christy, w jaki sposób promujecie jego twórczość?
- Co roku w lipcu organizujemy urodziny Janusza Christy. Na początku odbywały na Grodzisku w Sopocie, kilkakrotnie w Manhattanie, ostatnio w Faktorii w Pruszczu Gdańskim.
Współpracujemy też z różnymi firmami udzielając licencji na wykorzystanie twórczości patrona fundacji. Są teraz na przykład dostępne skarpetki z bohaterami serii Kajtek i Kokosz, a Mennica Gdańska wyemitowała pięć monet srebrnych z różnymi motywami tej samej serii, bohaterowie z Mirmiłowa firmują też serię kosmetyków dla dzieci.
No i to chyba zasługa fundacji, że zeszyt Kajko i Kokosz “Szkoła latania” jest obowiązkową lekturą w szkole podstawowej?
- Częściowo nasza, częściowo Egmontu, który jest wydawcą Janusza Christy. Egmont robi naprawdę wspaniałą robotę, cały czas go wydają, widzą potencjał tego materiału i mają odbiorców. Niedługo ukaże się kontynuacja Kajtka i Koko w kosmosie. Mietek Fijał do scenariusza Maćka Kura będzie tworzył ten komiks.
Reasumując, chcielibyśmy, żeby jak najwięcej działo się wokół spuścizny po Januszu, bo jego komiks to jest wspaniała przygoda, to jest rozrywka i nauka. Świat Kajka i Kokosza odzwierciedla kulturę Słowian, o czym opowiadała wystawa “Komiksowa Archeologia”, którą Muzeum Archeologiczne w Gdańsku prezentowało w 2015 roku.
Janusz Christa jest też oczywiście jednym z bohaterów Pana najnowszego projektu - dostępnej na YouTube serii podcastów o komiksie. Skąd wziął się program “KOMIKS TV”?
- Inicjatorem był Paweł Paniec, prezes Stowarzyszenia Prom*Kultura, z którym znamy się od wielu lat. Chciał zrobić projekt edukacyjny o komiksie, zaproponował mi przygotowanie koncepcji i prowadzenie. W ciągu półtora miesiąca powstało 14 odcinków (w większości rozmów). Tematyka sięga od przedwojennych pionierów polskiego komiksu, po Kaczora Donalda, superbohaterów i mangę.
Chcemy to kontynuować, może z nieco mniejszym natężeniem. Jest jeszcze kilka fajnych pomysłów na odcinki.
Fajnie mieć te wszystkie historie do wysłuchania w dogodnym czasie. Ale gdzie się podziały Gdańskie Spotkania Komiksowe, na których o kulturze komiksowej słuchało się na żywo? Ostatni GDAK odbył się w 2021 roku...
- Wstrzymałem póki co Gdańskie Spotkania Komiksowe, a w ich miejsce robię w Manhattanie Małego GDAKa - giełdę komiksową. Ostatnia odbyła się na zakończenie ubiegłorocznych wakacji.
Ciężko dziś znaleźć wolontariuszy, którzy zechcieliby wesprzeć organizację większej imprezy, a jedna osoba tego nie ogarnie. A Spotkania Komiksowe od początku były wspierane organizacyjnie przez fanów.
Wracając do Pana pracy w bibliotece. Czy kiedy pracuje Pan w wypożyczalni i podchodzi czytelnik z komiksami, komentuje Pan jego wybór? Poleca inne tytuły?
- Tak, oczywiście. Z komiksem tak jest, że trzeba go polecić. Bardzo niepokoję się tym, że niektórzy rodzice wychodzą z założenia, że co jest narysowane, to jest dla dzieci. A to wcale tak nie nie jest. Jeżeli przychodzi do mnie mama i prosi o mangę dla syna, to ja staram się dopasować lekturę do jego wieku. Czasem podchodzi do mnie dziecko z komiksem plus 16, a to już dla dwunastolatka będzie za mocne. Dlatego właśnie komiksy w zbiorach mamy podzielone na trzy kategorie: dziecięca, młodzieżowa dla dorosłych.
Ale czasem polecam też dorosłym czytelnikom. Jeśli staje przede mną fanka np. Agathy Christie, zachęcam ją, by sięgnęła po komiksy o Herkulesie Poirot. Kiedy wróci do mnie po lekturze i powie "Tak, to było fajne, proszę coś jeszcze polecić" - to jest dla mnie miód na serce, to jest ten lek, który lubię.
No, ale taka zachęta nie działa chyba na każdego?
- Są zatwardziali ludzie, którzy nie ruszą komiksu. U nas cały czas jest jest takie powiedzenie, że komiks to dziecinada, coś, co jest poniżej pewnego poziomu kultury.
No, ale jeżeli pani pojedzie na przykład do Belgii i w Brukseli przejedzie się metrem, to może się zdarzyć taka sytuacja, że w jednym wagonie będzie siedział jakiś starszy pan po pięćdziesiątce, który będzie czytał “Spirou” (belgijski tygodnik komiksowy - red.), facet o połowę młodszy czytający to samo i mały bąbel siedmioletni zaczytany w “Małym Sprytku” (Le petit Spirou). A to będzie to samo “Spirou”, który rośnie razem z czytelnikiem. I tam nie ma czegoś takiego, że “ojej, czyta komiksy, jaka siara, nie?”.
To może coś Pan poleci?
- Na przykład kapitalne komiksy “Marzi” Marzeny Sowy i Sylvaina Savoia, które potrafią pokazać młodemu pokoleniu, jak wyglądał PRL i jego absurdy. Peerelowski świat oglądany z perspektywy małej dziewczynki, z kolejkami w sklepach i karpiem pływającym w wannie przed świętami.
Żałuję, że wspomniany już “Maus” Arta Spiegelmana nie jest lekturą w szkole średniej. Bo to jest idealny komiks do przekazania tematu Holokaustu młodemu pokoleniu.
Dlaczego nie podać też młodym komiksu “Rany wylotowe” Rutu Modan, izraelskiej rysowniczki i pokazać jak ten świat wygląda?
O historii relacji między pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Bliskim Wschodem opowiada z kolei seria “Najlepsi wrogowie” (autorzy: Jean-Pierre Filiu i David B.) - temat bardzo na czasie…
A co takiego niezwykłego ma w sobie komiks w porównaniu z każdą inną świetną lekturą?
- Bo to jest medium, którym można sprzedać wszystko, kilkoma kreskami opowiedzieć fantastyczny świat. Pamiętam ilustrowane gawędy prekursora polskiego komiksu - Szymona Kobylińskiego - w telewizji. Opowiadał, rysując jednocześnie i wszyscy się zastanawiali, co będzie na tym rysunku. A w pewnym momencie on dwie kreski dodawał do szkicu konia i nagle wychodził z tego szlachcic z szablą. I tak to jest z komiksem.
Kiedyś na spotkaniu z profesor Wiolettą Radziwiłłowicz z Instytutu Psychologii Uniwersytetu Gdańskiego usłyszałem rzecz, która mnie zaskoczyła - że komiks jest jedną z nielicznych form aktywności, która rozwija obie półkule mózgu jednocześnie. Czytamy “dymki” i oglądamy obraz w tym samym czasie, więc obie półkule mózgu pracują naraz. Powinniśmy tym bardziej czytać komiksy, że mamy społeczeństwo coraz bardziej obrazkowe.
W PRL mieliśmy dobre komiksy dla dzieci i w miarę dobre komiksy sensacyjne, nie mieliśmy komiksów dla odbiorcy dorosłego, nie mieliśmy “superbohaterskich” komiksów. W tej chwili nadrabiamy to. Mamy mnóstwo fajnych komiksów. Choć oczywiście są i komiksy, których najlepiej by było nigdy nie pokazywać, no ale są i takie książki.
Projekt Komiks TV realizuje Stowarzyszenie Prom*kultura w ramach wsparcia Programu KPO dla Kultury.
Sfinansowane przez Unię Europejską NextGenerationEU. Projekt został objęty wsparciem w ramach Krajowego Planu Odbudowy i Zwiększania Odporności w ramach Inwestycja A.2.5.1 KPO „Program wspierania działalności podmiotów sektora kultury i przemysłów kreatywnych na rzecz stymulowania ich rozwoju”