Belgijka i Hiszpan: Imigranci? Super, Gdańsk jest gotowy!

Gandawa przez 38 lat nie miała opracowanej polityki integracji imigrantów, Barcelona zaś, podobnie jak Gdańsk, szybko wypracowała model działania, korzystając z doświadczeń innych miast Europy. Eksperci z obu miast przyjechali do Gdańska m.in. po to, by dyskutować o naszym modelu integracji.

Belgijka i Hiszpan: Imigranci? Super, Gdańsk jest gotowy!
A
A
data publikacji: 20 kwietnia 2016 r.

Anja Van den Durpel i Ramón Sanahuja i Vélez - eksperci Eurocities w Gdańsku.
Anja Van den Durpel i Ramón Sanahuja i Vélez - eksperci Eurocities w Gdańsku.
Jerzy Pinkas/www.gdansk.pl

„Gdański model integracji imigrantów” (dokument zredagowany wspólnie przez miasto Gdańsk, Centrum Wsparcia Imigrantów i Imigrantek oraz Europejskie Centrum Solidarności) 20 kwietnia 2016 r. wszedł w fazę konsultacji społecznych. Projekt jest dostępny na stronie internetowej dedykowanej imigrantom wraz z ankietą, w której można wyrazić swoją opinię o nim.

Dwukrotnie (14 maja i 4 czerwca) odbędą się otwarte konsultacje dla mieszkańców. Pytania osobom odpowiedzialnym za stworzenie modelu i wprowadzanie go w życie będzie można zadać również 5 maja podczas czatu na żywo w portalu gdansk.pl.

 

Czytaj więcej:

Gdańsk wesprze integrację tysięcy imigrantów i uchodźców. Jest plan!

W dniach 18-20 kwietnia 2016 r. w Gdańsku przebywała grupa ekspertów ds. integracji EUROCITIES - zrzeszenia największych miast europejskich. Wśród gości byli m.in. Anja Van den Durpel - dyrektor Wydziału Polityki Integracyjnej i Europejskich Spraw Społecznych Urzędu Miasta Gandawa w Belgii oraz Ramón Sanahuja i Vélez - dyrektor Departamentu Imigracji i Wielokulturowości w Radzie Miasta Barcelony w Hiszpanii. Zapytaliśmy ich, jak podoba im się gdański model integracji imigrantów.

Izabela Biała: Zacznijmy od statystyk. Jak duża jest grupa mieszkańców waszych miast, którzy wywodzą się z innych krajów?

Anja Van den Durpel: - Najprościej powiedzieć, że jeden na trzech mieszkańców Gandawy ma swoje korzenie w innym kraju. Część z nich to ludzie urodzeni w naszym mieście - dzieci rodziców, którzy się u nas osiedlili. Są to więc osoby z belgijskim obywatelstwem. Pozostali to imigranci, którzy jako dorośli ludzie przyjechali do naszego miasta. Mamy obywateli wywodzących się ze 160 krajów świata!

Ramón Sanahuja i Vélez: - W Barcelonie 24 proc. mieszkańców to imigranci urodzeni za granicą, a blisko 30 proc. obywateli ma przeszłość imigrancką - urodzili się w Hiszpanii, ale przynajmniej jedno z rodziców wywodzi się z innego kraju. Tę różnorodność widać na ulicy. Jest u nas np. dużo ludzi wywodzących się z Filipin - urodzili się w Barcelonie, mają obywatelstwo hiszpańskie, jedno z rodziców może być Hiszpanem, ale oczywiście wyglądają jak obcokrajowcy. Oni nie są imigrantami, ale są częścią różnorodności w naszym społeczeństwie. W Barcelonie wolimy mówić raczej o zróżnicowaniu kulturowym mieszkańców niż o imigracji.

 

Dla was i dla społeczności waszych miast zróżnicowanie kulturowe jest dziś czymś naturalnym. Czy można określić ten moment w historii, kiedy Gandawa była tylko „belgijska”, a Barcelona „hiszpańska” czy „katalońska”?

Anja Van den Durpel: - Gandawa jest miastem portowym, tak jak Gdańsk, więc zawsze trafiali tu ludzie z zagranicy, ale tak naprawdę o dużym napływie obcokrajowców możemy mówić dopiero po II wojnie światowej. Belgia potrzebowała wtedy rąk do pracy, żeby odbudować swoje miasta. Na początku lat 60. ubiegłego wieku zaprosiliśmy do pracy Hiszpanów, Greków, a później także Turków. Mieszkają u nas do dziś. Ale nie mieliśmy wówczas żadnej polityki integracyjnej. Ci ludzie nie uczyli się naszego języka, nie stawali się prawdziwą częścią naszego społeczeństwa. Dopiero po 38 latach, w 1998 roku, zorientowaliśmy się, że przez minione lata nie było żadnej integracji, że musimy wreszcie włączyć imigrantów do naszego społeczeństwa. W latach 90. przybyły do naszego miasta kolejne tysiące ludzi z całego świata. Dopiero wtedy podjęliśmy się stworzenia kompleksowej polityki integracyjnej dla Gandawy.

Ramón Sanahuja: - Nie mamy tak długiej tradycji imigracyjnej jak Gandawa. U nas duże grupy ludzi z innych krajów zaczęły się osiedlać dopiero w latach 90. ubiegłego wieku i na początku obecnego. Jedną z pierwszych rzeczy, jaką wtedy zrobiliśmy, było dokładnie to, co robi dziś Gdańsk - odwiedziliśmy wiele miast z innych krajów europejskich, w których tysiące imigrantów były już codziennością, i opracowaliśmy model działania.

Gandawa, podobnie jak Gdańsk, jest miastem portowym. Ale - w przeciwieństwie do Gdańska - przez niemal 40 lat nie interesowała się swoimi mieszkańcami-imigrantami.
Gandawa, podobnie jak Gdańsk, jest miastem portowym. Ale - w przeciwieństwie do Gdańska - przez niemal 40 lat nie interesowała się swoimi mieszkańcami-imigrantami.
Fotolia.pl

 

Jakie lekcje odebrały Gandawa i Barcelona? I jaka nauka może z nich popłynąć dla Gdańska?

Anja Van den Durpel: - Popełniliśmy błąd, chcąc importować tylko siłę roboczą, nie dostrzegając w masie pojedynczych ludzi ich potrzeb i problemów. Zbyt wiele lat zabrało nam odkrycie, że to są ludzie tacy jak my. Że mają dzieci, które tak jak nasze chodzą do szkół, ale - inaczej niż nasze - mają problem z komunikowaniem się z rówieśnikami, ponieważ się z nimi nie zintegrowali, bo wcześniej nie pomogliśmy w integracji ich rodzicom.

Ramón Sanahuja: - Jeśli masz gości w domu, spodziewasz się, że wrócą do siebie, prawda? A goście, którzy przyjeżdżają do pracy, zostają w danym kraju. Tę właśnie lekcję Gdańsk i inne miasta w Polsce mogą odrobić już teraz. Ludzie przyjeżdżają tu szukać swojego miejsca do życia i będą przyjeżdżać dalej. Im szybciej zareagujecie przemyślaną polityką imigracyjną, tym lepiej dla obu stron. Bo większość przybyszów tu zostanie i stanie się stuprocentowymi gdańszczanami.

Anja Van den Durpel: - Większość imigrantów to młodzi mężczyźni. Przybywają z zamiarem popracowania przez kilka lat, ale z czasem zakładają rodziny. Rodzą się dzieci, które muszą pójść do szkoły. Edukacja najmłodszych pokoleń i dobra praca dla rodziców to podstawa udanej integracji. Młodzi ludzie, którzy rodzą się w naszych krajach z takich związków, to nasza przyszłość, przyszłość Europy.

Ramón Sanahuja: - W Barcelonie, jeśli przyjrzeć się grupie mieszkańców w wieku od 20 do 35 lat, okaże się, że aż 35 proc. z nich to imigranci. A co robią ludzie w tym wieku? Zakochują się! Mamy więc wiele par mieszanych. Musimy się do tego przygotować. I wy także.

 

Podczas pobytu w Gdańsku zapoznaliście się z projektem naszego modelu integracji. Czy w waszych miastach założenia, procedury, scenariusze działań są podobne?

Anja Van den Durpel: - Gdańsk spisał się doskonale, przygotowując swój model w ciągu zaledwie 10 miesięcy. Nam prace nad kompleksowym dokumentem zabrały prawie 10 lat. Działaliśmy stopniowo, wchodząc w kolejne obszary: na początek - pomoc prawna, później edukacja, następnie wsparcie na rynku pracy. Działania na wszystkich tych i innych polach jednocześnie z pewnością będą bardziej efektywne.

Ramón Sanahuja: - Bardzo dobrze odrobiliście zadanie domowe i zrobiliście to dużo szybciej w porównaniu z innymi miastami Europy. To wspaniale, że macie strategię działania spisaną w detalach. Następny krok, z którym teraz będziecie mieć do czynienia, to konsultacje z partnerami: organizacjami pozarządowymi, wydziałami urzędu, instytucjami, szkołami i innymi grupami. Żeby wprowadzić model w życie, trzeba osiągnąć akceptację wszystkich uczestników.

Mieszkańcy Barcelony są przyzwyczajeni do różnorodności kultur i strojów na ulicach swojego miasta.
Mieszkańcy Barcelony są przyzwyczajeni do różnorodności kultur i strojów na ulicach swojego miasta.
Fotolia.pl

 

Po tylu latach pracy z imigrantami pozostały wam jeszcze jakieś nierozwiązane sprawy?

Anja Van den Durpel: - Dla ludzi z klasy średniej akceptacja różnorodności kulturowej nie jest problemem. Osobom o niższym wykształceniu lub żyjącym w biedzie, niezależnie od tego, czy są Belgami, czy Hiszpanami, o tę akceptację trudniej. To wymaga jeszcze czasu i pracy. W ciągu minionych 10 lat przyjechało do nas mnóstwo ludzi ze wschodniej Europy. Nie znają języka, nie mają odpowiedniego wykształcenia, by znaleźć pracę, większość pochodzi ze wsi i po raz pierwszy w życiu zamieszkała w mieście. Zostali więc „squattersami”, nielegalnie zajmują opuszczone nieruchomości. Dodatkowo nie znają zasad zachowania wpisanych w belgijskie zwyczaje. W Gandawie często pada, więc Belgowie nie spędzają zbyt wiele czasu na zewnątrz, a w nocy, po godz. 22, na ulicach zazwyczaj jest cicho i pusto, więc jeśli ktoś krzyczy na dworze, mieszkańcom to przeszkadza, powoduje napięcia i frustrację. Ale to są rzeczy, z którymi można sobie poradzić.

Ramón Sanahuja: - My także mamy takie codzienne życiowe problemy, ale dajemy sobie z nimi radę. Pewnym wyzwaniem wciąż jest dla nas edukacja drugiego pokolenia imigrantów. System edukacji nie działa dobrze w każdym przypadku, musimy mocniej skupiać się na wyrównywaniu szans wśród rówieśników, myślę, że wciąż za dużo mamy szkolnych niepowodzeń wśród dzieci imigrantów.

  

Są w waszych miastach szkoły czy dzielnice wypełnione tylko obcokrajowcami?

Ramón Sanahuja: - Jeśli chodzi o szkoły, to nie wszystko udaje się zaplanować, bo ludzie potrafią zameldować się w innej dzielnicy, by tylko posłać dziecko do innej placówki niż ich rejonowa. Ale nie ma u nas gett. Barcelona promuje interakcję między grupami społecznymi i kulturowymi poprzez przemyślaną politykę urbanistyczną. Demokracja w naszym kraju funkcjonuje niewiele dłużej niż w Polsce, dyktatura Franco upadła przecież dopiero w 1975 roku. Pozostały po niej miasta w bardzo złej kondycji: z zaniedbanymi domami, dziurawymi ulicami i chodnikami. Trzeba było stworzyć nową infrastrukturę. Bardzo dobrze wykreowano wówczas przestrzenie publiczne. Najodleglejsze, najbardziej zaniedbane dzielnice otrzymały najlepsze parki z ośrodkami sportowymi, bibliotekami, placami zabaw. Wysokiej jakości przestrzeń publiczna to jest część jakości życia, nie tylko mieszkanie się liczy. Odpowiednio poprawiając tę przestrzeń, można łatwo podnieść jakość każdej zaniedbanej, niepopularnej dzielnicy. Takie podejście pozwala na różnicowanie grup społecznych w poszczególnych częściach miasta.

Anja Van den Durpel: - U nas kilkanaście lat temu doszło do silnego wyludnienia miasta. Wiele rodzin wyniosło się na peryferie, gdzie było dość miejsca, by postawić dom z ogródkiem. Wobec tego odnowiliśmy zabytki, dużo pieniędzy europejskich zainwestowaliśmy w zieleń, żeby ludzie wrócili do centrum. Dzięki temu od trzech lat systematycznie przyrasta nam mieszkańców. Studenci zostają u nas na dłużej, wraca klasa średnia - bo miasto tętni życiem.

 

W jaki sposób przekonalibyście gdańszczan, że imigranci są naszemu miastu potrzebni?

Ramón Sanahuja: - Dla gdańszczan imigracja może być czymś nowym, innym, ale trzeba w tej nowości dostrzec pozytywy. Imigranci wybierają dane miasto do życia dlatego, że odniosło ono sukces, stwarza możliwość prowadzenia biznesu, jest tu praca, jest wzrost gospodarczy - jest dobrze. Martwiłbym się raczej w przypadku, gdyby nikt nie chciał do mojego miasta przyjechać. Nie ma sensu stawiać sobie pytania, czy to dobre zjawisko czy złe, bo imigracja to fakt, z którym trzeba się zmierzyć. Może przyjadą tu ludzie ze słabiej prosperujących regionów Polski, a może z innych krajów. Bez wątpienia jednak to nastąpi.

Anja Van den Durpel: - Europejczycy są bogaci, mają pieniądze, ale społeczeństwa starzeją się. Kto się nami zajmie, kiedy będziemy starzy? Potrzebujemy nowych mieszkańców, żeby się nami zajęli i żeby płacili podatki, taka jest rzeczywistość. Lepiej więc nauczyć ich naszego języka i przybliżyć sposób, w jaki żyjemy, i wartości, którymi kierujemy się w życiu, zamiast czekać, aż będziemy zbyt starzy, by prosić o pomoc. Po upływie kilku lat od wdrożenia naszej strategii wobec imigrantów widzimy jej dobre skutki. Jesteśmy dumni z tego, że nasza populacja jest tak różnorodna, każda grupa wnosi nowe pomysły. W ten sposób tworzy się nową jakość życia w mieście, powstają impulsy rozwoju dla gospodarki. W Gandawie możesz pójść do restauracji serwującej jakąkolwiek kuchnię, na jaką przyjdzie ci ochota. To jest niezwykłe!

Ramón Sanahuja: - Opieka nad seniorami to typowa nisza rynku pracy, już teraz wypełniania w Barcelonie przez imigrantów. Specjalizują się w tym zwłaszcza społeczności latynoamerykańskie, głównie kobiety z Ekwadoru i Boliwii. Idziesz do parku i widzisz imigrantkę w towarzystwie starszej Katalonki, spacerują sobie razem, rozmawiają i jest im dobrze. Gdańsk nie będzie mógł sobie wybrać kraju pochodzenia imigrantów. Nagle dostrzeżecie w swoim mieście ludzi pracujących na czarno - i tak tu przyjdą, nieważne skąd. Ważne jest, żeby mieć mądrą politykę działania. Niezależnie od kraju pochodzenia i religii - wszystkich dotyczyć będzie ta sama polityka integracyjna. Przywitajcie ich, jak najszybciej nauczcie polskiego, dajcie dostęp do szkół i służby zdrowia, a wszystko się ułoży.

Anja Van den Durpel: - Cieszymy się, że mieszkają u nas przedstawiciele wielu narodowości. Miasto przyciąga dzięki temu i biznes, i turystów, i studentów. Wiedzą, że dużo się u nas dzieje. Nie mieliśmy w Gandawie polityki integracji przez dziesięciolecia, ignorowaliśmy ludzi - rezultatem jest frustracja części tego zaniedbanego pokolenia i to są właśnie terroryści dnia dzisiejszego, ci którzy dokonali zamachów w Brukseli czy w Paryżu. Jako dzieci nie otrzymali pomocy, której potrzebowali. Musimy się lepiej starać.

Ramón Sanahuja: - Miasto może zrobić naprawdę dużo w zakresie integracji imigrantów. Państwo może oczywiście ułatwić lub utrudnić działania, uchwalając różne prawa, ale zawsze jest miejsce dla samorządów, żeby to zmienić z pomocą dobrej polityki lokalnej, a integracja odbywa się właśnie na poziomie lokalnym. To proces społeczny. To jest chyba najważniejsza konkluzja. Rządy w Hiszpanii się zmieniały, a Barcelona i tak wykreowała swój model działania. To jest właśnie to, co jest potrzebne Gdańskowi. Jesteście na najlepszej drodze, by to osiągnąć.

UMG
Izabela Biała (0)
www.gdansk.pl
izabela.biala@gdansk.pl
więcej tekstów autora
Izabela Biała (0)
www.gdansk.pl
izabela.biala@gdansk.pl
więcej tekstów autora