PORTAL MIASTA GDAŃSKA
PL | EN | DE

Postawmy wspólnie szkołę (w kontenerze) dla syryjskich dzieci!

Uważasz, że uchodźcom trzeba pomagać na miejscu: w Jordanii, Turcji, Libanie? Teraz masz na to wyjątkową szansę! Kupmy syryjskim dzieciom, mieszkającym w obozie w Jordanii, kontener mieszkalny, który będzie dla nich szkołą!

A
A

Syryjskie dziewczynki w dzikim obozie na terenie Jordanii. Pomóżmy im zdobyć edukację!

Od dłuższego czasu trwa w Polsce, i w całej Europie, dyskusja, czy przyjmować tu uchodźców z objętych wojną terytoriów Syrii i Iraku, czy też powinni zostać oni w obozach dla uchodźców w Turcji, Jordanii czy Libanie. Część Europejczyków uważa, że ludziom uciekającym przed wojną należy pomóc w Europie. Inni twierdzą, że pomoc powinna trafiać tam, gdzie oni aktualnie są: na Bliskim Wschodzie. - Pomożmy im, ale niech do nas nie przyjeżdżają! - mówią.  

Teraz my, gdańszczanie, niezależnie od tego, która opcja jest nam bliższa, możemy pomóc konkretnym dzieciom. Mieszkają one w obozie dla uchodźców pod Ammanem w Jordanii. To syryjskie dzieci, dziewczęta i chłopcy, którzy nawet nie mają się gdzie uczyć! Do tej pory uczyły się bowiem pod namiotem, ufundowanym przez Arabię Saudyjską. Ale chłodne, porywiste, zimowe wiatry, zerwały namiot. Brak namiotu dla tych dzieci to po prostu brak szkoły.

Mamy unikalną szansę, aby im pomóc! Apleują do nas o to pracownicy Towarzystwa Pomocy św. Brata Alberta, którzy wrócili z Jordanii, i wiedzą, jak wygląda tam sytuacja.

W marcu w Jordanii, z wizytą w kilku obozach dla uchodźców, była trójka gdańszczan: Dominik Kwiatkowski, Paweł Jaskulski i Wojciech Bystry. Na co dzień pracują oni w św. Albercie. To katolicka (ale nie będąca w strukturach kościoła) organizacja pozarządowa, niosąca pomoc bezdomnym, ubogim, bezrobotnym; prowadząca schroniska, noclegownie i ogrzewalnie dla bezdomnych.  

Trójka gdańszczan była w Jordanii dzięki grantowi z Fundacji Batorego. Wizytowała obozy dla uchodźców z sąsiadującej z Jordanią Syrii. Ludzie od św. Alberta wierzą, że tak, jak są w stanie pomóc gdańskim bezdomnym, tak będą mogli pomóc ewentualnym uchodźcom, jeśli trafią oni kiedyś do Trójmiasta. W Jordanii chcieli zobaczyć, jak duża jest skala problemu, kim są uchodźcy, i jak wygląda praca z nimi w obozach na co dzień.

- Oglądaliśmy dzikie obozy - opowiada Paweł Jaskulski. - Co kilka kilometrów, w polu, rozbitych jest kilkadziesiąt rozwalających się namiotów, z folii, brezentu, worków po kawie. Warunki katastrofalne: dzieci biegają boso, w namiotach jest zimno, dzieci nie mają opieki medycznej, poza podstawowymi szczepieniami. Nie chodzą do pobliskich szkół, bo te są już przepełnione. A rodzice pracujący w polu nie mają czasu wozić ich gdzieś dalej. 

Rodzice tych dzieci, by przeżyć, zajmują się głównie pracą na roli. - W Jordanii panuje solidarność z uchodźcami i nie są to puste słowa - mówi Jaskulski. - Nawet ubodzy rolnicy, którzy sami niewiele mają, oddają uchodźcom część swojego pola, pozwalają im tam żyć, pracować. Czasem za darmo udostępniają wodę, może prąd. Poczucie wspólnoty jest widoczne.

- Najgorsze jest to, że ci ludzie mieszkają tam po pięć lat, bez żadnych perspektyw na poprawę bytu czy zakończenie wojny w Syrii - dodaje Dominik Kwiatkowski. - Europa ma problem z uchodźcami od dwóch lat, a Jordania, Liban czy Turcja, od pięciu. Ci ludzie są w prawdziwej desperacji, więc decydują się na ryzykowną podróż do Europy. Nie ma im się co dziwić. Co w tym złego, że chcą poprawić los swój czy swoich dzieci? My też jeździmy do pracy do Anglii czy Irlandii. 

Czy ci ludzie marzą o tym, żeby wsiąść do pontonu i przyjechać do Polski? - pytam.

Oni mają nikłe pojęcie, gdzie jest Polska - mówi Kwiatkowski. - Żyją od lat w desperacji, w namiotach, na zimnej ziemi, i marzą tak naprawdę, że wrócą kiedyś do Syrii, do swoich rodzin, do domów, na swoje pola. Ale wojna trwa. Część dzieci, które urodziły się już w tych obozach, w namiotach, nie zna w ogóle innego życia. Obóz dla uchodźców to ich cały świat.

Świat oglądany zza płotu. Dla tych dzieci obóz to jedyna znana im rzeczywistość.

Jeszcze bardziej bolesna była dla trójki gdańszczan wizyta w Ammanie, w ośrodku rehabilitacji dla dzieci okaleczonych przez wojnę.

- Dzieci z pourywanymi rękami, nogami - wspomina Paweł Jaskulski. - Dzieci, które weszły na minę, albo obok których spadła bomba, przechodzące tam fizjoterapię. Każdy, kto by to zobaczył, nie miałby żadnych wątpliwości, czy trzeba im pomóc, czy nie. Jeśli masz dzieci, to wyobraź sobie dziecko bez rąk i bez nóg!

Jaskulski i Kwiatkowski nie musieli używać wyobraźni, po prostu widzieli te dzieci.

- Rozmawialiśmy z chłopcem, który bawiąc się na podwórku pod Damaszkiem, wykopał z rodzeństwem niewybuch - wspomina Kwiatkowski. - Nie wiedzieli, co to jest. Przy eksplozji zginęły jego dwie siostry, brat i kolega, a jemu urwało dwie nogi i jedną rękę. Został z jednym kikutem i poszarpaną twarzą. Jego ojciec mówił, że zaniósł go z Syrii do Jordanii do tego ośrodka. Szedł kilkadziesiąt kilometrów! Chłopiec przechodzi tam rekonwalescencję. Nie marzy o Polsce, marzy, by wrócić do domu, do taty i mamy. 

W jednym z dzikich obozów pod Ammanem ludzie od św. Alberta natknęli się na dzieci, które nie miały się gdzie uczyć. Wcześniej za szkołę służył im namiot, ufundowany przez królestwo Arabii Saudyjskiej. Ale został poszarpany i zerwany przez zimowy wiatr.

Dlatego Towarzystwo Pomocy św. Alberta w Gdańsku chciałoby zebrać dla nich pieniądze na nową szkołę. Chcą jednak, by była nieco trwalsza niż namiot. Chodzi o rodzaj kontenera mieszkalnego, czy baraku, który w zależności od wielkości, mógłby kosztować od 3500 do 7 tysięcy euro, czyli od 14 do 30 tysięcy złotych. Pieniądze w Trójmieście będzie zbierać Towarzystwo św. Brata Alberta, poprzez utworzoną przez siebie Fundację "Społecznie Bezpieczni" (numer konta poniżej). Pieniądze będą przekazane do Jordanii, a kupna kontenera podejmie się na miejscu organizacja United Religions Initiative, która w Jordanii opiekuje się uchodźcami i sierotami. Jeśli uda się zebrać więcej pieniędzy, można będzie kupić też syryjskim dzieciom przybory szkolne, zeszyty, plecaki.

Namioty z folii, brezentu, worków po kawie: ludzie mieszkają w nich latami...


Ja wiem, że w Polsce ludzie boją się terroryzmu dżihadystów, i to doskonale rozumiem, bo sam nieraz wsiadałem na lotnisku w Brukseli - mówi Paweł Jaskulski. - Ale nie wylewajmy dziecka z kąpielą. Nie można skazać na śmierć milionów ludzi, którzy nie mają z terroryzmem nic wspólnego i sami przed nim uciekają! Z terroryzmem trzeba walczyć, ale nie kosztem krzywdy dzieci.  

- Zresztą, jeśli nic nie zrobimy, to tamte miejsca staną się jeszcze większą wylęgarnią radykalizmu - dodaje Jaskulski. -  Więc umycie przez nas rąk i nie robienie niczego w perspektywie długoterminowej będzie skutkowało znacznie gorzej. Lepiej te dzieci edukować, pomagać im, pokazać, że mają w nas przyjaciół. 

Dominik Kwiatkowski mówi, że większość osób w obozach dla uchodźców to kobiety z dziećmi i starcy. - Młodzi mężczyźni albo zostali zabici, albo aresztowani, albo walczą. Pomóżmy więc tym dzieciom tam, na miejscu, w Jordanii. Naprawdę, nikt z nas nie chciałby żyć w takich warunkach, jak one. Sami za komuny byliśmy wdzięczni za pomoc, która docierała do nas od bardziej zamożnych, wolnych narodów. Teraz my jesteśmy takim właśnie narodem. Stać nas na kupno szkoły w kontenerze.

JAK POMÓC: 

Pieniądze na szkołę - kontener dla dzieci w obozie dla uchodźców pod Ammanem w Jordanii można wpłacać na konto Fundacji "Społecznie Bezpieczni". Numer konta: 16 1020 1811 0000 0402 0172 2032, wpisując w treści przelewu “Szkoła w Jordanii”.

Towarzystwo św. Brata Alberta liczy na odzew wszystkich Gdańszczan i Polaków Dobrej Woli: osób prywatnych, firm, organizacji, kościołów, szkół. O  efekcie zbiórki będziemy informować na stronie www.gdansk.pl. Dominik Kwiatkowski z Towarzystwa Pomocy św. Brata Alberta czeka na wszelkie pytania, propozycje, sugestie, pod adresem mailowym: dominik.kwiatkowski@ab.org.pl oraz pod numerem telefonu (58) 343 28 37 (biuro Towarzystwa). 

Temu i podobnym dzieciom możemy wspólnie pomóc!


Sebastian Łupak (0)
www.gdansk.pl