Zabiegałem o pamięć o tych, którzy na nią zasługują

Z Tadeuszem Jabłońskim, dziennikarzem, pisarzem, żeglarzem w przededniu setnej rocznicy jego urodzin rozmawiała Maria Mrozińska

A
A
Tadeusz Jabłoński
Tadeusz Jabłoński
mat. Uniwersytet Morski w Gdyni

Maria Mrozińska: – Długie życie, ponad siedemdziesiąt lat dziennikarskiej i pisarskiej pracy… Co zadecydowało o wyborze tego zawodu?

Tadeusz Jabłoński: – Dość wcześnie odkryłem w sobie chęć pisania. Wiedziałem, że chcę być dziennikarzem. Dla mnie ten zawód był związany z odkrywaniem świata. Już w gimnazjum pisałem do szkolnej gazetki, a po jakimś czasie zostałem jej głównym redaktorem. To było w Gimnazjum im. Józefa Wybickiego w Śremie. Wprawdzie urodziłem się w Poznaniu i tam skończyłem szkołę podstawową, a w wieku dziewięciu lat zdałem egzamin do poznańskiego Gimnazjum im. Karola Marcinkowskiego, ale ostatecznie rok później przeprowadziliśmy się z mamą do Śremu i dlatego wylądowałem w tamtejszym gimnazjum. Było to gimnazjum klasyczne, więc musiałem sporo popracować, by nadgonić łacinę.

– Udało się. Wygląda na to, że bardzo solidnie Pan „nadgonił”. W pańskim poetyckim tomiku „…bardzo wczoraj”, obok własnych utworów, zamieszcza Pan również, także własne, tłumaczenie pieśni Horacego.

– Tak. Zadedykowałem ten przetłumaczony utwór profesorowi Janowi Horowskiemu, mojemu nauczycielowi łaciny.

– Przeprowadzka, zmiana środowiska, braki w łacinie, potrzeba intensywnej nauki. Sporo kłopotów dla nastoletniego człowieka.

– Do tego poważne trudności materialne. Musiałem nawet przerwać naukę i podjąć pracę zarobkową. Przez trzy lata pracowałem jako praktykant w miejscowym magistracie. Sytuacja materialna rodziny pogorszyła się zdecydowanie po śmierci ojca, który był starszym sekretarzem pocztowym w poznańskiej Dyrekcji Poczt i Telegrafów. Był wybitnym urzędnikiem. Pamiętam pogrzeb ojca z orkiestrą i sztandarami, towarzyszącą kawalkadą dorożek. Miałem wtedy pięć lat.

Łatwo nie było: i z nauką, i z pracą. Maturę zdałem w Śremie dopiero w 1945 roku, bo kiedy wróciłem do szkoły po tej zarobkowej przerwie, wkrótce wybuchła wojna. Nie było szans na kontynuowanie nauki.

Byłem wyposzczony wiedzy i dziennikarskiej pracy. W 1945 roku podjąłem studia polonistyczne na Uniwersytecie Poznańskim (dziś Uniwersytet Adama Mickiewicza) i równocześnie rozpocząłem pracę jako praktykant w redakcji gazety „Polska Zachodnia”. Moim patronem był wybitny dziennikarz i pisarz, Czesław Kędzierski.

– Na dłużej związał się Pan jednak z tytułami prasowymi wydawanymi w Bydgoszczy.

– W Bydgoszczy wydawany był „Ilustrowany Kurier Polski”, którego tytuł i szata graficzna świadomie nawiązywały do przedwojennego „Ilustrowanego Kuriera Codziennego”, popularnego „IKaCa” wydawanego w Krakowie. „IKP” wpisywał się w program przedwojennego dziennika Stronnictwa Pracy. Był zresztą – w latach 1945-1950 – jego organem, a po rozwiązaniu Stronnictwa Pracy został w 1950 przejęty przez Stronnictwo Demokratyczne (SD obok Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego było w PRL tzw. bratnią partią PZPR).  

Pracowałem w „IKP” od !946 do 1959 roku. Gazeta podejmowała wiele inicjatyw  kulturalnych i sportowych, a to były właśnie moje dziedziny, ponieważ zatrudniony byłem jako redaktor sportowy oraz publicysta w dziale  kulturalnym. Moją pierwszą dziennikarską inicjatywą było zorganizowanie ogólnopolskich biegów przełajowych, a nawiązywałem wtedy do tradycji sięgającej czasów przedwojennych. Biegi udały się znakomicie, doceniono moje zdolności organizacyjne i zostałem sekretarzem redakcji na dziesięć lat.

W 1959 roku zdecydowałem się jednak odejść z „IKP” w wyniku nieporozumień z ówczesnym redaktorem naczelnym, Witoldem Lassotą. Przeniosłem się do „Dziennika Wieczornego”, gdzie też pełniłem funkcję sekretarza redakcji. Gazeta była popołudniówką powstałą z  inicjatywy redaktora „Gazety Pomorskiej” i mieściła się kątem w jej redakcji.

– W publicystyce wykazał Pan duże zacięcie społecznikowskie.

– No tak, bo przecież to dziennikarskie pisanie powinno być po coś. Podjąłem wtedy kilka inicjatyw. Wśród nich: zorganizowanie Tygodnia Karola Szymanowskiego, akcję  „Tropimy Tradycje Tysiąclecia”, a także akcję na rzecz uratowania zdewastowanego pałacu w Śmielowie z przeznaczeniem na  muzeum Adama Mickiewicza.

Później, kiedy już na dobre związałem się z Gdańskiem, to moje pisanie „po coś” zyskało rys gdańskości, a także bliskiego związku z morzem, żeglarstwem.  W 1974 roku udało się zainicjować dzięki publicystyce i ostatecznie stworzyć polskie Bractwo Kaphornowców zrzeszające aktualnie kilkuset Polaków, członków załóg dwudziestu jednostek pod żaglami, które opłynęły przylądek Horn (najdalej wysunięty na południe punkt Ameryki Południowej). Jest to stowarzyszenie o najwyższym autorytecie żeglarskim, nawiązujące do świetnych tradycji polskiego żeglarstwa. „Dar Pomorza” był  pierwszym statkiem żaglowym pod polską banderą, który w 1937 roku opłynął Horn.

Wraz z redakcyjnym kolegą, Kazimierzem Kołodziejem i znanym żeglarzem i publicystą, Zenonem Gralakiem, byliśmy pomysłodawcami ustanowienia prestiżowych nagród żeglarskich: „Rejs Roku” i „Srebrny Sekstant”, przyznawanych od 1970 roku.

W redakcji „Głosu Wybrzeża”, w drzwiach stoi Kazimierz Kołodziej
W redakcji „Głosu Wybrzeża”, w drzwiach stoi Kazimierz Kołodziej
Fot. Archiwum prywatne TJ

– Od 1969 roku związał się Pan z Gdańskiem i stał się gdańszczaninem bardzo zaangażowanym, zarówno w przedsięwzięcia związane z morzem, żeglarstwem, ale przede wszystkim w upamiętnianie historii miasta. Gdańsk zawdzięcza Panu sprowadzenie prochów majora Henryka Sucharskiego, komendanta Wojskowej Składnicy Tranzytowej na Westerplatte. Publicystyczną akcję w tej sprawie rozpoczął Pan właściwie od momentu przeprowadzki do Gdańska.

– Łatwo uległem propozycji przeniesienia się do Gdańska także dlatego, że zaczął mnie nachalnie nachodzić oficer SB. Nie angażowałem się w działania polityczne, nie należałem do partii.

Tadeusz Jabłoński i Zenon Gralak – pomysłodawcy nagrody „Rejsu Roku”
Tadeusz Jabłoński i Zenon Gralak – pomysłodawcy nagrody „Rejsu Roku”
Fot. Archiwum prywatne TJ

– Może właśnie dlatego. Zwerbowany dziennikarz to bardzo pożądana dla esbeka osoba.

– W każdym razie zniknąłem mu z oczu, przeniosłem się gdańskiego „Głosu Wybrzeża”, gdzie zadomowili się już inni bydgoszczanie: Stanisław Celichowski, Stanisław Kubiak, Tadeusz Kuta. W latach 1969-1981 byłem najpierw zastępcą sekretarza, później sekretarzem redakcji.

Rzeczywiście, pierwszą ważną akcją, którą podjąłem już w 1969 roku, była inicjatywa sprowadzenia do Polski, a konkretnie do Gdańska, prochów majora Sucharskiego. Zaraz po rozpoczęciu pracy w „Głosie” opublikowałem w tej sprawie tekst, który nosił charakter artykułu odredakcyjnego, miał więc odzwierciedlać stanowisko redakcji. Narobił sporo szumu, ale nie od razu inicjatywa uzyskała aprobatę władz i skłoniła je do działania.. Oczywiście, trzeba było też uzyskać zgodę rodziny. Udało mi się nawiązać kontakt z siostrą majora i przekonać ją do sprawy.

Sprowadzenie prochów majora Henryka Sucharskiego, sierpień 1971, Tadeusz Jabłoński stoi poniżej schodów
Sprowadzenie prochów majora Henryka Sucharskiego, sierpień 1971, Tadeusz Jabłoński stoi poniżej schodów
Fot. Archiwum prywatne TJ

– Pańska inicjatywa doczekała się realizacji dwa lata później, w 1971 roku, już za „czasów Gierka”. Najwyraźniej partyjnym władzom chodziło o podkreślenie zaangażowania w upamiętnienie bohaterskiej obrony Westerplatte, co miało pokazać jej patriotyczne oblicze i zatrzeć świeżą pamięć o dramacie Grudnia ‘70.

– Rzeczywiście, po sprowadzeniu prochów majora Gdańsk stał się miejscem spontanicznej patriotycznej manifestacji mieszkańców. Tysiące gdańszczan przedefilowało przed urną wystawioną w Dworze Artusa, wielu towarzyszyło jej złożeniu na Westerplatte.

– Do tego historycznego nurtu pańskiej publicystyki należała też akcja przeniesienia na cmentarz oksywski prochów Bernarda Chrzanowskiego, przedwojennego społecznika i polityka.

– Bernard Chrzanowski był tak jak ja z urodzenia Wielkopolaninem, a w swoim działaniu  bardzo oddanym sprawie utrwalenia związku Kaszub i Pomorza z Rzeczpospolitą. To on miał namówić generała Józefa Hallera do symbolicznego aktu uroczystych zaślubin Polski z morzem.

Zawsze kochałem morze i góry. Morzem, morską publicystyką, a także żeglarstwem zajmowałem się jeszcze w Bydgoszczy, rozszerzyłem swoje zainteresowania, uzyskałem też większe możliwości działania w Gdańsku. Natomiast górskie wędrówki zawsze mnie pociągały.

Pseudonim Paweł Dzianisz, którym posługiwał się Pan w swojej publicystyce, też chyba wiąże się z górami.

– Tak. Sporo wędrowałem po górach, uprawiałem także wspinaczkę wysokogórską. Udało mi się zdobyć Elbrus w górach Kaukazu. Natomiast w czasie wędrówek po Pogórzu Spisko-Gubałowskim natrafiłem na wieś Dzianisz, malowniczo położoną w dolinie Dzianiskiego Potoku. Zauroczyła mnie i stąd ten pseudonim.

Wyprawa na Elbrus, koniec lat sześćdziesiątych
Wyprawa na Elbrus, koniec lat sześćdziesiątych
Fot. Archiwum prywatne TJ

– Poświęcił Pan wiele tekstów publicystycznych a także publikacji książkowych morzu, osiągnięciom żeglarzy, angażował się społecznie w redakcyjną pracę dla rocznika Polskiego Związku Żeglarskiego „Świat Żagli”.

– Współpracowałem także z „Polish Maritime News”, magazynem wydawanym przez Polską Izbę Handlu Zagranicznego”. Żeglarstwo uprawiałem także czynnie. Byłem członkiem załogi jachtu „Euros”, którym pioniersko opłynęliśmy Islandię (w 1968 roku), a dwa lata później – także pioniersko – sforsowaliśmy cieśninę Pentland Firth między Orkadami a Szkocją. Za czynny udział w tych rejsach zostałem dwukrotnie odznaczony brązowym medalem „za wybitne osiągnięcia sportowe”.

– Z morską tematyką w dużej mierze związana jest pańska twórczość pisarska. No i to zainteresowanie osobą i twórczością Josepha Conrada, któremu poświęcił Pan  kilka książek.

– Tak: „Conrad o morzu” oraz „Ukraina Conrada”, także „Wokół Conrada”. Byłem też inicjatorem budowy pomnika Conrada w Gdyni. Udało się. Pomnik został odsłonięty w 1976 roku.Poza wspomnianymi publikacjami poświęconymi Conradowi napisałem wiele innych książek. Najważniejsze z nich to: „Okolica Chopina”, „Wojna szalonych cywilów”, „Powstanie styczniowe na Kujawach”,  wspomniana „Ukraina Conrada”. Wespół Anną Kościelecką powstały: „Nadbałtyckie spotkania”,  „Najpierw do miasta Gdańska”, „Wojciechowa Europa” (która była gdańską Książką Jesieni 2000), „Sródziemnomorze Europy”.

– Obchody tysiąclecia Gdańska w 1997 roku zainspirowały Pana do zajęcia się najstarszą historią miasta.

– Dla uczczenia tysiąclecia Gdańska powstała replika średniowiecznej łodzi św. Wojciecha „Sanctus Adalbertus”, o co zabiegałem w moich publikacjach. Podjąłem też próbę przywołania do pamięci gdańszczan postaci benedyktyńskiego mnicha, Jana Kanapariusza z rzymskiego klasztoru na Awentynie. Przypisuje się mu autorstwo „Żywota świętego Wojciecha” napisanego około 1000 roku, w którym to dziele znalazła się pierwsza źródłowa wzmianka o naszym mieście: „urbs Gydanyzc”. Chciałem, by w Gdańsku pojawił się trwały ślad świadczący o tym zapisie z najstarszą nazwą miasta. W tej sprawie współpracowałem z Bractwem św. Wojciecha powołanym z inicjatywy księdza Ryszarda Wołosa z Milenijnego Sanktuarium Chrzciciela Gdańska w Gdańsku Świbnie. W 2009 roku przy głównym wejściu do parku oliwskiego odsłonięta została tablica upamiętniająca Jana Kanapariusza.

Podczas gali wręczenia nagród „Rejs Roku” w marcu 2014 roku Tadeusz Jabłoński i Zenon Gralak otrzymali krzyże „Pro Mari Nostro”
Podczas gali wręczenia nagród „Rejs Roku” w marcu 2014 roku Tadeusz Jabłoński i Zenon Gralak otrzymali krzyże „Pro Mari Nostro”
Fot. Mateusz Ochocki / KFP

W całej mojej pracy dziennikarskiej i pisarskiej zabiegałem o to, by  utrwalić pamięć, także dla przyszłych pokoleń, o ludziach, którzy na tę pamięć zasługują.

 

 

Rozmowa została przeprowadzona w pierwszych dniach października 2019 roku. 16 października, tydzień przed setną rocznicą swoich urodzin, Tadeusz Jabłoński zmarł. Pochowany został 23 października na gdańskim cmentarzu Srebrzysko.

Dziękujemy Pani Elżbiecie Jabłońskiej, córce Tadeusza Jabłońskiego za życzliwą pomoc w przeprowadzeniu wywiadu.

Historie gdańskie
Wypisy gdańskie
Rozmowy gdańskie
Biblioteka gdańskia