Rury von Wintera

Był nadburmistrzem Gdańska przez dwadzieścia siedem lat. Postać von Wintera wiąże się z wchodzeniem Gdańska w czasy nowoczesności, co w pierwszej kolejności oznaczało budowę systemu wodociągowo-kanalizacyjnego.

A
A
Data publikacji: 17 grudnia 2018 r.

Leopold znaczy – z odważnych

Był 23 stycznia roku 1823. Podobno piękny śnieg padał tamtego dnia w nadwiślańskim Świeciu, nazywającym się wówczas Schwetz. Tego właśnie dnia, w domu ewangelickiego superintendenta von Wintera przyszedł na świat chłopiec, który w przyszłości miał zo­stać nadburmistrzem Gdańska. Dziecku nadano imię Leopold, co w języku starogermańskim znaczyło „odważny lud”.

Leopold wzorowo ukończył gimnazjum w Bydgoszczy, a następnie studia prawa handlowego i ekonomii w Berlinie. Jego szczęśli­wa gwiazda świeciła mocnym blaskiem.

Leopold von Winter
Leopold von Winter
Fot. Zbiory BG PAN

Koszmar i idylla

Gdańsk, niedawny klejnot miast hanzeatyckich, do roku 1815 szczycący się ustro­jem Wolnego Miasta pod liberalnym protek­toratem francuskim, miał daleko za sobą la­ta świetności. Zepchnięty do roli prowincjo­nalnego miasta pruskiego, nadto wycieńczony kolejnymi epidemiami, przedstawiał przygnębiający widok. Wąskie ulice zalegały nieczystości (nie tylko kuchenne) wyrzucane wprost z do­mów. Usuwano je stamtąd dwa razy w tygo­dniu. Wszędzie unosił się fetor z ulicznych rynsztoków i dołów kloacznych. Wiele ka­mienic sprawiało wrażenie wymarłych. Ruch w porcie był zaledwie mizerny. Noca­mi zaś na nieoświetlonych ulicach grasowa­ły szajki opryszków.

Kto miał pieniądze, uciekał z miasta na drogie, ale zdrowsze i bezpieczne przedmieścia. Dla bogatych gdańszczan takim miej­scem ucieczki był między innymi Langfuhr (Wrzeszcz). Najbogatsi wznosili pałacyki w otulonej leśnymi wzgórzami Jaśkowej Dolinie, środkiem której meandrami snuł się uroczy potok, spięty tu i ówdzie malowniczym mostkiem.


Przykład Hamburga

Z zazdrością patrzyli gdańszczanie w stronę Hamburga, piękniejącego w oczach, odkąd w roku 1843 hamburczycy potrząsnęli kiesą i sprawili sobie kanalizację .Zniknęły tam śmierdzące rynsztoki, jezdnie stały się suche i czyste. Żyło się w Hamburgu wygodniej i zdrowiej. Dlacze­go w Gdańsku nie mogłoby być podobnie?


Jedno z bardziej zaniedba­nych miast pruskich

Według niezależnych opracowań Wiebego i Lathama, stan sanitarny XIX-wiecznego Gdańska przedstawiał się fatalnie. Dobrą wodę źródlaną sprzedawano z beczkowozów za drogie pieniądze, kto zaś ich nie miał, zadowalał się wodą czerpaną z miejskich studni, do których napływała siecią pokrzyżackich drewnianych rurociągów. Była to woda rzeczna, w żaden sposób nieuzdatniana. Spływała z ujęcia Wasserkunst (Kunszt Wodny), pobierającego wodę z kanału Raduni, w sąsiedztwie Bramy Wy­żynnej. W latach 1537-1577 ujęcie to posia­dało, jedną z pierwszych w Europie, pompę tłokową napędzaną kołem wodny.

Woda przemysłowa kierowana była do gdańskich warsztatów systemem koryt krytych drewnianymi dylami. Drewniane prze­wody wodociągowe łączone były metalowy­mi kołnierzami mocowanymi do rur na ćwie­ki. Doskonały w warunkach średniowiecza system zaopatrywania w wodę nie spraw­dzał się w XIX-wiecznym mieście.

Podobnie było z kanalizacją, którą stano­wił, również pokrzyżacki, niewydolny zespół rynsztoków, obsługujący ścieki miejskie ra­zem z wodą deszczową. Rynny ściekowe, osłonięte dylami, ciągnęły się skrajami chyba wszystkich ulic. Zimą okładano je nawozem, który miał je chronić przed zamarznięciem. Koryta rynsztokowe często zatykały się, tworząc rozlewiska o treści i bukiecie zapachowym, jakich analizować tu nie będziemy. Takich kałuż bywało w mieście czasem wię­cej niż miejsc suchych. Nagminnie też do­chodziło do przelewania się ścieków do piw­nic. Naturalną zlewnię miejskich nieczysto­ści stanowiła Motława, charakteryzująca się na gdańskim odcinku bardzo powolną wymiennością wody.

Doły kloaczne kopano na wszystkich podwórzach, często w bezpośrednim sąsiedztwie studni. Wypełnionych po brzegi nikt nie opróżniał. Zasypywano je po prostu ziemią pozyskiwaną z kolejnych wykopów pod nowe wygódki. Substancja wypełniająca te przy­bytki przenikała do wód podskórnych, z któ­rymi wędrowała po całym Gdańsku, nasyca­jąc miejskie grunty nie tylko charaktery­stycznym odorem, ale i zarazkami chorób.

W takim środowisku nie mógł nie pano­wać najwyższy stopień zagrożenia epidemiologicznego. Skutkiem nękających mia­sto zaraz, aż do lat siedemdziesiątych XIX stulecia więcej było tutaj pogrzebów niż narodzin.


Architekci nowego porządku

Kiedy patrzymy na zachowaną fotografię młodego Leopolda von Wintera, mimowolnie nasuwa się skojarzenie z Napoleonem. To samo ułożenie prawej ręki z dłonią charakte­rystyczne spoczywającą za połą surduta. Niewysoki wzrost. Twarz podobnie owalna, prawie słoneczna. I czupryna niebujna. Bra­kuje mu tylko ognistości imperatora z Kor­syki. Jakkolwiek doszukiwanie się podobień­stwa von Wintera z energicznym Francuzem może uchodzić za przesadę, to jednak oby­dwaj panowie narobili dookoła siebie dużo zamieszania, każdy w swoim czasie, w innej skali i na zupełnie inny sposób.

Czy pochodzący spod Malborka inżynier budowlany Eduard F. S. Wiebe, urodzony, jak podają, w Stalewie w roku 1804, mający za sobą imponujące sukcesy jako konstruk­tor i konsultant wielu inwestycji kolejowych (między innymi węzła bydgoskiego), nie przeoriento­wał zainteresowań zawodowych na hydrotechnikę sanitarną przejęty szalejącymi epidemiami, które tylko w latach 1848-1859 pochłonęły w Prusach 170 tysięcy ofiar?


Stażyści

W lata sześćdziesiątych XIX stulecia Prusy wkroczyły z planem skanalizowania swoich największych miast, znacznie bardziej za­grożonych epidemiami niż mniejsze ośrodki. Świeżo mianowany radca Wydziału Bu­dowlanego Ministerstwa Handlu, inżynier Eduard F. S. Wiebe, wyruszył w 1860 roku na roczny staż do Paryża i Londynu, by po­znać stosowane tam rozwiązania systemów wodociągowo-kanalizacyjnych. Radcy Wie­be towarzyszyli inżynierowie Veit-Meyer i Hobrecht.

Paryż mógł zaimponować pruskim staży­stom swoją od stu lat rozbudowywaną podziemną kanalizacją. Natomiast londyńskie doświad­czenia związane z rozwojem hydrotechniki sanitarnej, sięgające XV wie­ku, doprowadziły do rozwiązań sanitarnych, które uchodziły za najnowocześniejsze w Europie.

Właśnie w Londynie od roku 1815 wodę deszczową odprowadzano nowoczesnym systemem podziemnych kanałów. Od roku zaś 1847 również i nieczystości gospodarcze można było spławiać wyłącznie specjalnie rozbudowywaną do tego celu kanalizacją ściekową. Trzecj stażyści mogli czuć się w Londynie trochę jak u siebie, wszak to ich rodak, nie­miecki technik Peter Mourice, już w roku 1582 zbudował na Tamizie nowoczesną, jak na tamte czasy, stację pomp, tłoczącą wodę do londyńskich wodociągów.


Obserwacje prezydenta berlińskiej policji

Tymczasem w Europie czasy stają się niespokojne, ale i podniecające. Chwieją się odwieczne porządki, chylą się stare monarchie. Maszyna parowa zupełnie zmie­nia myślenie o technice i Panu Bogu. Szyb­ko rozwija się przemysł. Wyrastają wielkie fortuny i rodzi się klasa niezadowolonych – proletariat. Panowie Marks i Engels tęgo dumają nad nową definicją człowieka.

Czym zajmuje się w takich czasach nie­dawny landrat powiatu Lebus koło Frank­furtu n. Odrą, blisko czterdziestoletni radca w Mini­sterstwie Spraw Wewnętrznych a zarazem komisaryczny prezydent berlińskiej policji Leopold von Winter? Na pewno czujnie się wszystkiemu przygląda.


Pasjonat

Radca Wiebe właśnie wrócił z Londynu. Przywiózł dziesiątki pomysłów dotyczących wodociągów i kanalizacji. To jego nowa pa­sja. Do kolejnictwa już nie powróci, bo i jak, skoro stolica podjęła decyzję, by według jego koncepcji stworzyć nowoczesną sieć kanali­zacyjną dla Wielkiego Berlina. Pomysł Wiebego zrealizuje James F. L. Hobrecht, który zostanie wkrótce naczelnym inżynierem od­powiedzialnym za kanalizację berlińską.


Obcy nad Motławą

8 grudnia 1862 roku Leopold von Winter, jako pierwszy niegdańszczanin, otrzymał nominację na urząd nadburmistrza Gdańska. Pracował już w tym mieście przed laty niezbyt długo jako początkujący urzędnik administracji państwowej. Cokol­wiek by mówić, był tutaj „kimś z Berlina”. Jak zostanie przyjęty? Urzędowanie rozpo­czął 6 stycznia 1863 roku.

Pochodzący z Westfalii, urodzony w 1810 roku, lekarz Albert K. L. Liévin zamieszkał w Gdańsku w roku 1836. Od 1855 roku zasia­dał w Radzie Miejskiej. Obdarzony niespo­kojnym duchem społecznika, niestrudzenie walczył o środki na poprawę stanu sanitar­nego miasta. W szkołach wygłaszał liczne pogadanki. Był oddanym przyjacielem i doradcą nadburmistrza von Wintera. Niewykluczone, iż zaprzyjaźnili się podczas pierwszego pobytu młodego urzędnika w nadmotławskim mieście.


Program dla Gdańska

Obaj panowie zdawali sobie sprawę, że w pracy na rzecz Gdańska nie można pominąć modernizacji średniowiecznego systemu wodociągowo-kanalizacyjnego. Byli bowiem pod wrażeniem odkrycia dokonanego przez angielskiego leka­rza J. Snowa w 1854 roku, który stwierdził, iż zarazki cholery najle­piej przenoszą się w wodzie. Co prawda, mówiono w świecie o gdań­skich piwach, że są tym lepsze, im na gorszej warzą je wodzie, a i słynnego „goldwassera” –„ gdańską wódkę” – też wszędzie chwalono, mimo że był palony na lichej wodzie czerpanej z publicznego ujęcia, jednak decyzja o prze­budowie sieci wodociągowo-kanalizacyjnej była nieunikniona. Aż w końcu za­padła.


Najnowocześniej w Europie

Nie wiemy, gdzie by­ły prowadzone wstęp­ne rozmowy z inżynierem Eduardem Wiebe. W Gdańsku czy w Berlinie. Również i tego nie wiemy, kto reprezentował gdańszczan. Wiadomo nato­miast, że inżynier zapalił się do gdańskiego pomysłu oraz że obie strony zgodziły się, iż warto zbudować od razu całą infrastrukturę sanitarną: drenażowe ujęcie dobrej wody wraz z nowoczesną siecią wodociągowo-kanalizacyjną. Cieków jednak nie spuszczano by do Motławy, ale daleko za miastem do nowocze­snej oczyszczalni, projektowanej gdzieś w Sączkach, między wsiami Wisłoujście i Sto­gi. Ów kompleksowy system miał obejmować nie, jak gdzie indziej, kilka czy kilkanaście ulic, ale całe miasto, skupione wówczas w ob­rębie otaczających je fortyfikacji.

Na budowę drogiej oczyszczalni rajcy długo nie chcieli się zgodzić, aż w końcu ulegli podczas burzliwej sesji, która miała miejsce 23 maja 1869 roku. Bardzo prawdopodobne, że osta­tecznie przekonała ich dyskusja, jaką wywo­łała publikacja doktora Liévina wskazujące­go ścisły związek występowania epidemii cholery ze stanem sanitarnym miasta. Za­truwana ściekami Motława stanowiła bom­bę epidemiologiczną i samobójstwem było­by dłużej to bagatelizować.

Widok ogólny przepompowni na Kępie
Widok ogólny przepompowni na Kępie
Fot. Zbiory BG PAN

Do dzieła

Zanim inżynier Wiebe zdążył w 1865 roku ogłosić swój projekt i kosztorys gdań­skiej kanalizacji i oczysz­czalni ścieków – „Die Reinlgung und Entwasserung der Stadt Danzig”, już wiosną roku 1863 nadburmistrz von Winter wspólnie z radcą budowlanym, niejakim Moorem, wykonali sze­reg wstępnych ekspertyz do prac projekto­wych nowego systemu wodociągowego. Ów system miał być zasilany z drenażowego ujęcia wody w oddalonym o dwadzieścia kilometrów od Gdań­ska Pręgowie. Znawcy utrzymują, że dotąd ni­gdzie nie sprowadzano wody z tak odległego ujęcia. Sprawna realizacja tego akweduktu mogłaby się okazać prawdziwym majstersztykiem sztuki inżynierskiej.

Pochodząca z Londynu firma J. & A. Aird dala się poznać w Berlinie, budując tamtejszą kanalizację według projektu Wiebego. Właściciel firmy, Joseph Aird, przyjął ofertę gdańszczan i w roku 1868 podpisał z miastem kontrakt na wykonanie ujęcia w Pręgo­wie wraz z budową magistrali dostarczającej wodę do Gdań­ska. Umowa obejmowała też wy­konawstwo sieci wodociągowej w mieście. Rozszerzenie kontraktu o budowę kanaliza­cji z przepompownią ścieków na Kępie, tworzącej dzisiaj z Ołowianką jedną wyspę na Motławie, oraz – co mia­ło być ukoronowaniem tej inwestycji – budowę oczyszczalni w Sączkach, nastąpiło wkrótce po wspo­mnianej decyzji Rady z 23 maja 1869 roku.


Miasto otwartych bram

Odkąd Gdańsk uzyskał w roku 1852 połą­czenie kolejowe z węzłem bydgoskim, a w 1853 zabłysło na jego ulicach pierwszych pięćset lamp gazowych, stał się miastem częściej odwiedzanym i bezpieczniejszym. Za­awansowana była budowa połączenia kolejowego ze Szczecinem. Uruchomienie miało nastąpić w 1870 roku. Od roku 1865 omni­bus konny przewoził pasażerów do Sopotu i Wrzeszcza, od roku 1867 zaś można było wy­godnie dostać się koleją do Nowego Portu. Powstała też w Gdańsku pierwsza konna li­nia tramwajowa.

Europę północną ogarnęło nowe szaleń­stwo – turystyka. Do Gdańska zaczynali zaglądać nieznani dotąd goście zainteresowa­ni już nie handlem, ale walorami historycz­nymi i krajobrazowymi miasta. Pociągi przewoziły jednak nie tylko pasażerów, lecz również towary. To właśnie do ich obsługi na gdańskich uliczkach, wąskich i nie wszędzie utwardzonych, przybywało coraz więcej furmanek. Ich koła często grzęzły w błocie wzbogaconym rozmaitoś­ciami wylewającymi się z nieszczelnych rynsztoków. Być przy lada okazji ochlapa­nym taką mieszanką, nie było niczym niezwykłym.


Widoki Gdańska z ulic Garbary i Kotwiczników

Ulica Garbary przypuszczalnie od dawna była wybrukowana. Właśnie tam, w domu oznaczonym numerem piątym, mieszkał podczas pobytu w Gdańsku Leopold von Winter. Stamtąd wyruszał na swój urząd do ratusza przy ulicy Długiej lub wizytował prowadzone w mieście liczne budowy, prze­budowy i rozbudowy.

Joseph Aird jakby zapomniał maksymy „festina lente” – „spiesz się powoli”. Z biura przy ulicy Kotwiczników energicznie koordyno­wał prace firmy. Często można było go spo­tkać na rozkopanych uliczkach, doglądające­go robót kanalizacyjnych. Bacznie obserwo­wał „unerwienie” miasta, jakim stawała się sieć wodociągowa. Doglądał prac prowadzonych przy zakładaniu syfonów pod dnem Motławy i kanału na Stęp­ce. Oczyszczalnię zaś w Sączkach pan Aird szczególnie faworyzo­wał ze względu na jej prototypo­wy charakter.


Salon nowoczesnej Europy

Po dwóch latach intensywnie prowadzonych prac wykonaw­czych, poprzedzonych sześcio­letnimi przygotowaniami (nie­którzy badacze twierdzą, że przygotowania trwały prawie dziesięć lat), miasto zaczęło przypominać zdrowy orga­nizm. Miało swój wodoobieg z bijącym jak dzwon sercem przepompowni na Kępie. Sprawnie funkcjonowała kanalizacja.

16 grudnia 1871 roku to przełomowa data w dziejach Gdańska, który właśnie dołączył do elity europejskich miast, posiadających najnowocześniejsze rozwiązania sanitarne. Tego dnia ukończono wszystkie prace warunkujące rozpoczęcie podłączania po­szczególnych domów do sieci. Autorzy opracowań prawie zgodnie poda­ją, że do końca roku 1872 skanalizowano i zaopatrzono w wodę całe miasto, liczące wówczas około 3800 do­mów i prawie 100 tysię­cy mieszkańców. Dla usprawnienia walki z pożarami zamontowa­no w mieście 1100 feuerhahnów – kurów ogniowych, jak nazywa­no hydranty. Kto wie, może teraz Hamburg patrzył zazdrośniej na Gdańsk?


Oruńska świątynia wody

Pręgowskie ujęcie usytuowano na wznie­sieniu 110 metrów nad poziomem morza. Woda, spełniająca wszyst­kie wymogi sanitarne, spływała stamtąd spro­wadzonym z Anglii że­liwnym rurociągiem o średnicy 418 milimetrów. Działa do dzisiaj. Na czternastym kilo­metrze magistrali wo­dociągowej zbudowano potężny zbiornik na 5 tysięcy metrów sześciennych wody. Niestety, nie odpowiada dzisiejszym wymo­gom i od lat stoi nieczynny. Warto go odszu­kać w okolicy oruńskiego parku zajrzeć do środka, by zachwycić się niezwykłą akustyką, łukowymi sklepie­niami, interesującymi detalami architekto­nicznymi, a nade wszystko ogromną kuba­turą tego miejsca. Współcześnie używany rezerwuar z lat powojennych jest dwukrot­nie większy od wiebowskiego i usytuowany dziesięć metrów wyżej.

Duże uznanie znawców do dzi­siaj wzbudza zastosowanie orygi­nalnych zasuw na trasie magistra­li, umożliwiających sprawne odpo­wietrzanie i napowietrzanie sieci wodociągowej.

Budowa zbiornika na wzgórzu oruńskim, rok 1869
Budowa zbiornika na wzgórzu oruńskim, rok 1869
Fot. Zbiory BG PAN

Gdańskie podsystemy kanalizacyjne

Projekt kanalizacji gdańskiej opracowany przez Wiebego przy współpracy inżyniera   Veit-Meyera, w szczegółach zaś dopraco­wany przez Baldwina Lathama, przewodniczącego londyńskiego Society of Engineers, zakładał bu­dowę systemu ogólnospławnego, wspólnego dla ścieków bytowych i wód opadowych. W celu ograniczenia napływu tych ostatnich do podziemnych kanałów, zgodzono się na pozo­stawianie części ulicznych rynsztoków, które w nowej sytuacji miałyby pełnić wyłącznie rolę odwadniającą.

Projekt Wiebego dzielił lewobrzeżne Stare Miasto na pięć podsystemów kanalizacyjnych. Stare Przedmieście połączone z Głównym Miastem oraz niżej położone prawobrzeżne Dolne Miasto tworzyły dwa odrębne systemy. Wyspa Spichrzów, jako obszar prawie niezamieszkany, włączona została do sieci później.

Każdy system i podsystem zaopatrzony był we własny kanał zbiorczy o przekroju jajowym 1020/1530 milimetrów, zwany inaczej ko­lektorem, zbudowany z kamienia lub kwasoodpornej cegły klinkierowej. Kolektory zbierały ścieki spływają­ce z ulic i zabudowań systemem kamionko­wych rur kanalizacyj­nych o przekrojach 229, 305 i 381 milimetrów, i odprowa­dzały je do kolektorów głównych poprowadzo­nych wzdłuż nabrzeży Motławy i kanału na Stępce.

W okolicy ujścia Ka­nału Raduni ścieki lewo­brzeżnego Gdańska spływały poprowadzonym pod korytem Motławy syfonem wprost do przepompowni na Kępie. Zlewnia prze­pompowni miała niesto­sowane już dzisiaj wyokrąglone dno, umożliwiające łatwe wysysanie zalegających osadów. Ścieki Dolnego Miasta docierały do zlewni syfo­nem poprowadzonym pod kanałem na Stępce. W szczególnych wa­runkach XIX-wiecznego Gdańska, który charakteryzował się znikomymi różnicami wysokości, poprzecinanego wodami Motławy, Raduni i innych zbiorników, nachylenie spadku kanałów zbiorczych, gwarantujące spływanie ścieków siłą wła­snego ciężaru, mogło wynosić raptem 0,4-0,7 procenta wobec obowiązującego dzisiaj mi­nimum l procenta. Ograniczona możliwość za­głębiania kanałów pod nawierzchniami ulic spowodowała niepełne podłączenie 25 spo­śród 143 najgłębszych piwnic zarejestro­wanych przez Wiebego.


Brudne i czyste

Wody ściekowe bywają brudne i czyste. Do kana­łów zbiorczych powinny wpływać tylko ścieki czy­ste, to znaczy pozbawione stałych zanieczyszczeń, do jakich najczęściej należały: piasek, gruz, odpady ku­chenne czy części roślin. Wymóg ten był powodowa­ny troską o przepustowość minimalnie nachylonych kolektorów, mniej zaś o pompy, zdolne przetła­czać nawet najbrudniejsze ścieki.

Zanieczyszczenia przechwytywane były przez specjalnie skonstruowane osadniki, umieszczone w dnach studzienek kanali­zacyjnych, skąd kanalarze wytaszczali je wiadrami na powierzchnię.


Z Kępy na Sączki

Spacerując pośród zakątków starego Gdańska, trudno nie zauważyć na Ołowiance neoromańskiego budyneczku pierwszej przepompowni ścieków, ze strzelistym kominem dawnej kotłowni, dostarczającej parę do maszynerii poruszającej pompy tłokowe. W chwili uruchomienia pompy były zdolne wtłoczyć na dobę 10 tysięcy metrów sześciennych wody ściekowej do żeliwnego kanału ciśnieniowe­go odprowadzającego nieczystości do biologicznej oczyszczalni w Sączkach, urządzonej początkowo na 180-hektarowym obszarze nad­morskich wydm.

Wiebe proponował zaopatrywać kotłownię przepompowni w węgiel czerpany z zacumowanej przy Kępie berlinki, co byłoby tańsze od korzy­stania z transportu konnego.


Gdański prototyp

Kanał tłoczny rozgałęział się w Sączkach na sieć przewodów rozdzielczych, odprowa­dzających nieczystości do najwyższych miejsc ukształtowanych naturalnie lub sztucznie. Stamtąd ściekały betonowymi ko­rytami na poletka filtracyjne i po napełnie­niu ich do 20-30 centymetrów przesiąkały przez grunt. Przesiąkanie trwało od 3 do 6 dni, zimą zaś nawet do kilku tygodni. Odfiltrowane, spły­wały następnie rowami odwadniającymi do głównego kanału zbiorczego i zrzucane były do Martwej Wisły blisko twierdzy w Wisłoujściu.

Gdański system oczyszczania ścieków Wiebego miał w tamtym czasie charakter pionierski. Wzorowano się na nim później przy budowie oczyszczalni w Bremie (1877), Wrocławiu (1881), Berlinie (1884) i Królew­cu (1899).


Połykacze powodziowej fali

System kanalizacyjny Gdańska był przy­stosowany do tak zwanych zrzutów awaryjnych. Dokonywano ich w wypadku awarii przepompowni na Kępie lub podczas przechodzących nad miastem ulew, kiedy kanały ponad dopuszczalną miarę przepełniała deszczówka. Wyloty ujść zrzutowych, umieszczone w skarpie nabrzeża na pozio­mie Motławy, otwierały się samoczynnie, wyrzucając nieoczyszczoną wodę wprost do rzeki.

Te same wyloty zrzutowe mogły, w razie potrzeby, wchłaniać każ­dy nadmiar wo­dy pojawiający się w Motławie, który był sprawnie prze­tłaczany na od­ległe Sączki. Takie zagroże­nia powodziowe powstawały podczas wystę­powania wia­trów północ­nych i północno-wschodnich, napędzających do rzeki masy morskiej wody.


Z impetem w głąb

Małe nachylenie spadku gdańskich kana­łów wymuszało częste czyszczenie sieci kanalizacyjnej, przeciętnie co dwa, trzy tygodnie, inaczej niż w innych miastach, gdzie dokonywano tego co miesiąc lub dwa miesiące.

Projekt Wiebego przewidywał czyszcze­nie sieci metodą przepłukiwania. Wody płuczącej dostarczały w sposób naturalny go­spodarstwa domowe. Była to zużyta woda bytowa, przepłukująca na bieżąco przede wszystkim domowe piony kanalizacyjne. Dla dokonywania planowych płukań czerpano wodę z ujęcia Silberhütte (Hucisko) na kanale Raduni. Woda rzeczna z te­go ujęcia rozprowadzana była rurocią­giem do studzienek nazywanych płuczka­mi, zaopatrzonych na poziomie dna w za­mykane połączenia z jednym lub kilkoma przewodami kanałowymi.

Po nawodnieniu płuczki wystarczyło unieść szyber lub rozewrzeć wrota blokujące połączenie z wybranym kanałem, by woda wlewająca się z wielkim impe­tem do jego koryta przepłu­kała je dosyć skutecznie. Stosowano również sposób płukania kanałów ściekami specjalnie gromadzonymi w płuczkach usytuowanych na rubieżach podsystemów. Rozwiązanie takie wykorzystywano w okresach dorocz­nego odmulania dna kanału Raduni, pozbawionego na taki czas wody.

Na ogólną liczbę 320 studzie­nek kanalizacyjnych, blisko 10 procent stanowiły płuczki. Aż trzecią ich część rozmieszczono w Dolnym Mieście z powodu zastosowanego tam najmniejsze­go stopnia nachylenia spadku kanałów. Częstszych płukań wymagały kanały obsługujące największego „brudasa” tamtej dzielnicy – rzeźnię.


W Gdańsku trochę jak w Londynie

Wydzielające się w kanałach gazy to przecie wszystkim me­tan oraz w niewielkich ilościach siarkowodór z dwutlen­kiem węgla. Pierwsze dwa, nie dość, że są trucicielami, to odpowiednio zmieszane z powietrzem wybuchają. Wymuszało to stworzenie odpowiedniego systemu prze­wietrzania kanałów. Wiebe posłużył się angielskim rozwiąza­niem przewietrzników kanalizacyjnych Rawlinsona, wyposażonych w filtr węglowy przepuszczający gazy, zatrzymujący nato­miast zapachy. Bez tych filtrów zupełnie in­ne wonie wypełniałyby gdańskie uliczki. Anglikom zawdzięczamy też klozety spłukiwa­ne wodą.


Niepotrzebne nocniki

Podobno gdańscy trefnisie namawiali mieszczan, by nocą z 16 na 17 grudnia 1871 roku powyrzuca­li przez okna wszystkie nocniki, co miało stanowić wyraz ra­dości i poparcia dla cywilizacyjnego prze­łomu dokonującego się w mieście. Jed­nak ani „Danziger Zeitung”, ani inne źródła nie potwierdza­ją tej wieści.

 

Berlińska feta

Leopold von Winter przeszedł na eme­ryturę w 1890 roku, po dwudziestu siedmiu latach służby dla Gdańska. Kilka lat wcześniej odwiedził z delegacją gdańszczan mieszkającego w Berlinie zasłużonego inżyniera Eduarda Wiebego, obchodzącego jubileusz osiemdziesiątych urodzin. Jubilat otrzymał z rąk nadburmistrza okolicznościowy dyplom ozdobiony akware­lami przedstawiającymi zaprojektowane przezeń urządzenia. Został też uroczyście powiadomiony o przyznanym mu zaszczytnym tytule Honorowego Obywatela Miasta Gdańska.

Można przypuszczać, że nie tylko gdańszczanie odwiedzili inżyniera Wiebego w tamtym roku. Przecież po Berlinie i Gdańsku podniósł on cywilizacyjnie takie miasta, jak Frankfurt nad Menem, Wrocław, Królewiec, Bazylea i Triest. Do kanałów Bazylei zaprasza się dzisiaj wycieczki. Bazylejskie kolektory, przebudo­wane i rozbudowane, są nieporównywalnie większe od gdańskich. Można się po nich włóczyć godzinami, stąpając po całkiem wy­godnych chodnikach. Nie czuć tam żadnych smrodów. No cóż – Szwajcaria!

 

Rachunek zysków

Projekt i realizacja unikatowego w skali Europy systemu wodociągowo-kanalizacyjnego kosztowały Gdańsk blisko 645 tysięcy talarów. Roczna eksploatacja systemu się­gała 6 tysięcy. Było to dużo. Profity okazały się jednak nieporównywalnie wyższe od wy­datków. Żyło się zdrowiej, czyściej, wygod­niej i dłużej – był to szczególny rodzaj zy­sku, jakim gdańszczanie potrafili obracać chyba nie gorzej niż talarami.

 

Winterplatz

Leopold von Winter zmarł daleko od Gdańska, w swoim majątku Jeleniec, 10 lip­ca 1893 roku. Miasto upamiętniło imię nadburmistrza już cztery lata po jego śmierci, ozdabiając Targ Maślany piękną fontanną i przemianowując go na Winterplatz – plac Wintera. Po roku 1945 inni gdańszczanie da­li temu miejscu nazwę – plac Zimowy. Dzi­siaj znów jest Targiem Maślanym.

 

Pamiątkowa tablica

Jedenaście lat po śmierci von Wintera jeszcze raz przypomniano w Gdańsku jego zasługi. Przed kamienicą oznaczoną nume­rem piątym przy ulicy Garbary zebrało się tamtego dnia najwytworniejsze towarzy­stwo Gdańska. Wygłoszono płomienne mowy. Z ust mówców padały ciekawe fakty. Można było usłyszeć, że nadburmistrz nie tylko przyczynił się do poprawy warunków sanitarnych miasta i witalności gdańszczan, ale był ponadto współinicjatorem i ko­ordynatorem takich epokowych przedsię­wzięć, jak wybrukowanie wszystkich ulic, wyłożenie chodników kamiennymi płytami, uporządkowanie układu ciągów komunika­cyjnych, utworzenie muzeów – Miejskiego w dawnym klasztorze franciszkanów i Pro­wincjonalnego w Zielonej Bramie. Za jego kadencji rozpoczęto budowę Stoczni Schichaua, zmodernizowano port, powstała ko­munikacja omnibusowa łącząca Gdańsk z Sopotem i Wrzeszczem, założono miejską linię tramwajów konnych, wreszcie rozpoczęto parcelację Wrzeszcza pod budownic­two mieszkaniowe. W tamtym też czasie urządzono na półwyspie Westerplatte ką­pielisko z cieszącym się dobrą sławą kuror­tem. Pominąć nie można i tego, że właśnie za rządów nadburmistrza von Wintera wzniesiono w mieście dziesiątki nowych szkół.

Nie łudźmy się jednak, że szczęśliwa gwiazda pana nadburmistrza pomagała mu we wszystkich kłopotach. Wobec nieprze­jednanej postawy władz wojskowych, nie udało się rozebrać fortyfikacji szczelnie ota­czających miasto i hamujących jego nowoczesny rozwój, Nie był wreszcie von Winter nadburmistrzem bezkrytycznie akceptowanym. Nie przysporzyło mu dobrej sławy rozporządze­nie o wyburzeniu wielu zabytkowych „zawalidróg” udaremniających modernizację mia­sta. Głośna była awantura, kiedy wybu­rzano słynne przedproża, by poszerzyć ulice i wydzielić chodniki.

Po wysłuchaniu mów, zebrani na ulicy Garbary mogli uczestniczyć w odsłonięciu tablicy ufundowanej ku pamięci nadburmistrza.

 

Swój

Dążenie do zawłaszczenia wybitnych „niegdańszczan” zawsze było słabostką mieszkańców nadmotławskiego grodu. Było i jest. Jak tego dokonują? Nadają tytuły honoro­wych obywateli miasta. Leopolda von Wintera też zawłaszczyli, 10 lipca 1890 roku. Przestał być „kimś z Berlina”.

 

Tadeusz T. Głuszko

 

Pierwodruk: „30 Dni” 2/1999

Historie gdańskie
Wypisy gdańskie
Rozmowy gdańskie
Biblioteka gdańskia