PORTAL MIASTA GDAŃSKA
PL | EN | DE

Zależało mi, by zostawić miastu jakiś ślad mojej działalności

Zależało mi, by zostawić miastu jakiś ślad mojej działalności
Z Wiesławem Szyślakiem, inżynierem architektem, autorem architektonicznej koncepcji Pomnika Poległych Stoczniowców 1970 rozmawia Maria Mrozińska
Wiesław Szyślak (po lewej) i Henryk Lenarciak pod Pomnikiem Poległych Stoczniowców
Wiesław Szyślak (po lewej) i Henryk Lenarciak pod Pomnikiem Poległych Stoczniowców
Fot. Zenon Mirota / Zbiory ECS

Maria Mrozińska: – Dzisiejsza społeczność gdańszczan wyrosła na gruncie różnorodności, którą przynieśli przybysze z różnych stron przedwojennej Rzeczypospolitej. Jesteś gdańszczaninem z wyboru?

Wiesław Szyślak: W pewnym sensie, choć na moje wybory, jak zapewne wielu współczesnych gdańszczan mojego pokolenia, miała wpływ historia i losy rodziny. To raczej Gdańsk mnie wybrał i przysposobił, bo kiedy się tu znalazłem, związałem się z tym miastem na całe życie: i zawodowe, i obywatelskie. Zależało mi, by zostawić miastu jakiś ślad mojej działalności.  Dane mi było uczestniczyć w wydarzeniach i przedsięwzięciach, dzięki którym to się udało.

– Powojenny czas umacniania władzy ludowej nie sprzyjał inicjatywom społecznym, obywatelskim.

Moje zaangażowanie przypada na późniejsze czasy w historii PRL, choć z całą pewnością wynikało także z rodzinnych tradycji. Urodziłem się jeszcze w czasach Rzeczypospolitej międzywojennej w Nowym Sączu. Pochodzę z rodziny piłsudczykowskiej, ojciec był wojskowym, a właściwie po I wojnie  światowej inwalidą wojennym. Wychowywany byłem w atmosferze  niepodległościowej, szokiem dla rodziny okazały się powojenne zmiany ustrojowe. W rodzinnym domu dominowało oczekiwanie i – niestety z czasem malejąca – nadzieja na zmiany. Wraz z umacnianiem się władzy komunistycznej życie przynosiło zmiany na gorsze.

Jako nastolatek zostałem w szkole uznany za osobę o podejrzanych poglądach. Było to w  Liceum Ogólnokształcącym we Wrocławiu. Na tak zwane ziemie odzyskane przeprowadziliśmy się po śmierci ojca. Miałem wtedy czternaście lat, mama zadecydowała o przeprowadzce. Znaleźliśmy się najpierw w Kamiennej Górze, a potem we Wrocławiu.

Dzisiaj młodym ludziom musi się to wydać niezrozumiałe, ale awantura w szkole dotycząca moich nieprawomyślnych poglądów wybuchła z powodu szkolnej gazetki, której byłem autorem, zresztą na polecenie nauczyciela. Był to czas dominującej propagandy nazywanej „walką o pokój”. Już sam wyraz „walka” w kontekście pokoju wydawał mi się jego zaprzeczeniem, dlatego dominującym elementem mojej gazetki stały się wypisane wielkimi literami słowa: „Przekażcie sobie znak pokoju”. Przestrach nauczycieli, irytacja dyrekcji, wzywanie mamy do szkoły.

Zostałem politycznie naznaczony, ale jednak udało mi się ukończyć liceum mimo tych „klerykalnych” poglądów. Rozpocząłem studia na Wydziale Architektury Politechniki Wrocławskiej. Ukończyłem je obroną pracy magisterskiej na Politechnice Gdańskiej.

– Dlaczego przeniosłeś się na gdańską uczelnię?

To właśnie było to szczęśliwe zrządzenie losu, które uczyniło mnie gdańszczaninem. Byłem już w związku małżeńskim, a żona dostała nakaz pracy  do Gdańska. Od razu zacząłem starać się o pracę w przemyśle okrętowym. I tak związałem się ze Stocznią Gdańską na całe moje zawodowe życie. Zatrudniłem się w biurze konstrukcyjnym opracowującym projekty dla stoczni. To było Centralne Biuro Konstrukcji Okrętowych ( CBKO 1). Natomiast CBKO 2 było biurem wojskowym, pracującym na użytek armii. Później, w 1971 roku CBKO 1 zostało przekształcone w Biuro Projektowo-Konstrukcyjne Stoczni Gdańskiej.

Kiedy rozpoczynałem pracę, był to czas dominującej propagandy partyjnej, do której, oczywiście, miałem bardzo krytyczne nastawienie. Wśród zatrudnionych w biurze zarysował się wyraźny podział: wiadomo było, kto popiera panujący system, a kto jest wobec niego krytyczny. Ten krytycyzm miał zresztą bardzo ograniczony charakter. Sprowadzał się w zasadzie do mniej lub bardziej otwartych wypowiedzi. Byliśmy młodzi, wielu pozakładało rodziny, staraliśmy  się jakoś żyć w tym systemie. Miałem świadomość, że większa siła oporu i żądań wobec władzy tkwi w robotnikach, w tych tysiącach stoczniowców.

– Spodziewałeś się protestów wtedy w grudniu 1970 roku?

Nie w takiej skali. A przede wszystkim nie z takimi dramatycznymi konsekwencjami. Wyczuwało się rosnące niezadowolenie spowodowane szwankującą organizacją pracy i brakami materiałowymi, co ostatecznie ograniczało zarobki. Zdenerwowanie działaczy partyjnych zwołujących zebrania na wydziałach w przeddzień ogłoszenia podwyżki cen też dowodziło, że obawiają się protestów. W biurze wiedzieliśmy, oczywiście, że robotniczy bunt wylał się za bramy stoczni, że doszło do gwałtownych starć w mieście, że podpalony został budynek Komitetu Wojewódzkiego PZPR, ale niewyobrażalne było to, co się stało: władza zdecydowała się użyć broni palnej wobec protestujących.

Budynek naszego biura, dziś już nieistniejący, był oddalony o jakieś dwieście-trzysta metrów od stoczniowej bramy numer 2. Kiedy rankiem 16 grudnia dotarła do nas wieść o strzałach przed tą bramą, natychmiast tam pobiegliśmy. Nie miałem przecież złudzeń co do tej władzy, ale strzelać do protestujących ludzi? Nie mieściło mi się to w głowie. To był moment przełomowy w moim  myśleniu i myśleniu mojego najbliższego zawodowego otoczenia.

– Co to oznaczało? Chcieliście podjąć jakieś działania skierowane przeciwko tej władzy?

Może nie tyle przeciwko, ile wbrew niej. Jakkolwiek to by się tej władzy nie podobało, myśleliśmy o upamiętnieniu ofiar Grudnia tak, by było to czytelnym wyrzutem i przestrogą dla rządzących. Były różne pomysły, ale przede wszystkim nie było właściwego miejsca. Tu, gdzie obecnie stoi Pomnik Poległych Stoczniowców 1970, było torowisko i pętla tramwajowa. Myśleliśmy o  możliwości wykorzystania płotu w pobliżu bramy, potem pojawił się pomysł Lecha Wałęsy usypania piramidy z kamieni. Sprawa wracała przez całe dziesięciolecie 1970-1980, pojawiała się jako żądanie wobec władz przy każdej możliwej okazji i, oczywiście, natychmiast została umieszczona wśród strajkowych postulatów w Sierpniu ‘80. Wtedy właśnie, w czasie strajku grupa stoczniowców z Lechem Wałęsą na czele wyszła przed bramę numer 2 i ostatecznie zostało ustalone miejsce, gdzie powinien stanąć pomnik. Byłem w tej grupie.

– Robotnicy nie zawsze darzyli zaufaniem was, pracowników biura projektowego. Mówili o was „białe małpy”, jako, że nosiliście w pracy białe kitle.

W sierpniu 1980 ogromna większość spośród sześciusetosobowego zespołu biura projektowego poparła strajk. Po prostu  tak jak robotnicy czuliśmy się stoczniowcami i identyfikowaliśmy się z postulatami sformułowanymi przez Komitet Strajkowy. Jako, że był to strajk okupacyjny, przebywaliśmy w biurze dniem i nocą, pod Salą BHP słuchaliśmy przebiegu obrad Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego, kiedy stoczniowy strajk przekształcił się w solidarnościowy. a potem rozmów z komisją rządową. Kiedy patrzyłem na rosnące z dnia na dzień tłumy pod stoczniową bramą, kiedy czułem to solidarne  poparcie miasta, byłem dumny, że jestem gdańszczaninem, bo tu właśnie działa się historia. Podczas długich strajkowych dni, które spędzaliśmy w biurze, a właściwie także nocy, bo wiele się nie spało, w rozmowach wciąż powracała sprawa kształtu pomnika upamiętniającego grudniową tragedię. Właśnie kształtu, bo już byliśmy pewni, że musi powstać.

– Wokół kwestii jego autorstwa narosło wiele kontrowersji, właściwie do dziś nie milkną echa tego sporu.

Autorem pomysłu, idei, jest niewątpliwie Bogdan Pietruszka, zatrudniony wtedy w biurze jako technik konstrukcji kadłubowych. Byłem z nim zaprzyjaźniony, mieliśmy wspólne zainteresowania dotyczące dawnej broni.  Miał on także uzdolnienia plastyczne, amatorsko uprawiał malarstwo. Pewnej strajkowej nocy zauważyłem, że coś szkicuje i chowa pod tym swoim styropianowym „materacem”. – Pokaż, co tam  rysujesz  i chowasz – poprosiłem. Wyciągnął rysunek z czterema krzyżami i kotwicami. To była luźno naszkicowana idea pomnika, a właściwie jego górnej części: krzyże i kotwice.

– Ta idea powinna była jednak uzyskać konkretny kształt projektu budowlanego…

Bardzo mi się spodobała, więc natychmiast usiadłem do deski kreślarskiej i zacząłem to rysować w sposób profesjonalny pod względem i proporcji, i konstrukcji, i różnych danych, które trzeba było uwzględnić. Powoli, już w następnych dniach, ten projekt przybierał konkretny kształt. Na przykład taki ważny szczegół, jak wysoki ma być ten pomnik. Wstępny projekt został przedstawiony obradującemu w Sali BHP Międzyzakładowemu Komitetowi Strajkowemu. Spotkał się z ogromnym aplauzem i naturalnie wszyscy optowali za tym, by był jak najwyższy, widoczny z daleka jako wyrzut kłujący w oczy władzę. Stoczniowcy z modelarni odlewni wykonali makietę pomnika z  czterema krzyżami, tak jak było to przedstawione na rysunku Bogdana. Została  ustawiona na stole, przy którym obradowało Prezydium MKS. Wysokość musiała jednak uwzględniać możliwości istniejących firm budowlanych. Była firma dysponująca dźwigami umożliwiającymi prace budowlane do wysokości  czterdziestu dwóch metrów. To wyznaczyło maksymalną wysokość pomnika. Nie było wątpliwości, że jego wykonawcą będzie stocznia. To zadecydowało o materiale i technologii wykonania. A więc stal. Jaka? Oczywiście nierdzewna. Trzeba było dokładnie określić jej parametry  uwzględniające trwałość, sposób montażu, no i oczywiście w grę wchodziła jej dostępność na naszym rynku. Niemal nie odstępowałem deski kreślarskiej. Pracowałem w zasadzie dzień i noc.

Lech Wałęsa a po jego prawej stronie Wiesław Szyślak przy makiecie pomnika
Lech Wałęsa a po jego prawej stronie Wiesław Szyślak przy makiecie pomnika
Fot. Zenon Mirota / Zbiory ECS

– Najlepiej dopracowany projekt potrzebuje jednak odpowiedzialnego wykonawcy.

Właśnie. Wykonawcą była stocznia, zaś jej dyrektor, Klemens Gniech pełnił funkcję inwestora zastępczego. Bez jego wsparcia trudno byłoby zrealizować  budowę tak potężnego monumentu. Za swoje zaangażowanie zapłacił stanowiskiem. Po wprowadzeniu stanu wojennego został odwołany z funkcji dyrektora. Oczywiście, nadzór nad całością prac sprawował Społeczny Komitet Budowy Pomnika Poległych Stoczniowców 1970. Wszystko działo się niemal samoistnie. Zgromadzeni w Sali BHP przedstawiciele różnych zakładów deklarowali udział we wznoszeniu i montażu poszczególnych elementów pomnika. Niemal niosła ich ta pomnikowa idea. Natychmiast rozpoczęła się też zbiórka funduszy na budowę.

Na czele komitetu stanął robotnik ze stoczniowego Wydziału W-4, Henryk Lenarciak. Był przewodniczącym Rady Oddziałowej Związku Zawodowego Metalowców na swoim wydziale, osobą znaną, społecznie zaangażowaną, oddaną idei upamiętnienia ofiar dramatycznego Grudnia ‘70. Po podpisaniu porozumień sierpniowych i oficjalnym zarejestrowaniu komitetu to Lenarciak reprezentował go na wszystkich spotkaniach z przedstawicielami władz, co wytrącało im argument o zaangażowaniu środowisk opozycyjnych w budowę pomnika. Był przedstawicielem klasy robotniczej, tej wiodącej siły narodu według komunistycznej nomenklatury. Bardzo ważną rolę odegrał także Zygmunt Manderla, kolega z biura konstrukcyjnego, specjalista od siłowni okrętowych. Został sekretarzem komitetu i wykazał się niezwykłą sprawnością i skutecznością w załatwianiu wszelkich formalności.

– Pomnik, który znamy, składa się z trzech krzyży z kotwicami połączonych ramionami. Dlaczego komitet zrezygnował z pierwotnej wersji z czterema krzyżami?

Zadecydowały względy konstrukcyjne. Konstrukcja z trzech elementów jest bardziej stabilna niż z czterech. Ideę trzech krzyży, ze względu na symbolikę, poparli też hierarchowie Kościoła: kardynał Stefan Wyszyński, któremu przedstawiliśmy koncepcję pomnika, oraz biskup gdański, Lech Kaczmarek. Na wydziale kadłubowym, z którym związany był Bogdan Pietruszka powstawała dokładna dokumentacja, stanowiąca podstawę do rozpoczęcia prac. Narysowałem wszystkie szczegóły, określiłem gabaryty, proporcje, typ i grubość blachy na różnych wysokościach. Ważna była też kwestia rozpiętości krzyży, ich wzajemna odległość. Całą tę dokumentację po zakończeniu prac przekazaliśmy do Urzędu Miasta Gdańska, gdzie dotąd się znajduje.

Był więc szczegółowy projekt konstrukcji pomnika, ale właśnie… było to jakieś zbyt surowe, zbyt konstrukcyjne. Wysoko wzniesione ramiona krzyży z kotwicami za mało przyciągały wzrok. Brakowało jakichś akcentów w dolnej części. Potrzebowaliśmy rady artystów, którzy mogliby zaproponować i zaprojektować artystyczne wykończenie tej części tak, by przyciągała wzrok widza stojącego u stóp pomnika. W tej sprawie uzyskaliśmy wsparcie renomowanej pracowni rzeźbiarskiej Elżbiety Szczodrowskiej-Peplińskiej i Roberta Peplińskiego. Kiedy udaliśmy się do ich pracowni z Bogdanem Pietruszką, zostaliśmy entuzjastycznie przyjęci. Rzeźbiarze natychmiast rozpoczęli prace nad zaprojektowaniem, a następnie wykonaniem rozrzeźbień w dolnej części pomnika.

Chociaż pierwszy pal pod budowę został wbity 17 września 1980 roku, to ostateczną decyzję podjęliśmy 1 października, a konkretnie podjęła ją komisja w składzie: Bogdan Pietruszka, Elżbieta Szczodrowska-Peplińska, Robert Pepliński i ja. Małą architekturę w otoczeniu pomnika zaprojektowali  architekci: Wojciech Mokwiński i Jacek Krenz.

Wiesław Szyślak (z papierami w ręku) przy budowaniu jednego z krzyży
Wiesław Szyślak (z papierami w ręku) przy budowaniu jednego z krzyży
Fot. Zenon Mirota / Zbiory ECS

– Od momentu decyzji o budowie do uroczystości odsłonięcia pomnika upłynęło sto dni. Dziś, chociaż technika i wyposażenie przedsiębiorstw zajmujących się podobnymi konstrukcjami są na znacznie wyższym poziomie wydaje się to niewiarygodne…

…bo wręcz niewiarygodne było  zaangażowanie ludzi. Jak gdyby odblokowały się w nich  siły uwięzione dotąd niemożnością działania. A gdzieś jeszcze pojawiała się i uporczywie wracała myśl: trzeba się spieszyć, trzeba zdążyć, dopóki władza nie otrząsnęła się z posierpniowego szoku. Same uzgodnienia zajęłyby więcej czasu, niż te sto dni. Faktem jest, że tych papierkowych uzgodnień z różnymi instytucjami doskonale pilnował Zygmunt Manderla. Prace szły pełną parą, a stosowne pozwolenia równolegle.

– Władza się jednak nieco otrząsnęła. Była przecież próba rozpisania międzynarodowego konkursu  na projekt pomnika.

Tę rolę wyznaczono profesorowi Wiktorowi Zinowi, generalnemu konserwatorowi zabytków i wiceministrowi kultury i sztuki. Konkurs i do tego międzynarodowy z pewnością bardzo by odwlókł możliwość budowy pomnika. Poza tym całe stoczniowe środowisko, a także pracownicy zakładów, które zadeklarowały udział w budowie, bardzo przywiązało się do projektu z krzyżami i kotwicami, od czasu, gdy makieta pojawiła się w Sali BHP w czasie strajku. Konkurs mógłby wyłonić jako zwycięski całkiem inny projekt. Stoczniowcy w ogóle nie dopuszczali takiej myśli.

Profesor Zin przyjechał do Gdańska na spotkanie ze stoczniową  Komisją Zakładową NSZZ „Solidarność” we wrześniu 1980. Spotkanie odbywało się  w Sali BHP, która od czasu sierpniowego strajku na trwałe wpisała się do naszej historii. Na spotkaniu, poza sprawą konkursu, pojawiła się też kwestia usytuowania pomnika. Z zaplanowanego przez komitet miejsca wysoki monument miał być widoczny od strony dworca kolejowego Gdańsk Główny,  by każdy przyjeżdżający do naszego miasta mógł go dostrzec. To, oczywiście, nie podobało się władzy. Propozycja przesunięcia pomnika w miejsce skąd nie mógłby być dostrzeżony z okolic dworca tak rozsierdziła Lecha Wałęsę, że natychmiast zaproponował profesorowi przejście na plac. Tam wbił młotkiem  kołek w zaplanowanym przez Komitet Budowy miejscu posadowienia pomnika i stwierdził: „Właśnie tu będzie stał pomnik!”. Wobec zdecydowanego oporu i determinacji stoczniowców władza się wycofała.

– Przeszkody usunięte, można było ruszać.

Prawdę mówiąc, prace ruszyły jeszcze przed wizytą ministra Zina, a dotyczyły umocnienia gruntu. On na szczęście tego nie zauważył. Natomiast sama kwestia  postawienia tak wysokiej konstrukcji na grząskim gruncie, bo na takim terenie położone są tereny stoczniowe, stanowiła nie lada problem. Budowa jakichkolwiek hal, magazynów na tym terenie zawsze wymagała wbijania pali sięgających głęboko do twardego gruntu. Do pomocy zgłosili się specjaliści z Politechniki Gdańskiej, którzy analizowali  stateczność konstrukcji w stosunku do siły wiatru. Wszyscy bezinteresownie ofiarowali zaangażowanie w te specjalistyczne badania, które pozwoliły określić wymagane umocnienie fundamentu i system palowania. Pomnik Poległych Stoczniowców opiera się na osiemnastometrowych palach sięgających twardego gruntu, na nich posadowiona jest pozioma przezbrojona gruba płyta. Stateczność konstrukcji została wielokrotnie sprawdzona. Specjaliści różnych branż zgłaszali się z ofertą pomocy. To był niezwykły czas: wielkiej społecznej aktywności, ofiarności, bo przecież wciąż przybywało funduszy na koncie Społecznego Komitetu i wzajemnego zaufania.

Jedna z rzeźb przygotowanych do zamontowania, po prawej stoi Wiesław Szyślak
Jedna z rzeźb przygotowanych do zamontowania, po prawej stoi Wiesław Szyślak
Fot. Zenon Mirota / Zbiory ECS

Pamiętam dobrze ten szczególny czas i z żalem odnotowuję późniejsze spory dotyczące pomnika. Zaangażował się w nie Bogdan Pietruszka. Nie chcę  wchodzić w szczegóły tego sporu, chcę tylko wyjaśnić, że dotyczy on przede wszystkim rozrzeźbień w dolnej części. Przed odsłonięciem zostały one wykonane prowizorycznie, na żywioł, można powiedzieć, że była to improwizacja montażystów. Czas gonił, chodziło o dotrzymanie terminu odsłonięcia przewidzianego na dziesiątą rocznicę grudniowej tragedii 1970.  Jestem przekonany, że ważniejsze od tych szczegółów było to, że ten pomnik powstał. Prace nad umieszczeniem właściwych rozrzeźbień, zgodnych z projektem, podjęte zostały w następnym roku. Udało się je umieścić tylko na jednym krzyżu, dalsze działania uniemożliwił stan wojenny.

Po latach, już w nowej rzeczywistości, dzięki staraniom Społecznego Komitetu Budowy, a także staraniom władz miejskich Gdańska zostały przyznane fundusze na właściwe wykonanie rozrzeźbień. Wszystko zostało wykonane zgodnie z pierwotnym projektem pracowni rzeźbiarskiej. Tyle, że nie wszystkim to się spodobało. Właściwie, nie wiem dlaczego. Czyżby bardziej odpowiadała ta prowizorka z 1980 roku, gdy gonił nas czas?

– Czas rzeczywiście gonił. Czy miejscowe władze, od których zależały liczne uzgodnienia formalne dotyczące budowy, nie opóźniały prac?

Naturalnie miały takie możliwości, ale, o dziwo, nie skorzystały z nich, wręcz pomagały. Pozytywnie zaangażował się też ówczesny I sekretarz Komitetu Wojewódzkiego PZPR, Tadeusz Fiszbach, a wsparcie ze strony dyrektora Klemensa Gniecha było nie do przecenienia. Te wszystkie ustalenia z miejscowymi władzami świetnie załatwiali Henryk Lenarciak i Zygmunt Manderla. Nadzorowałem cały proces budowy, pilnowałem zgodności z projektem i wszystkimi zaprojektowanymi parametrami i wyliczeniami. Nadszedł dzień uroczystego odsłonięcia. Nie umiem określić właściwymi słowami tego, co wówczas odczuwałem, kiedy patrzyłem na te oświetlone, wniesione ku niebu krzyże, kiedy dźwięki „Lacrimosy” Krzysztofa Pendereckiego wręcz szarpały za serce, a potem zabrzmiały słowa apelu poległych odczytanego przez Daniela Olbrychskiego. I w tym wszystkim ta myśl: „Mam w tym swój udział”.

– Wasz pośpiech i nawet ta prowizorka z rozrzeźbieniami okazały się uzasadnione.

Rok później komunistyczne władze wprowadziły stan wojenny. Gdyby prace nad pomnikiem nie zostały ukończone, pewnie by nie powstał, a przynajmniej nie w tym kształcie. Później, już w nowej rzeczywistości, też raczej by się nie udało wykrzesać takiego zaangażowania, oddania sprawie budowy. W stanie wojennym Pomnik Poległych Stoczniowców 1970 stał się punktem odniesienia dla organizowanych manifestacji protestacyjnych, stał się też jednym z symboli oporu, więc jego wizerunek umieszczano na drukach i znaczkach pocztowych wydawanych w podziemiu. Pod pomnikiem, oddzielony kordonem ZOMO (Zmotoryzowanych Odwodów Milicji Obywatelskiej), składał kwiaty Lech Wałęsa, tu w 1987 roku samotnie modlił się Jan Paweł II.

A my ze Społecznego Komitetu Budowy Pomnika Poległych Stoczniowców? No, cóż, komitet najpierw został zawieszony, a później w 1983 roku rozwiązany. Fundusze ze społecznej zbiórki zgromadzone na jego koncie zostały natychmiast po wprowadzeniu stanu wojennego zablokowane, a  następnie przejęte przez likwidatora. Do dziś nie udało się uzyskać jakiegokolwiek odszkodowania.

– Podejmowaliście próby działania w po roku 1989?

Tak. Były próby w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Reaktywacja nastąpiła w 2012 roku. Zgromadzili się ponownie rozproszeni członkowie, zaangażowali się nowi. Próby odzyskania funduszy jak dotąd nie przyniosły rezultatu, a przecież ważnych jest wiele spraw, nad którymi komitet chce czuwać. Przede wszystkim chodzi o konserwację naszego monumentu. Istnieje instrukcja konserwacji, której przestrzegania trzeba pilnować. Przewidzieliśmy to i na razie udało się zabezpieczyć pomnik na wiele lat. Ważne są także działania edukacyjne i obywatelskie, ponieważ Pomnik Poległych Stoczniowców 1970 jest ważnym punktem odniesienia w Gdańsku. Trafia tu wielu turystów z kraju i zagranicy. Ważne, by mogła dotrzeć do nich rzetelna wiedza o wydarzeniach, które upamiętnia, o  warunkach jego budowy, o bezprecedensowym zaangażowaniu budowniczych.

Początek czerwca 2019, Święto Wolności i Solidarności przy Europejskim Centrum Solidarności, w jednym z namiotów można było spotkać członków Społecznego Komitetu Budowy Pomnika; pośrodku siedzi Wiesław Szyślak
Początek czerwca 2019, Święto Wolności i Solidarności przy Europejskim Centrum Solidarności, w jednym z namiotów można było spotkać członków Społecznego Komitetu Budowy Pomnika; pośrodku siedzi Wiesław Szyślak
Fot. Henryk Knapiński

– A dziś? Jakie jest znaczenie tego monumentu wpisanego do rejestru zabytków?

Został wpisany do rejestru zabytków ze względu na historię, którą przekazuje i przesłanie, które sobą reprezentuje. – Dzięki temu stał się równoważny w swojej wartości wielu zabytkowym budowlom Gdańska – stwierdziła minister Małgorzata Omilanowska, kiedy wręczała nam, twórcom pomnika, odznaczenie „Zasłużony dla Kultury Polskiej”.

Dziś i na zawsze pomnik jest i pozostanie symbolem wolności, a przede wszystkim przestrogą dla władzy, jakakolwiek by była, jeśli próbowałaby tę  obywatelską wolność ograniczyć. Próby zawłaszczania pomnika i ograniczanie dostępu do niego, z którymi mieliśmy do czynienia, podejmowane przez kogokolwiek, są z góry skazane na niepowodzenie. Jest on i symbolicznym, i materialnym, dotykalnym znakiem reprezentującym ludzi ceniących wolność.