PORTAL MIASTA GDAŃSKA
PL | EN | DE

W Gdańsku działa się historia i trzeba było w niej uczestniczyć

W Gdańsku działa się historia i trzeba było w niej uczestniczyć
Z Krystyną Zachwatowicz-Wajdą, aktorką, scenografką, autorką scenariusza uroczystości odsłonięcia Pomnika Poległych Stoczniowców rozmawia Maria Mrozińska
Krystyna Zachwatowicz, Europejskie Centrum Solidarności, święto wolności i solidarności; 4 VI 2019
Krystyna Zachwatowicz, Europejskie Centrum Solidarności, święto wolności i solidarności; 4 VI 2019
Fot. Anna Bobrowska / KFP

Maria Mrozińska: – Jest Pani osobą ogromnie zasłużoną dla kultury, ale także znaną z wielu inicjatyw społecznych, obywatelskich. Kraków  zawdzięcza inicjatywie i zaangażowaniu Pani i jej męża, Andrzeja Wajdy, powstanie takich instytucji jak Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha, pawilon Stanisława Wyspiańskiego. Jest też Pani autorką stałej ekspozycji poświęconej życiu i twórczości Józefa Czapskiego w pawilonie tego artysty. Jury miesięcznika „Kraków” uhonorowało Panią niedawno medalem „Za Mądrość Obywatelską”. W decyzji o jego przyznaniu podkreślono rangę tych inicjatyw obywatelskich jako „realizujących tak bardzo polski etos służby narodowi”. Zresztą, w Gdańsku też doceniano Pani zaangażowanie, jest Pani przecież laureatką nagrody „Neptuna” w 2011 roku, a jest ona przyznawana osobom, których „dorobek pozostawia trwały ślad w historii naszego miasta, wpisując się w wartości wolności i solidarności”.

Krystyna Zachwatowicz-Wajda: – Dziś takie pojęcia jak etos służby, patriotyzm zupełnie się zdewaluowały, stały się wytartym, nic nie znaczącym  frazesem. Dla mnie były oczywistością, zwyczajnym działaniem bez konieczności nazywania go wielkimi słowami.

Wyniosłam to z rodzinnych tradycji. Witold Chodźko, ojciec mamy, mój dziadek, lekarz psychiatra i neurolog był bardzo zaangażowany w tworzenie struktur odradzającego się państwa polskiego. Już w 1917 roku objął stanowisko kierownika Referatu Zdrowia Publicznego w Departamencie Spraw Wewnętrznych. Następnie z referatu stworzono wydział, potem sekcję i Dyrekcję Służby Zdrowia Publicznego. Kierował kolejno wszystkimi szczeblami organizacyjnymi tworzącej się służby zdrowia. Kiedy w 1918 roku  ostatecznie zostało utworzone Ministerstwo Zdrowia Publicznego i Opieki Społecznej, Józef Piłsudski mianował go podsekretarzem stanu i powierzył mu kierowanie tym resortem.

Niemal przez cały okres międzywojnia był delegatem Rządu Rzeczypospolitej w Lidze Narodów. Niezależnie od urzędowych funkcji angażował się w działalność społeczną, współpracował ze Stefanem Żeromskim w Towarzystwie Oświatowo-Kulturalnym, był współzałożycielem Towarzystwa „Kropla Mleka”, wspomagającego opiekę nad matka i dzieckiem, prezesem Polskiego Komitetu Walki z Handlem Kobietami i Dziećmi. Był zaangażowany jeszcze w wiele innych społecznych inicjatyw, całe jego życie to po prostu służba ludziom. Tak było i w czasie okupacji, kiedy działał w Polskim Komitecie Opiekuńczym i Komitecie Samopomocy Społecznej.

Z czasów mojego przedwojennego dzieciństwa  w Warszawie pamiętam zapracowanych rodziców przy rajzbretach, czyli deskach kreślarskich. Oboje byli architektami. Nie było jednak pogoni za łatwym sukcesem, za pieniędzmi. Wielu kolegów ojca namawiało go do zaangażowania w projekty powstających rezydencji, willi, wolał jednak uczestniczyć w projekcie profesora Oskara Sosnowskiego, który powołał Zakład Architektury Polskiej. Celem zakładu było  pogłębianie wiedzy o polskich zabytkach, a przede wszystkich ich dokładna inwentaryzacja. Dla ojca było to i ważne, i interesujące. Tyle, że nie zapewniało solidniejszych zarobków. Matka podtrzymywała go w tym wyborze. Jako dziecko nie słyszałam rozmów o karierze, pieniądzach, sukcesach. Nie było też przemówień do dziecka, wzniosłych słów dotyczących postępowania, po prostu był widoczny przykład obywatelskiego zaangażowania.

– Co zaowocowało Pani zaangażowaniem w czasie okupacji, kiedy jako nastolatka wstąpiła Pani do  Szarych Szeregów.

– To było w 1943 roku, bo kiedy wybuchła wojna, miałam dziewięć lat. Ojciec brał udział w obronie Warszawy, a potem zaangażował się w działalność konspiracyjną. Oczywiście, w domu nie mówiło się o tym. Dopiero po wojnie dowiedziałam się, że przez całą okupację kierował konspiracyjnie tym  założonym przez profesora Sosnowskiego Zakładem Architektury Polskiej. Profesor zmarł na początku wojny w wyniku ran odniesionych podczas bombardowań Warszawy. Mój ojciec, Jan Zachwatowicz, dalej kierował pracami nad inwentaryzacją i dokumentacją zabytków, prowadził też tajne wykłady z architektury i ochrony zabytków. Został przedstawicielem Delegatury Rządu RP na Kraj do spraw organizowania służb konserwatorskich, które miały zapewnić ocalenie najcenniejszych dzieł sztuki i przygotować powojenną odbudowę. W konspiracji współpracował z profesorem Stanisławem Lorentzem. W środowisku architektów związanych z przedwojenną politechniką działała komórka Armii Krajowej zajmująca się produkcją fałszywych dokumentów. O ich wysokiej jakości może świadczyć choćby to, że korzystał z nich Stanisław Jankowski, cichociemny, organizator i kierownik Wydziału Legalizacji i Techniki Komendy Głównej AK. Sądzę, choć – niestety – nie wiem tego na pewno, że w ramach tej działalności nawiązano współpracę z „Żegotą” [Radą Pomocy Żydom], by zapewnić właściwe, to znaczy aryjskie, dokumenty uratowanym z getta Żydom. Rozmów na ten temat nie było, ale w domu wyczuwało się akceptację wobec wszelkich działań przeciw okupantowi.

– Rozumiem więc, że rodzice nie powstrzymywali Pani przed włączeniem się w szeregi tajnego harcerstwa przygotowującego do oporu przeciw okupantowi.

– Kiedy skończyłam trzynaście lat, zaakceptowali moje wstąpienie do harcerstwa. Taki był zresztą warunek przyjęcia w jego szeregi. Niektóre zbiórki odbywały się w naszym mieszkaniu. Przeszłam przeszkolenie sanitarne, a także łącznikowe. Kiedy wybuchło powstanie, miałam czternaście lat. Zostałam włączona w szeregi harcerskiej poczty polowej w rejonie Śródmieście Południe. Punkt zbiorczy mieliśmy przy ulicy Wilczej. Znałam ten rejon doskonale, bo jeszcze przed powstaniem miałyśmy z koleżankami zlecenie dokonania spisu i oznaczenia na mapie istniejących studni. Rozumiałyśmy więc, że szykuje się akcja zbrojna, w czasie której mogą zostać uszkodzone wodociągi. W czasie powstania przekradałam się pod osłoną barykad, piwnicami, wykopami. Na początku zostałam włączona do patrolu sanitarnego. Na szkoleniu sanitarnym w harcerstwie nauczyłam się robić zastrzyki i zakładać opatrunki. Lżej rannych przenosiłyśmy do punktów opatrunkowych, poważniej rannych do szpitali powstańczych. To było trudne dla nastolatek. Dawałyśmy radę w czwórkę. Później zostałam skierowana do przenoszenia powstańczego „Biuletynu Informacyjnego” do wskazanych punktów. Trzeba było uważać na tzw. „gołębiarzy”, snajperów ulokowanych w strychowych okienkach i polujących na przechodniów.

Przez sześćdziesiąt trzy dni wychodziłam z domu rano i wracałam wieczorem. Kiedy z powodu ustawicznego ostrzału nie można było przedostać się na drugą stronę ulicy Marszałkowskiej, nie mogłam wrócić do domu. Trochę mnie irytuje, kiedy używa się wielkich słów o bohaterstwie. I wtedy, i dziś rozumiem to zaangażowanie jako coś oczywistego, zwykły obowiązek. Uważam, że prawdziwymi bohaterkami były nasze mamy, które przeżywały katusze w trosce o swoje dzieci, a przecież nie protestowały ani słowem. Przez te sześćdziesiąt trzy dni moja mama zostawała z młodszą siostrą w domu, zresztą także pod ostrzałem i narażonym na bombardowanie. Ojciec też wychodził każdego ranka, zajmował się ratowaniem i wywożeniem dzieł sztuki. Losy wojennych matek warte są genialnego pióra, bądź filmu.

– Wasz budynek ocalał?

– Z naszego przedwojennego mieszkania zostaliśmy wyrzuceni na początku okupacji, mieszkaliśmy w wynajętym mieszkaniu przy Koszykowej. Swoją drogą było to dobre mieszkanie dla celów konspiracyjnych, ponieważ do budynku można było wejść i od ulicy i od podwórza. Kamienica ta została uszkodzona w czasie powstania, wyleciały szyby. Dla ochrony przed odłamkami spałyśmy z siostrą pod fortepianem. W ostatnim miesiącu powstania przenieśliśmy się do piwnicy. W tym okresie miałam też inne zadania. Zostałam włączona do działań Wojskowej Służby Społecznej AK. Chodziło o pomoc ludności cywilnej, szczególnie rodzinom z małymi dziećmi. Otrzymałam przepustkę i upoważnienie dowództwa. Chodziłam po domach i zbierałam mleko w proszku dla niemowląt. Ludzie dzielili się solidarnie swoimi zapasami, nikt nie odmawiał.

Powstanie w mojej pamięci to zagrożenie życia, zniszczenie, cierpienie z powodu śmieci powstańczych przyjaciół, a równocześnie bezprzykładna odwaga walczących i międzyludzka wspaniała solidarność. Tej doznaliśmy także, kiedy musieliśmy opuścić Warszawę i tułaliśmy się, sypiając na jakichś strychach w Grodzisku Mazowieckim, potem w Podkowie Leśnej. W Podkowie Leśnej przebywał też profesor Stanisław Lorentz i wraz z nim ojciec podjął kolejne działania dla ocalenia dzieł sztuki, wywiezienia ich z płonącej Warszawy. To było wręcz szaleńcze działanie z wynajmowaniem ciężarówek, przekupywaniem niemieckich patroli, wyścig, by zdążyć przed unicestwieniem w płomieniach kolejnych kwartałów stolicy.

– Zbliżał się koniec wojennego koszmaru, ale wkraczały wojska sowieckie niosące zapowiedź zmian ustrojowych na wzór Związku Sowieckiego.

– Pobiłam się wtedy, dosłownie doszło do rękoczynów, z moją ówczesną przyjaciółką, która bardzo się cieszyła z wkroczenia Armii Czerwonej, niosącej, jej zdaniem, wyzwolenie. Ja się nie cieszyłam. Dla mnie to było skomplikowane, ta jakaś wolność-niewolność. Moim zdaniem, w ówczesnej sytuacji bardzo ważna była odezwa Rządu Emigracyjnego do narodu polskiego. Warto ją dziś przypomnieć, by uchronić się przed historycznymi uproszczeniami, do których szczególnie skłonna jest obecna władza.

Opublikowałam tę odezwę w książce poświeconej ojcu. Odezwa trzeźwo oceniała naszą rzeczywistość u progu pokoju: jest jak jest, trzeciej wojny światowej nie będzie, a obok ostrzeżeń przed włączaniem się w struktury nowo tworzącej się władzy znalazły się stwierdzenia nawołujące do pracy, nauki, odbudowy, słowem ratowania materialnej i kulturowej substancji Polski. I tak właśnie należało działać, i tak przyjęła to wezwanie polska inteligencja.

Gdybyśmy wszyscy poszli walczyć do lasu i zostali tymi hołubionymi obecne „żołnierzami wyklętymi”, gdyby nie tacy ludzie jak profesor Aleksander Gieysztor, jak mój ojciec, którzy współpracowali z konspiracyjną Radą Jedności Narodowej Delegatury Rządu, a równocześnie podjęli współpracę z tworzącą się komunistyczną władzą w sprawach dotyczących odbudowy kraju, to dziś pasalibyśmy krowy w kołchozie u Łukaszenki.

– Po wojnie toczyła się wśród konserwatorów dyskusja dotycząca sensu  odbudowy, a właściwie rekonstrukcji historycznych starówek, tak bardzo zniszczonych jak w Warszawie i Gdańsku. Argumentowano, że oznaczałoby to swoisty fałsz historyczny.

– Ojciec objął stanowisko generalnego konserwatora zabytków tuż po wojnie, w 1945 roku. Był świadomy tego „fałszu historycznego”, ale bardzo zdecydowanie opowiadał się za odtworzeniem starego miasta, zarówno w Warszawie jak i w Gdańsku.

– W tekście opublikowanym w „Biuletynie Historii Sztuki i Kultury” z 1946 roku Jan Zachwatowicz stwierdza: „Naród i pomniki jego kultury to jedno. Wydarto całe stronice naszej historii pisane kamiennymi zgłoskami architektury”. To bardzo zdecydowane stanowisko, sugerujące, niezależnie od jakichkolwiek zastrzeżeń, konieczność odbudowy.

– I tak się stało. Ojciec brał udział w ogólnopolskiej konferencji konserwatorów  w Gdańsku, podczas której uchwalono rezolucję dotyczącą odbudowy, a potem jako generalny konserwator podjął decyzję o odbudowie Głównego Miasta w Gdańsku. Decyzja ta, oczywiście, musiała być uzgodniona z ówczesnymi władzami. Ojciec bardzo się zaangażował w tę odbudowę, zawsze mówił: „Nie odbudowujemy dla komunistów, odbudowujemy dla Polski”. Dziś, kiedy spaceruję po pięknie odrestaurowanych uliczkach starego Gdańska, niemal z przerażeniem myślę, jak mogłoby wyglądać to miejsce, gdyby zwyciężyła koncepcja zbudowania tu czegoś w rodzaju MDM [socrealistyczny zespół mieszkaniowy zbudowany w Warszawie  w latach 1950-1952].

– Tuż po wojnie w wielu środowiskach żyła jeszcze nadzieja, że – wobec dość powszechnej niechęci wobec komunizmu – w Polsce może powstać jakaś specyficzna złagodzona forma tego systemu.

– Trzeba było ostatecznie porzucić te nadzieje w 1948 roku w momencie zjednoczenia PPR i PPS [Polskiej Partii Robotniczej stworzonej w czasie okupacji przez komunistów przybyłych z ZSRR i Polskiej Partii Socjalistycznej  o charakterze lewicowym, ale też niepodległościowym, istniejącej od 1892 roku]. Dla mnie było to straszne przeżycie. Mieszkaliśmy wtedy przy ulicy Lwowskiej, niedaleko Politechniki Warszawskiej, gdzie ten zjazd się odbywał.  Wszystkie okna w naszym budynku zostały zasłonięte czerwonymi szmatami. Nie wolno nam było zbliżać się do okien i odsłaniać tych szmat. Przez tydzień żyliśmy w tym czerwonym świetle. Dla mnie było to wyraźnym, wręcz namacalnym obrazem, symboliczną zapowiedzią tego, co się będzie działo. Tak mi to zapadło w pamięć, że po latach namówiłam męża, żeby wykorzystał tę sytuację w jednej ze scen filmu „Powidoki”.

Zresztą groza tej zapowiedzi zmaterializowała się niemal natychmiast. Kilka dni po zakończeniu zjednoczeniowego zjazdu, w wigilię 1948 roku został aresztowany Janek Rodowicz, pseudonim „Anoda”, bardzo znana postać okupacyjnej konspiracji. Byliśmy bardzo zaprzyjaźnieni, mieszkał z rodzicami piętro wyżej nad nami. Został zamordowany 7 stycznia 1949 roku, ale dowiedzieliśmy się o tym dopiero w marcu. Do marca była nadzieja, że jeszcze żyje, przygotowywaliśmy paczki. Nadeszły te czarne lata stalinizmu, prześladowań żołnierzy Armii Krajowej, osób narażających życie w okupacyjnej konspiracji, którym za to właśnie przyszło odsiadywać wyroki, ginąć w ubeckich katowniach.

– Październik 1956 i tzw. popaździernikowa odwilż przyniosły nową nadzieję?

– Na jakieś zasadnicze zmiany systemu, oczywiście, nie, ale cieszyło przede wszystkim to, że wiele osób odzyskało wolność. Studiowałam wtedy w Krakowie. Jeszcze przed Październikiem, ale już na fali „odwilży” powstał, powołany przez Piotra Skrzyneckiego, kabaret literacki „Piwnica pod Baranami”, z którym byłam potem związana przez wiele lat.

Wiadomo, że historii PRL nie można traktować jako monolitu. Był i czas powojennej nadziei, czarne lata stalinowskie, i „popaździernikowa odwilż”, potem gomułkowskie dokręcanie śruby, dramatyczny rok 1968, dla mnie osobiście wstrząsający. Wierzyłam, że dramat Holocaustu na tyle zapadł w społeczną świadomość, że antysemityzm nie ma szans się odrodzić. Odrodził się w urzędowej formie głoszony przez I sekretarza partii, Władysław Gomułkę i władze rządowe, ale, niestety, jego widmo wylazło też z wielu Polaków. Bardzo przeżyłam pożegnania z przyjaciółmi zmuszonymi do emigracji.

Krystyna Zachwatowicz i Henryk Knapiński, obecny przewodniczący SKBPPS, VI 2020
Krystyna Zachwatowicz i Henryk Knapiński, obecny przewodniczący SKBPPS, VIII 2020
Archiwum prywatne Krystyny Zachwatowicz

– Dramat Grudnia 1970 zamknął epokę gomułkowską. Zresztą poszczególne okresy w historii PRL-u, o których Pani wspominała, naznaczone były społecznymi protestami, które świadczyły o społecznej nieakceptacji, a przynajmniej o niedostatecznej akceptacji narzuconego systemu.

– W grudniu 1970 roku czułam się jakbym wpadła w czarną dziurę beznadziei. Przeżywałam to bardzo osobiście. Mieszkałam i pracowałam wtedy w Krakowie. Choć wiadomości z Wybrzeża docierały fragmentarycznie i z opóźnieniem, w moim środowisku odbieraliśmy to, co się tutaj działo, jak powrót do najgorszych czasów stalinowskiego reżimu. Strzelać do protestujących robotników? To było tak, jakbym straciła kogoś z najbliższych. Rozumiałam i solidaryzowałam się z pojawiającymi się przez całe następne dziesięciolecie robotniczymi żądaniami upamiętnienia grudniowych ofiar. Nie przewidziałam, że kolejne historyczne wydarzenia przyniosą szansę tego upamiętnienia i dane mi będzie w tym przedsięwzięciu uczestniczyć.

– To dziesięciolecie, a przede wszystkim jego druga połowa, to czas coraz lepiej zorganizowanych działań opozycji antykomunistycznej. Komitet Obrony Robotników wspiera prześladowanych uczestników robotniczych protestów, pojawiają się wydawnictwa bezdebitowe kolportowane w dużych zakładach, środowiska intelektualne protestują przeciwko zmianom w konstytucji utrwalającym przewodnią rolę PZPR i nienaruszalność sojuszu z ZSRR.

– Byliśmy zaprzyjaźnieni z czołowymi przedstawicielami opozycji, a także z sygnatariuszami „Memoriału 101” [protestu intelektualistów przeciwko zmianom konstytucji zainicjowanego przez Wiktora Woroszylskiego i Jacka Bocheńskiego], ale była taka niepisana umowa, że Wajda powinien realizować filmy, których siła rażenia może być potężniejsza niż jakiegokolwiek listu protestacyjnego. Kazimierz Brandys zawsze mówił do męża: „Ja mam pióro w biurku i mogę po nie sięgnąć, kiedykolwiek będę chciał coś napisać, ty masz kamerę w wytwórni i nie dostaniesz jej na realizację filmu, jeśli narazisz się władzy”. I rzeczywiście, „Człowiek z marmuru”, który pokazał prawdę o panującym systemie, miał tę siłę rażenia, dotarł do środowisk robotniczych. Świadczy o tym wielokrotnie opowiadana historia o robotniku, który w czasie strajku, w sierpniu 1980 roku wchodzącemu do Stoczni Gdańskiej Andrzejowi Wajdzie zaproponował zrealizowanie kolejnego filmu pod tytułem „Człowiek  z żelaza”. Zresztą prawie natychmiast, zaraz po strajku, mąż zabrał się za jego realizację. Po latach, po licznych próbach zakłamywania historii, eliminowania z niej roli Lecha Wałęsy, zdecydował się zrobić film „Wałęsa. Człowiek z nadziei”. I tak sama historia zarysowała scenariusz tego filmowego tryptyku. Przy okazji przypomina mi się anegdotyczna historia świadcząca, jak bardzo na Zachodzie niezrozumiana była sytuacja, w której żyliśmy w czasach PRL. Pewien francuski dziennikarz pytał męża, czy realizując „Człowieka z marmuru” miał już w zamyśle cały filmowy tryptyk.

– Jednak w Sierpniu ’80 zdecydowali się Państwo podpisać „apel 64” intelektualistów wzywający władze do rozmów ze strajkującymi robotnikami i popierający ich postulaty.

– Tak. Apel podpisał też mój ojciec. To był czas przełomu. Mieliśmy świadomość, że dzieje się historia i po prostu trzeba w niej uczestniczyć. Właśnie dlatego Andrzej pojechał do strajkującej stoczni. Wspierałam go w tej decyzji, choć doświadczenie dramatu Grudnia ’70 przywoływało obawę.

Wkrótce po podpisaniu porozumień sierpniowych odbywał się VII Festiwal Polskich Filmów Fabularnych, wtedy jeszcze w gdańskim Domu Technika NOT. Dzięki staraniom naszej producentki, Barbary Ślesickiej w czasie festiwalu udało się pokazać film Krzysztofa Kieślowskiego „Robotnicy 1971. Nic o nas bez nas”. Film przedtem nigdy nie był prezentowany w wersji oryginalnej. Po skrótach i pod zmienionym tytułem „Gospodarze”, wbrew protestom autorów, pokazano go w TVP. Tym razem, w czasie festiwalu, po raz pierwszy można było obejrzeć tę oryginalną wersję. Film został entuzjastycznie przyjęty i przez środowisko filmowców, i przez tłumnie przybyłych robotników. To był też szczególny znak czasów: robotnicy i inteligencja czujący i mówiący jednym głosem.

– W czasie strajku bardzo mocno wybrzmiał problem upamiętnienia ofiar Grudnia ‘70,  powstał pierwszy projekt pomnika, rozpoczęła się zbiórka pieniędzy przeznaczonych na jego wzniesienie. Wiadomo było, jak znacząca będzie uroczystość odsłonięcia. Jak to się stało, że małżonkowie Krystyna Zachwatowicz i Andrzej Wajda włączyli się w to dzieło?

– Na pokazie filmu Kieślowskiego był też Lech Wałęsa, który zaprosił nas potem do biura tworzącego się związku we Wrzeszczu przy ulicy Grunwaldzkiej. Spotykaliśmy się potem jeszcze wiele razy, ale to właśnie w czasie tego pierwszego spotkania zaproponował nam włączenie się w przygotowanie uroczystości odsłonięcia pomnika poświęconego stoczniowcom poległym w 1970 roku. Oczywiście, chodziło o scenariusz i reżyserię. Z wypowiedzi przewodniczącego wynikało, że pomnik powinien powstać w czasie najbliższych miesięcy, a jego odsłonięcie przewiduje się na 16 grudnia 1980, w dziesiątą rocznicę grudniowej tragedii. Oczywiście, zdecydowaliśmy się natychmiast. Dla mnie, dla męża też, było to tak naturalne, tak bardzo – powiedziałabym – pociągające w sytuacji, kiedy po dziesięcioleciach zniewolenia nagle otwiera się jakaś bańka z wolnością. Właściwie traktowaliśmy tę propozycję jako wyróżnienie. Nie zostało to w żaden sposób sformalizowane, nie byliśmy członkami Społecznego Komitetu, który został powołany natychmiast po zakończeniu strajku.

Prawdę mówiąc, to głównie ja kontaktowałam się z jego członkami. Andrzej był bardzo zajęty realizacją „Człowieka z żelaza”. Zaprzyjaźniłam się z tymi wspaniałymi ludźmi i bardzo szybko uwierzyłam, że dokonają tego niewyobrażalnego dzieła wzniesienia potężnego monumentu zaledwie w sto dni. To chyba ewenement na skalę europejską, jeśli nie światową. Dokonali tego przy wsparciu całej Polski, bo była to przecież nie tylko sprawa gdańska, a ogólnopolska.

Nasza przyjaźń przetrwała. Kiedy spotkaliśmy się po latach, gdy działalność Komitetu została wznowiona, okazało się, że zwracamy się do siebie jak wtedy,  używając przyjacielskiej formy „ty”, że nadal nadajemy na tych samych falach i tak samo rozumiemy pojęcie obywatelskiej służby, społecznego zaangażowania.  Pomnik był wtedy – i jest teraz – symbolem wolności i ostrzeżeniem dla władzy, jakakolwiek by nie była, przed ograniczaniem tej wolności. Dlatego i dziś u jego stóp gromadzą się protestujący przeciwko zawłaszczaniu państwa przez jedną polityczną opcję. Gdańsk, w jakimś sensie, poprzez to poczucie wspólnoty z ludźmi i wydarzeniami, stał się moim miastem.

Wtedy, w 1980  roku, często przyjeżdżałam do Gdańska, ustalaliśmy szczegóły przebiegu uroczystości, przekazywałam notatki Andrzeja, wymienialiśmy listy z uwagami. Zachował się mój list pisany do Zygmunta Manderli, ówczesnego sekretarza Społecznego Komitetu. Zachowały się też nasze plany uroczystości, pokreślone przeze mnie i przez męża, bo wciąż nad nimi dyskutowaliśmy, zmienialiśmy jakieś szczegóły. Przekazałam je do archiwum Europejskiego Centrum Solidarności.

– Wiele spraw trzeba było wtedy uzgadniać z władzami, przede wszystkim kwestię zapewnienia bezpieczeństwa. Brała pani udział w spotkaniach z  przedstawicielami ówczesnych władz, które dotyczyły przebiegu uroczystości?

– To było bardzo szczególne doświadczenie: rok 1980, pełna komuna, my i oni, wzajemne poczucie niechęci, a równocześnie obawy i ta wielka sala w Urzędzie Wojewódzkim, spotkanie z wojewodą Jerzym Kołodziejskim i I sekretarzem Komitetu Wojewódzkiego PZPR, Tadeuszem Fiszbachem. W sali generałowie milicji, wojska, admirałowie, jacyś nieprzedstawieni cywile, chyba ubecy, i  wygląda na to, że wszyscy jesteśmy zgodni, co do zasad bezpieczeństwa.

Naprawdę niemal nie mogłam ochłonąć. W tym systemie, w sytuacji zależności od ZSRR można z nimi siąść do stołu i rozmawiać? Okazało się, że można było i zaowocowało to bezpiecznym przebiegiem uroczystości, która zgromadziła kilkaset tysięcy ludzi, świadomych przecież odpowiedzialności komunistycznej władzy za śmierć tych, których odsłaniany monument upamiętnia. Władza, oczywiście, obawiała się wybuchu niekontrolowanych emocji.

Jestem przekonana, że dominującym uczuciem ludzi zgromadzonych na uroczystości odsłonięcia nie był gniew, ale duma. Oto odsłaniamy potężny pomnik, w miejscu, gdzie przez dziesięciolecie zabraniano nawet składać kwiaty, w miejscu zbrodni, o której pamięć władza chciała zatrzeć. Dokonaliśmy tego, udało nam się! Osobiście tak to właśnie odczuwałam. Ostatnio wspominaliśmy tamten szczególny moment z Heńkiem Knapińskim, który wtedy odpowiadał za organizację uroczystości ze strony stoczni. Okazuje się, że miał podobne odczucia.

Uroczystość odsłonięcia Pomnika Poległych Stoczniowców przy bramie nr 2; 16 XII 1980
Uroczystość odsłonięcia Pomnika Poległych Stoczniowców przy bramie nr 2; 16 XII 1980
Fot. Zbigniew Kosycarz / Archiwum KFP

– Jak Pani zapamiętała samą uroczystość?

– Było to tak przejmujące przeżycie, że dziś nawet nie pamiętam, gdzie siedziałam. Mam w oczach bardzo szczególny obraz pomnika i wszystkiego, co się działo u jego stóp, tak jakbym widziała to wszystko z góry, właściwie tak jak to było rozrysowane, rozplanowane: odsłonięcie dokonane przez przedstawicieli rodzin zabitych stoczniowców, Lech Wałęsa zapalający znicz, Daniel Olbrychski i apel poległych, a w uszach dźwięk wyjących syren, dzwonów gdańskich kościołów. A potem „Lacrimosa” Krzysztofa Pendereckiego. Bardzo    szczególne uczucie, wracające kiedy jestem pod pomnikiem nawet teraz po czterdziestu latach.

– Rok później dostępu do pomnika broniły oddziały ZOMO [Zmotoryzowane Odwody Milicji Obywatelskiej], a na stoczniowe bramy skierowane były lufy czołgów.

– Szybko potwierdzony został sens tego wielkiego pośpiechu i ogromnego wysiłku przy budowie pomnika, bo on jednak wbrew temu wszystkiemu stał i samym swoim istnieniem zaprzeczał tym działaniom stanu wojennego. W okresie legalnego działania „Solidarności” moje związki z Gdańskiem jeszcze się zacieśniły. Gdańsk był siedzibą władz krajowych związku, a ja ściśle współpracowałam z Regionem Mazowsze.

W stanie wojennym, wzorem kobiet wspierających powstania narodowe w czasie zaborów, natychmiast zorganizowałyśmy w Warszawie komitety pomocy prześladowanym, więzionym, internowanym, najpierw w lokalu Związku  Literatów Polskich. Tam jednak szybko pojawił się komisarz wojskowy,  ostatecznie znaleźliśmy możliwość spotkań i działania przy kościele św. Marcina.

– Wierzyła Pani, że to poczucie wolności, które poruszyło właściwie wszystkie środowiska w naszym kraju w czasie tych kilkunastu miesięcy po podpisaniu porozumień sierpniowych nie zagubi się w codzienności stanu wojennego? Że społeczny opór doprowadzi do zmian?

– Starałam się wierzyć, choć nie było to proste. Byłam wielką zwolenniczką rozmów „okrągłostołowych”, kiedy pojawiła się taka szansa, cieszyły mnie wyniki wyborów czerwcowych w 1989 roku, choć już wtedy z niedowierzaniem przyjęłam fakt, że niemal czterdzieści procent naszego społeczeństwa nie wzięło  w nich udziału. Myślę, że tak wysoki procent obywateli, których po prostu nic nie obchodzi, nie obchodzą losy kraju, miał znaczenie i wpłynął na naszą późniejszą sytuację. Do takich ludzi, niestety, najłatwiej dociera populistyczny przekaz.

Dziedziniec Polskiej Filharmonii Bałtyckiej, Krystyna Zachwatowicz składa odcisk dłoni w alei gwiazd; 12 VIII 2011
Dziedziniec Polskiej Filharmonii Bałtyckiej, Krystyna Zachwatowicz składa odcisk dłoni w alei gwiazd; 12 VIII 2011
Fot. Mateusz Ochocki / KFP

W czasach PRL nie spodziewałam się, że pojawi się szansa życia w wolnej Polsce, ale też, niestety, nie spodziewałam się, że przyjdzie ponownie protestować w obronie podstawowych wartości, demokratycznych praw. Zawsze, nawet w najgorszych czasach, widziałam szansę w edukacji, niestety niewykorzystaną po 1989 roku. Tylko edukacja mogłaby zapewnić wykształcenie się obywatelskiego społeczeństwa. Dziś ta szansa wydaje się całkowicie zaprzepaszczona. No cóż, mimo wszystko pozostaje nam „robić swoje”, jak  namawiał nas swego czasu Wojciech Młynarski.

 

Listopad 2020