PORTAL MIASTA GDAŃSKA
PL | EN | DE

Gdańsk to dla mnie zarzewie wolności

Gdańsk to dla mnie zarzewie wolności
Z Maciejem Grzywaczewskim, działaczem opozycji demokratycznej, współtwórcą tablic z postulatami strajkujących w Sierpniu ’80 rozmawia Maria Mrozińska
Maciej Grzywaczewski
Maciej Grzywaczewski
Archiwum prywatne Macieja Grzywaczewskiego

Maria Mrozińska: Sierpień, miesiąc, który na trwałe zapisał się w społecznej pamięci… Niestety, obchodzimy kolejne rocznice sierpniowego strajku 1980 coraz bardziej podzieleni, odmiennie odczytujący rolę bohaterów tamtych wydarzeń, a nawet sam ich przebieg. Dziś atmosferę podgrzewa jeszcze spór o prawa do tablic, na których wraz z Arkadiuszem (Aramem) Rybickim zapisaliście 21 postulatów sformułowanych przez Międzyzakładowy Komitet Strajkowy.

Maciej Grzywaczewski: Atmosferę podgrzewa „Solidarność”, obecna „Solidarność”, która, niestety, nie ma nic wspólnego z tamtym ruchem społecznym angażującym miliony, z tamtym ogólnonarodowym bezkrwawym powstaniem ujętym wtedy w ramy związku zawodowego. Dzisiejsza „Solidarność” nie jest nawet czystym związkiem zawodowym, a raczej jakąś grupą quasi biznesową. Wymyślają jakieś projekty, na które pozyskują środki finansowe, jak choćby Instytut Dziedzictwa Solidarności, który przejął pieniądze odebrane Europejskiemu Centrum Solidarności. Wymyślili sobie budowę własnego centrum, promującego alternatywną historię, oczywiście za budżetowe pieniądze. Roszczą sobie pretensje do symboli „Solidarności”, do których nie mają żadnego prawa. To nie jest kontynuacja, to jest inna instytucja, która tylko tak samo się nazywa. Przecież nawet prawo do używania logo „Solidarności” ta nowa „Solidarność” musiała kupić od jego autora, Jurka Janiszewskiego, ponieważ prawa nabyte przez „Solidarność” w 1981 roku  nie dotyczyły tego nowego bytu prawnego. Można tu mówić jedynie o spuściźnie duchowej, do której mamy prawo wszyscy, identyfikujący się w tamtym czasie z ideami „Solidarności”.

– Niezależnie od kwestii prawnych spór o imponderabilia coraz bardziej dzieli, podważa wzajemne zaufanie w społeczeństwie.

– To z kolei zasługa obecnie rządzących, bardzo wspieranych przez związek. Stara zasada „divide et impera” („dziel i rządź”) sprawdza się do czasu. Dziś raczej potrzeba kompromisu, porozumienia i mam wrażenie, że duża część społeczeństwa odczuwa tę potrzebę. Z żalem myślę o tamtym czasie, kiedy rodziła się „Solidarność”, pełnym nadziei, ogromnego zaangażowania.

– W działania o charakterze opozycyjnym angażowałeś się już jako licealista.

– Niechęć do narzuconego nam ustroju wyniosłem z domu. Ojciec był w Armii Krajowej, został ranny w powstaniu warszawskim. Od 1941 roku pracował w straży pożarnej w Warszawie, swoim aparatem fotograficznym kodak rejestrował różne wydarzenia. Zachowały się więc jego zdjęcia z różnych akcji, w których brał udział jako strażak, między innymi z akcji gaśniczej w czasie  powstania w getcie. Właściwie jedyne zdjęcia z tych wydarzeń są jego autorstwa.

Ocalały?

– Tak. Wraz ze szczegółowym opisem uwiecznionych na nich wydarzeń zostały przekazane do Instytutu Yad Vashem w Jerozolimie.

W powojennej rzeczywistości ojciec nie chwalił się swoją akowską przeszłością, Zresztą oboje rodzice mieli dramatyczne przeżycia wojenne, mama przeszła przez Ravensbrück. Po wojnie osiedlili się w Gdańsku, gdzie ojciec mógł spełnić swoje marzenie, ukończyć studia na budownictwie okrętowym i podjąć pracę w gospodarce morskiej. Nigdy nie zapisał się do partii, co z pewnością nie ułatwiało mu kariery zawodowej.

Atmosfera nieakceptacji systemu właściwie towarzyszyła mi od wczesnej młodości. Pamiętam dźwięk zagłuszanych stacji radiowych BBC i Wolnej Europy z takiego starego lampowego przedwojennego Philipsa. Tak więc ta atmosfera, no i lektury, głównie dotyczące historii, wpłynęły na moje dojrzewanie.

W kształtowaniu osobowości i poglądów z pewnością ma też znaczenie, z kim się człowiek zetknie, zaprzyjaźni, jakich ludzi spotka na swojej drodze. Ja spotkałem w liceum, w III LO w Gdańsku, Mariana Terleckiego, Kasię Rozmarynowską. Postanowiliśmy wydawać niezależne pisemko. Nazywało się „Bodziec”. Pisaliśmy trochę na maszynie, trochę ręcznie. Rozchodziło się to tylko w naszej klasie, przechodziło z rąk do rąk i oczywiście nie miało długiego żywota. Potem, też jeszcze w liceum, zaczęliśmy z Marianem robić teatr studencki, w którym staraliśmy się odnieść do aktualnych wydarzeń, których byliśmy świadkami w Gdańsku.

– Utożsamialiście się z bohaterami tych wydarzeń? Marcowych protestów studenckich? Dramatycznych wydarzeń Grudnia 1970? Byliście wtedy bardzo młodzi…

– Tak, ale Grudzień to był wstrząs. Byłem wtedy w drugiej klasie liceum, cała rada pedagogiczna „Topolówki” (tak  popularnie  nazywano nasze liceum położone przy ulicy Topolowej) zgodnie zaprotestowała przeciw krwawemu tłumieniu robotniczych protestów. Pamiętam nauczycielkę języka angielskiego, która z płaczem opowiadała o wydarzeniach 17 grudnia w Gdyni, gdzie mieszkała i na własne oczy widziała krwawą rozprawę z protestującymi.

Właśnie wtedy postanowiliśmy z Marianem Terleckim zrobić spektakl o Grudniu. To była kompilacja różnych tekstów: Barańczaka, Kornhausera, Zagajewskiego w naszej interpretacji. Do tego muzyka Pink Floydów. Prezentowaliśmy ten spektakl w „Żaku”.

Wcześniej, w 1968 roku byłem bezpośrednim świadkiem rozprawy ze studenckim protestem. Chodziliśmy wtedy z siostrą na lekcje angielskiego na Politechnice Gdańskiej. Właśnie szliśmy na taką lekcję i trafiliśmy na największą zadymę. W okolicach Teatru Miniatura widziałem jak uciekający chłopak wpadł na schody w pobliskim budynku, a za nim ormowcy (Ochotnicza Rezerwa Milicji Obywatelskiej) z pałami. Słyszałem jak go tłukli, a jeden z nich czekał przed klatka schodową, chyba, żeby jeszcze mu dołożyć, jak wybiegnie. Miałem ze sobą laskę, wziąłem ją chyba z dziecinnej chęci udziału w zadymie, o której słyszałem z radia. Miałem wtedy niespełna czternaście lat i byłem, oczywiście, całym sercem za bitymi studentami. Rzuciłem tą laską w stojącego ormowca, trafiłem go w głowę i jak najszybciej zwiałem.

– To był raczej dziecinny bunt, chęć przygody. Co zadecydowało o późniejszym włączeniu się w dojrzalsze działanie opozycyjne?

– Szczęśliwie my z „Topolówki” trafiliśmy do duszpasterstwa dominikanów, gdzie spotkaliśmy ojca Ludwika Wiśniewskiego i grupę z „Jedynki” (I LO w Gdańsku): Olka Halla, Arama Rybickiego, Wojtka Samolińskiego, Grzesia Grzelaka. Wpływ ojca Ludwika jest nie do przecenienia. On właściwie nas ukształtował. „Jedynkowcy” przyszli do duszpasterstwa jako grupa, która uprawiała mały sabotaż, ja miałem za sobą ów atak na ormowca. Ojciec Ludwik  wybił nam to z gorących głów. Przekonał nas, że niewielki z takich działań pożytek, za to konsekwencje poważne. Wyjaśnił, że walka o wolną Polskę w  ówczesnej sytuacji powinna polegać na budowaniu świadomości jak największych grup społecznych. To było takie działanie formacyjne, szukanie ludzi. Ojca Ludwika przeniesiono najpierw do Lublina, potem do Wrocławia. Wszędzie skupiał wokół siebie młodych ludzi, tworzył nowe środowiska, a za jego pośrednictwem my nawiązywaliśmy kontakty z nimi.

Szukaliśmy jednak też ludzi noszących w sobie ducha zdecydowanego oporu przeciw opresyjnej władzy. Byliśmy pod wielkim wrażeniem organizacji „Ruch”, braci Czumów, Stefana Niesiołowskiego, którzy wtedy odsiadywali drakońskie wyroki za działania o charakterze politycznym, niepodległościowym. Nawiązaliśmy też kontakty ze środowiskiem, które później powołało Komitet Obrony Robotników. Ideowo bliżsi nam, ze środowiska gdańskiego, byli jednak Czumowie. Poznaliśmy też Leszka Moczulskiego.

– Jak wyobrażaliście sobie możliwości działań niepodległościowych w ówczesnych warunkach?

– Efektem tych kontaktów po wyjściu Czumów z więzienia było założenie podziemnej organizacji o nazwie Nurt Niepodległościowy. W tym czasie przeniosłem się z Uniwersytetu Gdańskiego, gdzie rozpocząłem studia prawnicze, do Warszawy na Akademię Teologii Katolickiej.

– Poszukiwałeś odpowiedzi na podstawowe egzystencjalne pytania?

– W jakimś sensie, choć muszę przyznać, że przede wszystkim zależało mi na tym, by być w Warszawie, blisko centrum działań opozycyjnych, blisko Czumy, Moczulskiego. Znalazłem się nawet w pierwszym składzie zarządu Nurtu wraz z Janem Dworakiem, Leszkiem Moczulskim i Andrzejem Czumą. Zaczęło się ukazywać regularnie wydawane w podziemiu pismo „U progu”. Wyprzedziło nawet trochę wydawnictwa Komitetu Obrony Robotników.

– Jak radziliście sobie z poligrafią? Przecież wtedy nie było możliwości legalnego zakupu urządzeń umożliwiających działalność wydawniczą poza cenzurą. Wcześniej działacze „Ruchu”, wzorem wojennego podziemia, organizowali akcje ekspropriacyjne i zdobywali powielacze z instytucji państwowych.

– W naszym wypadku była to akcja przemytnicza. Rodzina Dyków udała się samochodem na urlop do Francji. Otrzymali dobrej klasy powielacz, chyba od Giedroycia. Udało im się bez szczególnej kontroli granicznej dowieźć go do Czechosłowacji. Tam, tuż przed granicą z Polską, w Tatrach, gdzieś w okolicach Czarnego Stawu, Piotr Dyk schował go w krzakach z zamiarem późniejszego przeniesienia przez zieloną granicę. Pierwsza próba przemycenia go okazała się nieudana. Udałem się w góry wraz z Pawłem Mikłaszem. Musieliśmy jednak zrezygnować z powodu nagłej zmiany pogody. To był wrzesień, ale w górnych partiach Tatr spadł śnieg. Nie byliśmy na to przygotowani. Zresztą może i lepiej, że wtedy się nie udało, bo później okazało się, że Mikłasz był agentem Służby Bezpieczeństwa. Kolejną, tym razem udaną, próbę przeniesienia powielacza przez granicę podjęli Piotr Dyk, Olek Hall i Marian Piłka. Mieliśmy więc dobry powielacz i „U progu” ukazywało się w całkiem porządnej formie graficznej. Wydawnictwa podziemne drukujące również książki uznałem z czasem za najbardziej sensowną działalność. Byłem zaangażowany w struktury wydawnictwa Konstytucji 3 Maja.

– To było podziemie wydawnicze, ale naprawdę najważniejsze w działalności opozycyjnej okazało się powołanie organizacji jawnych, działających otwarcie, gdzie różne wypowiedzi, apele sygnowane były własnymi nazwiskami.

– Tak, zrozumieliśmy, jak ważne było pokazać, że można przełamać strach przed konsekwencjami ze strony opresyjnej władzy. Na jakiś czas związałem się z Ruchem Obrony Praw Człowieka i Obywatela, ale pojawiające się tam spory zniechęciły mnie i gdańskie środowisko, z którego się wywodziłem. W 1979 roku powołaliśmy Ruch Młodej Polski. Naszym ideowym pismem był „Bratniak”, który ukazywał się zresztą już wcześniej, przed powołaniem RMP. Od tego czasu moja aktywność podzielona była między RMP i podziemie wydawnicze. Utrzymywałem również bliskie kontakty ze środowiskiem KOR-u. Wstąpiłem też do Studenckiego Komitetu Solidarności w Warszawie.

– Co na to wszystko Służba Bezpieczeństwa?

– Oczywiście byłem inwigilowany, jak zresztą wszyscy działacze opozycji demokratycznej. Zatrzymywanie na 48 godzin bez postawienia jakichkolwiek zarzutów stało się naszą codziennością. By uczynić je bardziej uciążliwym, fundowano nam tak zwane „debelki”, to znaczy po odsiedzeniu 48 godzin delikwenta się wypuszczało, po czym natychmiast ponownie zatrzymywało i przewoziło na kolejne 48 do innego komisariatu  Byłem zatrzymywany bardzo często. Ktoś obliczył, że w sumie przesiedziałem na „dołkach” w różnych komisariatach ponad trzy miesiące.

Muszę przyznać, że milicjanci i ci tak zwani profosi (klawisze na milicyjnych „dołkach” w komisariatach) raczej dobrze nas traktowali, wiedzieli, że nie jesteśmy przestępcami. Najgorzej wspominam komisariat przy Malczewskiego w Warszawie, gdzie na „dołku” były pluskwy i okropnie zostałem pogryziony, ale jak mówił Janusz Szpotański, te wszystkie zatrzymania to był tylko „pluszowy krzyż”.

W Gdańsku od 1978 roku działały Wolne Związki Zawodowe Wybrzeża, z którymi nasze młodopolskie środowisko miało bardzo dobre relacje. Wspólnie podejmowaliśmy wiele działań. Po aresztowaniu Błażeja Wyszkowskiego z WZZ w strajku głodowym brali udział ludzie z RMP. Kiedy organizowaliśmy obchody 3 maja i 11 listopada wspierali nas członkowie WZZ, z kolei my pomagaliśmy w organizowaniu obchodów rocznic grudniowej tragedii. Były bardzo udane akcje ulotkowe organizowane  przez grupę Lecha Wałęsy ze Stogów. Towarzyszyły zorganizowanym przez nas w Bazylice Mariackiej modlitwom w intencji uwolnienia  Darka Kobzdeja i Tadeusza Szczudłowskiego, aresztowanych po rocznicowych obchodach 3 maja 1980. Zresztą decyzja o strajku w Stoczni Gdańskiej zapadła właśnie w mieszkaniu Piotra Dyka, gdzie odbywało się spotkanie po ich uwolnieniu. Była grupa WZZ-owców, był Bogdan Borusewicz, główny organizator strajku, nasi ludzie z RMP. Wiedziałem, że coś się szykuje, ale nie byłem w tym wąskim gronie podejmującym decyzje.

– Młodopolskie środowisko, doświadczone w działalności opozycyjnej  zaangażowało się natychmiast w pomoc strajkującym. Towarzyszyłeś strajkowi od pierwszego dnia?

– Prawie. Strajk wybuchł w czwartek 14 sierpnia. Byłem wtedy na jeziorach na jachcie z rodzicami. Tego dnia usłyszeliśmy z Radia Wolna Europa o wydarzeniach w Stoczni Gdańskiej. Natychmiast zdecydowaliśmy o powrocie do Gdańska. Dopłynęliśmy do przystani w Płoni Małej (inaczej nazywanej Pleniewem) następnego dnia wieczorem, na silniczku, bez żadnego łapania wiatru, byle szybciej. Do stoczni wjechałem w sobotę rano dostawczym żukiem  w pełni załadowanym bochenkami chleba i już tam zostałem.

– Skąd ten chleb?

– Od znajomego piekarza z Wrzeszcza, który na czas remontu swojej piekarni wynajął pomieszczenie w  Płoni, gdzie wypiekał chleb. Wziąłem wszystko. Zapłaciliśmy mu z kasy młodopolskiej.

– Sobota 16 sierpnia była krytycznym dniem. Stoczniowcom przyrzeczono zaspokojenie ich postulatów ekonomicznych, a także tych, dla których strajk został zainicjowany i na tym stoczniowy protest mógł się zakończyć.

– Ja z częścią tego chleba pojechałem jeszcze do stoczni do Gdyni, bo okazało się, że strajkujący w Gdańsku mają już sporo pieczywa. Telefony były odcięte, oni tam niewiele wiedzieli, zostałem niejako zmuszony do wypowiedzi i naświetlenia sytuacji. Nie miałem talentu Lecha Wałęsy w przemawianiu do tłumów, ale jakoś poszło.

Po powrocie trafiłem właśnie na ten krytyczny moment. Część stoczniowców opuszczała zakład, a równocześnie przyjeżdżali przedstawiciele innych zakładów, które podjęły strajk. Ostatecznie zapadła decyzja o strajku solidarnościowym. I to właśnie był ten moment, kiedy narodziła się „Solidarność”, a wkrótce stała się początkiem ogólnonarodowego powstania. Nie waham się tak określić wydarzeń sprzed czterdziestu lat. Zaczęły napływać postulaty różnych zakładów, powołany nocą z soboty na niedzielę Międzyzakładowy Komitet Strajkowy pracował nad nimi. Ostatecznie zostały zatwierdzone w niedzielę 17 sierpnia – te znane 21 postulatów. My z RMP uruchomiliśmy wszystkie swoje moce wydawnicze, ale i tak ludzie poza stocznią byli zdezorientowani, tym bardziej, że w poniedziałek w mieście pojawiły się esbeckie fałszywki. Media w rękach rządzącej partii oczywiście zafałszowywały obraz wydarzeń.

Pomyśleliśmy wtedy z Aramem Rybickim, ze trzeba stworzyć coś, co pozwoli każdemu zainteresowanemu, zbliżającemu się do stoczniowej bramy, stwierdzić naocznie, o co tak naprawdę chodzi. I tak narodziła się myśl wypisania tych postulatów na wielkich, z dala widocznych tablicach i umieszczenia ich przy stoczniowej bramie numer 2. Chyba Aram na to wpadł, on zawsze był wulkanem pomysłów.

Strajk, sierpień 1980, Sala BHP, pośrodku Maciej Grzywaczewski
Strajk, sierpień 1980, Sala BHP, pośrodku Maciej Grzywaczewski
Archiwum prywatne Macieja Grzywaczewskiego

– Tablice wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO, dzisiejsza kość niezgody…

Nawet nam przez myśl nie przeszło, że będą miały takie znaczenie, że staną się ikoną sierpniowej rewolucji. Chodziło nam tylko o uwiarygodnienie przekazu strajkujących. Nawiązaliśmy dobry kontakt z młodymi stoczniowcami: Markiem Krówką, Zbigniewem Trafalskim. Oni skierowali nas w głąb stoczni, kolejni stoczniowcy dali nam te wielkie tablice, tekst do napisania podzieliliśmy po równo. Próbowaliśmy najpierw pisać farbą, Aram napisał nawet całą preambułę. Zajmowało to, niestety, bardzo dużo czasu. Pisalibyśmy farbą chyba całe dwa dni, a nam chodziło o to, by jak najszybciej pojawiło się wiarygodne medium, czytelne dla każdego. Te nasze próby pisania farbą zachowały się na odwrotnej stronie tablic. Dostaliśmy więc ołówki traserskie z miękkim wkładem i wtedy poszło szybko. Aram pisał od początku, ja od ósmego postulatu.

Oczywiście, nikt nie twierdzi, że powstało dzieło sztuki, ale ma to jakąś formę graficzną chronioną prawem autorskim. Europejskie Centrum Solidarności, gdzie znajdują się tablice, dysponuje taką opinią prawną. Dysponuje także dokumentem, dotyczącym przekazania tablic wystawionym przeze mnie i Małgorzatę Rybicką, wdowę po śp. Aramie.

Tablice są właściwie własnością ogólnospołeczną, z pewnością nie obecnego związku zawodowego ”Solidarność”, który nie ma nic wspólnego  z posierpniową „Solidarnością”, ani ideowo, ani formalnie. Gdyby nie obecna awantura nigdy w życiu nie podnosiłbym kwestii praw autorskich. A ta awantura przybiera obecnie coraz bardziej nieparlamentarne formy.

– W sporze bierze także udział dyrekcja Narodowego Muzeum Morskiego.

– Wplątanie w sprawę sporu dyrekcji NMM jest zupełnym nieporozumieniem z podtekstem politycznym, jako, że podlega ona Ministerstwu Kultury i Dziedzictwa Narodowego, zaangażowanemu w tworzenie alternatywnej historii Sierpnia ‘80. Tablice znalazły się w muzeum wypożyczone na wystawę w pierwszą rocznicę sierpniowego strajku. Po wprowadzeniu stanu wojennego zostały ukryte przez pracowników, a po zmianach ustrojowych zupełnie bezpodstawnie i raczej omyłkowo wpisane do inwentarza zbiorów muzeum.

– Wróćmy do tamtego czasu tworzenia niezależnego związku i wielkich społecznych nadziei.

– To był czas, który całkowicie zmienił moje życie. Byłem wtedy na piątym roku studiów, właśnie zacząłem pisać pracę magisterską na ATK w Warszawie. Tym razem wszystko, co ważne działo się w Gdańsku. Postanowiłem tu zostać i pomagać w organizacji związku. Praktycznie całe nasze RMP-owskie środowisko włączyło się do prac organizacyjnych. Byliśmy młodzi, pełni zapału, mieliśmy trochę doświadczenia w pracy opozycyjnej, trochę oczytania w kwestiach społecznych. Jak tak się zastanowić, to właściwie właśnie my jakoś to ogarnęliśmy. Wałęsa przecież nie miał w tych kwestiach żadnego doświadczenia, chociaż miał charyzmę i polityczny instynkt, w przemówieniach umiał trafić do ludzi, porwać ich. Jestem przekonany, że gdyby nie on, to ten strajk tak by się nie potoczył. Później też dobrze rozgrywał prowadzenie związku.

Ale zbudowanie struktury, podział czynności i odpowiedzialności to zupełnie co innego. Weszliśmy w to spontanicznie i z wielkim zaangażowaniem. Na początku byłem szefem kancelarii, Bożena Rybicka została sekretarką Wałęsy, Grzegorz Grzelak szefem sekretariatu Komisji Krajowej, Irek Gust był od kontaktów ze związkami branżowymi, Aram Rybicki zorganizował Biuro Informacji Prasowej „Solidarność” (BIPS) i został jego szefem, Olek Hall przez jakiś czas pełnił funkcję doradcy. Później się wycofał, dla niego, konserwatywnego polityka, za dużo było spraw związkowych.

Trzeba było oddzielić i osobno zorganizować struktury krajowe i regionalne. Jak już została powołana Komisja Krajowa, zostałem dyrektorem biura tej Komisji, obciążonym poważnymi obowiązkami i ogromną odpowiedzialnością. Miałem wtedy dwadzieścia sześć lat. Wszyscy weszliśmy w to z pasją, żyliśmy tym. Wiedzieliśmy, że tworzymy coś ogromnie ważnego. Spotykaliśmy się oczywiście jako grupa polityczna mniej więcej raz w tygodniu, ale jako struktura RMP na razie zawiesiliśmy działanie. Wiedzieliśmy, że najważniejsze jest być w tym solidarnościowym ruchu i współtworzyć go. Tak było też w czasie I Krajowego Zjazdu Delegatów w 1981 roku. Kierownikiem Biura Organizacyjnego Zjazdu został członek RMP, Andrzej Jarmakowski. Staraliśmy się podtrzymywać w związku linię umiarkowaną, linię Wałęsy, chociaż mieliśmy swoje z nim przepychanki.

Zjazd NSZZ Solidarność, wrzesień 1981, od lewej: Bożena Rybicka, Aram Rybicki i Maciej Grzywaczewski
Zjazd NSZZ Solidarność, wrzesień 1981, od lewej: Bożena Rybicka, Aram Rybicki i Maciej Grzywaczewski
Archiwum prywatne Macieja Grzywaczewskiego

– Z czasem w związku uwidoczniły się wyraźne różnice dotyczące sposobu działania i relacji z władzą.

– Nasze środowisko w pełni popierało umiarkowaną linię Lecha Wałęsy. W czasie kryzysu marcowego w 1981 roku, kiedy na włosku wisiała możliwość strajku generalnego po pobiciu Jana Rulewskiego, także wspieraliśmy działania Wałęsy zmierzające do  ugodowego rozwiązania napiętej sytuacji. W kolejnych miesiącach jednak napięcie narastało i pojawiały się symptomy świadczące o nieuchronności zderzenia z władzą.

Pamiętam taki incydent. Przyszedł do mnie sufragan gdański, biskup Kazimierz Kluz z informacją, że szykowany jest zamach na Lecha Wałęsę w czasie jego podróży na południe Polski. Nie wiedzieliśmy, na ile to jest pewna informacja, ale siedliśmy z Piotrem Adamowiczem, który wtedy też pracował dla „Solidarności”, nad mapą i obłożyliśmy się książkami telefonicznymi. Obdzwoniliśmy wszystkie parafie na trasie podróży i proboszczowie zobowiązali się monitorować przejazd i informować nas telefonicznie, że samochód z przewodniczącym (na dodatek z sekretarką, moją narzeczoną a obecnie żoną, Bożeną Rybicką) przejechał szczęśliwie. Nasze telefony były, oczywiście, na podsłuchu, więc, jeżeli zamach był rzeczywiście planowany, to akcja monitorowania przez parafie musiała do niego zniechęcić.

O przygotowaniach władzy do rozprawienia się z „Solidarnością” informował nas kapitan SB, Adam Hodysz, który już od 1978 roku współpracował z opozycja demokratyczną. Informacje przekazywał przede wszystkim Olkowi Hallowi. 12 grudnia 1981 uprzedził o możliwych aresztowaniach, dzięki czemu większość osób z naszego środowiska zdołała się przed nimi uchronić.

– Dla was chyba było to gwałtowne zderzenie z rzeczywistością stanu wojennego. Po czasie intensywnej pracy, zaangażowania i wielkich nadziei nadszedł czas izolacji, ukrywania się, niepokoju.

– Miałem nadzieje, jak się okazało płonne, że władza się cofnie, że zderzy się z siłą dziesięciu milionów członków związku, że staną niemal wszystkie zakłady produkcyjne. Dla mnie wprowadzenie stanu wojennego miało dodatkowo osobisty wymiar. 17 grudnia 1981 to dla mnie i Bożeny miała być piękna data. Tego dnia miał odbyć się nasz ślub. Niestety, przed nami było sześć miesięcy ukrywania się w różnych mieszkaniach, a ślub odbył się dopiero rok później. Przez te miesiące w ukryciu największą przykrość sprawiała nam świadomość, że narażamy ludzi, którzy nas przechowują.

Spotykaliśmy się, oczywiście, z innymi ukrywającymi się z naszego środowiska, zmienialiśmy mieszkania. Ostatnim mieszkaniem, w którym się ukrywaliśmy, było mieszkanie pani profesor Penson, skąd wróciliśmy do domów, ujawniliśmy się, jak właściwie wszyscy pozostali młodopolacy. Dłużej ukrywał się Olek Hall, zaangażowany w struktury podziemne, no i Aram Rybicki siedział jeszcze w obozie internowania w Strzebielinku. Decyzję o ujawnieniu podjęliśmy po wielu dyskusjach, w których staraliśmy się dokonać oceny sytuacji. Wynikało z nich, że nie ma powrotu do solidarnościowego karnawału 1980-1981, który był drogą na skróty do przemian ustrojowych. Zrozumieliśmy, że czeka nas raczej długi marsz. Mediację  dotyczącą naszego ujawnienia się, bez jakichkolwiek lojalnościowych zobowiązań wobec władz stanu wojennego, podjął Wiesław Chrzanowski, prawnik, doradca „Solidarności”.

Wracało pytanie: co robić? Część naszego środowiska, ja też, stawiała raczej na działania pozytywistyczne. Uważałem, że trzeba budować mocny ośrodek polityczny wokół Lecha Wałęsy, którego niezłomna postawa w czasie internowania miała duże znaczenie dla podtrzymania oporu. I na tym głównie polegała moja ówczesna aktywność. Bożena wróciła do roli sekretarki przewodniczącego, jeszcze zanim Wałęsa opuścił Arłamów, miejsce swojego odosobnienia. Chodziła do mieszkania rodziny Wałęsów na Zaspie, załatwiała korespondencję, umawiała wizyty. Po powrocie Lecha było coraz więcej  spotkań, wizyt niemal z całego świata.

– Nie myślałeś o emigracji? Wyjechaliście przecież do Francji.

– Ten wyjazd do Francji nie miał nic wspólnego z emigracją. Nie planowaliśmy go. Mieliśmy chorego synka i próbowaliśmy go leczyć za granicą. Kiedy już się tam znalazłem, starałem się wykorzystać wszelkie możliwe kontakty, by wspomagać opozycję w Polsce. Od razu nawiązałem kontakt z pallotynami i ich wydawnictwem Edition du Dialogue. Udawało się przemycać wydawane przez nich książki do Polski.

W kontakcie z pallotynami rozpocząłem też działania medialne związane z produkcją filmową, co właściwie ukierunkowało moje dalsze zawodowe życie. Był to czas fenomenu kaset VHS, fenomenu nowego medium – video. Dzięki temu można było złamać monopol na informacje utrzymywany przez autorytarne reżimy. Założyłem dwa stowarzyszenia zajmujące się właśnie produkcją niezależnych filmów: Video Dialog, a potem Modus Video. Współpracowałem z Video Kontaktem Mirosława Chojeckiego. Pierwszy film zrealizowałem o wizycie prymasa Glempa we Francji. Później z Krzysztofem Talczewskim, Piotrem Wejchertem zrobiliśmy kolejne filmy.

Równocześnie poszukiwaliśmy środków na zakup sprzętu, wysyłaliśmy, a właściwie przemycaliśmy, sprzęt do Gdańska, gdzie powstał dział Dokumentacji Diecezjalnej Video, najpierw u pallotynów, później znalazł siedzibę przy Bazylice Mariackiej. Bardzo angażował się w tę niezależną produkcję Marian Terlecki, którego niebawem aresztowano, ale produkcja filmowa nadal była kontynuowana. Kasety VHS krążyły w kraju i docierały do coraz liczniejszego grona odbiorców. Wspomagaliśmy też kopiowanie gotowych produkcji z Polski i staraliśmy się przemycać kopie naszych. We Francji byliśmy też  nieformalnymi ambasadorami Lecha Wałęsy. Otrzymaliśmy od niego upoważnienie do reprezentowania go w kwestiach wydawniczych dotyczących autobiograficznej książki „Droga nadziei”.

Mnóstwo ludzi z kraju do nas przyjeżdżało. Pamiętam taki rok, w którym tylko trzy dni byliśmy sami, bez gości. Przyjeżdżali znajomi znajomych i ich kolejni znajomi, bywało ludzie, których w ogóle nie znaliśmy. Mieliśmy dobre mieszkanie, które przydzielił nam, na prośbę Lecha Wałęsy, ówczesny mer Paryża, późniejszy prezydent Francji, Jacques Chirac. Tych przewijających się  przez nasze mieszkanie gości mogłem (oczywiście za ich zgodą) wykorzystywać jako kurierów przewożących książki, kasety oraz kolejne transze honorarium dla Wałęsy za wspomnianą autobiograficzną książkę.

– Zadomowiłeś się we Francji. Nie chciałeś jednak tam pozostać?

– Pamiętam taką rozmowę z Januszem Szpotańskim: – Po co pan jedzie teraz do kraju, gdzie w sklepach jest tylko ocet? – dziwił się. Sam właściwie nie zdecydował się na emigrację, ale wtedy więcej przebywał we Francji niż w Polsce. Odpowiedziałem, że przede wszystkim wracam do Gdańska, miasta, które dla mnie jest zarzewiem wolności. Przyznał, że to jest jakiś argument.

Wróciłem w 1988 roku, tuż przed sierpniowym strajkiem, po którym pojawiła się perspektywa rozmów demokratycznej opozycji z władzą. Byłem całym sercem za takim pokojowym rozwiązaniem. Powoli dzień po dniu, jakby grudka po grudce odzyskiwaliśmy tę niepodległą Polskę, budowaliśmy demokrację i wolny rynek.

Od polityki jednak wtedy się oddaliłem, całkowicie poświęciłem zawodowej działalności medialnej. Jak z czasem zauważyłem, dającej także szansę wpływania na opinię społeczną, czasami skuteczniej niż poprzez jakiekolwiek działania polityczne. Pamiętam choćby znaczenie programu „Bez znieczulenia”, który realizowałem z Wiesławem Walendziakiem…

– … na początku lat dziewięćdziesiątych minionego wieku, w dobie przemian ustrojowych. A jak widzisz kolejne lata minionego trzydziestolecia?

– Mimo licznych błędów i zaniechań pierwsze dwadzieścia pięć lat uważam za bardzo pomyślny okres w naszej historii. Jeśli spojrzymy z dystansu na często krytykowaną prezydenturą Lecha Wałęsy i porównamy ją z na ogół dobrze ocenianą prezydenturą Aleksandra Kwaśniewskiego, to ta pierwsza jawi się jako wybitna, mimo potknięć i niewłaściwych ludzi w otoczeniu prezydenta. Nie sposób przecież pominąć takich osiągnięć jak wyprowadzenie wojsk sowieckich z Polski, uzyskanie ulg w spłacie zagranicznego zadłużenia, wsparcie dla koniecznych reform gospodarczych Leszka Balcerowicza, początek rozmów w sprawie przyjęcia Polski do NATO i Unii Europejskiej.

 
Archiwum prywatne Macieja Grzywaczewskiego

Nie chciałbym mówić o ostatnich pięciu latach, które dramatycznie podzieliły społeczeństwo, zniszczyły wiele międzyludzkich relacji. Sieć społecznych relacji powoli i misternie się tka, a dzisiaj przecina ostro jak nożem. To się, niestety, stało. Trzeba będzie lat, by je odbudować, a bez wzajemnego zaufania w samym społeczeństwie, w kontaktach między różnymi środowiskami, między obywatelami i władzą trudno myśleć o pomyślnym rozwoju.