Paderewski w Gdańsku przed stu laty

W Boże Narodzenie 1918 roku Ignacy Jan Paderewski przybył do Gdańska, korzystając z pomocy brytyjskiej misji wojskowej.

A
A
Ostatnia aktualizacja: 21 grudnia 2018 r.Data publikacji: 21 grudnia 2018 r.


Fot. Herbert A. French / Internet: Library of Congress


„Gdańsk – to okno, bez którego nie mogłaby Polska oddychać” z przemówienia Ignacego Jana Paderewskiego w Paryżu, 9 kwietnia 1919

***

Jego interpretacje dzieł wielkich romantyków uznawano za genialne, potrafił przyciągnąć na swój koncert kilkanaście tysięcy słuchaczy. Uczeń znakomitego polskiego kompozytora i pianisty, Teodora Leszetyckiego, podbił swym talentem najpierw Europę, potem Amerykę. Koncertował w najbardziej prestiżowych miejscach na świecie, jego gry słuchały koronowane głowy, przywódcy państw, przedstawiciele wielkiej finansjery. Był wyczekiwanym i mile widzianym gościem na salonach.

Niezmiernie ceniony Ignacy Jan Paderewski przez lata, jeszcze zanim pojawiła się realna szansa na odrodzenie Rzeczpospolitej, był rzecznikiem polskich interesów, ambasadorem nieistniejącego państwa. Uważa się powszechnie, że pod jego wpływem amerykański prezydent, Woodrow Wilson, umieścił w przedstawionej Kongresowi 18 stycznia 1918 roku deklaracji pokojowej pamiętny 13. punkt, gwarantujący restytucję państwa polskiego. Szykownie odziany, w cylindrze, z burzą złocistych włosów na głowie, prezentował się dokładnie tak, jak powinien wyglądać prawdziwy artysta-muzyk. Pojawił się w Poznaniu w grudniu 1918 roku. Oczekiwany był przez tłumy wystarczająco zdeterminowane, aby chwycić za broń i walczyć – w kolejnym, tym razem zwycięskim powstaniu.


Przez ocean i morza

Paderewski opuścił Stany Zjednoczone na pokładzie statku „Megantic” 23 listopada 1918 roku. Zimowy rejs nie należał do doświadczeń przyjemnych, przykra aura powodowała, że pasażerowie większość czasu spędzali w zamknięciu, w kajutach lub pomieszczeniach restauracyjnych. Niestety, dalszy ciąg podróży dostarczył równie trudnych doświadczeń. Niepodziewanie miejsca w hotelach angielskich były zajęte; mimo że znacznie wcześniej, jeszcze z Nowego Jorku, anonsowano zamiar zatrzymania się w londyńskim „Ritzu”, nie dysponowano tam pokojami od wielu tygodni. Nie potrafiono również doradzić, gdzie Helena i Ignacy Paderewscy wraz z towarzyszącą im we wszystkich podróżach papugą Cockney Roberts mogliby się zatrzymać.

Gości z Ameryki przywitały ciemne ulice i oczywiście deszcz. Olbrzymią liczbę kufrów i toreb załadowano na wóz, który ruszył w kierunku St. John’s Wood, gdzie mieszkała przyjaciółka Paderewskich, angielska powieściopisarka Alma-Tadema Lawrence (1865-1940) i jej siostry. W tym domu przyjęto ich z otwartymi ramionami. Jednak z powodu szczupłości miejsca było to lokum tymczasowe. Paderewscy po dwóch dniach przenieśli się do hotelu znacznie niższej kategorii niż „Ritz”, gdzie szczęśliwie zwolniły się pokoje.

Pobyt w Anglii obfitował w szereg ważnych spotkań, kilka z nich odbyło się w siedzibie Foreign Office. Niepokojono się tam rozwojem sytuacji w Polsce. Helena Paderewska zapisała w swoich wspomnieniach taką oto uwagę: „Kraj bezpośrednio po wycofaniu się Niemców wpadł w ręce elementu radykalnie socjalistycznego, a nad Zamkiem Królewskim powiewała czerwona flaga”. Tego rodzaju opinie były dość popularne wśród urzędników brytyjskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych, zasugerowano więc, by Paderewski udał się do Warszawy i spróbował zaprowadzić tam jakieś pozory porządku.

Twierdzono, że warunkiem koniecznym dopuszczenia reprezentantów Polski do konferencji pokojowej winno być utworzenie nad Wisłą rządu porozumienia narodowego, który dawałby gwarancję stabilności i byłby odpowiedzialnym partnerem podczas rozmów. Zdaniem Brytyjczyków, Paderewski, jako człowiek znany ze swojego zaangażowania w sprawy polskie, a jednocześnie bezstronny, spoza polityki, nienależący do żadnej z frakcji i generalnie niezamieszany w wewnętrzne konflikty w kraju, byłby odpowiednim kandydatem, by stanąć na jego czele. Artysta wstępnie wyraził zgodę. Uznał jednak, że podejmie się tej trudnej misji, jeśli poprze ją Komitet Narodowy Polski w Paryżu, który postrzegano powszechnie jako głównego przedstawiciela Polski u boku zwycięskich państw Ententy. Tak więc doszło do spotkania i rozmów z Romanem Dmowskim.

Związany z tym pobyt w Paryżu miał trwać krótko – dwa dni. Paderewscy znaleźli się w mieście akurat w momencie, gdy przybył doń darzony ogromnym szacunkiem przez pianistę, dobrze mu znany również z prywatnych spotkań, prezydent USA Woodrow Wilson. Paderewskiego bardzo ucieszył ten fakt, wierzył, że Polska tym sposobem zyskała niezwykle ważnego orędownika swych spraw. Komitet zatwierdził plan zaproponowany przez brytyjskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych i Paderewscy powrócili do Londynu. Zaczęli przygotowywać się do podróży do Polski, którą postrzegali słusznie jako wymagającą i niebezpieczną. W końcu mieli się przenieść w centrum świata targanego niepokojami, których konsekwencji nikt nie był w stanie przewidzieć. Miał ich otoczyć tłum ludzi w części uzbrojonych, zdeterminowanych, pełnych emocji i oczekiwań, tłum, nad którym trudno zapanować.

Jeszcze zanim wyruszyli do Paryża rozważano, w jaki sposób można bezpiecznie i szybko przetransportować Paderewskiego do Polski. Sugerowano, że mógłby skorzystać z samolotu, jednego z tych, które przemierzały już wówczas trasę między Paryżem a Londynem. Artystę pomysł zainteresował, jego żona była przeciwnego zdania. Koniec końców, jak napisała pani Helena: „Zdecydowano zatem, że powinniśmy udać się przez Gdańsk na pokładzie brytyjskiego krążownika [HMS „Concord” – dop. WB], eskortowanego przez niszczyciela [był to okręt HMS „Cardiff”]. Ten plan całkowicie zadowolił mojego męża przynajmniej z jednego powodu – mianowicie jego ambicją było powrócić do Polski drogą przez Gdańsk, który od wieków był portem morskim jego ojczyzny i który miał nadzieję ujrzeć ponownie w polskich rękach”. Paderewski miał nawet powiedzieć ówczesnemu ministrowi spraw zagranicznych Wielkiej Brytanii, Arthurowi Balfourowi – podczas jednego ze spotkań poprzedzających bezpośrednio podróż na wschód – że pojedzie do Polski „ale tylko przez Gdańsk”. Jego zdaniem mogło to stanowić symboliczną manifestację, przypominającą światu, że miasto nad Motławą, które było przez wieki częścią dawnej Rzeczpospolitej, powinno wrócić w jej granice. Balfour oświadczył: „Wierzymy Panu. Mamy szczerą nadzieję, że Pan zrobi wszystko i wykorzysta wszystkie możliwości, aby uniknąć drastycznych wydarzeń. Mamy nadzieję, że zostanie to dokonane dzięki Panu bez rozlewu krwi”.


Misja HMS „Concord”

Na tydzień przed Bożym Narodzeniem „Concord” wypłynął z Harwich (Helena Paderewska napisała: „myślę, że było to dziewiętnastego”). Paderewskim towarzyszył jedynie major Zygmunt Iwanowski z armii Hallera. Żona majora, amerykanka Helena z domu Moser, ze względu na problemy z paszportem musiała pozostać w Londynie, bez bagażu, który znalazł się na pokładzie okrętu. Lekki krążownik „Concord” należał do okrętów nowych, został zbudowany podczas wojny: „Lśnił świeżą farbą, był nieskazitelnie czysty”. Pani Helena była pełna uznania dla członków brytyjskiej marynarki wojennej. W ciągu pięciu dni spędzonych na pokładzie okrętu, miała okazję przekonać się, jak trudna to służba: „W jaki sposób nawet silni, wytrzymali mężczyźni mogą żyć, pracować i, jak się zdaje, utrzymywać dobry humor w tak trudnej sytuacji, jaka panuje na okręcie wojennym w warunkach bojowych na Morzu Północnym w grudniu – na zawsze pozostanie dla mnie tajemnicą. Pogoda była okropna, burzowa, zimna i mglista, z niekończącym się deszczem i burzami śnieżnymi, wewnętrzne ściany statku po prostu zionęły wilgocią, ale wszyscy wydawali się radośni i zadowoleni, zarówno marynarze, jak i oficerowie, a bardziej atrakcyjnej i czarującej grupy ludzi niż owi oficerowie nigdy wcześniej nie spotkałam. Uczynili wszystko, by było nam wygodnie”.

Kapitan William Douglas Paton (był on pierwszym kapitanem „Concorda” w latach 1916-1919) odstąpił gościom swoją skromną kabinę, składającą się z salonu i sypialni. Na niewiele się to jednak zdało, upiorny chłód, jaki panował na okręcie, sprawił, że Paderewski już wkrótce nabawił się ciężkiego przeziębienia, z którym miał walczyć przez kilka następnych tygodni. Pianista nie tracił jednak animuszu, jego żona zapisała: „To nie powstrzymało go od zejścia na dół pewnego wieczoru do mesy oficerskiej i zagrania dla oficerów. Był to interesujący widok – mesa z niskim sufitem, powietrze gęste od dymu tytoniowego, grupa rumianych, przyjaźnie wyglądających młodych Anglików i mój mąż, siedzący przy małym zdezelowanym pianinie, któremu nie tylko brakowało jednego pedału i miało kilka uszkodzonych klawiszy, ale było niesamowicie rozstrojone”. Oficerowie byli skonfundowani i z przejęciem przepraszali artystę za fatalny stan pianina. Jakiś czas potem na odnalezionej części instrumentu kazali wygrawerować stosowny napis i wysłali ją Paderewskiemu jako pamiątkę wspólnego rejsu.

Pani Helena zanotowała niebawem: „Myślę, że dwa dni spędziliśmy w Kopenhadze (statek znalazł się tam 21 grudnia), opóźnieni przez następujące po sobie nieustanne burze śnieżne, co uniemożliwiało próbę przedostania się przez wielkie pole minowe, znajdujące się między Kopenhagą a Gdańskiem. Ostatecznie wyruszyliśmy w Wigilię”. Ustalając dalszy przebieg podróży, należy brać pod uwagę fakt, że rejs okrętem typu „Concord” z Kopenhagi do Gdańska trwać musiał przynajmniej szesnaście godzin.

W Kopenhadze mała grupa powiększyła się o kilku mężczyzn. Byli to: podpułkownik Harry A. L. Wade (1873-1959) z armii brytyjskiej (później działał w Lidze Narodów i Stałym Trybunale Sprawiedliwości Międzynarodowej), komandor Henry Bernard (Hughes) Rawlings (1889-1962) z brytyjskiej marynarki wojennej (później admirał Marynarki Królewskiej), Langford, pracownik brytyjskiego ministerstwa spraw zagranicznych oraz Sylwin Strakacz (1892-1973), który przebywał w Kopenhadze w ramach polskiej misji i otrzymał pozwolenie, aby wrócić do kraju na pokładzie „Concord”. Stał się on postacią ważną w otoczeniu Paderewskiego, jego osobistym sekretarzem i doradcą politycznym w latach 1919-1941.

Pułkownik Wade i komandor Rawlings mieli założyć w Polsce brytyjską misję wojskową, towarzyszyła im grupa lekarzy i sanitariuszy. Na okręcie znajdowało się specjalne, dodatkowe wyposażenie medyczne, część kajut przekształcono w pomieszczenia ambulatoryjne i szpitalne. Zadaniem okrętu było bowiem podjęcie z Gdańska i Szczecina przetrzymywanych tam brytyjskich jeńców wojennych. Zakładano słusznie, że jeńcom przyda się, szczególnie w pierwszych dniach po wejściu na pokład, intensywna pomoc medyczna.

W „Gazecie Gdańskiej” z 3 stycznia 1919 roku możemy znaleźć informację opatrzoną tytułem „Wiadomości potoczne”, ale odnoszącą się do wydarzeń wcześniejszych: „We wtorek przybył do Gdańska ponownie angielski krążownik „Concord”, który przywiózł do nas przewodnika narodu Ignacego Paderewskiego. Jak nam donoszą, przybyła na statku angielska komisja w celu obejrzenia rządowych warsztatów okrętowych”.


Wielkie oczekiwanie

Helena Paderewska zanotowała we „Wspomnieniach”: „Nasz wjazd do Gdańska dał mojemu mężowi przedsmak tego, co czekało na niego w Poznaniu i Warszawie. Statek przybił wcześnie rano [25 grudnia], ale nie zeszliśmy na ląd aż do dziewiątej lub coś koło tego, (…). Jest to jedno z najbardziej malowniczych miast w północnej Europie i widząc górujący nad otoczeniem posąg króla Polski, Zygmunta Augusta, który stoi na wysokiej wieży ratusza, tym bardziej poczuliśmy się jak w domu”.

Jedną z relacji dotyczących pobytu Paderewskiego, niebezpośrednią, ale przywołującą wiele szczegółów i okoliczności, pozostawiła przedstawicielka znanej pomorskiej rodziny, Maria Donimirska (1890-1942). Znaleźć ją można w książce „Bóg dał nam czas próby”: „W nocy z 24 na 25 grudnia wpłynął okręt do portu, a 25-go o 10-tej rano był Paderewski na dworcu w Gdańsku przez Polaków witany”. Paderewscy zatrzymali się w ekskluzywnym hotelu „Danziger Hof”, przy Dominikswall 6 (obecnie Wały Jagiellońskie). Wysoki, bo pięciokondygnacyjny budynek wzniesiono w latach 1896-1898 na terenie niegdyś zajmowanym przez otaczające miasto wały. W jego wnętrzach znajdowała się obszerna restauracja i sala z estradą. Hotel dysponował w tym czasie stu dwudziestoma pokojami o zróżnicowanym, ale zawsze wysokim standardzie. W przyszłości, tj. w 1919 roku, zainstaluje się tu przedstawicielstwo Amerykańskiej Misji Żywnościowej, przy której działać będzie dynamicznie Delegacja Rządu Polskiego w Gdańsku, zajmująca się aprowizacją zniszczonego wojną kraju. Później w budynku znajdzie swoją tymczasową siedzibę Komisariat Generalny Rzeczpospolitej Polskiej w Wolnym Mieście Gdańsku i będzie tu obecny do 7 czerwca 1920 roku.

W „Gazecie Gdańskiej” krótka informacja o przybyciu Ignacego Paderewskiego do Gdańska została opublikowana 3 I 1919
W „Gazecie Gdańskiej” krótka informacja o przybyciu Ignacego Paderewskiego do Gdańska została opublikowana 3 I 1919
Fot. Zbiory BG PAN

Spisane bezpośrednio po wydarzeniach wspomnienia Marii Donimirskiej, czasem nieporadne i nieco chaotyczne, obfitują w wiele cennych szczegółów, w wyjątkowy też sposób oddają nastrój radosnego wyczekiwania, jaki panował wśród Polaków żyjących na Pomorzu w momencie, gdy do Gdańska przyjechać miał Paderewski: „27 grudnia 1918 r. Święta minęły nawet bardzo wesoło. Ale trzeba zacząć opisywać systematycznie. Kazio [mąż Marii, Kazimierz Donimirski (1880-1947), działacz niepodległościowy z Powiśla – dop. WB], wróciwszy do domu opowiadał, że Maniuta [Maria Chełkowska (1878-1960), działaczka społeczna i narodowa] telefonowała, aby przybyli z hr. Sierakowskim [hrabia Stanisław Sierakowski z Waplewa (1881-1939), w tym czasie członek Podkomisariatu Naczelnej Rady Ludowej na Prusy Królewskie, Warmię i Pomorze] do Gdańska, gdyż Paderewski w nocy ma nadjechać. Nie ufając, czy ma dobre wiadomości, zapytali o to telefonicznie dr. Wybickiego [Józef Wybicki (1866-1929), lekarz, prezes Podkomisariatu Naczelnej Rady Ludowej w Gdańsku]. Ten odradził im, ponieważ nic na pewno nie wiadomo. Obiecał zawiadomić, gdy będzie potrzeba”. „Nawiasem nadmieniam, że dr. Wybicki odebrał jednego dnia 28 telefonów z Poznania, z zapytaniem dotyczącym przyjazdu mistrza, tak że zirytowane Niemczyska, nie łączą go już teraz z nikim spoza okręgu gdańskiego (…). Między 5-6 wieczór [25 grudnia 1918] Maniuta doniosła, że Paderewski jest w Gdańsku. Ona z nim i jego żoną się zapoznała, a w drugie święto jadą razem do Poznania. Nawet pp. Paderewscy obiecali być w Śmiełowie [majątek Chełkowskich w Poznańskiem] (…). Największe było rozczarowanie na dr. Wybickiego, że obiecał, a znać nie dał. Nic jednak dziwnego, że w tak doniosłej chwili, czasu nie miał o tem pomyśleć, ale wiedząc już od kilku dni, że musi Paderewski lada dnia i godziny nadjechać, powinni byli mieć więcej spokoju i rozwagi. Gdy dziś o tem wszystkim myślę, przychodzi mi na myśl, że my tu wszyscy ciężko się decydujemy, bo gdyby ktoś energicznie plan rzucił jakiś, byłby każdy działał. Ale gdy już »po szkodzie«, umiemy dopiero radzić. Podobno wieczorny pociąg ze Sztumu szedł do Gdańska, gdyby więc teraz byli wyjechali, to by jeszcze Paderewskiego byli zastali. Powinni na noc jechać. W drugie święto mieliśmy u nas sąsiedztwo; przybył także Feliks Chełkowski, który z matką [Maniutą] był na owym powitaniu i mógł nam bliższych szczegółów udzielić. Paderewski spodziewany był od 22 grudnia, ale ponieważ nie przybył, więc Maniuta na wilie pojechała na dworzec, aby wyjechać do Buchwałdu. Krótko przed odejściem pociągu przybiegł do niej żołnierz polski Maciaszek [Jan Maciaszek (1876-1932), prawnik, podporucznik, późniejszy, komisaryczny prezydent Bydgoszczy] z wiadomością, że Paderewski za kilka godzin będzie. Wobec tego wróciła do hotelu. Jeść nie było co, więc telefonowała do Buchwałdu, skąd jej dwa kufry specjałów przez żołnierza posłali”. Bezcenne zapasy pani Chełkowskiej – o czym dalej – uratują świąteczny stół i staną się jednym z głównych tematów wspomnień Heleny Paderewskiej z Gdańska.


Święta w rewolucyjnym mieście

W bożonarodzeniowym Gdańsku roku 1918 panowały nastroje rewolucyjne, niektóre budynki były udekorowane czerwonymi flagami. W mieście rezydowała żołnierska Rada Rewolucyjna. Masy umundurowanych, młodych mężczyzn snuły się po ulicach, demonstrowały na placach swoje niezadowolenie i gniew. Setki tysięcy żołnierzy niemieckich na froncie wschodnim czekało na powrót do domu, pierwsze pociągi wyruszyły z nimi w kierunku ze wschodu na zachód. Część z żołnierzy w swojej wędrówce zatrzymywała się nad Motławą na dłużej. Od 1918 roku Polacy w Gdańsku ożywili swoją działalność, byli członkami Rady Żołnierskiej oraz Zjednoczenia Zawodowego Polskiego. Punktem zbornym dla wielu był lokal redakcji „Gazety Gdańskiej”. W grudniu do lokalu wtargnęli nieznani sprawcy, zdemolowali drukarnię i bibliotekę Towarzystwa Czytelni Ludowych i Towarzystwa Młodzieży Kupieckiej. Istniały obawy, że tego rodzaju ekscesy mogą się powtórzyć. W „Kurierze Warszawskim” możemy przeczytać: „Wnosimy energiczny protest przeciw pogromom Polaków w Gdańsku, czynimy rząd Rzeszy odpowiedzialnym i żądamy pełnego odszkodowania dla dotkniętych temi wypadkami ofiar polskich”. Tekst podpisano: „Komisariat Naczelnej Rady Ludowej. Poszwiński, Korfanty, ks. Adamski”.

To Wojciech Korfanty, członek Komisariatu Naczelnej Rady Ludowej w Poznaniu, odpowiedzialny za sprawy wojska i polityki, witając Paderewskiego w Gdańsku oficjalnie zaprosił go do Poznania. Artysta przyjął zaproszenie, a informacja o tym zelektryzowała niemiecką opinię publiczną, szczególnie zaś te służby, które w powojennym chaosie starały się zabezpieczyć ład, rozumiany jako utrzymanie dawnego status quo. Korfanty wprowadzał Paderewskiego w niuanse wewnętrznej, skomplikowanej polityki, zapoznał go z wynikami obrad Sejmu Polskiego Ziem Zaboru Pruskiego, który obradował 3 grudnia 1918 roku.

Wydanie specjalne „Danziger Neueste Nachrichten” z 26 XII 1918
Wydanie specjalne „Danziger Neueste Nachrichten” z 26 XII 1918
Fot. Zbiory BG PAN

Gościom zaplanowano niemal każdą chwilę. Prócz spotkań politycznych przewidziano udział w wydarzeniach o charakterze mniej oficjalnym. Pani Helena zapisała: „Powitanie, jakie nam zgotowano, było pełne radości i szczęścia. Opracowano harmonogram, według którego byliśmy zajęci aż do wyjazdu do Poznania następnego dnia, a program na ten pierwszy dzień przypadający w Boże Narodzenie, okazał się dość bogaty”. Był to czas z pewnością wyjątkowy – pierwsze powojenne święta Bożego Narodzenia. Donimirska zanotowała: „W Gdańsku była polska pasterka, w Marien Krankenhaus [Szpital Najświętszej Marii Panny]. Maniuta grała na organach kolędy. Potem odbyła się pasterka francuska, na której oficerowie francuscy śpiewali kolędy”. We wspomnieniach Heleny Paderewskiej z tych dni przy okazji rozważań na temat jedzenia pojawia się właśnie postać Maniuty, czyli Marii Chełkowskiej: „Obiad bożonarodzeniowy był interesujący pod kilkoma względami. Poznałam wtedy bowiem kilka ersatzów [produkty zastępcze, imitujące oryginalne, niedostępne na rynku z powodu blokady], produktów żywnościowych, o których tak wiele słyszeliśmy w Ameryce, a które ktoś nazwał najlepszym owocem niemieckiej wyobraźni chemicznej. Mogły być i najlepsze, ale zdecydowanie wymagały silnej wyobraźni albo wilczego apetytu, by się nimi delektować. Na przykład ersatz lodów – raz zjesz, szybko nie zapomnisz. Na szczęście, jednakże nasi gospodarze nie byli całkowicie zależni od tych paskudnych substytutów. Pani Chełkowska, która ma dużą posiadłość blisko Poznania, przyjechała dzień wcześniej do Gdańska obładowana wielkimi koszami przysmaków, które w tamtym czasie można było dostać tylko na wsi, a radość naszych gospodarzy w Gdańsku, kiedy ich spróbowali, pokazywała tylko, na jak skromnych racjach żywnościowych żyli od miesięcy”.


Konferencja w hotelu

W środę 25 grudnia 1918 roku w „Danziger Hofie”, odbyło się spotkanie, określone mianem konferencji. Uczestniczyli w nim wspomniani poznaniacy, delegaci Komisariatu Naczelnej Rady Ludowej z Wojciechem Korfantym na czele, przedstawiciele gdańskiej Polonii, Pomorzanie. W tym gronie znalazł się również znany gdański lekarz i społecznik, doktor Franciszek Kubacz (1868-1933). Obrady miały trwać kilka godzin, powszechnie sądzono, że Gdańsk, wolą zwycięzców, zostanie w toku rokowań pokojowych przyznany Polsce, dla której dostęp do morza był sprawą kluczową. O konferencji Donimirska napisała: „Zamieszkał [chodzi oczywiście o Paderewskiego] w hotelu »Danziger Hoff«. Po obiedzie była konferencja długa między nim, Maciaszkiem, Łaszewskim [dr Stefan Łaszewski (1862-1924), członek Komisariatu Naczelnej Rady Ludowej w Poznaniu, od 1919 do 1920 roku pierwszy wojewoda pomorski w II RP – dop. WB] i Iwanowskim, pułkownikiem wojsk Hallera. Tenże podobno wyruszyć miał z Hawru 15 stycznia, ale Paderewski wysłał depeszę, prosząc o przyspieszenie wyjazdu. Po czem z posłami polskimi i przedstawicielami Naczelnej Rady Ludowej zjadł obiad o 8-mej wieczorem. Czarlińska Halina, śpiewaczka operowa, zaśpiewała »Manru« [zapewne jedną z arii opery o tym samym tytule, jedynej opery Paderewskiego; jej libretto powstało na podstawie utworu J. I. Kraszewskiego, »Chata za wsią«], a sam mistrz podbiegł, żeby jej akompaniować”.

Gdańska gazeta „Danziger Neueste Nachrichten”, od pewnego czasu z niesłabnącą uwagą przyglądająca się sytuacji międzynarodowej w kontekście Gdańska, 26 grudnia 1918 roku wypuściła o godzinie 13.45 wydanie specjalne – całostronicową ulotkę w cenie 5 fenigów, informującą mieszkańców miasta, że w jego murach odbywa się właśnie tajna i ważna konferencja Polaków, w której uczestniczy znamienity przybysz, Ignacy Paderewski. Sensacyjny tytuł wydania wyróżniono wysoką i pogrubioną czcionką: „Tajne postanowienia polskiej konferencji w Gdańsku”. Tekst zawiadamiał, że wczoraj, tj. w pierwszy dzień świąt, odbyło się w Gdańsku „tajne zebranie” (te dwa słowa wytłuszczono, by robiły odpowiednie wrażenie) Polaków pod kierownictwem Korfantego, Paderewskiego, doktora Kubacza, w którym uczestniczył szef brytyjskiej misji, francuscy i angielscy oficerowie oraz grupa żołnierzy niemieckich narodowości polskiej, stacjonujących na terenie gdańskiego garnizonu. Podczas spotkania miało dojść do ważnych i szokujących ustaleń. Redakcja postanowiła wyłożyć to jasno swoim czytelnikom. Żeby odnieśli wrażenie, że czytają fragment dokumentu, który powstał podczas tajnej konferencji niebezpiecznych spiskowców, kilka zdań umieszczono w cudzysłowach: „Polskie korpusy ekspedycyjne lądują! Przyjazne Polakom oddziały gdańskie przechodzą na ich stronę. Miasto podlega okupacji, niemiecki naród, niemiecki rząd zostają postawione przed faktami dokonanymi”.

Dalszy ciąg doniesień był utrzymany w tym samym, dramatycznym tonie: „Te postanowienia mają zostać wcielone w życie w najbliższych dniach. Komisja pojechała dzisiaj, w czwartek o godzinie 11-tej do Poznania i spotkała się tam z polską delegacją ze Szwajcarii. Republika Polska zostanie powołana do życia pod Paderewskim jako prezydentem. Gdańsk, Prusy Zachodnie, Poznań, Śląsk oraz Pomorze do Słupska, mają stać się polskie”. Ostatnie zdanie wyróżniono rozmiarem czcionki nieco tylko mniejszym od tytułowego: „Odpowiednie jednostki w Gdańsku przygotowują się do obrony”.

Tego rodzaju informacje z pewnością nie wpływały na uspokojenie nastrojów w mieście, z dnia na dzień ulegały one wyraźnemu pogorszeniu. Zastanawiano się, jakie będą dalsze losy miasta. Poważnie obawiano się daleko idących roszczeń ze strony Polski. Z pewnością Polacy z Pomorza wierzyli mocno w odmianę losu. Pisała o tym wyraźnie Donimirska: „Gazety pełne jak najlepszych wieści: Paderewski płynie do Gdańska, za nim Haller z wojskiem. Czytając, myślałam, że mi się rozum pomiesza; z radości płakałam”. I dalej „Nie chce i tu się pomieścić w ciasnych mózgach, że zajęcie Gdańska tak czy siak nastąpi”.

„Danziger Neueste Nachrichten”, w wydaniu porannym (godzina 8.45) z piątku 27 grudnia 1918 roku podały, że informację o tajnym spotkaniu w Gdańsku zamieściła też „Deutsche Allgemeine Zeitung”, ale opatrzyła adnotacją „niesprawdzone”. Gdański dziennik tym razem nieco tonował nastroje, podając za prasą duńską, że choć według programu amerykańskiego prezydenta Wilsona Polsce obiecano dostęp do morza, to przecież nowy kraj miał otrzymać tylko ziemie o niezaprzeczalnie polskim zaludnieniu, do których trudno byłoby zaliczyć miasto nad Motławą. W konkluzji zaznaczano, że „polski Gdańsk byłby wiecznym niebezpieczeństwem i nieszczęściem dla Europy”.

W Gdańsku miejscem pobytu i spotkań był dla Paderewskiego hotel „Danziger Hof” przy Bramie Wyżynnej
W Gdańsku miejscem pobytu i spotkań był dla Paderewskiego hotel „Danziger Hof” przy Bramie Wyżynnej
Fot. Zbiory Muzeum Gdańska

Trudno odpowiedzieć na pytanie, co było dyskutowane i postanowione na konferencji w gdańskim hotelu, gdyż nie zachowały się żadne bardziej szczegółowe relacje. Jednym z ciekawszych śladów dotyczących tamtych wydarzeń są zapiski Romana Wodzickiego, który w latach 1928-1934 był pracownikiem Komisariatu Generalnego Rzeczpospolitej Polskiej w Wolnym Mieście. W 1928 roku Wodzicki kilkakrotnie spotkał się z Józefem Czyżewskim, wybitnym działaczem gdańskiej Polonii. Zapamiętał, że podczas pierwszego spotkania Czyżewski z żalem stwierdził: „Przygotowywaliśmy powstanie zbrojne i kształcili mówców ludowych. Gdańsk czekał na błękitną armię… (…) To było dla wielu z nas duże rozczarowanie. Powstanie mogło się udać, tak jak się udało gdzie indziej. Dysponowaliśmy polskimi radami żołnierskimi i uzbrojonymi oddziałami kaszubskimi, Zdecydowano inaczej. Trzeba było korzystać z okazji, z ogólnego rozprzężenia. Okazja się nie powtórzyła, Wykrojono ten teren z naszego Pomorza całkiem dowolnie”.

Zatroskana o męża pani Helena wyczuwała nastroje w mieście, zapisała we wspomnieniach: „Przyznam, że nie bez pewnego uczucia ulgi z mojej strony 26 grudnia wyruszyliśmy specjalnym pociągiem do Poznania. Ponury i wrogi stosunek Niemców, nie tylko żołnierzy, lecz także cywilów, zaczął działać mi na nerwy. Ich nienawiść do Polaków była tak silna i tak zawzięta, a niechęć wobec idei odrodzenia się polskiej państwowości tak groźna, że można było się obawiać, iż niektórzy z nich mogliby dokonać zamachu na życie człowieka, który podążał z misją odbudowy kraju”. Paderewski i towarzyszący mu Polacy oraz Brytyjczycy postanowili szybko opuścić miasto: „Angielscy oficerowie z Polakiem p. Korczewskim udali się do władzy wojskowej niemieckiej, prosząc o wagon salonowy dla misji angielskiej” – komentowała Donimirska. „W drugie święto o 11 przed południem na Tczew, Piłę – Paderewski ze świtą wyjechał. Maniuta z niemi”.


Pożegnanie i powitanie

Na dworcu żegnała Paderewskiego niemal cała miejscowa, dość przecież nieliczna Polonia. Gromko odśpiewano: „Jeszcze Polska nie zginęła”. Władze niemieckie słusznie obawiały się, że przybycie pianisty do stolicy Wielkopolski przyczyni się znacząco do wzrostu nastrojów narodowych. Starały się na wszelkie sposoby usunąć jak najszybciej artystę poza obszar dawnego zaboru pruskiego. 26 grudnia Urząd Spraw Zagranicznych Niemiec wydał oficjalny zakaz wjazdu Paderewskiego do Poznania. Nastąpiła podjęta przez kapitana Anderscha z V Korpusu Armii na wysokości Rogoźna próba cofnięcia pociągu.

Opisała to dokładnie Helena Paderewska: „Niemcy, którzy kierowali pociągiem, byli równie nieprzyjemni jak tamci w Gdańsku – innymi słowy, uczucie przeciwko nam, Polakom, było powszechne w tym narodzie. Poczułam się jeszcze mniej spokojna, kiedy w ciągu dnia niemiecki oficer przyszedł do mojego męża i z największą uprzejmością poinformował go, że został poinstruowany przez niemiecką komendę główną w Poznaniu, by poprosić Paderewskiego, aby jechał bezpośrednio do Warszawy, bez zatrzymywania się w Poznaniu. Kiedy mąż odpowiedział, że spełnienie tej prośby jest zupełnie niemożliwe, jako że zamierzał zatrzymać się w Poznaniu, oficer, formalnie w imieniu swojego dowódcy, oświadczył, że w takim razie władze niemieckie nie mogą brać odpowiedzialności, jeśli cokolwiek nieprzyjemnego miałoby się tam wydarzyć. Pamiętam, że następnie pułkownik Wade poinformował owego oficera, iż ma rozkaz udania się do Poznania i że rząd brytyjski pociągnie Niemców do odpowiedzialności, jeśli pojawi się jakieś niebezpieczeństwo. Oficer zasalutował i odszedł; na tym incydent się zakończył się, ale pozostawił mnie jeszcze bardziej zdenerwowaną”.

W późnych godzinach wieczornych 26 grudnia 1918 roku Paderewski dotarł do Poznania. Na dworcu władze niemieckie podjęły jeszcze ostatnią próbę przekierowania niebezpiecznego pociągu do Warszawy. Naczelnik stacji nakazał przybyłym „grzecznie, ale energicznie” opuścić miasto. Paderewski odparł, że jest członkiem misji brytyjskiej i nie zamierza stosować się do niczyich sugestii. Jeszcze w tym czasie niemiecka agencja prasowa oznajmiała: „Paderewski w chwili swej podróży do Polski uważany jest za prezydenta Republiki Polskiej i przyjmowany jest z odpowiednimi honorami w Gdańsku i Poznaniu”. Oficjalne stanowisko władz w Berlinie do momentu wybuchu powstania w Poznaniu było z zasadzie wyczekujące. Można odnieść wrażenie, że na swój sposób starano się zaklinać rzeczywistość. Potem na głowę artysty posypały się gromy. Uważano, że Paderewski haniebnie nadużył zaufania, a wszelkie udogodnienia i pomoc, jaką mu zaoferowano, wykorzystał przeciwko państwu niemieckiemu.

Na dworcu powitali gościa: nowo mianowany, pierwszy polski nadburmistrz miasta, Jarogniew Drwęski (1875-1921), działacze poznańskiej Naczelnej Rady Ludowej, Czesław Meissner (1879-1950), doktor Bolesław Krysiewicz (1862-1932), Celestyn Rydlewski (1875-1940) oraz rozentuzjazmowany tłum. Wszyscy chcieli go zobaczyć, Paderewski stanowił dla Polaków symbol ich dążeń, był wolnym człowiekiem, przybywającym z wolnego świata. Widziano w nim wielkiego patriotę, przyjaciela ważnych polityków, człowieka sukcesu, także finansowego, pamiętano również, że za jego pieniądze w 1910 roku wystawiono w Krakowie pomnik, upamiętniający zwycięstwo na polach Grunwaldu.

W asyście Straży Ludowej i tysięcy ludzi z pochodniami i latarniami – miasto pogrążone było w „egipskich” ciemnościach – Paderewscy trafili do udekorowanego flagami polskimi i aliantów słynnego hotelu „Bazar”. Dla Donimirskiej różnica między powitaniem w Gdańsku, a tym, jakie zgotował artyście Poznań, była zasadnicza: „Przyjęcie Paderewskiego w Gdańsku było więc marne, za to w Poznaniu świetne, dziś gazety pełne są opisów”. Aby choć w części zatrzeć złe wrażenie, pomorscy Polacy przygotowali telegram adresowany do Naczelnej Rady Ludowej w Poznaniu o treści: „Obywatelstwo ziemi malborskiej, niezawiadomione na czas o przybyciu p. Paderewskiego do Gdańska, przesyła mu teraz wyrazy czci i hołdu”. Telegram podpisał mąż Marii, Kazimierz Donimirski.

Tymczasem atmosfera radości w Poznaniu potężniała z chwili na chwilę. Artysta wygłosił z hotelowego okna przemówienie do licznie zgromadzonych na placu – mimo złej pogody – Polaków, którzy stanowili w tym czasie 57 procent miejskiej populacji. Z relacji świadków i doniesień prasowych wiadomo, że Paderewski nie zagrzewał rodaków do zbrojnych wystąpień, a wręcz przeciwnie, apelował o rozwagę. Mimo to, ogromna manifestacja Polaków w samym sercu miasta wzbudziła niepokój mieszkających w nim Niemców.

Nazajutrz, tj. 27 grudnia 1918 roku, wyszli oni na ulice skandując: „Poznań jest niemieckim miastem”. W sobotnim wydaniu porannym „Danziger Neuste Nachrichten” z 28 grudnia 1918 roku relacjonowano wydarzenia w sposób następujący: „Podobno przechodzące oddziały niemieckie zerwały zawieszane przez Polaków amerykańskie, francuskie i angielskie flagi. Grupa około 100 Polaków ruszyła w akcie protestu na plac Wilhelma do prezydium policji z okrzykami »Bij go«. Na odsiecz wyszło 30 niemieckich żołnierzy. Jeden żołnierz i jeden cywil zostali ranni”. Podano, że „są obawy, że sytuacja może się zaostrzyć”.

W istocie, w mieście doszło do zamieszek. Ostrzelano okna pokojów od frontowej części hotelu, w których mieszkali Paderewscy i Wade. Gości pośpiesznie przeniesiono do innych pokoi, a na ulicach zaczęto rozbrajać zaskoczonych żołnierzy niemieckich. Sam Paderewski, poważnie zaziębiony, dwa dni przeleżał w łóżku. Niektórzy historycy sugerują, że artysta symulował chorobę, by uniknąć w pierwszych dniach jednoznacznego opowiedzenia się za irredentą. Wydaje się jednak, że zarzut ten jest niesłuszny. Ze wspomnień Heleny jednoznacznie wynika, że jej mąż źle się czuł już podczas morskiej podróży.

Kiedy 1 stycznia 1919 roku Paderewski opuszczał stolicę Wielkopolski, udając się do Warszawy, powstanie rozwijało się żywiołowo. W jego toku dojść miało do zaciętych i krwawych walk, jak pod Szubinem, Rynarzewem, Kcynią czy Rawiczem. Czas nie działał na korzyść Polaków. Niemcy, choć pokonane, dysponowały w dalszym ciągu tak dużym potencjałem wojskowym, że nie byłoby mu się w stanie oprzeć młode państwo polskie. Powstanie uratowało wyraźne ultimatum ze strony Francji, studzące odwetowe plany Niemców. Rozejm, ustalający nową granicę, zawarto w dalekim Trewirze 19 lutego 1919 roku, a kilka miesięcy później, 28 czerwca 1919 roku Wielkopolska stała się częścią państwa polskiego. W tym czasie Paderewski był premierem, a raczej, jak wówczas mówiono, prezydentem ministrów i jednocześnie ministrem spraw zagranicznych.


***

Kiedy 2 stycznia 1919 roku w nocy, około godziny pierwszej, Paderewski pojawił się w Warszawie, przywitano go owacyjnie jak w Poznaniu. Nieprzebrane tłumy wznosiły okrzyki, z jego powozu wyprzężono konie, a ludzie samorzutnie przeciągnęli pojazd z pianistą i jego małżonką pod drzwi hotelu „Bristol” przy Krakowskim Przedmieściu. Wszędzie, gdzie przybył, otaczała go sława znakomitego artysty, wpływowego człowieka i wielkiego patrioty. Zwłaszcza endecja widziała w charyzmatycznym pianiście możliwą przeciwwagę dla postaci naczelnika Józefa Piłsudskiego, wierzyła, że jego pojawienie się zmieni sytuację polityczną w kraju, rozszerzy w znaczący sposób jej strefę wpływów. Fakt, że nie był politykiem, przysparzał mu popularności wśród tak zwanych zwykłych ludzi. Po dymisjach pierwszych dwóch premierów odrodzonej Rzeczpospolitej – Ignacego Daszyńskiego i Jędrzeja Moraczewskiego, 16 stycznia 1919 roku Paderewski stanął na czele rządu, który przetrwał zaledwie do końca roku. Krytykowano go powszechne, zarówno z lewej, jak i z prawej strony.

Zapomniano o jego niewątpliwych sukcesach na arenie międzynarodowej i krajowej, podkreślano porażki, skupiając się na wątkach osobistych. Twierdzono, że premier uprawia politykę w hotelowych apartamentach i jako pantoflarz podejmuje kluczowe decyzje pod wpływem żony, osoby charakternej, dbającej o swego męża z troskliwością matczyną i lansującej w środowiskach nie tylko wiejskich hodowlę szlachetnych odmian drobiu. Zniechęcony artysta wycofał się do Szwajcarii, lecz z polityką nie zerwał całkowicie, powracał do niej uparcie – traktując swoje zaangażowanie w tej materii jako swoisty obowiązek wobec szczerze kochanej ojczyzny. Zmarł 29 czerwca 1941 roku w miejscu dla podróżującego artysty niemal naturalnym – hotelowym pokoju na Manhattanie.


Waldemar Borzestowski


Wykorzystano:

Donimirska M., „Bóg dał nam czas próby”, Sztum 2012;

Drozdowski M. M., „Ignacy Jan Paderewski. Zarys biografii politycznej”, Warszawa 1986;

Drozdowski M. M, Piber A., „Paderewski. Myśli o Polsce i Polonii”, Paryż 1992;

Lisiak H., „Paderewski. Od Kuryłówki po Arlington”, Poznań 1992;

Paderewska H., „Wspomnienia 1910-1920”, Warszawa 2015;

Paderewski I. J., „Antologia”, wybór i opracowanie J. Jasieński, Poznań 1996;

Paderewski I. J., „Pamiętniki 1912-1932”, Kraków 1984;

Skonka Cz., „»Za Gdańsk i brzeg morza…« Związki Ignacego Jana Paderewskiego z Gdańskiem i Pomorzem”, Gdańsk- Puck 2005;

Wapiński R., „Ignacy Paderewski”, Wrocław-Warszawa-Kraków 1999;

Zamoyski A., „Paderewski”, Warszawa 2010;

 „Gazeta Gdańska”, wydania z grudnia 1918;

„Danziger Neueste Nachrichten”, wydania (także specjalne) z grudnia 1918.


Pierwodruk: „30 Dni” 6/2018

Historie gdańskie
Wypisy gdańskie
Rozmowy gdańskie
Biblioteka gdańskia