PORTAL MIASTA GDAŃSKA
PL | EN | DE

Wielki pożar 1858

Wielki pożar 1858
Sobota, 19 czerwca 1858 roku, zapisała się w historii Gdańska zdarzeniem tragicznym i krwawym. Ale nieszczęście to stało się – paradoksalnie – początkiem spokojniejszych lat.

Nic nie zapowiadało katastrofy, któ­ra wieczorem dotknęła znaczną część miasta. Od rana nad Gdań­skiem świeciło prawdziwie letnie słońce, a chmury nie przesłaniały błękitu nieba. Wiał lekki, południowo-zachodni wietrzyk. Było ciepło i rześko.

W tę sobotę do portu weszło siedem stat­ków: pod balastem „Carolina” z Kilonii i „Anna” z Groningen, z węglem „Delphin” z Hartlepool (96 cetnarów – blisko cztery to­ny) i „Ocean Children” z Suderlandu (68 cetnarów – niecałe trzy tony), „Ellen Margareth” przywiozła z norweskiego Bergen 204 tony śledzi, a „Meta” z niemieckiego Osseken – drewno. „Dirtje” z Bremy przywiozła po prostu „Guter”, czyli towary, a wśród nich między innymi 1512 drewnianych tre­pów i 132 naczynia gliniane dla Lindenberga, 27 sztuk piaskowca „na zamówienie” i siedem dla Rordena, dwa worki kawy, trzy – ziela angielskiego, cztery paki tytoniu, 32 beczki żywicy i dwie syropu.

Ceny na miejskich rynkach nie zachęcały do zakupów. Podstawowe produkty żywno­ściowe tego dnia były w Gdańsku droższe – kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt srebrnych groszy - od ich odpowiedników w Berlinie. Funt pszenicy kosztował 65-75 srebrnych groszy, żyto – 43-45, jęczmień – 35-40, bób aż 62 grosze, a groch łuskany – 65! Najtańszy był owies (od 27 do 30 srebrnych groszy za funt), ale służył on przecież jedynie jako pasza dla koni. Drożyzna! Nic, tylko się upić. Jednak na to też trzeba było mieć nie­złą gotówkę: baryłka spirytusu (w obrocie detalicznym) kosztowała aż 15 i pół talara!

 

Wielki ogień

Po południu wiatr zmienił kierunek na północno-wschodni i zdecydowanie przybrał na sile. To on spowodował, że drobne z pozoru wydarzenie w warsztacie ciesiel­skim Brotzkiego przy ulicy Młyńskiej 11 stało się zarzewiem (dosłownie!) wielkiej katastrofy.

Było kilka minut po godzinie 17. Nie­uważny cieśla pozostawił na chwilę bez nad­zoru naczynie z gotującym się klejem stolarskim. Nie wiadomo z jakiego powodu gar­nek spadł z paleniska, a rozżarzone węgle potoczyły się po podłodze. Pracownia cieśli pełna była drewnianych odpadów i wiórów, które momentalnie stanęły w ogniu. Wzmagający się z każdą chwilą wiatr przerzucił płomienie na sąsiedni warsztat garbarski, który z powodu dużej ilości materiałów ła­two palnych dosłownie eksplodował. To sa­mo spotkało po chwili sąsiednią fabrykę chemiczną. W ogniu stały już trzy warszta­ty z łatwo palnymi materiałami. W niebo unosiły się snopy iskier i porywane gorącym powietrzem płonące przedmioty. Silny wiatr przenosił je na dachy sąsiednich budynków, które zapalały się jeden po drugim.

Największe spustoszenie ogień niósł z sobą przy Podwalu Staromiejskim. Wyda­wało się, że budynki przy wschodniej pierzei ulicy są bezpieczne. Przerażeni miesz­kańcy nie widzieli bowiem w gęstym, czar­nym dymie fruwających nad ich głowami płonących żagwi. Latające pochodnie spa­dały na domy często położone względnie da­leko od źródła pożaru.

Bardzo szybko w ogniu stały wszystkie domy przy Podwalu Staromiejskim na odcinku między Targiem Drzewnym i Placem Dominikańskim oraz wszystkie domy przy Szerokiej od Targu Drzewnego do ulic Pań­skiej i Węglarskiej. Często zdarzało się, że wcześniej zapalały się domy położone w głębi ulicy, niż te, które bezpośrednio są­siadowały z budynkami już płonącymi. Nad tą częścią miasta rozpętała się prawdziwa burza ognia.

Wiatr, i tak już dość silny, wzmógł się z powodu wysokiej temperatury. Drewniane w większości domy płonęły jak zapałki, a szalejący żywioł podsycały jeszcze ogrom­ne zapasy chemikaliów licznych w tej części miasta zakładów chemicznych (między in­nymi fabryki mydła, garbarnie, olejarnie) oraz magazyny zakładów ciesielskich i sto­larskich. O godzinie szóstej po południu pło­nął już cały kwartał między ulicami Podwa­le Staromiejskie, Pańską, Węglarską i Sze­roką. Przy czym ogień w wielu miejscach przekroczył wąskie przestrzenie ulic i ata­kował budynki sąsiednich kwartałów.

W ciągu pierwszych minut pożaru całko­witej zagładzie uległ budynek fabryki my­dła E. G. Gamma (Szeroka 131) i sąsiadują­ca z nim synagoga ortodoksyjna, tzw. gdań­ska (Szeroka 130), domy kupca Wilhelma Aleksandra Sanio (Targ Drzewny 25 i 26) oraz fabryka chemiczna i tartak kupca Branne przy Podwalu Staromiejskim 102. W następnych kwadransach w zgliszcza ob­róciły się kolejne domy i warsztaty.

 

Bezsilność ratowników

Pierwsze zastępy strażaków pojawiły się na miejscu katastrofy dość wcześnie. Jednak niezwykle gwałtowny charakter pożaru i niedostateczne środki techniczne, którymi dysponowali strażacy, powodowa­ły, że ratunek był raczej iluzoryczny. Oka­zało się, że gdańscy strażacy nie mają pomp ciśnieniowych, wodę pobierali z nie­wielkich cystern umieszczonych na wozach lub przynosili wiadrami z pobliskiej Raduni. Akcja ograniczała się jedynie do prób (z góry skazanych na niepowodzenie) ograni­czania zasięgu ognia i powstrzymywania jego rozprzestrzeniania się. Pożar jednak przenosił się z budynku na budynek górą. Ratownicy (często byli to ochotnicy) byli więc bezsilni.

Komendant placu, generał von Wittenau, wezwał do pomocy żołnierzy gdańskiego garnizonu i marynarzy floty królew­skiej. Jak relacjonowali na łamach gdań­skiej prasy świadkowie zdarzenia, żołnie­rze i marynarze pod wodzą swoich oficerów wykazali się bezprzykładnym bohater­stwem, wkraczając często w miejsca całko­wicie opanowane przez żywioł. Zresztą wielu z tych dzielnych mężczyzn przypłaci­ło swoją ofiarność ciężkimi niejednokrotnie ranami i poparzeniami.

W akcji gaśniczej wzięła też udział dru­żyna strażacka z pobliskiego dworca kole­jowego, która na miejsce przybyła z własną sikawką. Telegraficznie wezwano też dru­żyny strażackie z Królewca i Elbląga, któ­re przybyły na miejsce pożaru już rankiem następnego dnia i pomogły w ugaszaniu pogorzeliska.

Około godziny siódmej wieczorem wiatr zmienił kierunek na południowy i ogromne snopy iskier i płonących fragmentów bu­dynków zaczęły spadać na Targ Drzewny. Powstało zagrożenie, że pożar rozprze­strzeni się na kolejne kwartały miasta. Na szczęście jednak, po ponownej zmianie kie­runku wiatru (około dziesiątej w nocy wiał w kierunku zachodnim), ogień zaczął się co­fać w stronę już spalonych budynków przy ulicy Szerokiej i Podwalu Staromiejskim. Pożar z wolna zaczął tracić swój impet. O pierwszej w nocy, w niedzielę 20 czerwca, ratownicy stwierdzili, że ogień już się nie rozprzestrzenia. Dwie godziny później pierwsze drużyny strażaków, żołnierzy i marynarzy zaczęły opuszczać pogorzeli­sko, a po kilku następnych godzinach ra­towników gdańskich zastąpili doskonale wyposażeni i wyćwiczeni strażacy z Królew­ca i ochotnicy z Elbląga.

Wszyscy świadkowie wydarzeń nocy z 19 na 20 czerwca 1858 roku jednogłośnie podkreślali niespotykaną ofiarność ratow­ników, bohaterstwo żołnierzy i marynarzy oraz odwagę, poświęcenie i solidarność mieszkańców całego miasta, którzy ruszyli na pomoc swoim sąsiadom. Mimo olbrzy­miej skali pożaru w walce z żywiołem zginę­ły tylko cztery osoby: kamieniarz Friedrich Stephan (30 lat), przesiewacz (zboża?) Her­mann Boss (26), nieznany z nazwiska robot­nik i robotnik Hermann Fuhrmann (33), a kilkadziesiąt zostało rannych. W czasie całej akcji, podczas której panował w mie­ście nieopisany chaos, doszło tylko do jed­nego wypadku próby rabunku. „Zepsuty moralnie” – jak pisała „Danziger Zeitung” – subiekt kupiecki, mieszkający w pobliżu baszty „Kiek in de Koek” („Zajrzyj do kuchni”, dziś – nie wiedzieć czemu – zwanej Basztą Jacek) próbował okraść jeden z pło­nących domów. Został jednak zatrzymany przez oficera i odstawiony na odwach.

Straty były ogromne, liczone w dziesiątki tysięcy talarów. Całkowitemu zniszczeniu uległo ponad sześćdziesiąt budynków, dru­gie tyle było poważnie uszkodzonych. Ogień strawił kompletnie wszystkie budynki mieszkalne oraz warsztaty przy Podwalu Staromiejskim od numeru 102 do 108, mię­dzy innymi dom mieszkalny i warsztat gar­barski mistrza Gottlieba Kerscha (Podwale Staromiejskie 103), dom mieszkalny i warsztat stolarski Heinricha Paninskiego (Podwale Staromiejskie 104), dom mieszkal­ny i warsztat garbarski Louisy Dorothei Ziaren (Podwale Staromiejskie 105) i po drugiej stronie ulicy od numeru 1 do 11; przy ulicy Szerokiej numery 129 do 134 (róg z Targiem Drzewnym), między innymi syna­gogę i XV-wieczną strzelnicę przy Bramie Szerokiej; domy przy Targu Drzewnym między Szeroką i Podwalem.

Tak wysokie straty spowodowane został przede wszystkim bardzo gwałtownym przebiegiem pożaru, który już od początku wymknął się spod kontroli ratowników. Ale na wysokość strat wpływ miał również cha­rakter zabudowy tej części miasta: wąskie ulice zabudowane w większości budynkami drewnianymi, liczne warsztaty rzemieślni­cze, w szczególności stolarskie i ciesielskie oraz ogromna ilość zgromadzonych tu che­mikaliów i innych materiałów bardzo łatwo palnych.

1 lipca 1859 roku w odpowiednio przystosowanym Dworze Miejskim i Baszcie Narożnej znalazła swą siedzibę nowo powołana zawodowa strażarna; rycina J. C. Schultza z lat 50. XIX wieku
1 lipca 1859 roku w odpowiednio przystosowanym Dworze Miejskim i Baszcie Narożnej znalazła swą siedzibę nowo powołana zawodowa straż pożarna; rycina J. C. Schultza z lat 50. XIX wieku
Fot. zbiory Muzeum Gdańska

Ratunek ponad podziałami

Jednak bez wątpienia główną przyczyną olbrzymich strat, jakie poniosło miasto i jego mieszkańcy w trakcie czerwcowego pożaru, było całkowite nieprzygotowanie gdańskich ratowników. Brak sprzętu (przede wszyst­kim pomp ciśnieniowych), brak przygotowa­nia strażaków i wszechogarniający chaos. Okazało się, że Gdańsk, w przeszłości wielo­krotnie przeżywający groźne pożary, nie ma profesjonalnej straży pożarnej przygotowa­nej na wypadek wybuchu ognia w tym – tak łatwo palnym – mieście. Brak sprzętu, nie­dostatki organizacyjne, brak koordynacji prac poszczególnych służb, w końcu całkowi­ty brak fachowo wyszkolonych strażaków spowodowały, 19 czerwca 1858 roku, taki, a nie inny obrót sprawy.

Chyba więc przerażenie i bezsilność były przyczyną obywatelskiej dyskusji na temat konieczności natychmiastowego powołania do życia zawodowej, profesjonalnie przygo­towanej straży pożarnej. Ta publiczna deba­ta rozpoczęła się niemal natychmiast po ka­tastrofie. We wtorek, 22 czerwca, w magi­stracie zebrało się specjalne gremium osobi­stości, na którym postanowiono o powołaniu w Gdańsku straży ogniowej na wzór tych, które już od początku lat pięćdziesiątych XIX wieku działały w Berlinie i Królewcu. Dwunastu członków władz miasta wydało nawet w tej sprawie specjalne oświadczenie, które ukazało się na łamach „Danziger Zeitung” i „Die Neuen Wegen der Zeit”. W oświadczeniu można było przeczytać:

„Na wczorajszym posiedzeniu radnych miejskich prokurator Röpell postawił, po­party przez dwunastu członków rady, po­niższy wniosek.

Zebranie postanawia natychmiast:

W Gdańsku zostanie stworzona natych­miast straż pożarna na wzór straży istniejącej w Królewcu. Do urządzenia straży ogniowej powołuje się Komisję, zebranie mianuje na członków Komisji pięciu rad­nych miejskich. Uprasza się Magistrat o uzupełnienie Komisji własnymi przed­stawicielami i jak najszybsze rozpoczęcie prac organizacyjnych oraz stworzenie planu kosztów. Powody: wydarzenia podczas pożaru 19 czerwca 1858 roku.

Podpisali: Röpell, Behrend, Bischoff, Gołdschmidt, Rottenburg, Brinckmann, Stoddart, Rosenstein, Albrecht, Hausmann, Böhm, Łojewski, Collas”.

Sądząc po nazwiskach sygnatariuszy postanowienie przyjęto „ponad podziałami” narodowymi i religijnymi. Radny Beh­rend dodał do oświadczenia jeszcze swój komentarz:

„Magistrat próbował obarczyć winą za ostatnie nieszczęście mieszkańców miasta sugerując, że to zimowe zapasy drewna zgromadzone w mieście spowodowały tra­gedię. Wina leży gdzie indziej. Już w ubie­głym roku Magistrat obiecał nam reformę pożarnictwa, obiecywał narady i dysku­sje, obiecywał, że wyśle do innych miast deputacje, które poznają tamtejsze urzą­dzenia - wszystko bez skutku. Teraz Ma­gistrat też obiecuje nam narady, ale my nie chcemy już długotrwałych narad i dyskusji, lecz natychmiastowego działa­nia. Są trzy powody, dla których krytyku­jemy dotychczasowe urządzenie [straży]: po pierwsze aparaty gaśnicze, szczególnie sikawki, są przestarzałe, po drugie nie istnieje żadna organizacja pożarnictwa [w mieście] i po trzecie jest bardzo zła dys­cyplina [wśród strażaków] podczas gasze­nia” („Danziger Zeitung”, 23 VI 1858).

Nowi komisarze ogniowi rady miejskiej podziękowali też na lamach prasy wszyst­kim żołnierzom i marynarzom garnizonu, inspektorom kolejowym, Królewieckiej Straży Ogniowej, Elbląskiemu Towarzy­stwu Przeciwogniowemu i wszystkim ochot­nikom za wielką pomoc w dniu pożaru, za poświęcenie i solidarność. Apelowali też do mieszkańców miasta o szczególnie ostrożne posługiwanie się ogniem. Pretekstem do tego apelu była nie tylko tragedia sprzed pa­ru dni, ale może przede wszystkim niefraso­bliwy pokaz sztucznych ogni, który „na zgliszczach Starego Miasta”, jak pisała pra­sa, urządzono dzień po pożarze w ogrodach Karmanna przy Długich Ogrodach.

Żydowski radny miasta powiedział w swo­im komentarzu to, co było powszechnie znane: w Gdańsku nie istniała straż pożarna z prawdziwego zdarzenia. A przecież dobre rozwiązania były znane (choćby z Królewca) i wystarczyło je tylko zastosować w Gdańsku.

Problem sprzętu gaśniczego rozwiązał się poniekąd sam. Już w poniedziałek, 21 czerwca (i w następnych dniach), na łamach gdańskich gazet pojawiły się obszerne reklamy nowoczesnego sprzętu gaśniczego. Między innymi Cornelius Franke z Berlina (Münz-Strasse No. 10) tak zachwalał swój „najnowszy omnibus z sikawką ogniową”:

„Właściwie wyćwiczone do obsługi apa­ratów gaszących przy wybuchu ognia dru­żyny strażackie, które ma u siebie na miej­scu Królewska Straż Pożarna w Berlinie, w niezliczonych przypadkach pokazały swoją skuteczność. Mniejszym miastom odradzam kupowanie zbyt kosztownych omnibusów strażackich dla drużyn gaśni­czych. Jednak przyrządziłem, podle paten­tu Kasego, sikawkę strażacką, która w zu­pełności odpowiada tutejszym potrzebom.

Po każdej stronie sikawki znajdują się dwie ławki, które mogą przyjąć po sześciu mężczyzn, tak że na miejsce niebezpieczeń­stwa może równocześnie przybyć dwunastu strażaków. Do obsługi pompy sikawki po­trzeba drużyny ośmiu sikawkowych, jedne­go strażaka do kierowania strumienia wo­dy i do mniejszych zadań pozostaje jeszcze rezerwa trzech mężczyzn.

Sikawka posiada dwa cylindry o średni­cy sześciu cali, kocioł ciśnieniowy z wenty­lem, który można otworzyć w każdej chwi­li, tak, że przy gaszeniu nie ma niepotrzeb­nej straty czasu. Sikawka daje równy stru­mień wody na wysokość 75 stóp. Wąż ssący, zaopatrzony w spiralę wykonany jest z wulkanizowanego, gumowanego mate­riału. Można go umieścić bez trudu w każ­dym stawie, rzece lub studni, albo w ku­błach z wodą, które znajdują się pod prawą ławką siedzenia. Wąż ciśnieniowy o długo­ści 60 stóp wykonany jest ze specjalnie spreparowanego, gumowanego płótna żaglowego i jest on niezwykle trwały. Prze­chowuje się go pod lewą ławką siedzenia.

Cena tej nowej sikawki strażackiej wy­nosi 300 talarów franco loco Berlin. Udzie­lam dwuletniej gwarancji”.

Reklama była na tyle skuteczna, że już w najbliższych tygodniach miasto Gdańsk za­kupiło w Berlinie kilka sikawek „podług pa­tentu Kasego”. Równie szybko w gdańskiej prasie pojawiły się reklamy towarzystw ubez­pieczeniowych od ognia. W obu gdańskich ga­zetach wydrukowano już w poniedziałek, dwa dni po pożarze, anonse towarzystw asekura­cyjnych z Berlina, Lipska, Wrocławia, Kolonii i Hamburga. Ich obroty w Gdańsku zapewne bardzo w tych dniach wzrosły.

 

Gdańska straż ogniowa

Podobnie szybko zainteresowano się w Gdańsku rozwiązaniami organizacyjnymi straży ogniowych znanymi z innych miast niemieckich, ale również przyjrzano się rozwiązaniom zastosowanym w innych, dużych miastach europejskich, takich jak Paryż czy Londyn. Gazety pełne były w tych dniach opisów zasad działania stra­ży pożarnych w Europie. Wzorem dla po­woływanej do życia gdańskiej straży były jednak podobne instytucje w Berlinie, a szczególnie w Królewcu, której skutecz­ność w akcji gdańszczanie mogli zobaczyć na własne oczy.

Nową, a w zasadzie pierwszą, straż po­żarną w Gdańsku zorganizowano więc opierając się na przykładzie królewiec­kim. Danziger Feuerwehr składała się z czterech podstawowych służb. „Straż przednia” podejmowała pierwszą walkę z ogniem. Jej drużyny, umieszczone w kil­ku punktach miasta, miały jako pierwsze znaleźć się na miejscu pożaru i od razu przystąpić do gaszenia, a także powiadomić o zdarzeniu „oddział główny” (za po­mocą syreny lub dzwonów, telegrafu bądź łączników). A „oddział główny”, gotowy do akcji, czekał na ten sygnał w głównej remizie. Wyposażony był w ciężki sprzęt (między innymi omnibusy z sikawkami ci­śnieniowymi Frankego), a strażacy prze­szli specjalistyczne przeszkolenie. Trzecią służbę stanowiła „rezerwa”, która pełniła rolę oddziałów pomocniczych. Był także „oddział remizy” odpowiedzialny za orga­nizację akcji ratunkowej i utrzymujący w pogotowiu sprzęt i ludzi „oddziału głów­nego”.

Sposób finansowania (z budżetu miasta) gdańskiej straży ogniowej oparto na wypró­bowanym rozwiązaniu królewieckim. Funk­cjonowanie straży kosztowało rocznie w Kró­lewcu około 14 tysięcy talarów, w tym czasie w Berlinie wydawano na ten cel 156 529 tala­rów i 11 srebrnych groszy. Powołana Danziger Feuerwehr zatrudniała 221 osób, na jej roczne utrzymanie magistrat Gdańska wyda­wał 12 274 talary.

Ciekawie kształtowały się wynagrodze­nia pracowników straży. Komendant, czyli „dyrektor ogniowy”, miał sto talarów na rok i do dyspozycji mieszkanie służbowe. „Oberstrażak” (też prawo do mieszkania służbowego) pobierał dwieście pięćdzie­siąt talarów. Woźnice, którzy mieli pod opieką po kilka koni, dostawali po sto tala­rów. Najmniej płacono woźnicom i sikawkowym niskiego szczebla – osiem do dzie­sięciu talarów.

Z roku na rok rosły wydatki miasta na straż ogniową. Z roku na rok sprowadzano coraz to nowocześniejszy sprzęt gaśniczy. Z roku na rok podnoszono kwalifikacje strażaków. Niestety, miały się one wielo­krotnie przydać w Gdańsku, tym niezwy­kle łatwo palnym mieście.

 

Mieczysław Abramowicz

 

Pierwodruk: „30 Dni” 6/2007