PORTAL MIASTA GDAŃSKA
PL | EN | DE

Tyrmanda pierwsze spotkanie z Gdańskiem

Tyrmanda pierwsze spotkanie z Gdańskiem
16 maja 1920 roku w Warszawie urodził się Leopold Tyrmand. Z tej racji rok 2020 poświęcony jest także jego postaci. Przypomnijmy pokrótce, jak doszło do pierwszego spotkania przyszłego pisarza z Gdańskiem.
Gdańsk, druga połowa lat 30-tych XX wieku. Statki w kanale portowym
Gdańsk, druga połowa lat 30-tych XX wieku. Statki w kanale portowym
fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

 

Tyrmandowie – Maryla, Mieczysław i ich syn Leopold – mieszkali przy ulicy Trębackiej 5, niedaleko Krakowskiego Przedmieścia, a więc w samym centrum Warszawy. Ojciec był producentem w branży skórzanej, matkę stać było na wizyty w „Małej Ziemiańskiej”, całą zaś rodzinę na wyjazdy wakacyjne nad morze. Jednak pierwsze spotkanie z Gdańskiem miało miejsce nieco wcześniej i odbyło się w szczególnych okolicznościach. Tyrmand opisał je dokładnie. Wtedy to na Wiśle, w stolicy, pojawił się nowy typ statku, motorowiec ze śrubą, przeciwieństwo dwukołowych parochodów towarzystwa Polska Żegluga Rzeczna „Vistula” Sp. z o.o. Należał do konkurencyjnej firmy żeglugowej (prawdopodobnie chodzi o Lloyda Bydgoskiego, Bromberger Schleppschiffahrt A.G.) i nazywał się „Neptun”. Właściciele tego przedsiębiorstwa postanowili przerobić stary, niemiecki trawler (w innej wersji holownik) na wiślany frachtowiec. Był to pomysł na tyle udany, że „śródlądowi żeglarze ze statków »Vistuli« (»Kozietulski«, »Sobieski«, »Czarnecki« – sami bohaterowie naszych dziejów…) bledli w bezsilnej złości na widok jego sylwetki”. Od 1926 roku przedsiębiorstwo zajęło się przewozem na trasie Gdańsk-Warszawa towarów kolonialnych, w tym, co ważne z perspektywy firmy Mieczysława Tyrmanda, wyrobów i ekstraktów garbarskich. Wtedy też w stolicy powstał oddział firmy.

W roku 1933 lub 1934 (pisarz nie był w stanie podać dokładnej daty) kilkunastoletni Poldek, jako daleki krewny drugiego oficera, trafił na pokład statku, wybierającego się w inauguracyjny rejs do Gdańska. Podróż, mimo że zagraniczna, nie nastręczała specjalnych trudności paszportowych, wystarczył dowód osobisty, a nawet legitymacja szkolna, którą Tyrmand zapomniał jednak zabrać. Chwalił się więc, że w tak młodym wieku stał się „obiektem kontrabandy” i został „prawidłowo przeszmuglowany w maszynie przez zieloną granicę”. Chłopak przyglądał się brzegom Wisły, zauważając, że zaraz za Tczewem wszystko nabrało „zupełnie zagranicznej inności”, pojawiły się lakierowane na biało pomosty, kolorowe szlabany, rzędy równo przyciętych sztachetek, starannie utrzymane ogródki i domy z czerwoną dachówką. Zadbanie i czystość – to rzucało się w oczy. „Z miejsca nabrałem do Gdańska sympatii” – zanotował.

Wiślany trawler zacumował obok wielkiego punktu wyładunkowego (Cargo), gdzieś przy nabrzeżu naprzeciw Nowej Szkocji, jak Tyrmand nazywał Nowe Szkoty, a więc na Holmie. Załoga zajmowała się załadunkiem płyt korkowych, wynoszonych z długich magazynów. Niedaleko, na rogu ulicy, była knajpka, do której posyłano młodzieniaszka po piwo i „Camele” z przemytu. Po latach wspominał swoje skoki „wprost z burty na zielonkawe, omszałe bale nabrzeża”, czuł się wtedy jak jeden z bohaterów powieści Roberta Louisa Stevensona lub Jacka Londona, jak sam Marian Zaruski.

 

Zabudowania portowe w Gdańsku, rok 1934. Widać m.in. wyspę Holm (obecnie Ostrów), stocznię, basen amunicyjny i składy drzewne Jewelowskiego
Zabudowania portowe w Gdańsku, rok 1934. Widać m.in. wyspę Holm (obecnie Ostrów), stocznię, basen amunicyjny i składy drzewne Jewelowskiego. KLIKNIJ W ZDJĘCIE, ABY POWIĘKSZYĆ
fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

 

Tyrmand napisał po latach:

W Gdańsku poznałem po raz pierwszy w życiu smak wielkiego portu, smak ten osiadł mi na wargach i w duszy na resztę mych dni i za to niech będzie Gdańskowi chwała”.

Portowa atmosfera miasta bardzo mu odpowiadała. Sam rejs zakończył się jednak dla Tyrmanda w fatalnych okolicznościach. Stało się tak za sprawą prowadzonego przezeń dziennika, w którym spisywał swoje spostrzeżenia, w tym szczere refleksje na temat członków załogi. Lektura wykradzionego dziennika wzbudziła powszechną konsternację i wrogość. Samego kapitana oburzył radykalny ton uwag skierowanych pod jego adresem. Wspólne przebywanie na statku stało się nie do zniesienia. Kiedy pod Modlinem trawler utknął na mieliźnie, kucharz – jedyna osoba na statku, o której chłopak napisał coś miłego – ostrzegł go, że nazajutrz, jeszcze przed przybyciem do miasta, „załoga postanowiła wstawić mi tzw. bańki”. W środku nocy, z pomocą kucharza i prowadzonej na holu łodzi, uciekinier dotarł na brzeg. W pobliżu znajdował się obiekt wojskowy – twierdza, więc brnący wśród ciemności, zagubiony w nieznanej sobie okolicy Poldek natknął się na wartowników. „Kto idzie? Stój, bo strzelam!” – usłyszał parokrotnie, zanim odnalazł stację kolejową. Wszystko to przypominało mu przygody, o jakich czytał w powieści „Złoto z Porto Bello” (powieść Arthura D. Howdena Smitha, prequel słynnej „Wyspy skarbów” R. L. Stevensona).

W kolejnych latach (1936-1939) Leopold odwiedził Gdańsk trzy lub cztery razy, dokładnie nie pamiętał. Było tak prawdopodobnie w wakacje 1938 roku, kiedy po zdaniu matury w warszawskim Gimnazjum im. A. Kreczmara wyjechał wspólnie z rodzicami do Gdyni. W jego książce „Siedem dalekich rejsów” główna postać opowieści, Ronald Nowak, wspomina przedwojenne potańcówki w Orłowie. Tyrmand lubił tańczyć, zdarzało mu się uczestniczyć w konkursach, a nawet je wygrywać. Długo miał za złe Tadeuszowi Konwickiemu jego słowa, kiedy ten żartobliwie napisał, że widział, jak Tyrmand, podczas jednej z tanecznych akrobacji, kopnął się w głowę.

Właśnie w czasie tych wakacyjnych podróży nad Bałtyk, do Gdyni i w jej okolice, Leopold z kolegami przechodził lasem granicę między Orłowem a Sopotem. Tam wsiadali do pociągu, aby po niedługim czasie znaleźć się w samym centrum Gdańska. Wędrowali ulicami Starego Miasta, kupowali znaczki pocztowe i tanią czekoladę. Któregoś dnia, stojąc w bramie Poczty Głównej, przyglądali się ciągnącemu od strony Targu Drzewnego (Holzmarktu) przez ulicę Długą (Langgasse) pochodowi „starych, młodych i zupełnie smarkatych hitlerowców w świeżym mdło brązowym kolorze”. Polacy, „zbrojni tylko w harcerskie spodenki i naszą młodość”, kipieli ze złości, „gotowi do najgłupszych, bezsensownych awantur o słowa i spojrzenia”. Kiedy jeden z chłopców powiedział: „To przecież polskie miasto, to jednak polskie miasto”, pozostali nie musieli potwierdzać, że myślą tak samo. Wielu czytało „Gdańsk a Polska” Szymona Askenazego, książka „Gdańsk” Jana Kilarskiego stanowiła integralną część cyklu „Cuda Polski”. Freie Stadt Danzig pozostało w pamięci chłopaka z Warszawy jako „wielkie, ciekawe miasto, egzotyczne prezenty, ogromne, smaczne ciastka i odrażające masówki hitlerowskie”.

 

W Basenie Wisłoujście, lata trzydzieste
W Basenie Wisłoujście, lata trzydzieste
Fot. Zbiory BG PAN

 

W Polsce w tym okresie atmosfera na uniwersytetach też nie była dobra, obowiązywał numerus clausus i getto ławkowe, studenci pochodzenia żydowskiego nie mogli czuć się bezpiecznie. Ponieważ maturzysta Tyrmand ładnie rysował i otrzymał stypendium francuskiej ambasady, rodzice zdecydowali się wysłać go do Paryża do l’Ecole des Beaux Arts – Akademii Sztuk Pięknych. Jako osiemnastolatek został więc studentem architektury. Kto mógł wówczas przypuszczać, że znajomość francuskiego już wkrótce ocali mu życie? Tyrmand posiadał talent do języków. Z czasem opanował ich kilka, prócz francuskiego poznał niemiecki, norweski, rosyjski i angielski. W stolicy Francji żył skromnie i słuchał jazzu, był nawet na koncercie Duke’a Ellingtona w Pallais Chaillot w 1939 roku. Interesował go sport, zwłaszcza tenis i koszykówka, na łamach pisma „Sport Polski” pojawiły się jego pierwsze teksty.

W 1939 roku wrócił do Warszawy na wakacje, a gdy wybuchła wojna wyruszył w długą podróż do Lwowa, zabierając ze sobą tylko kilka garniturów i rękawice bokserskie. Następnym etapem jego drogi było Wilno, gdzie w „Prawdzie Komsomolskiej” redagował w dużej ilości prawomyślne wobec nowych władz felietony „Na kanwie dnia”, o czym będzie się starał zapomnieć w przyszłości. Aresztowany przez NKWD w 1941 roku za działalność konspiracyjną, odzyskał wolność po ataku Niemiec na ZSRR. Niestety, niebawem trafił do wileńskiego getta, czyli z deszczu pod rynnę. Niebezpieczna karuzela wydarzeń zepchnęła wówczas w przepaść niejedno życie.

 

Waldemar Borzestowski

 

Jest to fragment tekstu poświęconego pobytom Leopolda Tyrmanda w Gdańsku przed wojną i w czasie wojny, a także pierwszemu przyjazdowi pisarza nad Motławę na początku lat pięćdziesiątych. Pełny tekst zostanie opublikowany na łamach czasopisma „30 Dni”, w numerze, który ukaże się w drugiej połowie czerwca 2020 roku.