PORTAL MIASTA GDAŃSKA
PL | EN | DE

Trudny rok 1920

Trudny rok 1920
Wydawało się naturalne, że Polska – odradzając się w 1918 roku – upomni się o Gdańsk z jego portem u ujścia Wisły. Tymczasem Niemcy, którzy stanowili w mieście ponad 90-procentową większość, byli z nim zżyci i nikomu nie chcieli go odstępować.

Heinrich Sahm, który w lutym 1919 roku obejmował urząd nadburmistrza, miał zawołać pod adresem Warszawy: „ręce precz od Gdańska!”. Zupełnie inny pomysł na przyszłość miasta miała Anglia, która z Francją i Stanami Zjednoczonymi w latach wojny 1914-1918 współtworzyła związek Mocarstw Sprzymierzonych i Skojarzonych, a na konferencji pokojowej w Paryżu współdecydowała o przyszłym kształcie Europy. Zastrzegła sobie kontrolę nad wybrzeżem Bałtyku, a polski Gdańsk nie odpowiadał angielskim interesom. Korzystniejszy wydawał się Danzig, zarządzany przez Niemcy upokorzone przegraną wojną.

Tymczasem Polska pilnie potrzebowała gdańskiego portu w związku z wojną toczoną z Rosją Sowiecką, podczas której w zaciekłych bojach odbijaliśmy ziemie wcielone niegdyś do rosyjskiego imperium. Czechosłowacja i Niemcy stawiały weto na tranzyt kolejowy materiałów wojennych dla naszego wojska, dlatego – nawet mimo sowieckich sympatii zrewolucjonizowanego gdańskiego proletariatu (zwłaszcza dokerów i kolejarzy) – pewne wydawały się tylko dostawy morskie.

Opuszczających Gdańsk niemieckich żołnierzy żegnał na Długim Targu nadburmistrz Sahm i mieszkańcy
Opuszczających Gdańsk niemieckich żołnierzy żegnał na Długim Targu nadburmistrz Sahm i mieszkańcy
Fot. Zbiory Archiwum Państwowego Gdańsk

Nowe porządki

Decyzję o utworzeniu Wolnego Miasta Gdańska pod protektoratem Mocarstw Sprzymierzonych i Ligi Narodów podpisano w Paryżu 9 stycznia 1920 roku. Dzień później miasto przestało być formalnie częścią niemieckiego terytorium. Na czas przejściowy, to jest od 10 stycznia do 15 listopada, najwyższą władzę miał sprawować Pełnomocnik i Administrator Mocarstw Sprzymierzonych i Skojarzonych. Był nim przybyły 11 lutego Anglik, generał Reginald Tower, który 13 lutego przyjął dodatkowo urząd Wysokiego Komisarza Ligi Narodów. Na siedzibę przekazano mu gmach niedawnej Generalnej Komendantury przy Wałach Jagiellońskich.

Wysoki Komisarz odpowiadał za porządek na obszarze Wolnego Miasta, miał też uczestniczyć w pracach nad gdańską konstytucją oraz czuwać nad demokratycznym przebiegiem wyborów do Zgromadzenia Konstytucyjnego (Konstytuanty). I – co dla nas szczególnie istotne – powinien zainicjować prace nad konwencją polsko-gdańską. W myśl artykułu 104. traktatu wersalskiego powinna ona zapewnić Polsce „bez żadnych zastrzeżeń swobodne używanie i korzystanie z dróg wodnych, doków, basenów, nabrzeży i innych budowli na terytorium Wolnego Miasta, koniecznych dla wwozu i wywozu z Polski” oraz „nadzór i zarząd Wisły i całej sieci kolejowej w granicach Wolnego Miasta, z wyjątkiem tramwajów i innych kolei, służących głównie potrzebom Wolnego Miasta, jak też nadzór i zarząd komunikacji pocztowych, telegraficznych i telefonicznych między Polską i portem gdańskim”.

Realizując swoje zadania Tower powołał 5 marca, w miejsce dotychczas działającej pruskiej władzy, siedmioosobową Radę Stanu, która była ciałem o charakterze ustawodawczym, sądowniczym i administracyjnym. Jej przewodniczącym został Heinrich Sahm, a zastępcą nadradca Felix von Kameke. 25 marca Wysoki Komisarz dokooptował do niej sześciu przedstawicieli partii politycznych celem stworzenia komisji, która miała przygotować projekt konstytucji. Zbrojnym ramieniem Towera były stacjonujące w mieście dwa bataliony – angielski i francuski, którymi dowodził angielski generał Richard Haking. Brytyjski batalion zainstalował się w samym Gdańsku, zaś francuski w Nowym Porcie. Razem z liczącą siedmiuset funkcjonariuszy strażą bezpieczeństwa, siły te nie przekraczały trzech tysięcy mężczyzn. Zastąpiły one niemiecki 17. Korpus, który w myśl paryskich ustaleń musiał opuścić Wolne Miasto (przeniósł się bodaj do Koszalina).

Władze Rzeczpospolitej dość wcześnie umieściły w Gdańsku swoją reprezentację. Już 18 stycznia, w hotelu „Danziger Hof” rozpoczęło pracę biuro Komisariatu Generalnego RP. Pierwszym Komisarzem Generalnym został Maciej Biesiadecki. Kiedy obejmował swój urząd (8 luty), miasto opuszczały ostatnie niemieckie oddziały. Jego zastępcą mianowano Mieczysława Jałowieckiego, który dotąd kierował Delegaturą Rządu Polskiego w Gdańsku. Organizowała ona między innymi odbiór i dystrybucję zagranicznej pomocy żywnościowej. Obsługiwała też powracających z obczyzny rodaków, zarówno wojskowych jak i cywilów, którzy docierali transportami morskimi głównie z terenów dawnego imperium rosyjskiego. A nieoficjalnie – póki nie zapadły ostateczne decyzje o przyszłości Gdańska – polskie przedstawicielstwo szykowało się do przejęcia władzy w mieście. Głównym organizatorem obsługi dostaw żywnościowych i wojskowych był zastępca Jałowieckiego, kontradmirał Michał Borowski, który pełnił jednocześnie funkcję Szefa Polskiego Przedstawicielstwa Wojskowego w Gdańsku. W Warszawie postanowiono, że Delegatura będzie stopniowo wchłaniana przez struktury Komisariatu Generalnego.

Oczywistą troską Komisarza Generalnego były interesy Polski i Polaków w Wolnym Mieście. To on powinien koordynować starania o jak najsprawniejsze przeładunki naszych materiałów wojennych. Sir Reginald Tower prędko zaprzyjaźnił się z Heinrichem Sahmem, za to wobec Biesiadeckiego i innych polskich urzędników zachowywał chłodną rezerwę. Jawną wrogość okazywał naszym przedstawicielom gdański proletariat i filtrujące go środowiska komunistyczne, dla których Rosja Sowiecka uchodziła za kraj, który siłami proletariuszy poradził sobie wzorcowo z wszystkimi problemami społecznymi i ekonomicznymi. Udział w przeładunkach naszego zaopatrzenia wojennego traktowano zatem jako zdradę proletariackiej solidarności. Dlatego podczas manifestacji, które zwoływano przeciw drożyźnie, złemu zaopatrzeniu, bezrobociu i wielkiej własności, wołano nie tylko „Chleba i pracy!”, ale również „Ręce precz od Kraju Rad!”.

By uśmierzyć rewolucyjne wrzenie, miasto organizowało „prace interwencyjne” przy porządkowaniu i rozbiórce dawnych fortyfikacji, a strona polska podpisała w kwietniu z Towerem umowę o wyjątkowo korzystnym dla Wolnego Miasta zaopatrzeniu w żywność. Wysoki Komisarz zakazał strajków już w pierwszym miesiącu urzędowania, ale mało kto to respektował.

 

Niełatwe początki

W tym samym czasie, kiedy gasły nadzieje na odzyskanie Gdańska, wojsko polskie pod wodzą generała Józefa Hallera rewindykowało ziemie wcinające się klinem między Prusy Zachodnie i Wschodnie, nazywane korytarzem pomorskim. Do Polski powracał Półwysep Helski, a także takie miasta, jak Wejherowo, Puck, Kartuzy i Kościerzyna. Brak doświadczenia w administrowaniu cywilnymi terytoriami wywoływał niezamierzone konflikty z miejscową ludnością (zwłaszcza pochodzenia niemieckiego). Nowe „polskie porządki” były kąśliwie komentowane przez gdańskie gazety, między innymi „Danziger Allgemeine Zeitung” i „Danziger Neueste Nachrichten”. W lutym polskie dowództwo wstrzymało na krótko prawo do rozprowadzania tej prasy na rewindykowanym obszarze.

Gdańszczanie, a szczególnie robotnicy, zdemobilizowani żołnierze i lumpenproletariat, podburzani przez agitatorów komunistycznego Związku Spartakusa oraz tak zwanych niezależnych socjalistów dopuszczali się napaści na naszych żołnierzy i poborowych, którzy z braku innej możliwości podróżowali koleją z północy na południe kraju, przesiadając się często na dworcu Wolnego Miasta. To dla ich bezpieczeństwa otwarto Polską Komendę Dworca. Każdy wojskowy miał obowiązek meldować w niej przyjazd i odjazd oraz deponował broń, jeśli zamierzał wyjść do miasta. Skutków tego napięcia doświadczyli studenci ostatniego roku architektury Politechniki Warszawskiej, którzy w marcu 1920 roku przyjechali rysować gdańską architekturę. Jak wielu ówczesnych studentów, łączyli naukę ze służbą wojskową i pewnie dlatego mieli na sobie mundury. „By uniknąć nieprzyjemności – wspominał potem na łamach „Tygodnika Ilustrowanego” jeden z nich – ekspedycya urządzała się w ten sposób, że szło się do prywatnych lokali, prosiło bardzo grzecznie o pozwolenie rysowania z okna i sprawa była załatwiona najzupełniej. Przyjmowano nas bardzo grzecznie, ba, nawet herbatą częstowano. Tylko wyraźnie nie uznawano wojskowych mundurów”. Opiekun naukowy grupy sportretował pierwszego dowódcę Polskiej Komendy Dworca, podchorążego Karola Marcinka.

Defilada wojsk alianckich, które przybyły do miasta, w tle hotel ‘Danziger Hof’
Defilada wojsk alianckich, które przybyły do miasta, w tle hotel ‘Danziger Hof’
Fot. Zbiory BG PAN

 

Bez złudzeń

Póki umowa polsko-gdańska nie została spisana, 22 kwietnia dyrektor Departamentu Ekonomicznego MSZ wspólnie z Wysokim Komisarzem Ligi Narodów złożyli podpisy pod prowizorycznym układem między Polską i Wolnym Miastem, którego punkt 15. głosił, że „Gdańsk zapewnia udzielenie wszelkich ułatwień dla ekspedycji wszelkiego rodzaju transportów, wyładowanych w jego porcie, a przeznaczonych dla Polski, nie wyłączając transportów materiałów wojennych. Co się tyczy tych ostatnich, to polskie straże mogą konwojować takie transporty z zastrzeżeniem uprzedniego zezwolenia administracyjnych władz gdańskich”.

16 maja odbyły się wybory do 120-mandatowego Zgromadzenia Konstytucyjnego. Ich wynik wzmocnił lewicowe środowiska, dając socjaldemokratom (Sozialdemokratische Partei Deutschlands) dwadzieścia jeden mandatów. Weszli oni do Konstytuanty jako druga licząca się siła, po mieszczańskiej Niemiecko-Narodowej Partii Ludowej (Deutschnationale Volkspartei), która zdobyła trzydzieści cztery miejsca. Na listę polską głosowało 6,1 procenta wyborców, co przełożyło się na siedem mandatów.

Pierwsze dostawy materiałów wojennych docierały do gdańskiego portu jako uzupełnienie ładunków o przeznaczeniu cywilnym. Nie uszły jednak uwadze dokerów i kolejarzy. W ulotkach i na wiecach „spartakusowcy” nawoływali, aby je bojkotować. Statkami o małym zanurzeniu prowokacyjnie blokowano nabrzeża głębokiego basenu wolnocłowego, gdzie dotąd przeładowywano polskie towary. Mimo umowy z 22 kwietnia, w połowie czerwca kolejarze – powołujący się na dyrektywy Rady Stanu – uwarunkowali rozładunek statku „Meiland” od okazania listów frachtowych. Zastrzegali sobie też prawo wybiórczych rewizji ładunku w wagonach. Między 24 i 29 czerwca pracę portu wstrzymał strajk generalny, podjęty po interwencji policji, która wykryła liczne przypadki kradzieży ładunków. Straty polskie były oczywiste.

 

Towarzysze-robotnicy

Wydawało się, że zuchwałość gdańskich komunistów sięgnęła zenitu 5 lipca, kiedy dokonano napaści na oddział sześciu polskich wojskowych, który pod komendą podporucznika Stanisława Zienkowskiego eskortował sześćdziesięciu trzech jeńców sowieckich z Wejherowa do Kartuz. Konwój musiał jechać przez Gdańsk (nie było innej linii kolejowej), gdzie na dworcu wypadło mu przeczekać kilka godzin na przesiadkę. Tu wokół żołnierzy zaczął gromadzić się tłum, który około południa naparł na nich z zamiarem odebrania broni i uwolnienia jeńców. Podczas przepychanek kapralowi Szewczykowi zadano trzy pchnięcia nożem. Polacy nie dali się rozbroić, „wszyscy jednak jeńcy, wspomagani przez tłum, rozbiegli się po mieście i znaleźli schronienie wśród komunizujących robotników”.

17 lipca polska Narodowa Rada Robotnicza wystosowała do Komisarza Generalnego ostry protest. Przy okazji wytknęła też zachowawczość Wysokiemu Komisarzowi Ligi Narodów. Wtedy interwencję podjął Biesiadecki. W odpowiedzi Tower przesłał mu (25 lipca) wyjaśnienia Felixa von Kameke, który stwierdzał, iż policja gdańska nie była powiadomiona na czas o przybyciu transportu, zaś „jeden z żołnierzy angielskich głośno wzywał na ulicy bezrobotnych robotników gdańskich do uwolnienia ich towarzyszy-bolszewików, eskortowanych przez żołnierzy polskich na dworcu gdańskim”.

Widząc bierną postawę Wysokiego Komisarza, Komisarza Generalnego RP i gdańskiej policji, gdańszczanie zaczęli blokować transporty rekrutów, które z północnych powiatów Pomorza kierowane były przez Gdańsk na południe. Poborowi z byłej dzielnicy pruskiej – jeśli wierzyć Felixowi von Kameke – zaciągani byli do naszego wojska przeważnie wbrew swojej woli. Dlatego Kameke przestrzegał Towera o próbach odbijania takich transportów przez cywili, o ile będą kierowane przez Gdańsk.

Na początku lipca wojska sowieckie poderwały się do kontrofensywy na całej linii frontu, a ich sukcesy odbierano nad Motławą jak własne zwycięstwa.

 

Sprawa „Trytona”

Naiwnością byłoby oczekiwać, że bez zakłóceń przebiegnie rozładunek spodziewanego na 10 lipca holenderskiego statku „Tryton”, który płynął z Salonik z ważącym dwa i pół tysiąca ton uzbrojeniem. Z kolei 15 lipca spodziewany był amerykański transportowiec „North Pines” z „materiałem artyleryjskim” o łącznej wadze czterech tysięcy ton. Zastępca Wysokiego Komisarza wyraził obawę, że zdominowani przez „spartakusowców” dokerzy zbojkotują statki i ogłoszą strajk. Ponieważ miasto zarzucano ulotkami wzywającymi do solidarności z Rosją Sowiecką i bojkotu polskich transportów wojskowych, admirał Borowski rozważał, czy nie skorzystać z portu helskiego, skąd ładunki mogłyby być odholowane krypami do polskiego Tczewa.

„Tryton” pojawił się w porcie 21 lipca. O godzinie 18. zacumował na prawym brzegu Wisły przed Dworcem Wiślanym. Ponieważ przypłynął z dużym opóźnieniem, admirał zamierzał bezzwłocznie przerzucić ładunek do wagonów oraz na barki i natychmiast wyekspediować do Tczewa. Prace zaplanowano na dzień następny. Tymczasem dokerzy nie garnęli się do rozładunku. Możliwe, że na ich postawę wpłynęła niemiecka deklaracja o neutralności w wojnie polsko-sowieckiej, ogłoszona dzień wcześniej przez prezydenta Rzeszy Friedricha Eberta. Nieobojętna mogła być również antypolska agitacja, jaką rozpoczęto przed planowanym na 11 sierpnia plebiscytem na Warmii i Mazurach.

Wieczorem doszło do spotkania polskiej firmy spedycyjnej z przedstawicielami działających w porcie „chrześcijańskich” i „niemieckich” związków zawodowych. Strona polska obiecywała każdemu robotnikowi podwyższoną do stu marek dniówkę oraz codzienny dodatek w postaci kilograma „dobrej mąki”. Pokusa była silna. Trzydziestu dokerów zadeklarowało gotowość do pracy. Wstrzymali się jednak, kiedy reszta zagroziła zatopieniem „Trytona” i strajkiem generalnym. Solidarność z bojowymi dokerami zadeklarowali kolejarze (oficjalnie to Polska miała zarządzać kolejami na terenie Wolnego Miasta, ale związana z tym reorganizacja jeszcze nie nastąpiła).

Strajk generalny uniemożliwiłby wywóz około 20 tysięcy ton mąki i piętnastu lokomotyw, które oczekiwały w lukach statków przy nabrzeżu wolnocłowym. Cena tych ładunków była równie wysoka jak broni. Z depeszy Borowskiego, z 24 lipca, wynika, że wskutek polskiej interwencji Tower postawił związkowcom ultimatum: jeśli nie przystąpią do rozładunku „Trytona”, to udający się w niedzielę do Warszawy generał Haking zarządzi sprowadzenie naszych robotników. Polskie władze błyskawicznie zgromadziły przy granicy brygadę przeładunkową gotową natychmiast jechać do portu. Nie wykorzystano jej jednak z obawy o bezpieczeństwo ładunku w drodze do Tczewa. W tej sytuacji Haking, po konsultacjach z szefostwami angielskiej i francuskiej misji wojskowej w Warszawie, zaoferował, że rozładunku dokonają jego żołnierze. Związkowcy przyjęli takie rozwiązanie bez zastrzeżeń, jakby w nie nie wierzyli.

Mimo angielskiej oferty, jeszcze 25 lipca Borowski depeszował do Warszawy: „ani robotnicy, ani wojsko angielskie nie zjawiło się do wyładunku”. Przywódcy dokerów, widząc naszą niemoc i zarazem wolę jak najszybszego rozładunku „Trytona”, oświadczyli, że rozładują ten statek, jeśli Polska zrezygnuje z korytarza pomorskiego. W reakcji na to kolejarze z Tczewa zagrozili blokadą i wygłodzeniem miasta. Władze polskie odcięły się od tego pomysłu, ale nie potępiły go.

Nie wiemy, jak przyjęli to ultimatum gdańszczanie. Wydaje się, że najbardziej poruszyło Hakinga, skoro już 27 lipca Anglicy pojawili się na „Trytonie”. Materiałów wojennych nie wyładowywano jednak do wagonów, ale na barki, z uwagi na niepewny los transportu kolejowego na terytorium Wolnego Miasta. Z depeszy Borowskiego dowiadujemy się, że spodziewał się odprawić nocą do Tczewa dwie lub trzy pełne berlinki. „Ładunek nie jest sortowany, a naładowany tak, jak leżał w lukach, a więc karabiny, kulomioty, amunicja działowa razem. (...) Berlinki ładują na jeden metr zagłębienia, aby ewentualnie mogły dojść do Torunia” – relacjonował admirał w depeszy do Ministerstwa Spraw Wojskowych.

 

Gorące noce

Atmosfera w Wolnym Mieście była bliska rewolty nie tylko z powodu naszych transportów wojskowych. Wpływały na nią przede wszystkim pogarszające się warunki bytowe. Wściekłość budziły wysokie podatki, drogie artykuły pierwszej potrzeby oraz mocno zawyżone ceny kartofli. Kulminacyjnym dniem był 29 lipca. Zwołana przez związki zawodowe i radykalnych socjalistów trzydziestotysięczna armia niezadowolonych stawiła się w godzinach popołudniowych na Targu Siennym, skąd przeszła pod gmach dawnego Zarządu Prowincji, by na obradującej w nim Konstytuancie wymusić zwolnienie od podatku dochodów, które nie przekraczały tysiąca pięciuset marek. Ponieważ w całym budynku nie znaleziono przewodniczącego Sahma (a to on powinien podpisać taki dokument), demonstranci przemaszerowali pod gmach Prezydentury, skąd brutalnie wywlekli Sahma na ulicę i pobili, po czym doprowadzili przed obradującą Konstytuantę i przymusili do podpisania zwolnienia.

Tłum jeszcze się nie rozszedł, kiedy ktoś rzucił fałszywą pogłoskę o przetrzymywanych w więzieniu przy Kurkowej (Schiesstange) żołnierzach angielskich, którzy odmówili rozładunku „Trytona”. Manifestanci ruszyli z odsieczą. W więzieniu czekała postawiona w stan pogotowia służba bezpieczeństwa. Padły strzały. Jeden okazał się śmiertelny. Ale tylko część demonstrantów straciła ducha walki i wróciła do domów. Inni skrzyknęli się w grupy i w bojowych nastrojach rozpierzchli po mieście. Licząca około stu pięćdziesięciu osób grupa pomaszerowała do kierowanego przez Borowskiego biura przy Gdyńskich Kosynierów (Rennerstiftgasse), gdzie zdemolowała wnętrza i przerwała przewody telefoniczne. Inna wtargnęła do polskiej gospody żołnierskiej przy Garncarskiej (Töpfergasse), gdzie poturbowała kilku żołnierzy i zniszczyła całe wyposażenie. Sześciu uzbrojonych mężczyzn wdarło się do polskiego pensjonatu prowadzonego przez Sophie Bochinski przy Targu Kaszubskim (Kaschubischer Markt). Podając się za wysłanników gdańskiego rządu bolszewickiego, urządzili rewizję w pokoju zajmowanym przez czterech polskich oficerów, którym zrabowali pieniądze i broń. Trzykrotnie atakowano Polską Komendę Dworca z okrzykami: „Rauss mit den Polacken”, „Haut die Hunde”, „Haut diese Bestien”. Uzbrojona w sztylety, bagnety i palki stuosobowa grupa napadała na hotele „Reichshof”, „Continental” i „Danziger Hof” w poszukiwaniu polskich wojskowych, a na Podwalu Grodzkim zatrzymywała tramwaje i samochody.

Następnego dnia Reginald Tower zaapelował o stonowanie nastrojów oraz zakazał wpuszczania statków z zaopatrzeniem dla naszego wojska, zaś Haking zagroził wprowadzeniem stanu oblężenia oraz dozbrojeniem całej służby bezpieczeństwa i policji, o ile zgromadzenia i pochody nie przybiorą spokojniejszej formy. Sądowym epilogiem nocy z 29 na 30 lipca był wyrok skazujący ośmiu demonstrantów na kary aresztu – od miesiąca do dwóch lat. Apele i groźby nie wywoływały oczekiwanych skutków. Zwycięstwa Rosji na froncie polskim dodawały animuszu gdańskim rebeliantom. Coraz głośniej mówiło się o komunistycznej rewolcie nad Motławą. Podobno gotowa była lista bolszewickich kandydatur na poszczególne stanowiska w mieście.

Polski monitor rzeczny w gdańskim porcie, na nabrzeżu pocięte kadłuby niemieckich łodzi podwodnych
Polski monitor rzeczny w gdańskim porcie, na nabrzeżu pocięte kadłuby niemieckich łodzi podwodnych
Fot. ‘Tygodnik Ilustrowany’

W najgorszym razie

Wichura z burzami, która na trzy dni rozszalała się nad Bałtykiem i Gdańskiem od 1 sierpnia, tylko jakby dodała związkowcom zadziorności. Zgromadzeni tamtego dnia w Brzeźnie dokerzy utrzymali bojkot polskiego uzbrojenia, czym skłonili koalicjantów do rozważań o podjęciu okupacji Gdańska przez wojska angielskie. Dobrą wiadomość admirał Borowski zapisał dopiero 6 sierpnia. Tego dnia o 17.30 Anglicy ukończyli wyładunek „Trytona”. Dla jego wywiezienia barki kursowały do Tczewa dwadzieścia sześć razy.

Wobec dramatycznych doniesień z Polski posłowie rządzącej partii mieszczańskiej mieli zwrócić się do prezesa Koła Polskiego w Konstytuancie, doktora Władysława Paneckiego, z pytaniem, czy mogą liczyć na gdańską Polonię przy obronie miasta przed bolszewikami. Władze gdańskie też kontaktowały się z Sowietami. Już 2 sierpnia Warszawa wiedziała, że poseł o nazwisku Mau za zgodą Sahma i komisji zagranicznej Konstytuanty został delegowany na pertraktacje z bolszewikami. Mówiło się też o pośle niezależnych socjalistów, Raube, który jeździł do Prus Wschodnich na spotkania z delegacją sowiecką i deklarował poparcie dla inicjatyw bolszewickich na terenie Wolnego Miasta. Gdańszczanie mieli składać obietnice wstrzymania polskich przeładunków, jeśli Sowieci uszanują ich granice. Za swoją lojalność podobno domagali się powiększenia gdańskiego terytorium.

W ocenie Biesiadeckiego władze Gdańska „biernie jeżeli nie życzliwie, wytworzyły na terenie WMG rodzaj zagranicznej centrali rosyjskiej agitacji komunistycznej”: „do Zoppot przybyło z Rosji mnóstwo agitatorów”; Jakiś nielegalny organ przedstawicielstwa władz sowieckich niczem nie krępowany jeździ po Gdańsku automobilem z zatkniętą czerwoną flagą z emblematami władzy sowieckiej, rzucając między robotników pieniądze i broszury agitacyjne”.

Bolszewickie sympatie rosły w miarę zbliżania się Sowietów do Warszawy. Uchwała, podjęta 9 sierpnia przez gdańskie Powszechne Zrzeszenie Związków Zawodowych, zobowiązywała wszystkich członków, którzy pracowali na kolei, poczcie, drogach „i w każdym innym miejscu” do bojkotu przeładunków wojennych i użycia wszelkich środków, by nie wspierać „Polski walczącej z Sowietami”. Prasa podkręcała atmosferę rychłej kapitulacji Polski, umieszczając doniesienia wojenne w różnych punktach miasta na specjalnych wywieszkach oraz w dodatkach nadzwyczajnych.

Nie tylko zresztą w Gdańsku liczono się z nieuniknioną rosyjską wiktorią. Tadeusz Bierowski przytacza wymowną notatkę londyńskiego dziennika „Morning Post” (z 9 sierpnia), „która streszczając memorandum Lloyd George'a przedłożone 6 sierpnia Kamieniewowi i Krasinowi, podała między innemi, iż »Główne Mocarstwa przedsięwezmą potrzebne kroki umożliwiające przedstawicielowi Sowietów przebywanie w Gdańsku i każdym innym punkcie wjazdowym do Polski, celem dania możności Rządowi sowieckiemu kontrolowania, iż żadne materjały wojenne nie będą dostarczone do Polski«”.

10 sierpnia Tower powiadomił Biesiadeckiego o spodziewanych antypolskich rozruchach. Ostrzegł jednocześnie, że jakkolwiek ogłosi w takiej sytuacji stan wyjątkowy, to przy niedostatecznej sile batalionów angielskiego i francuskiego oraz służby bezpieczeństwa wątpi w skuteczną ochronę urzędów i instytucji polskich. Opracowany na taką okoliczność plan przewidywał, iż Komisarz Generalny i jego personel schroni się w forcie na Górze Gradowej albo w koszarach we Wrzeszczu; oddział kolejowych transportów wojskowych przeniesie się do hotelu „Reichshof” przy dworcu kolejowym, gdzie pozostanie, póki wojska alianckie będą w stanie go bronić; pracownicy Delegatury Ministerstwa Aprowizacji mieli się ewakuować do budynku Dyrekcji Kolejowej, zaś obsłudze radiostacji w Nowym Porcie zalecono przeniesienie się do cumującego w pobliżu w porcie torpedowca angielskiego.

 

Neutralni

W początkach sierpnia stocznia w Gdańsku kończyła budowę jednego z rzecznych monitorów zamówionych przez Polskę. Z wyjątkiem „najdrobniejszych rzeczy” okręt był wykończony i admirał Borowski uznał, że należałoby go wysłać na wojnę. Wobec cofania się frontu do brzegów Wisły, jego wykorzystanie mogło okazać się nieocenione. Tymczasem dochodziły głosy, że sprzyjający bolszewikom stoczniowcy będą utrudniać przekazanie statku. Borowski musiał zatem „wyprowadzić” go pod osłoną nocy, posługując się skompletowaną naprędce załogą pod komendą kapitana Józefa Michała Unruga.

Nad Motławą tymczasem wybuchła euforia po zwycięstwie plebiscytowym na Warmii i Mazurach. Zapewne entuzjastycznie przyjęto też „solidarnościową” decyzję Czechosłowacji z 10 sierpnia, która stawiała weto na przemarsz wojsk węgierskich, które miały udzielić pomocy Rzeczpospolitej. 15 sierpnia Borowski depeszował do Warszawy: „Postawa robotników gdańskich jest wręcz wroga. (...). Nawet gdyby można było wyładowywać statki w Zatoce Puckiej, to to sytuacji nie zmieni, dopóki nie ma połączenia kolejowego Kartuzy-Wejherowo”.

Podniecenie na ulicach i w porcie stale rosło. 16 sierpnia, kiedy jeszcze nie dotarł tu wynik rozegranej dzień wcześniej bitwy warszawskiej, Tower powiadomił Borowskiego, że nie chce prowokować strajku generalnego i dlatego nie wpuści do portu statku „Juno”, który płynął z zaopatrzeniem dla Polski. Dzień później gdańszczan wygnał na ulice „news” gazety „Danziger Allgemeine Zeitung”, która - powołując się na nadzwyczajne wydanie „Timesa” – zamieściła informację o zajęciu Warszawy przez IV armię sowiecką. Jeszcze tego samego dnia komisja spraw zagranicznych Konstytuanty zwróciła się do Wysokiego Komisarza Ligi Narodów, by ogłosił neutralność Gdańska w wojnie polsko-bolszewickiej. Według Biesiadeckiego, bezpośrednim impulsem dla takiej decyzji było „niedawne oświadczenie bolszewickiego komisarza w Działdowie, że bolszewicy zajmą Gdańsk na wypadek nieprzestrzegania neutralności”. Uchwała taka podważała sens artykułu 104. traktatu wersalskiego.

Obradujące 18 sierpnia w Oruni zgromadzenie robotnicze podjęło decyzję o wstrzymaniu przeładunku i przewozu wszelkich materiałów wojennych oraz wyraziło sprzeciw na przejazdy przez terytorium Wolnego Miasta polskich poborowych. 20 sierpnia wniosek o neutralności poparła cała Konstytuanta. Mimo że Paryż ostro naciskał na Londyn w związku ze wstrzymywaniem przez Towera dostaw francuskiej amunicji dla Polski, Wysoki Komisarz jeszcze tego samego dnia powtarzał, że utrzymuje w mocy zakaz wchodzenia statków z materiałami wojennymi, co – jak zauważa Bierowski – miał tłumaczyć poważną trudnością „określenia materjalu wojennego, a to ze względu na istniejące sprzeczności, jakie wynikały zwłaszcza z praktyki w czasie Wielkiej Wojny”.

 

Wzmocnione siły

Wobec rosnącego napięcia Rada Ambasadorów wzmocniła gdańskie siły, sprowadzając z Kłajpedy dwie kompanie strzelców francuskich w sile stu pięćdziesięciu ludzi, a blisko naszych magazynów portowych zacumowały angielskie kontrtorpedowce z uzbrojonymi marynarzami. Nie przedsięwzięto jednak żadnych represji. Chociaż Anglia sprzeciwiała się rozwiązaniom siłowym, 22 sierpnia Francja wprowadziła do portu krążownik opancerzony „Gueydon”, który zatrzymał się przy Westmole. Jego dowódcą był kapitan Hallier. W ładowniach przywiózł 450 ton karabinów i amunicji dla Polski. Hallier przystał na propozycję Borowskiego, by ładunek skierować barkami do Tczewa. Ale prace przeładunkowe rozpoczęto dopiero 25 sierpnia po telegraficznych konsultacjach Towera i Halliera z Londynem i Paryżem.

Wzmocnione siły nie do końca ostudziły antypolskie wystąpienia. Przekonali się o tym żołnierze, którzy 24 sierpnia rano przyjechali z Tczewa do Gdańska, by stąd odjechać do Gdyni, gdzie mieli zająć się wyładunkiem koni. Gdańscy kolejarze, w porozumieniu z Radą Robotniczą, odprawili ich wagon z powrotem w kierunku Tczewa. Po drodze skład zatrzymano na stacji w Pszczółkach. Kiedy dowiedzieli się o tym tczewscy kolejarze, zatrzymali pociąg pospieszny jadący do Gdańska i zagrozili blokadą ruchu między Polską i Gdańskiem. Ten argument przemówił. Żołnierze wrócili do Tczewa, ale o wznowieniu podróży koleją nie mogło być mowy. Udali się do Gdyni piechotą omijając terytorium Wolnego Miasta. Wobec takich i podobnych szykan postanowiono, że reemigranci w wieku poborowym będą przewożeni do Tczewa barkami, zaś pozostali mężczyźni będą odsyłani koleją pod eskortą angielskich żołnierzy.

W drugiej połowie sierpnia antypolska nagonka poczęła wygasać. Wpłynęły na to niewątpliwie doniesienia z frontu. Nieskrępowanie zaczęły napływać materiały wojenne. 25 sierpnia rzuciła cumy belgijska „Estella” z ładunkiem uzbrojenia i amunicji. Dla ostrożności statek stanął jednak blisko „Gueydona”. Dwa dni później zawinęła „Jolly Kate” z samolotami, armatami, artykułami sanitarnymi i amunicją. Żołnierze francuscy rozładowywali ten statek wprost do wagonów, bo spokój wrócił również na kolei. W ostatnich dniach sierpnia bez przeszkód dowieziono do Tczewa reemigrantów w wieku poborowym, którzy przybyli statkiem „New Rochelle”. Podobnie bez zakłóceń odprawiono „Smoleńsk”.

W istotny sposób wygasł impet antypolskich wystąpień, gdy w porcie, w ostatnim dniu sierpnia, pojawił się amerykański krążownik „Pittsbourg”. Oznaki pokornienia gdańszczan widoczne były już 25 sierpnia, kiedy – podczas dyskusji w Radzie Stanu – Sahm próbował wyjaśniać Towerowi motywy petycji o neutralności, którą tłumaczył okazywanym wielokrotnie przez gdańszczan pragnieniem odsunięcia widma wojny.

 

Można zapalić

25 sierpnia pułkownik Sawoyno-Sołłohub depeszował z Komisariatu Generalnego RP do Szefa Sztabu Generalnego, generała Rozwadowskiego: „Odczuwa się zmiana kursu polityki angielskiej. (...) Żywioły niemieckie komunistyczne również jak i narodowe pod wpływem naszych ciągłych sukcesów na froncie i zdecydowanych kroków Francji zupełnie zmiękły. Grunt teraz w Gdańsku jest odpowiedni dla prowadzenia naszej stanowczej polityki”.

Nocą z 26 na 27 sierpnia odprawiono Wisłą ładunek „Estelli” pod konwojem francuskich żołnierzy i marynarzy z „Gueydona”. Admirał Borowski zlecił dowódcy tczewskiego garnizonu oraz zwierzchnikom dworca i portu, by przyjęli eskortę francuską „możliwie owacyjnie, ewentualnie z orkiestrą i udziałem władz wojskowych, cywilnych i ludności oraz udekorowaniem portu flagami polskiemi i francuskiemu Należy przygotować również obiad dla oficerów i żołnierzy z konwoju ogółem około 30 osób”. 8 listopada, w dniu, kiedy „Gueydon” i „Loiret” miały żegnać się z Gdańskiem, Borowski zwrócił się do Sekcji III Administracji Gospodarczej z poleceniem zakupienia w amerykańskiej kantynie pięćdziesięciu tysięcy papierosów, które miały posłużyć jako dar dla marynarzy, bo – jak stwierdzał – „pracowali bezinteresownie, przez co zaoszczędzono na niewypłaconych wynagrodzeniach robotników”.

Wdzięczność admirała nie ominęła niemieckich szyprów barek, którzy przewozili wojenne ładunki do Tczewa. Franciszek Dyrna, kierownik Wolnego Portu (portu wolnocłowego) „za porozumieniem pana admirała Borowskiego” zwrócił się – 3 listopada – do Polskiej Żeglugi Państwowej w Gdańsku o wypłacenie im „gratyfikacji 200 marek” za to, że „ze statków Triton, Estella i Gueydon chętnie i bez żadnych trudności ładowali [materiały wojenne – TTG] i do Tczewa przewieźli”.

 

Epilog

Klęski Rosji ostudziły wojowniczość związków zawodowych. 31 sierpnia związki zawodowe transportowców podjęły uchwałę o zakończeniu strajku. W tym samym dniu Konstytuanta przyjęła wniosek Koła Polskiego o przywróceniu naszym reemigrantom swobodnego przejazdu przez Wolne Miasto, a niewiele dni później bez większych trudności zainstalował się w Nowym Porcie polski oddział wojskowy, który w myśl ugody z 22 kwietnia nadzorował wyładunki dostaw wojennych.

Zważywszy na interesy Anglii, nie dziwi jej opinia z maja 1920 roku o nieprzygotowaniu Polski do samodzielnego administrowania portem. To Londyn wyszedł z inicjatywą powołania Rady Portu i Dróg Wodnych w Gdańsku, w której w równej liczbie reprezentowani byli Polacy i gdańszczanie, a przewodził jej prezydent mianowany przez Radę Ambasadorów. Podpisana 9 listopada w Paryżu konwencja polsko-gdańska regulowała wzajemne stosunki związane również z zarządzaniem portem. Ustalono w niej, że „Polska i Wolne Miasto stanowią jeden obszar celny poddany prawodawstwu i taryfie celnej polskiej”.

Powstanie Wolnego Miasta Gdańska proklamowano oficjalnie 15 listopada 1920 roku. Rada Stanu przekształciła się tego dnia w tymczasowy rząd, zaś w grudniu Konstytuanta przyjęła nazwę Sejmu (Volkstag). Również tego dnia wygasł mandat Towera jako pełnomocnika Mocarstw Sprzymierzonych i Wysokiego Komisarza. 23 listopada pożegnano koalicyjnych żołnierzy. Wyznaczeniem granicy Wolnego Miasta miała zająć się komisja delimitacyjna. Ruszyła sprawa kolei. 1 grudnia przyjechali z Poznania urzędnicy, którzy zorganizowali Polską Dyrekcję Kolei w Gdańsku. W ostatnim miesiącu roku wstrząsnęły Gdańskiem dwie detonacje. Jedną spowodowała bomba z „cuchnącym płynem”, która wybuchła w sali obrad Volkstagu. Druga rozbiła w perzynę wagon z amunicją w wydzielonym dla polskich potrzeb sektorze portu.

 

Tadeusz T. Głuszko

 

Pierwodruk: „30 Dni” 4/ 2007