PORTAL MIASTA GDAŃSKA
PL | EN | DE

Trudne wojenne i powojenne lata

Trudne wojenne i powojenne lata
Wspomnienia Wandy Ewertowskiej, córki polskiego pocztowca Alojzego Swinarskiego
Alojzy Swiniarski z żoną Gertrudą w swoim mieszkaniu przy ulicy Wałowej, koniec lat trzydziestych
Alojzy Swiniarski z żoną Gertrudą w swoim mieszkaniu przy ulicy Wałowej, koniec lat trzydziestych
Fot. ze zbiorów Wandy Ewertowskiej

Urodziłam się w Gdańsku, w szpitalu na obecnej ulicy Klinicznej. Był rok 1932, a szpital nazywano Bocianim Domem (Storchenhaus). Rodzice moi, Alojzy Swiniarski i Gertruda z domu Wysocka, mieszkali wtedy na Wałowej 21 A. Byli młodym małżeństwem. Ślub wzięli 1 kwietnia 1931 roku w kościele św. Stanisława Biskupa we Wrzeszczu, gdyż ojcu bardzo zależało, aby uroczystość odbyła się w polskiej świątyni. Dla mamy równie dobrym miejscem na ślub byłby kościół św. Ignacego na Starych Szkotach, z którym była związana, jednak ostatecznie wszystko potoczyło się po myśli ojca.

 

Marzenie o złotej gwiazdce

To, że rodzice wynajmowali mieszkanie nie było niczym nadzwyczajnym. W przedwojennym Gdańsku mało kto mógł sobie pozwolić na posiadanie własnego mieszkania, o domu nie wspominając. Inna sprawa, że będąc w polskiej służbie pocztowej ojciec zarabiał całkiem nieźle i odkładał pieniądze z myślą o kupnie czegoś swojego. Niestety, również z powodu służby, w domu był w zasadzie gościem. Bo jeśli nawet miał wolne, to czas ten poświęcał na działalność w różnego rodzaju organizacjach polskich. Brał udział w próbach i występach orkiestry pocztowej, jeździł na szkolenia wojskowe, które prowadzono między innymi w Bydgoszczy. Pamiętam, że miał pistolet i amunicję, które ukrywał w piecu, a tuż przed wybuchem wojny zabrał to wszystko na Olszynkę do swojego ojca, a mego dziadka, Piotra Swiniarskiego, i tam na podwórku zakopał. Z powodu nieustannej nieobecności ojca, ciężar prowadzenia domu spoczywał na mamie. W metryce, jak już wspomniałam, miała napisane: Gertruda, ale ponieważ nie lubiła tego imienia, dla wszystkich była Elżbietą.

Naukę w szkole powszechnej rozpoczęłam jeszcze przed wojną. Szkoła znajdowała się w Domu Polskim przy ulicy Wałowej. Pamiętam z tamtego okresu naszego nauczyciela, Romana Reszczyńskiego. Niestety, nie jest to wspomnienie przyjemne – oto bowiem któregoś dnia kazał jednemu z chłopców położyć się na ławce, po czym zacząć go bić trzciną po tyłku. Byłam tym przerażona. Spodziewałam się, że również ja dostanę lanie i o wszystkim opowiedziałam mojemu dziadkowi. I choć strasznie bałam się wróć do szkoły, to ostatecznie nadal do niej chodziłam.

W tamtym czasie moim marzeniem była… złota gwiazdka. W szkole istniał bowiem system, zgodnie z którym uczniowie nosili gwiazdki na berecie – srebrne od klasy pierwszej do czwartej, a potem złote. Ich liczba była odpowiednia dla danego rocznika, kiedy więc zaczynałam opowiadać o swojej wymarzonej złotej gwiazdce, słyszałam, że muszę zdać do klasy piątej, co – ze względu na wojnę – nie było mi już dane. Wprawdzie chodziłam później do szkoły, ale jako że była ona niemiecka, tego rodzaju oznaczeń nie stosowano.

W sierpniu 1939 roku mama wyjechała ze mną i młodszym o cztery lata bratem Zygmuntem do Gdyni. Wydawało się jej, że w Polsce będziemy bezpieczniejsi niż w Wolnym Mieście Gdańsku, gdzie Polaków coraz bardziej prześladowano. Szczególnie ciężko mieli pocztowcy oraz kolejarze. Ich praca była równoznaczna ze służbą państwową, co było widać chociażby po wadze, jaką ojciec przykładał do swojego wyglądu. Pamiętam staranność, z jaką czyścił mosiężne guziki z orzełkiem. Brał sidol, wsuwał pod guzik metalową podkładkę, która miała chronić mundur przez pobrudzeniem, i polerował. Guzik musiał błyszczeć, bowiem każdego dnia przed rozpoczęciem pracy naczelnik urzędu pocztowego dokonywał przeglądu. Sprawdzał, czy mundury są nienaganne czyste, a buty wypastowane.

Z podobną starannością ojciec szykował mundur na niedzielę, gdy szedł w odwiedziny do dziadka na Olszynkę. Wtedy i ja byłam wystrojona, zakładano mi nawet kapelusik, czego zresztą bardzo nie lubiłam. Najgorsze było jednak to, że przez całą drogę musiałam być grzeczna, wyprostowana, nie wolno mi było kucać czy schylać się np. po kamień. A przecież wiadomo, że dzieci lubią podnosić z ziemi rozmaite rzeczy. Więcej swobody miałam dopiero po przyjściu do dziadka, gdy dorośli zajmowali się sobą, a dzieci mogły się wreszcie pobawić.

Gertruda Swiniarska z synem Zygmuntem i córką Wandą, Gdynia 1939
Gertruda Swiniarska z synem Zygmuntem i córką Wandą, Gdynia 1939
Fot. ze zbiorów Wandy Ewertowskiej

Czas wojennej tułaczki

1 września 1939 roku o świcie ojciec został aresztowany w swoim miejscu pracy, czyli Urzędzie Pocztowym Gdańsk 2 na dworcu Gdańsk Główny. My pierwsze dni wojny spędziliśmy w Gdyni u siostry mamy, Heleny, której mężem był Antoni Budzisz, właściciel wędzarni przy ulicy Św. Piotra. Ponieważ miasto było atakowane, wujek zabrał nas w swoje rodzinne strony, do Pucka. Po drodze spędziliśmy kilka dni w Ciekocinie, gdzie o mały włos nie straciłam życia. Otóż, zachciało mi się bawić w pobliskiej strudze, na co jednak mama stanowczo się nie zgodziła. Być może tknęło ją przeczucie, bo chwilę później na niebie pojawił się niemiecki samolot, który zrzucił bombę. Spadła ona dokładnie w miejscu, w którym bym stała, gdyby nie zakazy mamy.

Z Ciekocina, przez lasy, razem z innymi uchodźcami dojechaliśmy do Pucka. Tam mieszkał ojciec wujka i miejsca było pod dostatkiem, mama chciała jednak wracać jak najszybciej do Gdańska. Nie wiedziała, co stało się z ojcem i naszym mieszkaniem. Razem z panią Krzeszewską, która była żoną polskiego oficera, udały się do Gdańska. Po drodze skorzystały z wojskowego transportu. Mama znała niemiecki, więc jakoś dogadała się z żołnierzami. Najpierw dotarły do Nowego Portu, gdzie pani Krzeszewska mieszkała i u niej wszystko było w porządku – mieszkania nie tknięto. Za to nasze, na Wałowej, było już zajęte przez Niemców. Wcześniej, być może 1 lub 2 września, zostało splądrowane przez sąsiadów. Przepadły, między innymi, dokumenty oraz robione przez ojca zdjęcia, który był fotoamatorem i miał własny aparat. Rozpruto też poduszkę – czerwoną z orłem białym, haftowanym jedwabną nicią. Mama bała się wejść do mieszkania i sprawdzić, co dokładnie zniszczono i skradziono. Wiedziała, że nie mamy już do czego wracać. Nie potrafiła tylko mi tego wytłumaczyć. A ja, jako małe dziecko, strasznie rozpaczałam i powtarzałam w kółko, że chcę do domu!

Przez pewien czas tułaliśmy się po krewnych, mama zaś dostała wezwanie do Arbeitsamtu, gdzie skierowano ją do pracy w hotelu „Continental”. Jego właścicielem, czy też dzierżawcą, był Robert Hallmann [przed wojną był tam portierem i działał jako agent gestapo – dop. MA], a pomagała mu żona. Początkowo mama wykonywała najcięższe prace i to nie przez osiem godzin, tylko tyle, ile było potrzeba. Później udało się jej załatwić przeniesienie do kuchni, gdzie miała już lepiej.

Późną jesienią 1940 roku udało się też załatwić mieszkanie – u pani Pogalski na Oruni przy Podmiejskiej 7. Były tam pokój i kuchnia, był prąd. Brakowało ustępu. Liczyło się jednak to, że wreszcie mieliśmy dach nad głową.

 

Szkoła pod bombami

Zdaje się, że wioną 1940 roku mama dostała urzędowe pismo, że muszę się uczyć. Zaprowadziła mnie więc do szkoły, która znajdowała się w pobliżu kościoła św. Ignacego. Mimo że szkoła była niemiecka, to pośród uczniów było też trochę dzieci polskich. Początkowo byłam mocno szykanowana. Naszą nauczycielką była zażarta „hitlerówa”, która wiedziała, że ojca aresztowano, dlatego – złośliwie – co rusz o niego pytała. Mama powiedziała, żebym w takich sytuacjach mówiła, że ojciec jest „internowany”, czego dzieci w moim wieku jeszcze nie rozumiały. To jednak nie załatwiło sprawy, bo nauczycielka nie przestała o ojca się dopytywać, aż któregoś razu wprost powiedziała, że jest on bandytą i siedzi teraz w więzieniu. Tego nie wytrzymałam! Wpadłam w histerię, zaczęłam krzyczeć, płakać, zaprzeczać. W końcu zaprowadzono mnie do gabinetu rektora szkoły, który okazał się dobrym człowiekiem. Wyprosił nauczycielkę, dał napić się wody, a kiedy wreszcie się uspokoiłam, wysłuchał mnie. W efekcie od następnego roku miałam już inną nauczycielkę, Czeszkę nazwiskiem Falaschek [Falašek?]. Ta była w porządku. I to ona skierowała mnie do szkoły średniej (Hauptschule), która mieściła się w Gdańsku przy Hali Targowej, w okolicach dzisiejszego placu Kobzdeja.

W tamtym systemie nauczania było bowiem tak, że po ukończeniu klasy IV przeprowadzano selekcję i w zależności od wyników w nauce dzieci kierowano do rozmaitych szkół. Napisano w tej sprawie list do mojej mamy, zaadresowany: Gertruda Swiniarska. Ucieszyłam się, że list na pewno nie dojdzie, bo przecież moja mama nazywa się Elżbieta, a nie Gertruda, jednak pismo dotarło. Dopiero wtedy się dowiedziałam, że imię Elżbieta, którego używała mama, nie jest jej prawdziwym imieniem.

W nowej szkole spotkałam Basię Gdaniec. Pochodziła ona ze znanej polskiej rodziny, więc się przyjaźniłyśmy. Basia miała piękne długie włosy, które – jako jedyna! – mogłam pogłaskać, kiedy ona siedziała w ławce przede mną. Jej bracia i ojciec, podobnie jak mój, zostali aresztowani przez Niemców. Ja miałam okazję widzieć swojego w Stutthofie. Pewnego dnia pojechałam tam z mamą, która uprzedziła mnie, że jak ojca zobaczę, to mam nie płakać. Czekałam na niego, siedząc na drewnianej ławce i to było całkiem przyjemne, ale tylko do chwili, gdy go przyprowadzono. Wyglądał strasznie! Był przeraźliwie chudy, a oczy to aż mu na wierzch wyszły z głodu. Rozmawialiśmy, nie zbliżając się do siebie, być może w obawie, że przejdą na nas wszy.

Wiem, że mama widziała się z ojcem również w Gdańsku i było to bardzo dziwne spotkanie. Wszystko zaczęło się od telefonu do hotelu, w którym pracowała. Poproszono ją do aparatu, co było dużym zaskoczeniem, bo niby kto miałby jej szukać? I skąd wiedział, że jest w „Continentalu”? Kiedy mama podeszła do słuchawki, usłyszała mężczyznę mówiącego, że „jeśli chce pani zobaczyć męża, to musi przyjechać na cmentarz dla samobójców na Zaspie”. W pierwszej chwili mama wpadła w rozpacz, bo pomyślała, że ojciec nie żyje, ale pani Hallmann uspokoiła ją i przekonała, że to nie może być prawda. Pozwoliła mamie pojechać i podpowiedziała, żeby wzięła ze sobą jedzenie. Tak też mama zrobiła. I chociaż było już późno, i zbliżał się czas zamykania sklepów, mama wzięła kartki żywnościowe i kupiła, co mogła. Tak obładowana pojechała na Zaspę. Okazało się, że nie ona jedna. Spotkała jeszcze jedną kobietę, która podobnie zaopatrzona wybrała się na cmentarz.

Na miejscu okazało się, że ojciec przyjechał ze Stutthofu z transportem trupów. Był w grupie więźniów, którzy mieli pochować ludzi zmarłych w obozie. Pilnowali ich esesowcy, ale nie robili mamie trudności przy spotkaniu z ojcem, więc dostał on żywność, której przecież tak bardzo potrzebował. Więźniowie otrzymali też od grabarza posiłek w jego domku: ciepłe mleko i chleb ze smalcem. Dla nich to była uczta!

W czasie, gdy chodziłam do szkoły średniej Niemcy już przegrywali wojnę. Zaczęły się naloty na Gdańsk, a wraz z nimi alarmy przeciwlotnicze. Pojawienie się samolotów zapowiadało – z wyprzedzeniem – wycie syren, które oznaczało, że musimy udać się do schronów. Szkoły i szpitale były ewakuowane w pierwszej kolejności, przy czym odbywało się to zawsze w największym porządku. Przed wyjściem uczniowie musieli spakować tornistry i zostawić porządek w klasie. Potem, na dworze, formowano kolumnę, która maszerowała do Wielkiego Młyna, gdzie znajdował się wyznaczony dla nas schron. Oczywiście, w drodze towarzyszyły nam nauczycielki. Patrząc z perspektywy lat jestem pod wrażeniem ich spokoju i opanowania. Na pewno bały się nalotu i zastanawiały się, czy nie zginą, czy jeszcze zobaczą najbliższych, a mimo to nie widać było po nich strachu. Skądinąd wiem, że przy okazji takiego alarmu zdarzały się ofiary śmiertelne. Pewnego razu na przykład doszło do stratowania ludzi, którzy szukali schronienia pod Halą Targową. To było straszne…

Mnie podczas jednego z takich alarmów przydarzyła mi się niezwykła przygoda. Otóż, kiedy zawyły syreny i klasa szykowała się do przejścia do schronu, postanowiłam z koleżanką odłączyć się od grupy i pójść pieszo do domu na Oruni. Tak też zrobiłyśmy. Idąc przez miasto widziałam, jak otwierane są beczki, z których unosiła się sztuczna mgła, mająca utrudnić samolotom bombardowanie. Udało się nam dojść w okolice ulicy Okopowej, gdzie nas zatrzymano i zaprowadzono do Prezydium Policji. Ależ się wtedy bałam! Zaczęłam strasznie rozpaczać, że chcę do domu, do mamy, ale nic to nie dało. Nie uspokoiłam się nawet, kiedy częstowano mnie takim rarytasem jak czekolada. Płakałam dalej. Jednocześnie sprowadzono nas do piwnic, gdzie znajdował się schron. Ale jaki! Z pięknymi fotelami i kanapą, na której mnie posadzono. Znalazłam się pośród gestapowców, którzy na szczęście nie spytali, jak się nazywam. Inaczej mogłam mieć poważne kłopoty.

Z powodu alarmów nocnych przed końcem wojny naszą szkołę ewakuowano do Jastarni. Mama obawiała się, że tam zostanę poddana germanizacji, dlatego wysłała mnie do szkoły w Wejherowie. Pamiętam z tego czasu zabawną sytuację, do jakiej doszło na lekcji angielskiego. Prowadząca zajęcia nauczycielka wypowiedziała po polsku słowo: „pieprz”, które jako jedyna w klasie zrozumiałam i zaczęłam się śmiać. Wtedy nauczycielka kazała mi zostać po lekcji. Speszyłam się, bo nie wiedziałam, o co jej chodzi. Kiedy jednak zostałyśmy same, przyznała, że wie, że jestem Polką, podobnie zresztą jak ona. Oczywiście, zachowała tę wiedzę dla siebie.

 

Ruscy idą!

Kiedy zbliżał się front, wróciłam do Gdańska, ale to nie tutaj przeżyłam wkroczenie Rosjan. Siostra mojej babki powiedziała, że na wsi będziemy bezpieczniejsze, dlatego mama, która do samego końca pracowała w hotelu „Continental”, wywiozła nas do Zambrska [Zamszcza / Obersommerkau].

W dniach poprzedzających nadejście frontu w pobliżu wsi stacjonowało wojsko niemieckie. Służyło w nim dwóch Austriaków, którzy co wieczór przychodzili do ciotki i odmawiali różaniec. Ostatni raz byli na moich urodzinach, 6 marca 1945 roku, a potem odeszli z wojskiem w stronę Gdańska. Na pożegnanie powiedzieli, z której strony, a w zasadzie z którego lasu przy wiosce nadejdą Rosjanie.

I rzeczywiście, niebawem Ruscy się zjawili, a pierwsze spotkanie z nimi było przerażające: do domu wszedł niewiarygodnie brudny i śmierdzący Azjata. Miał wąskie skośne oczy, które patrzyły dzikim wzrokiem. Wołał: „Czasy! Czasy!”, jednak zegarków nie dostał. Ciotka wszystkie cenniejsze rzeczy przezornie ukryła. Zresztą znała trochę rosyjski, bo w czasie I wojny światowej miała kontakt z jeńcami, którzy pracowali przymusowo w pobliskim majątku. Podobnie było również w tę wojnę. Pomagała dwóm Ukraińcom, którzy pracowali w gospodarstwie. Jeden – pamiętam – miał na imię Iwan. Ciotka pomagała im, jak tylko mogła – dokarmiała, dawała odzież. Zrobiła też im ciepłe skarpety z owczej wełny, żeby nie marzli. Oni zaś, kiedy Niemcy odeszli, pojawili się w domu z bronią i zażądali pieniędzy i innych cennych rzeczy. Grozili, że jak ciotka tego im nie da, to ją zabiją. Ona jednak nie ustąpiła. Powiedziała, że nic nie dostaną i że jeśli za to wszystko dobro, które od niej dostali, chcą ją zastrzelić, to niech strzelają. Ukraińcy zawahali się i ciotce nic nie zrobili. Zaczęli za to dopytywać o dziewczęta, bo wiedzieli, że tutaj byłyśmy, ale ciotka skłamała, mówiąc, że poszłyśmy za wojskiem do Gdańska. Wtedy Ukraińcy stwierdzili, że jeszcze nas dogonią, i poszli. Tyle że niedaleko wioski złapali ich swoi. Dla Ruskich żołnierze, którzy dali się wziąć do niewoli byli zdrajcami, dlatego obu Ukraińców powiesili w lesie.

Kiedy to wszystko się działo, byłyśmy dobrze schowane. Ciotka wiedziała, że Ruscy jak wejdą, to będą gwałcić, dlatego mnie i kuzynki ojca ukryła w małym pomieszczeniu, gdzie za piecem była wędzarnia. Byłyśmy za małe, żeby się domyśleć o co w tym wszystkim chodzi, podobnie zresztą jak młodszy brat, który miał pretensję, że to ja zostałam ukryta, a nie on. Obawy dorosłych nie były bezpodstawne. Ruscy złapali we wsi dziewięcioletnią dziewczynkę i gwałcili tak długo, aż się wykrwawiła, na śmierć.

Kiedy kończyła się wojna, ciocia z utęsknieniem oczekiwała polskiego wojska. Obiecała nawet, że dziecko, które wypatrzy pierwszego żołnierza z orzełkiem dostanie nagrodę. Niestety, ich nadejście wyglądało inaczej, niż sobie wymarzyła. Dziwne było chociażby to, że w nocy żołnierzy zamykano i trzymano pod strażą – tak przynajmniej to wyglądało.

 

Życie pośród ruin

Do Gdańska na powrót przybyliśmy w maju. Miasto było zniszczone, ale życie zaczęło się już odradzać. Do naszego mieszkania w domu na Wałowej nie mogliśmy już wrócić, bo… nie istniało. Razem z mamą i bratem zamieszkaliśmy więc znowu na Podmiejskiej 7. Zaczęłam chodzić do tej samej, ale polskiej już szkoły na Oruni, tyle że znowu nie czułam się tam dobrze. Dzieci z innych stron kraju wyzywały mnie od „niemieckiej świni” (w czasie wojny byłam „polską świnią”), no i po sześciu latach edukacji w języku niemieckim musiałam przestawić się na polski.

To był dla nas bardzo trudny czas również dlatego, że latem – czerwiec, lipiec – w Gdańsku wybuchła epidemia tyfusu, na który zachorowała mama. Na ręcznym wózku zawiozłam ją do Akademii Medycznej, gdzie leżała przez pewien czas, a potem chorowała jeszcze w domu, do listopada.

W 1946 roku, po latach spędzonych w obozach koncentracyjnych, powrócił do nas ojciec i wkrótce podjął pracę na poczcie. Co ciekawe, pomagał jeszcze naszemu przedwojennemu gospodarzowi, Niemcowi, załatwić formalności związane z przesiedleniem za Odrę i przy tej okazji nieźle się wściekł. Usłyszał bowiem od Niemca, że gdyby wiedział, że wojna tak się skończy, to by uratował rzeczy z naszego mieszkania na Wałowej. Ojciec kazał mu się wtedy wynosić i nie pokazywać na oczy.

Ostatecznie, nie zajęliśmy żadnego z pustych mieszkań, których sporo było po wojnie, tylko zamieszkaliśmy na Oruni. Rodzice nie chcieli iść na cudze. Dopiero w 1950, a może 1951 roku, przyznano nam mieszkanie w wypalonym budynku, który wyremontowała Poczta. Znajdowało się ono we Wrzeszczu na ulicy Kilińskiego.

Nasze życie powoli wracało do normy, choć przedwojenni gdańscy Polacy nadal próbowali się odnaleźć w nowej rzeczywistości. I kiedy udało się im spotkać, zawsze była radość. Przekonałam się o tym, zdając egzamin z maszynopisania, który prowadził Marian Seredyński, dawny dyrektor polskich szkół handlowych. W trakcie przepisywania tekstu profesor zorientował się, że mam na nazwisko Swiniarska i zaczął dopytywać, czy byłam jego uczennicą. Wytłumaczyłam, że nie. Profesor Seredyński uczył bowiem dwie Swiniarskie, Urszulę i Elżbietę, ale były to moje ciotki – siostry przyrodnie ojca, oczywiście starsze ode mnie. Profesor, jak widać, nie skojarzył tego faktu, ale i tak był zadowolony. Ja natomiast przerwany egzamin z maszynopisania musiałam powtórzyć, ale nie miałam żalu.

 

Spisał i opracował Marek Adamkowicz

 

Pierwodruk: „30 Dni” 1-2/2018