PORTAL MIASTA GDAŃSKA
PL | EN | DE

Gdańsk w Paryżu

Gdańsk w Paryżu
Paryska książka telefoniczna z roku 2007 podaje, że w stolicy Francji telefony ma czworo Danzigerów: pani Francine z XVII dzielnicy oraz panowie Nicolas z XVIII, Olivier w IX i Raymond w IV. I nie są to jedyne ślady Gdańska nad Sekwaną.
 
Fot. Mieczysław Abramowicz

Krótki spacer w poszukiwaniu gdań­skich śladów nad Sekwaną pozwolił natknąć się na kilka takich miejsc. Nie­które są „oczywiście oczywiste”, inne – mniej, ale jedno pozostaje faktem: Gdańsk jest w Paryżu obecny i widoczny. Choć nie wszyscy paryżanie prawidłowo kojarzą te ślady z naszym miastem. Więcej: niektórym z mieszkańców Paryża „Dantzig” i „Gda­ńsk” nie kojarzą się z niczym, są tylko słowami, nad sensem których nie ma co się za­stanawiać. To oczywiście boleśnie rani po­czucie dumy „narodowej” prawdziwego gdańszczanina, ale cóż... Trzeba się z tym pogodzić, że nie wszyscy uważają Gdańsk za najważniejsze miejsce na globusie.

Szukając śladów Gdańska w Paryżu do­konujemy pierwszego odkrycia. Trochę za­skakującego.

 

Ślad pierwszy: językowy

Okazuje się, że „Gdańsk” ma trwałe miej­sce w zasobie słów przeciętnego francu­skiego wykształciucha. I nie jest to miejsce zdobyte przez nasze miasto dzięki wspania­łej własnej historii, a raczej dzięki zdarze­niom z historii Francji, których niektórzy Francuzi do dzisiaj się wstydzą. „Gdańsk” bowiem do dzisiaj istnieje w pewnym związku frazeologicznym, którego pierwotny sens dawno się zatarł, ale ciągle służy do pre­cyzyjnego opisywania rzeczywistości. Ten związek to: „Faut-il mourir pour Dantzig?” („czy trzeba umierać za Gdańsk?”). Użył go, jako tytułu głośnego artykułu w dzienniku „L’Oeuvre” z maja 1939 roku, Marcel Déat, lewicowy wówczas publicysta i polityk, póź­niej faszystowski kolaborant, członek pronie­mieckiego rządu tzw. Państwa Francuskiego ze stolicą w Vichy, zmarły po wojnie we Włoszech pod przybranym nazwiskiem. Głównym przesłaniem artykułu Déata było utrzymanie pokoju za wszelką cenę, nawet za cenę przyjęcia warunków nazistowskich Niemiec (co, jak pamiętamy, stało się): „chłopi francuscy nie mają żadnego powodu, by umierać za Gdańsk”.

W swojej ogromnej większości Francuzi przyjęli za własną postawę Déata. Niewielkie protesty przeciw kapitulanctwu wy­chodziły wówczas (tuż przed i w czasie wojny) jedynie ze strony francuskich komu­nistów: „Umierać za Gdańsk! Jest to tytuł artykułu M. Déat’a opublikowanego wczo­raj na czołówce »l’Oeuvre« [drobna korekta: artykuł z „l’Oeuvre” nosił tytuł „Czy trzeba umierać za Gdańsk?” – MA], Jest to również nowe hasło, bardzo modne. Francuzi, któ­rzy nie chcieli umierać za Czechosłowację, nie chcą umierać za Polskę, za Anglię, za ko­gokolwiek” [,,1’Humanite” z 5 maja 1939].

Hasło, którego użył po raz pierwszy póź­niejszy kolaborant i zdrajca weszło na stałe do francuskiego języka potocznego. Dziś również znajdujemy je na pierwszych stro­nach francuskich gazet, na przykład wtedy, gdy komentatorzy zastanawiają się, czy „warto umierać za Gdańsk”, pisząc o wysyłaniu wojsk francuskich do Afryki, czy na Bliski Wschód. Co to za „Dantzig” już nie­wiele osób wie, ale wszyscy wiedzą, że za ten „Dantzig” umierać nie warto.

 

Ślad drugi: napoleoński

Zimą i wiosną 1807 roku, oblegającymi Gdańsk wojskami napoleońskimi dowodził marszałek François Joseph Lefebvre, żołnierz bitny i odważny, choć może nieco gor­szy taktyk. Urodzony w 1755 roku, już jako młody człowiek związany z Rewolucją, od najwcześniejszych lat jeden z najbliższych współpracowników i przyjaciół Napoleona (jako jeden z niewielu do końca życia na „ty” z Bonapartem), uczestnik wszystkich bez mała kampanii wojennych rewolucyjnej, później cesarskiej Francji. To on, po wielomiesięcznym oblężeniu Gdańska, wprowa­dził wojska napoleońskie do miasta.

Tramwaj linii „3” dojeżdża do przystanku „Dantzig” na Boulevaed Lefebvre
Tramwaj linii „3” dojeżdża do przystanku „Dantzig” na Boulevaed Lefebvre
Fot. Mieczysław Abramowicz

Jak wspominał naoczny świadek owych wydarzeń, Walenty Wolski, 27 maja 1807 roku, około godziny jedenastej „wojsko francuskie z paradą i muzyką zaczęło wcho­dzić do miasta. Marszałek Lefebvre oto­czony naokoło generałami, sztabsoficerami, adiutantami, ubrany w najparadniejszy mundur, jechał konno na czele 36 000 woj­ska różnego przez Wysoką Bramę. Za marszałkiem następował polski legion, potem sześć francuskich liniowych regimentów, po nich inne regimenta lekkiej infanterii, dalej wojska saskie i badeńskie, a za nimi drugi legion polski, a nareszcie wielki detachement różnej kawalerii. Każdy regiment szedł osobno z swoją kapelą, których prowadził zawsze marszałek nazwany, z buławą, za nim cieśle regimentowi z toporami, po nich 18 tamborów w trzech rzędach, dalej żołnierze rzędami (...) po sześciu” (cyt. za: I. Fabiani-Madeyska, „Odwiedziny Gdań­ska w XIX wieku”, Gdańsk 1957).

Bonaparte, który przybył do Gdańska 1 czerwca, nadal marszałkowi dziedziczny tytuł księcia Gdańska (Duc de Dantzig) i podarował „drobną” sumkę (100 tysięcy franków), a nadto obdarował posiadłością ziemską, która przynosiła roczny dochód w wysokości kolejnych stu tysięcy. Daro­wizna trafiła do marszałka podczas kolacji (według niektórych relacji odbyła się w opa­ctwie oliwskim), a legenda mówi, że Na­poleon spytał Lefebvre’a czy lubi czeko­ladki. Po usłyszeniu twierdzącej odpowiedzi podał mu ozdobne pudełeczko, w którym – oprócz słodyczy – złożonych było sto biletów (tak wówczas nazywano banknoty) po tysiąc franków. I tu kolejna ciekawostka języ­kowa: „chocolats de Dantzig” („czekoladki gdańskie”), to określenie nagrody, głównie pieniężnej, darowanej pod przykryciem, związek frazeologiczny nadal spotykany w tekstach francuskich.

Nowy książę opuścił swoją tytularną sto­licę 6 czerwca 1807 roku i udał się do Wiesbaden na kurację. Do Gdańska nigdy już nie przyjechał. Paryż uczcił wielkiego marszałka Cesarstwa w kilku miejscach. Pierwsze, to szeroki bulwar nazwany jego imieniem, oddzielający południową dzielnicę Paryża, Montparnasse, od bliskich przedmieść Vanves i Malakoff. Przed wybudowaniem, kilkadziesiąt lat temu, obwodnicy Paryża (słynna Péripherique) Boulevard Lefebvre był częścią długiej trasy okrążają­cej miasto.

Dla nas Bulwar Lefebvre’a jest ciekawy głównie za sprawą tablic z nazwą ulicy, na których pojawia się imię naszego miasta: „Dzielnica XV. Bulwar Lefebvre’a  / 1755-1815 / Książę Gdańska / Marszałek Francji” (pro­szę zwrócić uwagę: książę Gdańska przed marszałkiem Francji!). Szeroką ulicą biegnie supernowoczesna linia tramwajowa (nr 3) otwarta w grudniu 2006 roku. Przystanek przy Skwerze Kardynała Verdiera nosi na­zwę „Dantzig”. Zapewne dlatego, że w tym miejscu od Bulwaru Lefebvre’a odchodzi Rue de Dantzig, ulica Gdańska.

Nim jednak wejdziemy w ulicę Gdańską musimy prześledzić pozostałe ślady napole­ońskie związane z Gdańskiem, a usytuowa­ne w innych częściach Paryża. Wszystkie one związane są oczywiście z marszałkiem Lefebvrem, księciem Gdańska i jego żoną, Catherine Hübscher, Madame Sans-Gêne, słynną praczką i księżną Gdańska. Żeby spotkać oboje musimy przejechać cały Paryż i w dzielnicy XX odwiedzić słynny cmentarz Pére Lachaise. Tu, w kwaterach napoleońskich bohaterów, znajduje się oka­zały grobowiec księcia i księżnej Gdańska. Inskrypcje umieszczone na nim przypomi­nają bohaterskie czyny marszałka: wśród jego wojennych zdobyczy wymieniają oczy­wiście Gdańsk, który dodatkowo uhonoro­wany jest bogato zdobioną apoteozą w jed­nym z rogów grobowca. Jeden z napisów przypomina kim był Lefebvre: „Żołnierz / Marszałek / Książę Gdańska / Par Francji”. A skromna tablica poświęcona Madame Sans-Gêne głosi: „Tu spoczywa / u boku swego sławnego męża / Pani Marszałkowa / Księżna Gdańska / urodzona w St. Marin / w Departamencie Haut-Rhin / 2 lutego 1753 / zmarła w Paryżu / 29 X 1835”.

Grobowiec marszałka Lefebvre’a i jego żony na cmentarzu Pére Lachaise
Grobowiec marszałka Lefebvre’a i jego żony na cmentarzu Pére Lachaise
Fot. Mieczysław Abramowicz

Ostatni ślad napoleońskiego Gdańska znajdujemy w inskrypcjach umieszczonych na ścianach Łuku Triumfalnego na Placu de Gaulle’a / Gwiazdy. Na ścianie północnej łuku, wśród nazwisk innych bohaterów Rewolucji i Cesarstwa umieszczono nazwi­sko Lefebvre’a, a wewnątrz arkady, wśród miejsc słynnych batalii napoleońskich, znaj­duje się oczywiście „Dantzig”.

Wróćmy na ulicę Gdańską.

 

Ślad trzeci: restauracyjny

Ulica Gdańska w Paryżu nie jest długa, ani specjalnie reprezentacyjna. To, co nas może szczególnie zainteresować, to restaura­cja (bistrot tabac) „Le Dantzig”, w której, zmęczeni spacerem Bulwarem Lefebvre’a, zjedliśmy wczesny obiad. Restauracja mieści się mniej więcej w połowie ciągu ulicy. Nie jest w jakiś szczególny sposób odwiedzana przez rzesze turystów. A turystów z Gdańska nie ma tam prawie wcale. Jako jedyni chyba przedstawiliśmy się jako mieszkańcy miasta, którego nazwę od dziesięcioleci nosi to miejsce. Przyjęci zostaliśmy uprzejmie, choć bez wylewności. Właściciel restauracji i barman bardzo długo nie mogli zrozumieć, skąd my jesteśmy, co to za „Dantzig”, z którego przy­jechaliśmy. Flaga Gdańska, reklamowe ga­dżety przywiezione przez nas specjalnie na tę okazję nie zrobiły na obu panach żadnego wrażenia. Zaczęliśmy więc dopytywać: „z czym kojarzy się wam Dantzig?”. Odpo­wiedź: „z niczym”. A może „Gdańsk?”. Też nie. „No to może Lesz Waleza? (tak Francuzi wymawiają nazwisko naszego byłego pre­zydenta)”. Nic. „Solidarnoszcz?”. Wzru­szenie ramion. „Mourir pour Dantzig?”. Przerażenie w oczach. Daliśmy więc spokój.

Restauracja „Le Dantzig” stoi u zbiegu rue de Dantzig (po lewej) i Passage de Dantzig (po prawej)
Restauracja „Le Dantzig” stoi u zbiegu rue de Dantzig (po lewej) i Passage de Dantzig (po prawej)
Fot. Mieczysław Abramowicz

I kiedy nasza ankieta „Co to jest Dan­tzig?”, powtórzona kilka metrów dalej, w niewielkim sklepiku, przyniosła iden­tyczny wynik, doszliśmy do wniosku, że tak widać musi być.

 

Ślad czwarty: artystyczny

Tu gdańskie samopoczucie trochę nam się poprawiło. Tu, to znaczy w Passage de Dantzig, malutkiej, trochę ciemnej uliczce, która gwałtownie odrywa się od ulicy Gdańskiej, by po kilkudziesięciu metrach równie gwałtownie się skończyć. Odwie­dziliśmy bowiem słynny „Ul” („La Ruche”) kolonię artystów, której początki sięgają pierwszych lat XX wieku. Tu, przy Pasażu Gdańskim, słynny inżynier Gustave Eiffel zbudował pawilon win na wystawę światową w 1900 roku. Po jej zakończeniu budynek wy­kupił znany ówcześnie, dziś już trochę zapo­mniany, malarz i rzeźbiarz Alfred Boucher.

Aby przybliżyć trochę dzieje tego miejsca przytoczę obszerny fragment z felietonu Krzysztofa Rutkowskiego, mieszkającego od lat w Paryżu polskiego pisarza, który sam, w pewnym sensie jest gdańskim śladem w Paryżu, jako że od lat współpracuje z gdańskim wydawnictwem słowo/obraz te­rytoria. Felieton, z którego zacytujemy frag­ment, pochodzi z „Pasażu Gdańskiego”, napi­sanego przez autora specjalnie na zamówie­nie niżej podpisanego i opublikowanego w roku 1997 w „Gazecie Morskiej”, jak wów­czas nazywał się dodatek gdański „Gazety Wyborczej” (w większym zbiorze tekstów o gdańskich ulicach w Polsce i Europie):

„Budowla składała się z żelaznego belko­wania i ceglanych ścian zakończonych spa­dzistym dachem. Alfred Boucher kazał wy­ciąć w prusko-paryskim murze duże okna i tak oto stanęły w Pasażu Gdańskim zabudowania wyglądające jak wyszczuplony dźwig nad Motławą. Albo jak ul ergo pa­sieka. I »Ul« lub »Pasieka«, czyli pracownie dla artystów pomyślane przez Eiffla jako składy wina i przemienione w ateliers, przy­ciągają do Pasażu Gdańskiego wszelkie malarskie pszczółki i trutniów do dzisiaj.

»U1« otworzył uroczyście w roku 1902 ówczesny Podsekretarz Stanu do Spraw Sztuk Pięknych, Dujardin-Baumet. »Pasie­ka« obrosła stopniowo pracowniami: krę­pymi, długimi, drewnianymi i glinianymi. Zebrało się ze 140 ateliers. W pierwszych dwóch dziesięcioleciach XX wieku prze­mieszkiwali w »Ulu« Blaise Cendrars i Paul Vaillant-Couturier, Fernand Leger, Archipienko, Henri Laurens, Bracusi, Gimond, Zadkine. Soutine zaprzyjaźnił się z rzeźnikami z wielkiej jatki i machnął w »Ulu« »Byka odartego ze skóry«. Chagall namalo­wał w pracowni w Pasażu Gdańskim ponad trzydzieści płócien.

Alfred Boucher talentem nie grzeszył, ale serce miał złote i pomysły przednie. Ponieważ sklepikarze, handlarze i kucharze z ulicy Gdańskiej dożywiali artystów głod­nych i biednych ex definitione, wdychają­cych niekiedy tylko ślad winnego aromatu w ścianach byłego pawilonu Wystawy Świa­towej – Boucher postanowił założyć dla nich teatr. Gościnny rzeźbiarz najpierw zaprosił amatorów, a potem zawodowych choć po­czątkujących aktorów, którym później za­świeciła gwiazdeczka pomyślności na czole: Margueritte Moreno i Herbelota.

W roku 1908 Louis Jouvet, wielki reżyser i reformator francuskiego teatru wystawił w »Ulu«, wraz z awangardową trupą »Action Art.« »Britanicusa« i »Triumwirów« François Ponsarda. W roku 1910 Jouvet przygotował »Noclegownię« Maxa Maureya. Wkrótce spotkał Copeau i porzucił »Pasiekę« dla teatru »Vieux Colombier«. Na widowni mieściło się ze trzysta osób. Płacił kto chciał albo kto mógł. Boucher fi­nansował całość przedsięwzięcia. Zarabiał nieźle na akademickich rzeźbach i olejach. Umarł w roku 1934 i drzwi teatru w Pasażu Gdańskim zatrzasnęły się jak wieko trumny.

Dawny pawilon win, a więc kolonia artystów zwana „Ulem”
Dawny pawilon win, a więc kolonia artystów zwana „Ulem”
Fot. Mieczysław Abramowicz

W roku 1947 skupiła się w »Pasiece« wo­kół Rebeyrolle’a grupa artystów: Michel de Gallard, Thompson, Simone Dat i propono­wali »Nową Figuratywność« jak dwadzie­ścia lat później w Gdańsku młodzi pisarze – »Nową Prywatność«, ale na początku lat siedemdziesiątych »Pasieka« zaczęła umie­rać. Na szczęście pieniądze dali Amery­kanie i powstała Foundation la Ruche Seydoux”.

Dziś Fundacja Ul skupia kilkudziesięciu artystów francuskich i zagranicznych i to tajemnicze miejsce znów żyje życiem artystowskiego Montparnassu.

 

Ślad piąty: filmowy

Jeśli chcielibyśmy szukać filmowych, francuskich śladów Gdańska, to zacząć trzeba by było od roku 1923. Wtedy to pary­skiej publiczności zaprezentowano film Léonce’a Perreta pod tytułem „Madame Sans-Gêne” (według słynnej, granej do dziś operetki Sardou i Moreau poświęconej „słynnej praczce”: „Madame Sans-Gêne, to słynna praczka, Madame Sans-Gêne nie pie­rze źle” – to w tłumaczeniu Boya), gdzie gdańskie akcenty są oczywiście obecne. Warto może przypomnieć, że Cathérinę Hübscher zagrała wówczas Gloria Swanson inna „słynną praczką” filmową była w roku 1962 Sophia Loren).

Nas jednak zainteresuje inna francuska produkcja filmowa, która z Gdańskiem w Paryżu ma bezpośredni związek. W roku 1957 Bernard Borderie, francuski reżyser filmowy, zrealizował bowiem, wykorzystu­jąc plenery ulicy Gdańskiej i Pasażu Gdań­skiego pierwszy z długiej serii filmów szpiegowsko-kryminalnych o francuskim „agen­cie 007”, niejakim Gorylu. Prapremiera od­była się 1 września 1958 roku.

Geo Paquet, zwany Gorylem (grany przez bardzo później popularnego Lino Venturę), jest agentem francuskich służb specjalnych. Po wyjściu z więzienia, w którym spędził ja­kiś czas oskarżony o niepopełnione zbrodnie, dowiaduje się o śmierci swoich kolegów, Baudrela i Mauriceta, zamordowanych przez obcych szpiegów. Bezpośredni zwierzchnik Goryla, pułkownik Berthomieu, zwany Starym (Charles Vanel), zleca Paquetowi za­danie infiltrowania od wewnątrz bandy prze­mytników i handlarzy walutą, którzy zdobyli tajne, wojskowe plany lotnicze i chcą je sprzedać wrogiemu wywiadowi. To oni za­pewne stoją za śmiercią Baudrela i Mau­riceta. Goryl udaje się do „Grand Daim” („Pod wielkim danielem”), restauracji pro­wadzonej przez byłego ważnego agenta SR (służba wywiadu francuskiego), Casę, i dołącza do bandy handlarzy i szpiegów. Odkrywa, że za wszystkimi niecnymi intrygami stoi nie­jaki William Veslot (Pierre Dux), przedsta­wiciel ONZ, groźny szpieg, którego chroni jednak międzynarodowy immunitet dyplo­matyczny. Goryl na polecenie Starego zawiązuje kontakt z Veslotem. Proponuje mu sprzedaż tajnych planów atomowych. Przywódcy bandy orientują się jednak w po­dwójnej grze Goryla. Agent wpada w ręce bandytów, jest okrutnie torturowany (żyw­cem przypalany przez oprawców), ale na szczęście po brawurowej akcji uwalnia się. Skruszony bandzior, schwytany i szantażo­wany przez naszego bohatera, aranżuje spo­tkanie Goryla z Veslotem. Ma wtedy dojść do kontrolowanego przekazania „tajnych” pla­nów i ujęcia groźnego szpiega. Jednak jeden z bossów bandy, niejaki Smolen (Smoleń?), zleca płatnemu mordercy, błękitnookiemu i jasnowłosemu młodzieńcowi o aryjskich ry­sach, zamordowanie Goryla.

I tu następuje ostatnia sekwencja filmu. Dla nas najbardziej interesująca, bowiem do decydującej konfrontacji francuskich agentów z wrogimi siłami ma dojść w dziw­nym budynku przy Passage de Dantzig. Widzimy ostatnią naradę w restauracji „Le Dantzig” przy ulicy Gdańskiej, samą ulicę, Pasaż Gdański i „La Ruche” („Ul”), do któ­rego schodzą się wszelkie szpiegowskie szu­mowiny, widzimy wreszcie skradającego się płatnego mordercę z wielkim karabinem maszynowym pod płaszczem. Dochodzi do bijatyki i strzelaniny, zły „Aryjczyk” oczy­wiście ginie przeszyty jednym, celnym strzałem Goryla (trochę po kowbojsku: „z biodra”), bezpieczeństwo nuklearne Francji jest uratowane. A Goryl, po skończonej ak­cji, „ulatnia się” przez okno, zeskakuje po rusztowaniach jak goryl, wsiada do samo­chodu prowadzonego przez piękną blondynę (Bella Darvi; wątki damsko-męskie również pojawiają się w filmie, Goryl jest przecież przystojnym Fran­cuzem, który żadnej ładnej pani nie przepu­ści) i znika, by... za kilka miesięcy pojawić się w kolejnym filmie o przygodach francu­skiego „agenta 007”.

***

Marszałek Lefebvre, Madame Sans-Gêne, dwie ulice, restauracja i sklepik z warzywami, „Ul”, albo „Pasieka”, „czekoladki gdańskie” i „śmierć za Gdańsk” – jak na tak duże miasto jak Paryż, to całkiem nieźle. A jeśli do­damy do tego rzeźbę wzbijającego się do lotu Merkurego (dłuta Jeana Bologne’a, zwanego Giambologna, w paryskim Luwrze, wypisz wymaluj jak nasz Merkury nad wejściem do piwnic Dworu Artusa) lub kopię ryciny Wilhelma Stryowskiego „Żydzi w gdańskiej synagodze” w Muzeum Żydowskim przy rue du Tempie, to statystyka śladów gdańskich w Paryżu bardzo nam się poprawi.

Choć na koniec może jeszcze dwa – gwoli prawdy oraz by trochę się pochwalić. Pierwszy, to „Ostatnia Wieczerza” Pawła Huelle w Księgarni Polskiej przy Bulwarze Saint-Germain, drugi, to „Każdy przyniósł, co miał najlepszego” niżej podpisanego w Librairie Dobosz koło katedry Notre Dame (pamiętacie państwo Filozofa z „Rej­su” Marka Piwowskiego? To właśnie An­drzej Dobosz, właściciel i dusza „dziupli” przy rue de la Bucherie).

 

Mieczysław Abramowicz

 

Pierwodruk: „30 Dni” 1/ 2008