Deotyma i jej „Panienka”

Jadwiga Łuszczewska, bardziej znana pod literackim pseudonimem Deotyma, przybyła ze swoimi rodzicami nad morze jako dwudziestoczteroletnia panna w 1858 roku. Zatrzymała się w Sopocie, lecz wcześniej – na krótko – odwiedziła Gdańsk.

A
A

Co zauroczyło ją tutaj tak bardzo, że po ponad trzydziestu latach przystąpiła do pisania „Panienki z okienka”? I co spowodowało, że ta powieść – nie najwyższej literackiej próby – dała początek nowemu wątkowi w kulturze popularnej naszego miasta?

 

Najpierw była wycieczka

Państwo Magdalena i Wacław Łuszczewscy przyjechali z córką do Gdańska latem 1858 roku, w mieście rozpoczynał się właśnie Jarmark Dominikański. Wyruszyli z Warszawy prawdopodobnie 3 lub 4 sierpnia drogą wodną, parowcem „Płock”, który kursował wówczas po Wiśle aż do granicy Królestwa, a konkretnie do Nieszawy na krańcach Kujaw. Stamtąd bryczką przejechali do Torunia. Po drodze Jadwiga zaczytywała się w „Pieśni o flisie” Szymona Klonowica, którą zacytuje potem obszernie w „Panience z okienka”, gdzie śpiewać ją będą pani Flora i porucznik Korycki, a także polscy marynarze w Pucku.

W Toruniu państwo Łuszczewscy znaleźli dom Mikołaja Kopernika, który – jak dzisiaj wiadomo – domem astronoma nie był, a następnie obeszli wszystkie ważniejsze budowle miasta. 5 sierpnia – upał był „senegalski” – popłynęli małym statkiem z odkrytym pokładem do Bydgoszczy. Wieczorem pośpieszyli na dworzec i pojechali do Malborka. Na noc zatrzymali się w dość skromnym hoteliku „Pod Wielkim Mistrzem”. Nazajutrz podczas burzy zwiedzali zamek. Wokół sypały się błyskawice, grzmiało nieziemsko i lało jak z cebra, lecz właśnie dzięki temu mogli w pełni wczuć się w atmosferę miejsca, ujrzeć oczami wyobraźni, jaki w dawnych wiekach był zamek malborski: złowieszczy, „jak krew czerwony,  jak zdrada straszny, jak przemoc wielki”. Wieczorem dotarli do Tczewa, gdzie podziwiali cud ówczesnej techniki – nowiutki most na Wiśle.

O godzinie dwudziestej trzeciej wyruszyli stąd do Gdańska (budowę trasy łączącej Bydgoszcz z naszym miastem zakończono w 1852 roku). Podróż trwała tym razem krótko: jedną godzinę. Przybyli na dworzec kolejowy, mieszczący się wówczas na Starym Przedmieściu, między Bramą Nizinną i Bastionem Żubr. Powitał ich dźwięk carillonów. Była północ. Jadwiga ujrzała „migotanie gazowych latarni” (oświetlenie gazowe wprowadzono w 1854 roku). Zaczynał się 7 sierpnia, dwa dni wcześniej zainaugurowano w mieście sześciotygodniowy jarmark. Ze skromnego dworca turyści trafili do Domu Angielskiego (wówczas hotelu), podjeżdżając doń od Długiego Targu, tam bowiem znajdowało się główne wejście (do kompleksu hotelowego należał wtedy nie tylko Dom stojący przy Chlebnickiej, ale także trzy kamienice od strony Targu). Mieli dużo szczęścia, bo w mieście było wielu gości, zakwaterowano ich w ostatnim wolnym mieszkanku na trzecim piętrze.

Do hotelu „Angielski Dom” należały też posesje od strony Długiego Targu, rycina z ok. 1830
Do hotelu „Angielski Dom” należały też posesje od strony Długiego Targu, rycina z ok. 1830
Fot. Zbiory BG PAN

Od pierwszego dnia pobytu młoda Łuszczewska żarliwie chłonęła atmosferę starego miasta, po kolei zwiedzała – w deszczu – wszystkie zabytki. Była zaskoczona, bo wszystko wokół było „tak wzorowo utrzymane, że (...) żaden mur nie jest wyszczerbiony”. Cieszyła ją  staroświeckość gdańszczan, a zwłaszcza ich przywiązanie do tradycji. Wszystko w tym mieście wydawało się jej jakby skamieniałe w blasku świetności. Dzięki temu „mogła odtworzyć sobie w duszy obraz jego wspaniałości, nie potrzebując, aby wyobraźnia zmieniała go lub dopełniała”. Przyjezdni z Warszawy poznali Długi Targ, dotarli do Zielonego Mostu, wędrowali Długim Pobrzeżem. W swoim sztambuchu przyszła pisarka zapisywała wszystko to, co wydało się jej ciekawe, prowadziła swoje notatki systematycznie, dzień po dniu. I tak np. 8 sierpnia zwiedzała Kościół Mariacki, w którym spędziła niemal cały poranek, z zaciekawieniem słuchała legend, kilka z nich zapisując. Cieszyły ją odnajdywane, choćby w Ratuszu Głównego Miasta, ślady związków Gdańska z Polską.

Zaraz po obejrzeniu jego wnętrz – „jeszcze nam z godzinka dnia białego pozostawała” – Łuszczewscy postanowili „poszukać podarków na gościniec”. Oczywiście, miały to być tylko bursztynowe pamiątki. W tym celu udali się do znacznego kupca zajmującego się, jak można przypuszczać, zarówno ich produkcją, jak sprzedażą. Kamieniczkę, którą odwiedzili, „można by nazwać domem bursztynów, bo od ziemi do poddasza nasypany jest nimi jak czarka po brzegi nasypana złotym piaskiem”. Stanęli grzecznie na przedprożu, uruchomili dzwonek. Po kilku jego dźwiękach usłyszeli „szelest lekkich nóżek”. Drzwi otworzyła im młoda dziewczyna. Kiedy weszli do środka powiało chłodem, znaleźli się w wielkiej, prawie ciemnej, bo z jednym tylko oknem, wysoko sklepionej sieni wyłożonej kamienną mozaiką.

Deotyma przyznaje jednak, że największe wrażenie zrobiła na niej „postać wpuszczającej nas klucznicy”. Była to dziewczyna „o wciętej kibici, blondynka bardzo ładna’. Zachwycała „wyrazem niewinnych i jakby zadziwionych rysów”. Jej szyję i ręce ozdabiały „sznury bursztynów tak wyborowych i pięknie obrobionych, iż żadna wielka pani równych nie posiada”. Był to jednak – jak zaznacza pisarka – jedyny przepych jej stroju: krótkiej sukienki z żółtawego perkaliku. Nawet kolor włosów („na rude kroiły”) zdawał się być dobrany w barwie do tych bursztynów. A kiedy stała w promieniu zachodzącego słońca, który przez otwarte drzwi wpadał w głąb sieni niczym „ złota ścieżka”, zdawać się mogło, że „widzę ondynę Bałtyku”. Także jej blada cera „zgadzała się z tym morskim kolorytem”, tylko barwa oczu pozostawała w dalszym ciągu niewiadoma, bo dziewczyna „długorzęse powieki miała ciągle spuszczone, zdawała się niezmiernie nieśmiałą”.

Przybysze grzecznie zapytali, czy trafili pod właściwy adres. Dziewczyna nic nie odpowiedziała, ruszyła za to w głąb sieni, wołając „słodkim głosem”: „Ojcze!”. Niebawem pojawił się kupiec, „wpół dziwak, wpół artysta”, taki co to „powinien był żyć w wiekach średnich”. Pokazał im cały dom, w którym wszystko „oddychało powietrzem innych stuleci”, a także swoje drogocenne precjoza (kupiec twierdził, że „bursztyn to żywica z drzewa dobrego i złego). Cieszył się, gdy je chwalili („Co za przepyszne bursztyny!”), a zwłaszcza gdy dodali: „Najśliczniejszą jednak ta panienka, co nam otwierała”.  Wtedy jego „osmutniałe” szczupłe rysy rozpromieniły się. Kupiec chwalił się, że sprzedawał swoje naszyjniki afrykańskim królom. Mimo to, „przejrzawszy wszystkie jego skarby przekonałam się, iż jednak te były największe, najpiękniejsze, (...) odłożył na ustrojenie swojego dziecięcia”.

Szli z piętra na piętro, w górę. Deotyma ukradkiem, przez uchylone drzwi, zajrzała do „pokoiku bieluchnego” dziewczyny, z bursztynową kropielniczką przy wejściu. W jego głębi panna, wznosząc w ręku „jakieś słodkie ziółko”, „wspinała się ku złocistej klatce”, w której uwięziony był kanarek. Jadwiga pomyślała z rozbawieniem: „Tylko żółtego ptaszka brakowało bursztynowej dziewczynie”. „Wróżka od bursztynów”, choć lękliwa, była wyraźnie zainteresowana gośćmi, samotne życie (w całym domu prócz kupca i dziewczyny pisarka nikogo nie dostrzegła) „czyniło dla niej przedmiotem ciekawości wszelką nową postać”. „Na każdym piętrze, to u skrętu schodów, to w ciemnym krańcu korytarza” migała jej postać.

Najwyżej położone pomieszczenie było wyjątkowo niskie, ale widok, jaki się stąd roztaczał „na wzorzyste uploty ulic” był najpiękniejszy. Kupiec twierdził, że w jego domu wszystko w jakiś sposób związane jest z bursztynem i pokoje są nim okadzane. Powiedział: „O tak! Cały mój dom to jedna niezrównana kadzielnica! Broń nas Boże od pożaru, ale gdyby miał nastąpić, dopieroż by to był aromat na całe miasto aż do morza”. Kiedy pożegnali się i wyszli z tego niezwykłego domu, ze środka ulicy obejrzeli się jeszcze na kamieniczkę i wtedy spostrzegli „wysoko ponad trzecim piętrem okienko w dachu okrągło wycięte, nie było w nim szyby”. W nim to, otoczonym kamienną ramą, „złota główka zabłysła i sądząc się niewidzialną śmiało z góry parzyła; stanęliśmy i ukłonili się, ale wtedy główka cofnęła się, jak opal, co wypada z pierścionka, i już jej odtąd nie widziałam. Wracając ku domowi ani się spostrzegłam, jak wyobraźnią zaczęłam dobudowywać całą powieść do tego obrazu, co był jej pierwszym rozdziałem. Miał się tam pojawić jakiś czarnooki marynarz, jakaś miłość wielka, wierna, godna średnich wieków, jakieś przeszkody i rozpacze głuche, a tym straszniejsze, na koniec jakieś utopienie się w falach Bałtyckiego Morza. Powieść została tylko w wyobraźni, dotąd jednak nieraz mi na myśl przychodzi, czy też w Gdańsku żyje, co też porabia kupiec bursztynów i jego blade dziewczę?”. To spotkanie było źródłem impulsu, który wiele lat potem skłonił dojrzałą już pisarkę do stworzenia swojej „gdańskiej” powieści.

Następnego dnia (9 sierpnia) cała trójka zwiedzała Dwór Artusa, czyli „kosz obfitości” i „dziwotwór rozkoszny”. A kiedy zamierzali wrócić do hotelu, spotkali znajomych, którzy zachęcili ich do zwiedzenia klasztoru franciszkanów na Starym Przedmieściu. Rezydował w nim „pustelnik w sercu miasta”, czyli Rudolf Freitag, znany rzeźbiarz i wielki miłośnik starego Gdańska. Łuszczewscy wyszli od niego późno – „księżyc wystąpił zza chmury”, a „puszczyk ozwał się w gęstwinach”. Po powrocie do Angielskiego Domu usiedli na ganku i byli tam aż do północy. Chcieli jak najdłużej nacieszyć się atmosferą miasta.

10 sierpnia, wczesnym rankiem ruszyli bryczką w kierunku Sopotu, gdzie w „zakładzie kąpieli morskich” mieli spędzić następne tygodnie. Jechali przez Wysoką Bramę i zwodzony most, wokół istniały jeszcze ogromne fortyfikacje. Niezwykły widok okolic Alei Lipowej, gdzie „między cmentarzami stoją prześliczne kawiarnie”, których to „ganki są obstawione kwiatami” zadziwił Jadwigę. Zaskakiwało widziane z zewnątrz „czarowne położenie Gdańska”, wrzuconego w „amfiteatr wzgórz rozkwitłych”.

Rodzina zamieszkała „w Sobotach” w murowanym domu („co jest zjawiskiem”, czyli rzadkością w tej małej miejscowości), niemal na samym końcu ulicy Północnej. Łuszczewscy odpoczywali nad morzem do 2 września. Można przypuszczać, że uzdrowisko spodobało się wrażliwej dziewczynie; w swoich wspomnieniach pisze o licznych festynach, zabawach tanecznych i fajerwerkach, o spacerach po okolicznych wzgórzach: „do młynka” i do Karlikowa.

Wyjeżdżając z Sopotu na krótko zatrzymali się w oliwskim klasztorze. Pisarka jeszcze raz spoglądała przez parkową aleję, wzdłuż murów z „żywego malachitu” na morze, które zdawało się jej rozciągać tuż za krawędzią ścieżki.  Tutaj następuje właściwa chwila rozstania: „odjechaliśmy, unosząc wspomnienie, które jak balsam kojący pozostało na duszy. Tak wieniec wrażeń zebranych w tej podróży zakończył się tym, czym wszystko powinno by się kończyć, gałązką oliwy, wrażeniem spokoju”. Swoje wspomnienia z podróży Deotyma zamieściła na łamach „Tygodnika Ilustrowanego” w 1861 roku, gdzie zostały opatrzone tytułem: „Wycieczka do Gdańska”. W późniejszych „Pamiętnikach” poświęciła tej eskapadzie niewiele uwagi, a faktycznie jedno tylko zdanie: „W roku 1858 jeździliśmy nad Bałtyk, do Malborka i Gdańska”. Ale opatrzyła je znamiennym komentarzem: „Wszystkie te podróże opisywałam kolejno”, czyli wcześniej.

 

„Starodawny romansik” i jego filmowa kontynuacja

„Panienka z okienka” została napisana jakby mimochodem w 1889 roku (tymczasem adnotacja na końcu ostatniego rozdziału powieści informuje:  „Pisałam w Warszawie 1891 roku”), gdy pisarka w pocie czoła pracowała nad ogromnym poematem – w jej przekonaniu dziełem życia – „Sobieski pod Wiedniem”. W „Pamiętniku” wspomniała jedynie: „Szukałam ciągle owej niepochwytnej równowagi. W tym celu czyniłam najróżnorodniejsze studia, pisywałam całe powiastki ( jak np. »Panienka z okienka«), jedynie dla wprawienia się w pewne rodzaje stylu”. Warto jednak zauważyć, że choć z pewną lekkością wypowiadała się o powieści, to jednak nadała głównej bohaterce swoje imię, co świadczyć może o sympatii, jaką żywiła do tej postaci, a pośrednio do stworzonego przez siebie dzieła.

Książka została opublikowana w Warszawie w 1893 roku  jako „Panienka", dopiero w drugim wydaniu z 1898 roku zmieniono tytuł na „Panienka z okienka”.

W „starodawnym romansiku”, jak często określano powieść, musiało jednak tkwić coś, co nie tylko działało na czytelników, ale również inspirowało twórców i to z różnych dziedzin, skoro w 1959 roku powstała na jej kanwie sztuka teatralna, a w 1964 roku filmowa adaptacja powieści (Zespół Filmowy „Start” i Wytwórnia Filmów Fabularnych w Łódzi). Była także opera, dziś niemal zapomniana, autorstwa kompozytora i pedagoga Tadeusza Paciorkiewicza (1916-1998).

Powieść Deotymy, mówiąc krótko, opowiada o miłości Kazimierza Koryckiego, porucznika polskiej floty wojennej, do Hedwigi – dziewczyny uratowanej w dzieciństwie z tatarskiej niewoli i wychowanej przez bogatego gdańskiego rzemieślnika, Johannesa Schultza. Usiłując zdobyć jej rękę, dzielny żołnierz nie tylko wdaje się w liczne awantury, ale także niejako przy okazji wyjaśnia tajemnicę pochodzenia wychowanicy gdańskiego rajcy.

Intryga powieści, sama w sobie nieco skomplikowana, przerobiona na  scenariusz filmowy skomplikowana została jeszcze bardziej i w wielu miejscach w sposób znaczący odchodzi od literackiego pierwowzoru. Autorzy scenariusza (Jan Marcin Szancer, Maria Kaniewska, Jerzy Broszkiewicz) lojalnie jednak o tym uprzedzili, umieszczając w czołówce wyjaśnienie, że film „oparty jest o wątki powieści Deotymy”. Scenarzyści uważali najwyraźniej, że powieściową akcję należy nieco podkręcić, w tym celu dodali komediowy w zamyśle wątek waśni dwóch rodów szlacheckich i kilka innych – po części wynikających z tego faktu – wcale dramatycznych komplikacji. Pogłębiło to tło historyczno-obyczajowe, nadało perypetiom miłosnym i przygodom bohaterów niemal sensacyjnego posmaku.

Film wyreżyserowała film Maria Kaniewska, reżyserka, scenarzystka i aktorka, znana z wcześniejszych filmów skierowanych głównie do młodego widza. Bogata scenografia Jerzego Skrzepińskiego, a zwłaszcza kostiumy Jana Marcina Szancera, ilustratora wielu książek dla dzieci, plastycznie i barwnie starały się przedstawić Polskę w czasach króla Władysława IV, a w szczególności XVII-wieczny Gdańsk.

Ponieważ miał to być obraz plastycznie spójny, zdecydowano się na krok niezwykły – nadmotławskie miasto sprzed przeszło trzystu lat odtworzono według autorskiej wizji plastycznej na lotnisku w Lublinku pod Łodzią. Tam też wybudowano ogromne dekoracje, które do złudzenia przypominały fragmenty starego Gdańska, jednak w mniejszej skali. Wszystko, co miało znaleźć się na ekranie, tak dalece zostało wystylizowane, że wygląda jak z obrazka. Taka „teatralna” umowność może niektórych (zwłaszcza gdańszczan) razić, ale ten zabieg na tyle zaciekawia, że można z zainteresowaniem śledzić nie tylko akcję, lecz także „plenery”.

Na planie w Lublinku skonstruowano Długie Pobrzeże takie, jak mogło wyglądać w pierwszych dziesiątkach XVII wieku, z drewnianym pomostem i lasem masztów, pojawia się Zielona Brama – choć tylko dolne jej partie – i Zielony Most. Podczas uroczystego wjazdu kanclerza Ossolińskiego zaprezentowana zostaje cała Złota Brama i, co ciekawe, wygląda podobnie jak dziś, gdy po ostatniej renowacji odarto ją z nadmiaru tandetnej pozłoty. Poprzez szeroki otwór bramy dojrzeć można nawet zasygnalizowaną jedynie ceglaną ścianę Katowni, są oczywiście mieszczańskie kamienice, no i Dwór Artusa ze schodami i lwami (w tym wypadku lwiątkami trzymającymi kolorowe – ! –  tarcze herbowe miasta). Nie zapomniano nawet o ozdabiających kamienne odrzwia dwóch medalionach, przedstawiających Zygmunta III i młodego następcę tronu, Władysława. Ujęcie z góry ukazuje nam rzeźbę patrona kupców, Merkurego, a także ramię stojącego na fontannie Neptuna.

Podczas balu prezentowane jest wnętrze Dworu Artusa, co prawda bez ogromnego pieca, ale za to ze strzelistymi kolumnami i galeryjką, na której gra kapela. Widzimy także piękne, zwisające z sufitu modele okrętów oraz duży kominek ozdobiony herbem Gdańska. Przedstawiono również dolne partie Ratusza Głównego Miasta (ścianę od strony Długiego Targu) oraz wejście główne z pięknymi schodami, ale bez charakterystycznego herbu z dwoma lwami zwracającymi swoje głowy w kierunku początku Traktu Królewskiego. Słusznie, na początku XVII wieku jeszcze go tam nie było. Aby móc pokazać pełne uroku wieczorne życie gdańskich mieszczan, ułożono przedproża wyposażone w niezbędne kamienne kule. Tylko raz, i to na krótko, w drugiej części filmu przed obiektywem kamery pojawia się prawdziwy Gdańsk, a ściślej autentyczna ratuszowa wieża i fragment Dworu Artusa. Na zegarze w mroku wyraźnie widać godzinę  dziewiątą trzydzieści.

Zgrabna makieta przygotowana na użytek filmu uwzględniała nawet położenie Gdańska na nizinie przymorskiej, w pobliżu wyraźnie zaznaczonego grzbietu wysoczyzny z wieloma charakterystycznymi budowlami. Niestety, niezbyt udanie przedstawiono tor wodny, prowadzący okręty z redy portowej na Motławę. Na makiecie zatoka dociera niemal pod sam Żuraw i Zieloną Bramę. W oparciu o ryciny starano się, choć nieco skromniej, odtworzyć obserwatorium Jana Heweliusza, mieszczące się w jego kamienicach przy ulicy Korzennej, a także oddać charakterystyczne elementy wnętrz gdańskiego domu. W pokoju Hedwigi na ścianach dojrzeć możemy miniatury Antona Móllera, są gdańskie meble i rozmaite sprzęty wypożyczone z kilku muzeów, między innymi  z Muzeum Pomorskiego (dziś Narodowe) w Gdańsku, Muzeum Marynarki Wojennej w Gdyni, muzeów w Darłowie i Słupsku. Warto wspomnieć, że  właśnie na planie filmowym „Panienki” spotkali się po raz pierwszy Pola Raksa (Hedwiga) i Janusz Gajos (grał Pietrka), później najpopularniejsza polska para serialowa.

Powieści typu „Panienka z okienka” określa się obecnie terminem „z myszką”, również powstały na jej kanwie film, potraktowany poważnie, może irytować, zwłaszcza że od dawna nie kręci się już podobnych obrazów, a dzisiejsi widzowie przyzwyczajeni są do innej formy przekazu, innego tempa. Przeniesiona na ekran opowieść Deotymy przypomina baśń, a miasto nad Motławą – kolorowe i piękne – zdaje się prawdziwym królestwem Amora. Jego rzeźbą chlubi się mistrz Schultz, a Heweliusz, z wyżyn swego obserwatorium patronujący wszystkim poczynaniom gdańszczan, spoglądając w gwiazdy, czule przemawia do odległej a pięknej planety: „Dobry wieczór, pani Wenus”.

Wpływ tej gwiazdy na wszystkich wędrujących ulicami miasta jest ogromny, powoduje przypływy uczuć tak silne, że rzadko kto jest w stanie się im przeciwstawić, wszyscy, można chyba postawić taką diagnozę, zakochują się od pierwszego wejrzenia. WXVII-wiecznym Gdańsku wykreowanym przez Deotymę rządzi miłość. O tym, jak jest ona ważna, przekonać mają losy głównych bohaterów.

 

Dom z owalnym okienkiem na stryszku

Gdzie mógł znajdować się „bursztynowy dom” kupca Johannesa Schulza, opiekuna Hedwigi?

Powieściowy opis fasady „bursztynowego domu” wskazuje, że autorka mogła stworzyć jej obraz jako kompilację fasad przynajmniej kilku kamienic. Niestety, również w zacytowanej relacji z wycieczki do Gdańska brakuje szczegółów dotyczących lokalizacji domu bursztynnika, którego odwiedzili Łuszczewscy, czy choćby przybliżenia, jak wyglądała jego fasada.

Według książki adresowej z połowy XIX wieku liczni bursztyniarze zamieszkiwali kamienice przy ulicy Szerokiej, co mogłoby sugerować, że tam właśnie ruszyli Łuszczewscy w poszukiwaniu pamiątek. Twórcy filmu utrwalili przekonanie, że dom, w którym mieszkała panienka, znajduje się na Długim Targu. Mówi o tym zresztą Kazimierz Korycki, spoglądając z obserwatorium Heweliusza w kierunku głównego miejskiego traktu.

Biorąc to pod uwagę, należałoby wpasować „bursztynowy dom” w pierzeję budynków naprzeciw Dworu Artusa. Nie ma to jednak nic wspólnego z rzeczywistością powieściową, gdyż nasz porucznik na samym początku opowieści wspomina, że będąc w Gdańsku „bywał głównie na Długiej” i tylko „czasem jak teraz przechodził po innej” ulicy. Właśnie dzięki temu, że zmienił dotychczasową trasę, ujrzał wychylającą się z okienka Hedwigę. Trzeba też zauważyć, że w tej pierwszej scenie oboje przyglądają się katolickiemu orszakowi weselnemu, z czego można wnosić, że gdzieś w pobliżu mógłby się znajdować kościół tego wyznania; w tym wypadku najbliższa byłaby świątynia pod wezwaniem św. Mikołaja (Hedwiga chodzi tam do spowiedzi).

W innym miejscu powieści wspomina się, że na ganek „bursztynowego domu” dochodziła wyraźnie muzyka z carillonu kościoła św. Katarzyny. Można także zauważyć, choć o niczym to bynajmniej nie świadczy, że na ilustracji zamieszczonej w wydaniu „Panienki” z 1911 roku (Gebethner i Wolff) przedstawiono dziewczynę wychylającą się z okna na stryszku, gdzie w tle widać, choć niezbyt wyraźnie, wieżę kościoła św. Jana. Ciekawe, z jakiego powodu ilustrator obrał taką właśnie perspektywę? W końcu wieża ratusza czy też kościoła Mariackiego byłyby daleko bardziej charakterystyczne.

Czego jeszcze możemy dowiedzieć się z powieści? Panienka mieszka w pięknym domu, mówi o tym Kazimierz Korycki: „Dalibóg, nie dom, jeno templum”. Ta „cackana”, wysoka kamienica należała „do węższych, dwuokiennych, ale do najstrojniejszych. Oko nie mogło się tam doszukać ani skrawka nagiego muru, od góry do dołu była to jedna kaskada złoceń, rzeźb, szkiełek i malowań”. „Dolna część wysuwała się do widza tarasem (tak zwanym przez miejscowych mieszkańców beischlagiem), na który prowadziło pięć stopni kamiennych”. Na tarasie obwiedzionym żelazną kratą ze złoconymi detalami stały kwitnące donice. Pozłocono również oparte na dwóch kamiennych kulach poręcze wzdłuż schodków.

Na parterze znajdowało się tylko jedno okno „zaplecione także wyzłacaną kratą” oraz solidne, dębowe, jednoskrzydłowe drzwi, wstawione w kamienne, wygięte w łuk odrzwia. „Każde z wyższych pięter przedstawiało dla oka trzy filary przedzielone dwoma wysokimi oknami”, już bez krat. W misterną siatkę z ołowianych oczek, wprawiono drobne, błyszczące w słońcu wypukłe szybki. Na pierwszym piętrze do filarów grubych i bogatych, przyparte były posągi trzech mężów. W podstawach wyrżnięto ich imiona, w środku „przyobleczony po cesarsku, z globusem i krzyżem w ręku stał Carolus Magnus” (czyli Karol Wielki), po dwóch jego bokach, wsparci o włócznie „zbrojni w rzymskie hełmy i rynsztunki”, straż trzymali Grakchus (Tytus lub Gajusz, obaj byli trybunami rzymskimi) i Machabeus (król żydowski). Na drugim piętrze, przy filarach dużo lżejszych, uwagę przyciągały trzy posągi kobiece „nie bardzo budujące”, gdyż jedynie „rozpuszczonymi włosami odziane”. Te Gracje, „nosiły w rękach jedną wielką plecionkę z kwiatów, która spuszczając się pod okna, całą tę część budowli ubierała w świąteczne wieńce”.  Na trzecim piętrze nie było posągów, „tylko medaliony o tłach złotych, a na nich namalowane kosze pełne róż, winogron i dzióbiących je ptaszków”, nad nimi górował szczyt domu, nie prosty trójkąt, ale rodzaj liry wygiętej w dwa „esy” „pochylone ku sobie i związane w górze”. „Ze związania tego” „wywijał się smok złoty o zielonych połyskach spiżu, wysuwający na powietrze swoje skrzelaste skrzydła i łuszczkowaną głowę”.

„Pod tymi to właśnie skrzydłami, w środku rzekomej liry, otwierało się owo tajemnicze okienko, do którego ciągle zwracały się oczy imci pana Kazimierza”. Rozpościerał się stąd (to strych na czwartym piętrze) widok na kilka sąsiednich ulic. Ostatecznie, w konsekwencji powieściowej akcji, okienko zostało zamurowane, a rzeźbiarz „wyimaginował z kamienia głowę młodej frajleiny z krezą i cudną facjatą”. Poniżej tego portretu namalowano lazurem „rozbujałą szarfę” opatrzoną złotym napisem: „Amor allatus est”. W ten sposób unieśmiertelniono nie tylko Hedwigę, ale całą opowieść o wielkiej spełnionej miłości.

Tak więc, „ile razy jaki podróżnik zwiedzał Gdańsk i jego ciekawości, zawsze pokazywano mu ową główkę wyrzeźbioną w kamiennym pierścieniu, przy czym opowiadano dziwy o pięknej, niegdyś więzionej tu dziewicy i o jej nadpowietrznym porwaniu przez morskiego rycerza”. A że „mieszkańcy Gdańska słyną z poszanowania dla zabytków przeszłości, więc kto wie, może i ta pamiątka jeszcze się u nich przechowała?”.

Opis domu jest wprawdzie obfity i wskazówek znajdujemy wiele, ale nie uda się podać żadnego konkretnego adresu. Przyjąć musimy, że mamy do czynienia z tworem literackiej wyobraźni.

***

Opowieść Deotymy osadzona jest w realiach XVII-wiecznej Rzeczpospolitej, a ściślej w czasach panowania Władysława IV Wazy, zanim na nasz kraj spadły wszelkie możliwe wojny: ukraińskie, szwedzkie, rosyjskie i tureckie. Swoista infantylność – to zarzut wielu recenzentów – jaka wypełnia ponad dwieście stron tego romansu historycznego, być może tu ma swoje źródło: autorka wpasowała przygody swoich bohaterów w szczęśliwy moment dziejowy.

Strona tytułowa wydania z 1898 roku
Strona tytułowa wydania z 1898 roku
Fot. Internet / Polona

Urok powieści wynika nie tylko z tego, że dobrze się ona kończy, ale również ze sposobu jej opowiedzenia, namawiającego nas od samego początku, abyśmy wszystko co widzimy, traktowali nie tak znowu poważnie, czyli z lekkim przymrużeniem oka. Może od czasu do czasu warto zobaczyć dawny – i nie tylko – Gdańsk jako miejsce pełne pogody i łagodności, wesołe i czarowne.

Nie sposób traktować „Panienki z okienka” jako źródła wiedzy o Gdańsku. Deotyma dość swobodnie opiewała czasy, gdy miasto nad Motławą było nasze, być może z nadzieją, że kiedyś „znowu będzie nasze”. Taki był duch epoki, w której literatura służyła krzepianiu serc i rozbudzaniu patriotycznych uczuć.

A jednak to właśnie ta powieść zwyciężyła w plebiscycie czytelników, zorganizowanym przez Fundację Gdańską, na najpopularniejszy utwór literacki związany z Gdańskiem. Staromodny romansik wygrał z Grassem, Chwinem czy Huelle. Bohaterka powieści Deotymy stała się również swoistą wizytówką miasta. Wcielająca się w nią dziewczyna (gdańszczanka w wieku od 18 do 23 lat) uczestniczy w wielu ważnych uroczystościach miejskich.

Jest jeszcze druga, mechaniczna „panienka” Hedwisia, pozdrawiająca przechodniów na Długim Targu ze szczytowego, owalnego okienka Nowego Domu Ławy. Pojawia się ku uciesze tłumu turystów wyposażonych w aparaty fotograficzne z odpowiednim zoomem. Autorką projektu figury wyobrażającej XVII-wieczną młodą mieszczkę jest rzeźbiarka Ewa Topolan, a mechanizm, dzięki któremu się porusza, skonstruował Tadeusz Nowosielski. Ta figura mieści się w bogatej tradycji mechanicznych postaci, z których niegdyś słynął Gdańsk. Były one przechowywane w Zbrojowni i stanowiły dla wielu przyjezdnych dużą atrakcję.

Jadwiga Łuszczewska byłaby pewnie zaskoczona (choć w jakimś stopniu to przewidziała) popularnością tego właśnie swojego dzieła. A także szczęśliwa – była przecież zawsze tak cudownie egzaltowana, lubiła, gdy wokół niej dużo się działo.

 

Waldemar i Nataniel Borzestowscy

 

Jadwiga Łuszczewska urodziła się 1 sierpnia 1834 roku w Warszawie. Jej ojciec, Wacław, był radcą stanu i dyrektorem wydziału Przemysłu i Kunsztów w Komisji Spraw Wewnętrznych Królestwa Polskiego, a zatem dość wysokim urzędnikiem carskiej administracji. Nie przeszkadzało mu to jednak, by wspólnie z żoną prowadzić otwarty domu, w którym spotykała się śmietanka towarzyska stolicy, ale też przyjezdni goście (bywali arystokraci – Potoccy, Radziwiłłowie, Zamojscy czy Braniccy; literaci – choćby Teofil Lenartowicz, Kornel Ujejski, Józef Ignacy Kraszewski; ludzie nauki – jak Oscar Kolberg czy Tytus Chałubiński. Zaproszeni rozmawiali ze sobą – zgodnie z życzeniem gospodarzy – „po obywatelsku”. Nikt nie wytykał Łuszczewskiemu kolaboracji, większość uważała, że jest szczerym patriotą.

W takim też duchu wychowywane były dwie córki. To matka obdarzyła młodziutką, bo kilkunastoletnią Jadwigę nowym imieniem – Deotyma, które stało się jej literackim pseudonimem. Wierzyła święcie, że to imię, zapożyczone od greckiej kapłanki, jednej z postaci „Uczty” Platona, przyniesie córce szczęście. Przyszła pisarka była dzieckiem chorowitym, dużo czasu poświęcała lekturze, kochała historię i literaturę, ale również muzykę, arytmetykę                       i astronomię. Podziwiano jej wiedzę, lecz rzadko urodę. Kiedy starsza siostra wyszła za mąż, rodzice skupili całą swoją uwagę na młodszej, w której pokładali wielkie nadzieje.

Sporo wspólnie podróżowali. W latach 1856-1860 odwiedzili Wielkopolskę, Malbork, Gdańsk, okolice Sandomierza, Góry Świętokrzyskie i Tatry. Deotyma kilka razy wyruszyła też w dalsze podróże, zwiedziła Austrię, Belgię (w Brukseli odwiedziła dalekiego kuzyna, historyka Joachima Lelewela), Francję oraz Włochy. Wszędzie doznawała silnych wzruszeń, jednak najbardziej cieszyła ją „swojszczyzna”, niemal z nabożeństwem obchodziła Gopło,  Gniezno i Wawel, szukała śladów słowiańskiej mowy na Rugii.

Wrażliwa Jadwiga dość szybko stała się atrakcją salonu prowadzonego przez rodziców. Zaskakiwała przybyłych niezwykłą umiejętnością – potrafiła poetycko improwizować na dowolny temat. Wzbudzało to podziw jednych, a niechęć drugich; pierwsi uważali, że to prawdziwy dar Boży, drudzy określali tę wrodzoną łatwość wierszowania terminem – rymowanie.

Wkrótce po wybuchu powstania styczniowego w 1863 roku Łuszczewski został aresztowany i skazany na zsyłkę w głąb Rosji za złożenie godności szambelana carskiego. Niedługo potem zmarła siostra pisarki, Kazimiera. Deotyma bez chwili wahania podjęła trudną decyzję: postanowiła towarzyszyć ojcu na wygnaniu. Wrócili do Warszawy w 1865 roku. Czas spędzony wspólnie w trudnych warunkach zbliżył ich jeszcze bardziej, więc śmierć ojca dwa lata później była ciężkim ciosem. Po dwóch kolejnych latach zmarła matka.

Łuszczewska nie wyszła za mąż. Od 1869 roku prowadziła własny salon literacki w domu przy ulicy Marszałkowskiej 153. Na „czwartkach literackich” bywało tu wielu znanych ludzi, tak, że pod koniec XIX stulecia stała się osobą popularną. Wprawdzie zarzucano jej, że otrzymuje dożywotnią pensję od rządu carskiego w wysokości 1500 rubli i że gościła na jednym ze spotkań generała  Fiodora Berga, namiestnik Królestwa Polskiego, ale nie pogorszyło to jej pozycji.

Pisarka wycofała się z życia towarzyskiego w 1905 roku z powodu choroby; zmarła 23 września 1908 roku i została pochowana na Powązkach. Napisała wiele zbiorów wierszy (np. „Improwizacje i poezje” 1854), przez całe życie pracowała nad cyklem poematów epicko-historycznych „Polska w pieśni”                  (między innymi „Lech” oraz „Sobieski pod Wiedniem”), ale w zasadzie nikt  już dzisiaj nie czyta tych utworów. Historycy literatury wspominają ją raczej ze względu na prowadzony przez nią salon literacki. Z jej twórczości pewną popularność zdobyły: powieść historyczna dla młodzieży „Branki w jasyrze”, „Pamiętnik”, a przede wszystkim „Panienka z okienka”. To ona sprawia, że o pisarce wciąż się pamięta.

 

Wykorzystano m.in.:

Fabiani-Madeyska Irena, „Odwiedziny Gdańska w XIX wieku”, Gdańskie Towarzystwo Naukowe 1957,

Galewski Józef, Grzeniewski Ludwik, „Warszawa zapamiętana”, PIW Warszawa 1961;

„Pamiętnik Deotymy – 1854-1897”, spisany w 1897 roku, Czytelnik, 1968.

Cytaty z „Panienki z okienka” pochodzą z wydania:  nakładem Fundacji Gdańskiej przez „Słowo/Obraz Terytoria”, seria „Biblioteka Gdańska dla dzieci”,  Gdańsk 2007.

 

Pierwodruk: „30 Dni” 1/2013

 

Historie gdańskie
Wypisy gdańskie
Rozmowy gdańskie
Biblioteka gdańskia