„Będziecie mieli terrorystę” – powiedziałem esbekowi

Z Leszkiem Biernackim, fotografikiem, dziennikarzem, działaczem podziemnych struktur w stanie wojennym rozmawia Maria Mrozińska

A
A
4 czerwca 2019, pochód ‘sektorówki’ spod bramy stoczni na Długi Targ; na przodzie niesione było zdjęcie Pawła Adamowicza; przez chwilę niósł je autor, czyli Leszek Biernacki
4 czerwca 2019, pochód ‘sektorówki’ spod bramy stoczni na Długi Targ; na przodzie niesione było zdjęcie Pawła Adamowicza; przez chwilę niósł je autor, czyli Leszek Biernacki
Fot. archiwum L. Biernackiego

Maria Mrozińska: – Do opozycji w PRL trafiłeś, mówiąc skrótowo, przez kulturę.

Leszek Biernacki: – Tak się złożyło. Dość wcześnie zaczęła mnie uwierać peerelowska rzeczywistość. Zdarzało mi się posłuchać muzyki „Led Zeppelin”, mojego ulubionego zespołu „The Doors” albo „Deep Purple”, oczywiście z płyt, o których nabyciu mogłem tylko pomarzyć. Mieli je koledzy, których ojcowie byli marynarzami i przywozili je z zagranicy. W polskich sklepach muzycznych  były nie do kupienia. Podobnie z muzyką jazzową. No, więc jak to jest? Dlaczego nie mamy do tego dostępu? Zamiast tego serwuje się nam, młodym, nudne akademie ku czci i obowiązkowy udział w pochodach pierwszomajowych.

Zresztą już wcześniej, jako dziecko, zderzyłem się z dramatem Grudnia 1970.  Miałem wtedy jedenaście lat. W szkole nerwowa atmosfera, w pewnym momencie przybiegła zdenerwowana mama kolegi i zabrała jego i mnie do domu. Poinformowała wychowawczynię, że czyni to na prośbę mojej mamy, która wtedy pracowała w Gdyni. Nie wiedziała, czy zdoła wrócić. To był szok, świadomość, że mama jest w jakimś piekle, gwałtowne zderzenie z rzeczywistością, niejako zakończenie czasu  dzieciństwa.

A wracając do moich muzycznych fascynacji. Dla mnie jako nastolatka muzyka z tych, dla nas drogocennych, płyt dawała jakiś oddech, poczucie wolności i tym samym ukazywała nasze odgrodzenie od dostępu do tej kultury, w której powstawały. Narastający młodzieńczy bunt znalazł też ujście w motocyklowych rajdach, które uprawiali moi koledzy nawiązujący do subkultury amerykańskich i brytyjskich rockersów. Nie miałem motocykla, jeździłem z nimi jako pasażer. Ideologia rockersów, charakteryzująca się pogardą wobec standardowych zachowań i odrzuceniem pościgu za karierą, wtedy, w naszej rzeczywistości nabierała politycznego znaczenia.

No i, oczywiście, fotografia, którą byłem zafascynowany. Jako szkołę średnią wybrałem Liceum Plastyczne w Gdyni Orłowie, klasę fotografii,

– którą kilka lat wcześniej ukończył Bogdan Borusewicz. Czy legenda  ucznia tej szkoły, który w szkolnej ciemni wykonał, a następnie rozpowszechnił ulotki, za co trafił do więzienia, była jakoś obecna? W ogóle wiedzieliście o tym?

– O Bogdanie się nie wspominało, chociaż miałem do czynienia z tymi samymi nauczycielami, między innymi z panią Morawską, polonistką, która wyróżniała się pewną niezależnością, co dawało się odczuć na jej lekcjach. Najważniejsza jednak była fotografia, która uczyła patrzyć na rzeczywistość, dostrzegać odmienną od tej, którą pokazywano w telewizji i opisywano w mediach, zobaczyć prawdę o ludziach i ich zachowaniach. Już w szkole zdobywałem nagrody w różnych konkursach fotograficznych Gdańskiego Towarzystwa Fotograficznego, a także w krajowych.

– Była także przygoda z filmem amatorskim.

– Trochę później, kiedy już skończyłem liceum. Nagrodę odebrałem z rąk samego Krzysztofa Kieślowskiego. Zaangażowałem się także w działania teatralne za sprawą Bogdana Posmyka, który właśnie zakładał amatorski teatr „Tako” w osiedlowym klubie „Pinezka” na Przymorzu. Później zetknąłem się z ludźmi związanymi „Teatrem Ósmego Dnia” z Poznania, który od 1979 roku działał  jako alternatywny teatr zawodowy. Ich spektakle odznaczały się ironicznym komentarzem wobec peerelowskiej rzeczywistości i zmuszały do zastanowienia się nad życiowymi wyborami.

– Były to środowiska dość blisko kontaktujące się z ludźmi zaangażowanymi w działalność opozycyjną. Zbratałeś się więc z tym „antysocjalistycznym elementem”, jak zwykła to określać Służba Bezpieczeństwa.

– Jeszcze zanim na dobre zbratałem się z tym środowiskiem, Bogdan Posmyk podjął działania, mobilizujące środowisko do protestu po śmierci krakowskiego studenta, Stanisława Pyjasa, za którą obciążano bezpiekę. Bogdan przygotowywał happening związany z czarnym marszem protestacyjnym, który miał przejść od budynków uniwersyteckich w Sopocie do katedry w Oliwie.  Ostatecznie się to nie udało, bo  ówczesny przewodniczący SZSP, czyli Socjalistycznego Związku Studentów Polskich, Aleksander Kwaśniewski, odwołał zarówno happening jak i w ogóle trwające wtedy Dni Uczelni. Nie ukrywał zresztą, że zrobił to pod naciskiem SB. Jednak Bogdan Posmyk nie zamierzał rezygnować z marszu. Skończyło się to tak, że teren wokół uniwersyteckich budynków został rozkopany, wjechały buldożery pod pretekstem koniecznych robót drogowych. No i nie było jak rozpocząć planowanego w tym miejscu happeningu.

„Bibuła” (ulotki, nielegalne wydawnictwa) już wtedy krążyła. Nie było niezależnego teatru bez „bibuły”. Taki koloryt. Jak „ósemki” („Teatr Ósmego Dnia”) gdzieś przyjeżdżały, to zawsze z jakąś „bibułą”. Podobnie teatr „Provisorium” z Lublina. To był ten światek undergroundowego studenckiego życia teatralnego. No i te nasze dyskusje: o świecie, o sztuce, w ogóle o kulturze, zupełnie obce temu, co głosiła oficjalna propaganda. Zaczęły też krążyć moje zdjęcia dokumentujące wydarzenia, które nie były prezentowane w oficjalnych wydawnictwach.

– Twój fotoreportaż dokumentujący wizytę Jana Pawła II w Polsce w 1979 roku został nagrodzony.

– Dziwnie było z tą nagrodą w dorocznym konkursie fotografii Wybrzeża (tak to się chyba nazywało). Fotoreportaż niby nagrodzony a całkowicie nieobecny w katalogu zorganizowanej po konkursie wystawy. Moje zdjęcia były na tej wystawie prezentowane tylko w dniu jej otwarcia, a później nakazano ich usunięcie, a katalog ukazał się z białymi plamami w miejscach, gdzie miały się znaleźć. Fotoreportaż dokumentował gnieźnieńskie spotkanie papieża z młodzieżą i wyraźnie ukazywał autentyzm przeżyć młodych ludzi i ich  niekłamane zaangażowanie. Odczuwałem to sam, zachwycony atmosferą otwartości, poczucia wspólnoty, spontaniczności. Coś całkiem odmiennego od różnorakich państwowo-partyjnych spędów. Ubodło to  ówczesnych decydentów. Jestem przekonany, że te spotkania z papieżem w 1979 roku wpłynęły zasadniczo na moje dalsze życie, moje postępowanie. W sierpniu 1980 nie miałem żadnych wątpliwości, że powinienem być razem ze strajkującymi robotnikami. Zabrałem kupiony po pielgrzymce trzypłytowy album z tekstami papieskich homilii i innych wystąpień. Tych papieskich słów puszczanych ze stoczniowego radiowęzła przez Janusza Łapacza słuchali strajkujący. No i zabrałem, oczywiście, aparat fotograficzny. Niestety, miałem tylko „Zenita” z obiektywem „Helios”, no i jakieś polskie filmy.

– Poszedłeś do stoczni samotnie, bez bliskich kontaktów z doświadczonymi już ludźmi przedsierpniowej opozycji? Nie towarzyszyli Ci koledzy z teatralnego undergroundu?

– W lipcu 1980 pojechaliśmy na Kaszuby z teatrem Bogdana Posmyka  i grupą teatralną „Pinezka”. To był taki obóz teatralny przygotowujący spektakle uliczne na Jarmark Dominikański. Poza występami w stylu commedia dell’arte przygotowaliśmy poważniejsze przedstawienie autorstwa Bogusia Posmyka p.t.: zatytułowane „Smok”, zrealizowane na podstawie dramatu rosyjskiego pisarza, Jewgienija Szwarca, zakazanego w ZSRR. Tytułowy smok panował nad jakąś mityczną krainą, trzymał wszystkich poddanych w garści z pomocą swoich strażników, aż wreszcie gnębieni poddani zbuntowali się i przepędzili ciemiężcę. Ludzie dość jednoznacznie odczytywali tę metaforę i spotykaliśmy się z wyraźnym aplauzem. Wpadłem na pomysł, żebyśmy zagrali to przedstawienie w strajkującej stoczni. To dopiero byłaby bajka. Niestety, kierownik tego klubu „Pinezka” zniechęcił część aktorskiej obsady, strasząc, że on straci pracę, a w konsekwencji zlikwidowany zostanie teatr i nie będziemy mogli nigdzie grać. Nic więc nie wyszło z tego pomysłu i poszedłem sam.

Leszek Biernacki (na pierwszym planie) w przedstawieniu dell'arte teatru ‘Pinezka’ przed Dworem Artusa, sierpień 1980
Leszek Biernacki (na pierwszym planie) w przedstawieniu dell'arte teatru ‘Pinezka’ przed Dworem Artusa, sierpień 1980
Fot. archiwum L. Biernackiego

Miałem wtedy dwadzieścia jeden lat, byłem rówieśnikiem młodych robotników, którzy  zainicjowali strajk. Zawiązała się między nami taka pokoleniowa więź. Był tam Marek Krówka, Mietek Chełminiak, Michał Zając. To dla nich zacząłem robić pierwsze zdjęcia. Później poznałem Bożenę i Arama Rybickich, Magdę Modzelewską. Chcieli, żebym dokumentował strajk. Z zazdrością patrzyłem na  profesjonalny sprzęt fotoreporterów prasowych, szczególnie tych z zagranicy. Oni, żeby złapać jakiś świetny kadr, trzaskali wielokrotnie migawką, ja musiałem oszczędzać film. Jednak moje zdjęcia na tyle się spodobały, że już po paru dniach moi nowi przyjaciele odsyłali mnie do domu: –Jedź, zrób nam odbitki! To był intensywny szalony czas: stocznia, strajk, między nadzieją a obawą, nowe ważne przyjaźnie, godziny pracy w ciemni i te odbitki, odbitki…

Moje zdjęcia zaczęły krążyć i chyba te pierwsze, które dotarły ze stoczni na Śląsk, były właśnie mojego autorstwa. Zawiózł je zresztą właśnie Bogdan Posmyk, który parę dni po mnie też znalazł się w stoczni. Potem, kiedy tworzyły się struktury związku „Solidarność”, współpracowałem z działem informacji organizowanym przez Joannę Wojciechowicz, towarzyszyłem też pierwszym wyjazdom Lecha Wałęsy, ale już z Jackiem Awakumowskim, którego przyciągnąłem do współpracy. Jacek miał profesjonalny sprzęt i mógł korzystać z ciemni BART-u, gdzie był zatrudniony. Ciemnia mieściła się w Wielkim Młynie.

Czasami niezależnie od siebie, czasami wspólnie robiliśmy dokumentację tych wyjazdów. Dokumentowałem złożenie wniosku o rejestrację związku  w Sądzie Najwyższym w Warszawie, w Krakowie byliśmy razem na słynnej mszy w katedrze wawelskiej, gdzie po raz pierwszy usłyszeliśmy kazanie-wykład księdza Tischnera na temat etyki solidarności. Poza dokumentacją fotograficzną pisałem też teksty do solidarnościowych biuletynów. Zdobywałem pierwsze dziennikarskie szlify. Zanurzyłem się w działaniu na rzecz tego ruchu (bo przecież chodziło o coś znacznie ważniejszego niż tylko związek zawodowy) z całkowitym oddaniem. Jeszcze przed rozpoczęciem roku akademickiego zaangażowałem się w tworzenie Niezależnego Zrzeszenia Studentów na Uniwersytecie Gdańskim, gdzie studiowałem.

– Zdecydowałeś się porzucić swoje teatralne środowisko na rzecz rodzącego się społecznego ruchu? Bez żalu?

– To było ważniejsze. Wtedy pełniłem rolę łącznika między uczelnią a Międzyzakładowym Komitetem Założycielskim. Już we wrześniu pojawiło się nasze studenckie pisemko „Reduta”. Organizowaliśmy spotkania, na które przychodziły tłumy: z Kantorem, Wajdą, Kuroniem, Borusewiczem. Na przełomie 1980/1981, niestety, musiałem się wyłączyć z racji choroby serca i  dość długiego pobytu w szpitalu, ale już na początku kolejnego roku akademickiego zostałem szefem Komisji Kultury uczelnianego NZS-u. Pewnie dlatego zostałem wybrany, że odezwały się jednak moje teatralne ciągoty. Próbowałem zorganizować studencki teatr. Rozpoczęliśmy próby „Cmentarzy” Marka Hłaski. Napisałem scenariusz na podstawie tej książki, ale znowu pochłonęła mnie codzienna działalność, wyjazdy do Warszawy, Krakowa w związku z przygotowywanym kongresem kultury studenckiej. A potem te dni długiego studenckiego strajku.

Jeden z ostatnich dni strajku w sierpniu 1980; po lewej Leszek Biernacki
Jeden z ostatnich dni strajku w sierpniu 1980; po lewej Leszek Biernacki
Fot. archiwum L. Biernackiego

– Jesienią ‘81 atmosfera była bardzo napięta: z jednej strony radykalizacja związku, z drugiej naciski Moskwy i partyjnego betonu, do tego fala studenckich strajków.

– Już rok wcześniej, oprócz starań o rejestrację NZS-u, w środowisku akademickim rozpoczęły się dyskusje nad projektem nowej ustawy o szkolnictwie wyższym. Powstał społeczny projekt dyskutowany w kręgach uniwersyteckiej „Solidarności”. Podejmowano też rozmowy ze stroną rządową. Te dyskusje ciągnęły się wiele miesięcy, doszło do porozumienia w sprawie wyboru rektorów. Chodziło o to, by rektor nie był mianowany przez ministra a wybierany przez środowisko uczelni (jedna trzecia głosów – studenci, jedna trzecia młodsi pracownicy naukowi i jedna trzecia samodzielni pracownicy naukowi). Do takich wyborów doszło wiosną 1981 na uczelniach w całej Polsce. Na Uniwersytecie Gdańskim rektorem został profesor Robert Głębocki. Był jednak wyjątek: Wyższa Szkoła Inżynierska w Radomiu. Tam rektorem został mianowany profesor Michał Hebda, zresztą pułkownik rezerwy. Nie tyle chodziło o samą osobę profesora, ile o złamanie porozumienia w sprawie wyboru rektorów. 26 października 1981 studenci WSI rozpoczęli strajk, który potem podjęły inne uczelnie.

Dyskutowaliśmy, czy się przyłączyć. W tym czasie odpowiadałem w NZS nie tylko za sprawy kultury, ale także za informację. Dla mnie istotne było nie tylko to, że złamano porozumienie dotyczące wyboru rektorów, ale również to, że inne zasadnicze punkty projektu ustawy o szkolnictwie wyższym wciąż nie mogły trafić pod obrady sejmu. Napisałem wtedy takie zdecydowane oświadczenie, które później, w stanie wojennym było wielokrotnie przywoływane jako przykład rozwydrzenia NZS-u. Dyskusje: strajkować czy nie, toczyły się u nas dość długo, były różne opinie, w końcu przegłosowaliśmy: strajkujemy. Przygotowałem i wywiesiłem transparent  ogłaszający strajk na Wydziale Humanistycznym. Tak zaczął się najdłuższy strajk studentów na Wybrzeżu. To był czas i nadziei, i zwątpienia, a przede wszystkim czas koleżeńskiej solidarności, nawiązywania przyjaźni, które potem sprawdziły się w stanie wojennym.

– Strajk zawiesiliście tuż przed jego wprowadzeniem, jak zresztą większość uczelni w kraju.

– Tak, 12 grudnia zdecydowaliśmy w głosowaniu o zawieszeniu strajku. Wróciłem do domu i padłem ze zmęczenia. Obudziłem się już w innej rzeczywistości. Oczywiście, pognałem z powrotem na uczelnię, byli ludzie z NZS, już 13 grudnia postanowiliśmy podjąć strajk od nowa. Następnego dnia, czyli 14 grudnia, powstał uczelniany komitet strajkowy, wspólny z uniwersytecką „Solidarnością”. Na czele stanął dr doktor Maciej Żylicz, z ramienia NZS Maciek Płażyński, ja byłem łącznikiem między stocznią a uczelnią. W stoczni kontaktowałem się z Zenonem Kwoką, Stanisławem Fudakowskim, Krzysztofem Dowgiałło, Bogdanem Borusewiczem, a także Januszem Krupskim, przewodniczącym Komitetu Strajkowego. Nocą z czternastego na piętnastego była pierwsza próba pacyfikacji, w stoczni zostało niewielu strajkujących. Borusewicz i Krupski byli zdania, że dobrze byłoby ściągnąć do pomocy studentów, choćby po to, żeby było widać więcej ludzi przy bramach i na murach. Wróciłem na uczelnię, dowiedziałem się, że uczelniana „Solidarność” nie widzi możliwości dalszego kontynuowania strajku. Przeważyła opinia profesora  Głębockiego, który przede wszystkim chciał uchronić studentów przed represjami.

My, z NZS-u, postanowiliśmy kontynuować strajk w stoczni. Byliśmy świadomi niebezpieczeństwa, oczywiście mieli jechać tylko mężczyźni, ale w stoczni okazało się, że jakoś przemyciły się cztery dziewczyny. Pojechało nas około setki, oczywiście w małych grupach. Przyjechałem z ostatnią grupą. Do stoczni dotarło też kilku pracowników naukowych: Jerzy Kailing, doktor Janusz Golichowski, doktor Henryk Szabała. Przyjęliśmy – Marek Zająkała i ja – odpowiedzialność za studencką grupę. Podpisaliśmy to w stoczniowym komitecie strajkowym. W imieniu pracowników naukowych podpis złożył doktor Golichowski.

Mieliśmy nadzieję przetrwać do 16 grudnia, bo wtedy w rocznicę Grudnia 1970 spodziewaliśmy się wielkiej manifestacji, która być może powstrzyma pacyfikację. Około trzeciej nad ranem Bogdan Borusewicz zrobił obchód, mówił wyłącznie o biernym oporze, chociaż byliśmy wyposażeni w grube metalowe pręty, które jednak miały służyć jedynie jako demonstracja determinacji strajkujących. Jakoś po piątej rano helikoptery, petardy, czołg wyłamujący stoczniową bramę, rakiety, syreny, wystrzały, na szczęście tylko z rakietnic, milicyjne „suki” oczekujące na aresztantów. Udało mi się zrobić kilka zdjęć z tej pacyfikacji. Byłem wtedy przy bramie kolejowej, a między nią a bramą nr 3 przy bazie PKS była dziura w płocie, przez którą jakoś się wymknąłem. Obawiałem się zatrzymania, bo miałem przy sobie aparat ze zdjęciami, a ich przejęcie umożliwiałoby identyfikację osób i tym samym oznaczałoby wyrok więzienia dla nich. Wywieźli mnie autobusem pracownicy bazy PKS. Autobus wprawdzie został zatrzymany do kontroli, ale położyłem się za siedzeniami, nie zauważyli mnie. No i od tego momentu zaczęła się robota w podziemiu.

– Tak zdecydowanie? Od razu? Nie trzeba było ochłonąć po tych dramatycznych przeżyciach?

– Właśnie nie. Żyłem wtedy w jakimś takim szalonym rozpędzie zmuszającym do działania. Gdyby zacząć się zastanawiać, analizować, być może zabrakłoby odwagi.

– A nie wynikało to z pociągającego romantyzmu niebezpiecznej przygody?

– Być może tak, w każdym razie byłem zdecydowany działać. Przecież nie tylko ja. Była nas grupa takich zdecydowanych, tych, którzy wcześniej angażowali się w działalność NZS. Oczywiście, trzeba było się zastanawiać nad zorganizowaniem konspiracyjnej siatki, by uniknąć wpadki. Nawiązałem współpracę ze Zbyszkiem Nowkiem i Piotrem Kapczyńskim, oni z kolei współpracowali z Bogdanem Borusewiczem. Działaliśmy trójkami na wzór wojennej konspiracji Armii Krajowej. Włączyli się też moi koledzy z teatru „Tako” i „Pinezka”. Joanna Posmyk (siostra Bogdana) była jedną z najważniejszych kurierek ukrywającego się Bogdana Lisa. Przez nią nawiązaliśmy kontakt z Warszawą, z ludźmi „Tygodnika Mazowsze”. Przez pierwsze pół roku punkt kontaktowy z jego redakcją miesił się w domu moich rodziców.

Udało nam się wywieźć dwa powielacze z uniwersytetu i koledzy – a byli to Jarek Skowronek, Czarek Godziuk, Marek Czachor, Sławek Sadowski, Krzysztof Jankowski – zaczęli na nich drukować. Niestety, dość szybko wpadli. Zostali aresztowani, dostali wysokie wyroki. Godziuk został skazany na sześć lat więzienia (to był najwyższy zasądzony w Polsce wyrok dla studenta), pozostali dostali po pięć, Czachor – trzy lata. W tym samym czasie w procesie za rozpowszechnianie ulotek pięcioletni wyrok dostała dziennikarka, Wiesława Kwiatkowska, znana ze swego zaangażowania w dokumentację tragedii Grudnia 1970. Te wysokie wyroki w pierwszych miesiącach stanu wojennego służyły, oczywiście, zastraszeniu i spacyfikowaniu środowisk gotowych do oporu.

W styczniu ‘82 zdecydowaliśmy jednak na tajnym potkaniu o powołaniu Studenckiego Komitetu Solidarności Niezależnego Zrzeszenia Studentów Trójmiasto. Ten pierwszy człon nazwy – SKS – nawiązywał do studenckiego komitetu przedsierpniowej opozycji. Pełną nazwą – SKS NZS Trójmiasto – sygnowaliśmy biuletyny, które redagowałem. Nie wiem, kto poza mną pisał teksty, bo kontaktowałem się tylko z Markiem Kotlarzem, który odpowiadał za druk i Markiem Sadowskim zajmującym się kolportażem. Marek Sadowski, niestety, został wkrótce internowany, zabrali go z zajęć na uczelni. Wydawanie biuletynu trzeba było zawiesić, ponieważ  po rewizji w jego domu Marek Kotlarz najpierw się ukrywał, a następnie zrezygnował z działalności. Potem współpracowałem z chłopakami z Politechniki Gdańskiej, którzy wydawali takie satyryczne pisemko „Kret”.

Niestety, wiedzieliśmy już, że zaciągnęło się na dłużej. Wiosna nie była nasza [odniesienie do popularnego po wprowadzeniu stanu wojennego hasła: „zima wasza, wiosna nasza”], ale wciąż trwaliśmy. Udało się zorganizować krótki strajk protestacyjny na Wydziale Humanistycznym w październiku 1982 roku po decyzji Sejmu o delegalizacji związku „Solidarność”, który w myśl dekretu o stanie wojennym był zawieszony. W tym też roku, na prośbę wycofującego się z podziemnej działalności Maćka Płażyńskiego, przejąłem kierownictwo podziemnego uniwersyteckiego NZS-u.

Na strajku studenckim w 1981 roku
Na strajku studenckim w 1981 roku
Fot. archiwum L. Biernackiego

– Wpadki, aresztowani koledzy… A  co z Tobą? SB przeoczyła Twoją aktywność? Przecież, jak się później okazało, wasze środowisko penetrował  Janusz Molka (vel Molke), tajny współpracownik służb.

– Właściwie go nie znałem. Widziałem tylko parę razy. Kręcił się koło Grzegorza Biereckiego. Spotkałem ich kiedyś w mieście. Był z nimi też Andrzej Dunajewski. Ciągnęli mnie, żeby przy wódeczce pogadać o konspiracji. Odmówiłem. Tak zaraz na wódkę i to z facetem, którego, jak mówiłem, ledwo kojarzyłem?

Niestety, bezpieka mnie nie przeoczyła. Wiosną ‘83 wpadli świtem do mieszkania rodziców, ale już tam nie mieszkałem. Mama powiedziała im, że mieszkam w którymś z gdańskich akademików, ale nie wie, w którym. Naturalnie wiedziała i natychmiast po ich odejściu pobiegła do budki telefonicznej. Dzięki temu mogliśmy wraz z żoną pozbyć się kompromitujących materiałów z pokoju. Mieliśmy sporo czasu, bo biedni ubecy musieli poczekać na otwarcie uniwersyteckiego sekretariatu, żeby się dowiedzieć, w którym akademiku mieszkam. Poutykaliśmy „bibułę” w ogólnodostępnej wspólnej pralni i kuchni. Zresztą zawsze większe paczki przed puszczeniem w obieg ich zawartości, tam właśnie były przechowywane.

Wpadli z nadzieją, że coś znajdą. Przewracali i rozrzucali wszystko. Urobek mieli marny. Ucieszyli się, kiedy ostatecznie znaleźli między książkami zapomniane trzy ulotki i dwa zdjęcia przedstawiające ułożone w górach z kamieni słowo: solidarność. Zachowywali się w miarę przyzwoicie, nie uszło ich uwagi, że żona była w ciąży. Zawieźli mnie na Okopową, oczywiście zakutego w kajdanki. Odmawiałem odpowiedzi na wszystkie pytania. Zjawiła się więc inna, brutalnie zachowująca się ekipa. Było ich czterech, jeden stanął za moimi plecami. W dalszym ciągu nie odpowiadałem na pytania. Wtedy ten najwyższy rangą, chyba major, powiedział: – Nie chcesz nic mówić, to teraz porozmawiamy na serio. Twoja żona jest w ciąży. Coś jej się może przytrafić, ktoś ją napadnie, skopie po brzuchu... Nigdy nie zobaczysz swojego dziecka. Odpowiedziałem mu powoli, spokojnie, nie podnosząc głosu: – Jeżeli grozicie moim najbliższym, powinniście mnie natychmiast wywieźć do lasu i zastrzelić, bo inaczej, jeżeli cokolwiek im się stanie, zamiast opozycjonisty, będziecie mieli terrorystę.

Na chwilę ich zatkało, po czym oficer najpierw uśmiechnął się, a potem się roześmiał, a za nim reszta. – Przecież żartowałem – powiedział. Zawieźli mnie na badanie (przed osadzeniem obowiązkowe) do szpitala Wojewódzkiego Urzędu Spraw Wewnętrznych, dzisiaj szpital MSWiA. Lekarz zachował się bardzo przyzwoicie, kiedy dowiedział się o moich kłopotach z sercem, z powodu których spędziłem sporo czasu w szpitalu w gorącym okresie, w styczniu 1981. – Zatrzymuję pana w szpitalu – powiedział esbekom. Nie posłuchali, zabrali mnie i zawieźli na komisariat do Pruszcza, a stamtąd po jakimś czasie, ku mojemu zdziwieniu ,wypuścili.

– Nie udało im się zdobyć poważnych dowodów podziemnej działalności (te trzy ulotki?), a mimo to tak ostro sobie poczynali? Chyba liczyli na zastraszenie i w konsekwencji współpracę?

– Być może, ale musieli pewnie uznać, że jestem niewerbowalny. Po tych wydarzeniach żona namawiała mnie do zaprzestania działalności, urodziła się nasza córka. Angażowałem się jednak nadal, a spacery z wózkiem dziecięcym, w którym w razie potrzeby montowałem podwójne dno, dawały możliwość przewożenia bibuły, a szczególnie książek. Tak przewiozłem sporą partię wydrukowanych przez Piotra Kapczyńskiego „Głównych nurtów marksizmu” Leszka Kołakowskiego. Były dwa punkty przerzutowe: u Olafa Mellera i w domu moich rodziców, gdzie doskonałą skrytkę na poddaszu przygotował tata.

Zaangażowałem się także w legalną działalność samorządu studenckiego. Kiedy w 1984 roku pojawiły się informacje o przewidywanym ograniczeniu studenckiej samorządności, odbywaliśmy tajne spotkania z udziałem przedstawicieli uczelni z Polski służące wypracowaniu jakiejś wspólnej taktyki obrony. Naszym samorządem kierował najpierw Tomasz Bedyński, później ja, a potem Tomasz Posadzki. Organizowaliśmy też spotkania gromadzące tłumy studentów. Kiedy zaprosiłem Bronisława Geremka, który wygłosił wykład o stosunkach Wschód-Zachód, zrobiła się okropna awantura. Interweniował sowiecki konsul.

Ostatecznie był to chyba jeden z gwoździ do trumny studenckich samorządów. Nowa ustawa, wprowadzona latem 1985, kiedy na uczelniach nie było studentów, w zasadzie je likwidowała. Kiedy jesienią rozpoczęły się zajęcia, zrobiliśmy wiele transparentów, ulotek, ale nastroju strajkowego nie udało się wywołać. Wróciły rozmowy o wznowieniu działalności NZS. Były też propozycje konkurencyjne, stworzenie Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży. Tę ideę promowali: Grzegorz Bierecki, Tomasz Bedyński, Przemysław Gosiewski. Nadal podejmowaliśmy próby wydawania środowiskowego pisma. W drogiej połowie lat osiemdziesiątych udało się podtrzymać druk gazetki pod tytułem „Latarnia”, wcześniej wydawanej przez studentów Wyższej Szkoły Morskiej w Gdyni. We wrześniu 1986 zorganizowałem w akademiku numer 10 spotkanie studentów, na którym po dyskusji ogłosiłem podjęcie działań pod nazwą SKS NZS Uniwersytetu Gdańskiego. Kierowałem organizacją do końca studiów w 1987 roku. W tym roku postanowiliśmy używać nazwy NZS, już bez SKS-u, jak na innych uczelniach w kraju.

Prawdziwym przełomem okazało się pojawienie się na uczelniach pisma „Impuls”, które współredagowałem i które wydaliśmy w lutym1987 roku. Tu najbardziej zaangażował się Mariusz Popielarz. Znowu, po marazmie drugiej połowy lat osiemdziesiątych, nastąpiło ożywienie, ale w zasadzie dotyczące młodzieży studenckiej. Mieliśmy informacje, że esbecja uznała wtedy zrewoltowanych studentów za najbardziej niebezpieczne środowisko.

Jeśli dziś porównać dostępne w  Instytucie Pamięci Narodowej raporty SB, uderza zasadnicza różnica w ocenie nastrojów na uczelniach w roku 1986 i 1987. W 1986 uznawano uczelniane środowisko za uspokojone, niezbyt skłonne do nielegalnych działań, a w 1987 odnotowano liczne nielegalne działania i gwałtowne ożywienie  środowiska studenckiego. Skierowano dodatkowe siły do  jego penetracji i zwalczania. Natomiast środowisko stoczniowe uważano za w dużej mierze spacyfikowane.

Majowy strajk ‘88 w Stoczni Gdańskiej wywołali młodzi robotnicy, tak jak w 1980, ale tym razem miasto było martwe, właśnie za wyjątkiem uniwersytetu, gdzie studenci podjęli strajk solidarnościowy ze stoczniowcami, a także o legalizację NZS. Na Wydziale Humanistycznym zgromadziło się kilka tysięcy studentów, szefem strajku był śp. Paweł Adamowicz. Informacja o brutalnej pacyfikacji strajku w Nowej Hucie oraz mediacja arcybiskupa Tadeusza Gocłowskiego zadecydowały o zakończeniu strajku na uniwersytecie. Był także krótki jednodniowy strajk na Politechnice Gdańskiej. Kierował nim Jacek Karnowski.

W sierpniu ‘88 rozpoczął się kolejny strajk w stoczni. Byłem tam zarówno w maju jak i w sierpniu, oczywiście robiłem zdjęcia, które trafiały do podziemnych gazetek, ale tak naprawdę było mi smutno, nie czuło się w tych strajkach siły, energii, wiary w sukces. W sierpniu 1988 było nieco większe ożywienie. Decyzję o podjęciu rozmów przy okrągłym stole uważałem i do dziś uważam  za właściwą, więcej, niezbędną. Zawsze można powiedzieć, że można było coś zrobić lepiej, osiągnąć więcej, ale wtedy przecież trzeba było się liczyć z obecnością sowieckich wojsk w naszym kraju i determinacją partyjnego betonu. Byłem wtedy trochę zagubiony. Skończyłem studia, a więc już nie NZS, nie należałem też  do żadnej komisji zakładowej „Solidarności”, a wtedy działalność skupiała się właśnie w tych komisjach.

– Ale po przełomie 1989 znalazłeś dla siebie miejsce w solidarnościowej prasie.

– Wcześniej podjąłem pracę polonisty i nauczyciela fotografii w Liceum Plastycznym, które wcześniej ukończyłem, potem równoległe zaangażowałem się w „Przeglądzie Oświatowym” piśmie Sekcji Oświaty NSZZ „Solidarność”. Byłem tam zastępcą redaktora naczelnego. Krótko pracowałem w „ Gazecie Gdańskiej”, potem zostałem naczelnym „Gazety Morskiej”, lokalnego dodatku  „Gazety Wyborczej”. W drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych wróciłem do solidarnościowej prasy. Redagowałem „Magazyn Solidarność” do 1997 roku.

– Wydaje się, że Twoja społeczna, a właściwie polityczna, aktywność od 1980 roku wpłynęła zarówno na dalsze Twoje życie jak i ukierunkowała zainteresowania. Czasami wybór polityczny okazuje się wyborem losu. Do dziś zajmujesz się dokumentacją tamtych wydarzeń, poświeciłeś im kilka książek, zrealizowałeś dwa filmy.

– Wydałem trzy książki: „Kronikę Solidarności. 20 lat dzień za dniem” i „Gdy wieje wiatr historii… studenci z robotnikami. Gdańsk 1976-1980”, jako współautor „Historię NSZZ „Solidarność” Regionu Gdańskiego”. Teraz pracuję nad kolejną książką o roboczym tytule „Reduta. Studenci i robotnicy 1980-1985”. Dla mnie tamte czasy, o których piszę, mimo opresyjnego systemu i śledzących nas ubeków, były bardzo ważne. Wspominam je z pewnym sentymentem. Liczyło się nie to, co kto mówił, ale to, co kto zrobił, nie było  wszechobecnego dziś kłamstwa, czuło się prawdziwą międzyludzką solidarność, koleżeńską życzliwość. Atmosferę tamtej współpracy chcę przekazać w moich książkach. Nie oceniam ludzi na podstawie dzisiejszych podziałów i obserwowanej pogoni za karierą z całkowitym zagubieniem solidarnościowego etosu. Mam problemy z niektórymi kolegami z czasów tamtej współpracy. Niektórzy odmawiają z powodów politycznych, inni z racji zaangażowania w biznes. Tym bardziej zależy mi na ukazaniu prawdy tamtego okresu. Ta historia powinna nas łączyć, nie dzielić.

 

Sierpień 2019

 

Historie gdańskie
Wypisy gdańskie
Rozmowy gdańskie
Biblioteka gdańskia