Lechia - Legia 1:2. Trzecia z rzędu przegrana i 37 tysięcy kibiców!

Lechia Gdańsk przegrała trzeci mecz z rzędu i spadła na czwartą pozycję w tabeli Lotto Ekstraklasy. Nie zdobywa się mistrzostwa Polski przegrywając mecz za meczem. Sytuacja tym bardziej rozczarowująca, że padł nowy gdański rekord frekwencji na meczu ligowym - przyszło 37 tys. 220 kibiców!

Lechia - Legia 1:2. Trzecia z rzędu przegrana i 37 tysięcy kibiców!
A
A
data publikacji: 19 marca 2017 r.

1:0 dla Lechii. Po główce Mario Maloćy piłkę do własnej bramki skierował Adam Hloušek. Potem Maloća dał dwa prezenty Kucharczykowi
1:0 dla Lechii. Po główce Mario Maloćy piłkę do własnej bramki skierował Adam Hloušek. Potem Maloća dał dwa prezenty Kucharczykowi
Grzegorz Mehring/gdansk.pl

Koniec gdańskich snów o mistrzostwie Polski?

Trener Lechii Piotr Nowak uważa, że wygrywanie może być dla drużyny nawykiem. Ale tak samo przegrywanie. Niestety Lechia Gdańsk wyrobiła w sobie w ciągu ostatnich tygodni nawyk przegrywania. To już trzeci przegrany mecz z rzędu: po Lechu Poznań (0:1) i Ruchu Chorzów (1:2), Lechia w niedzielny wieczór, 19 marca, przegrała na własnym stadionie 1:2 z Legią Warszawa.

Widać, że piłkarze Lechii nie wytrzymują ciśnienia w meczach o stawkę i popełniają szkolne błędy, które przeciwnicy bez litości wykorzystują. 

Legia pokazała doświadczenie, Lechia - piłkarską naiwność. To był The Michał Kucharczyk Show. Napastnik Legii zdobył dwie śliczne bramki: zaraz po wejściu na boisko w 58 minucie (za Hamalainena) wyprzedził w polu karnym Mario Maloćę, właściwie tylko lekko dotknął piłkę, która przeleciała obok bezradnego Kuciaka.

Drugi prezent Mario Maloca podarował Kucharczykowi w 86 minucie, gdy wybił piłkę głową wprost pod nogi napastnika Legii, a ten huknął z 16 metrów w róg bramki Kuciaka. Ten znów bez szans.

Najgorsze jest to, że od 70 minuty Lechia zdominowała Legię i przeprowadzała atak za atakiem: w słupek strzelił Wolski, szanse mieli Marco i Flavio Paixao, a po strzale Sławczewa piłka przeleciała tuż nad poprzeczką bramki Malarza.

Lechia była lepsza, ale Legia bardziej cwana. Wojskowi przeczekali nawałnicę, i co prawda dali się stłamsić, ale wciąż żyli, oddychali, i to oni wyprowadzili zabójczy kontratak, który załamał blisko 36 tysięcy widzów w Gdańsku (poza oczywiście uszczęśliwionymi gośćmi z warszawskiej Żylety, którzy przyjechali nad Motławę w liczbie 1800).

W ogóle był to frekwencyjny rekord na Gdańśk Energa Stadion - 37 tys. 220 widzów. Poprzedni też odnotowano w meczu z Legią: 36 tys. 500 fanów.

To chyba główny problem Lechii: drużyna potrafi grać świetnie, ma doskonałe momenty, ale wciąż nie potrafi tej dominacji potwierdzić golami. Najlepszy przykład to Rafał Wolski, który w 75 minucie przecisnął się przez dwóch obrońców Legii, ograł Hlouska i huknął… prosto w słupek. Wolskiemu często brakuje właśnie gola. Nawet najpiękniejszy drybling trzeba wszak skutecznie wykończyć.

Podobnie Lukas Haraslin czy bracia Paixao: świetni technicznie, potrafiący wypracować sobie okazję, ale często zawodzący, gdy trzeba po prostu wygrać mecz. Punktów za wrażenie artystyczne nikt tu nie daje. Lechii brakuje tego ostatniego ciosu. Lechia potrafi grać, ale zapomniała, jak wygrywać. 

Trener Lechii Piotr Nowak ma o czym myśleć. Drużyna potrafi grać, ale zapomniała, jak wygrywać
Trener Lechii Piotr Nowak ma o czym myśleć. Drużyna potrafi grać, ale zapomniała, jak wygrywać
Grzegorz Mehring/gdansk.pl

W Poznaniu Lechię wyprowadzili z równowagi cwani piłkarze Lecha. W Chorzowie gdańszczan pokonali ci młodzi, ambitni, z nożem na gardle, bo Ruch był w strefie spadkowej. Teraz w Gdańsku Lechia dostała od Michała Kucharczyka lekcję skuteczności: dwie szanse, dwa gole. Tak gra mistrz Polski. 

Lechia: kilka szans. Bez gola. Gol dla Lechii to w końcu samobój Hlouska w 49 minucie.

Ale to właśnie ta bezlitosna skuteczność, którą pokazał Kucharczyk, to znak rozpoznawczy mistrzów. Tak się właśnie wygrywa tytuły i tak przywozi puchary do klubowego muzeum: nie strzelając w słupek, czy bramkarza, tylko kończąc z chirurgiczną precyzją wszelkie szanse, dane przez los, Boga i błędy przeciwnika.

To jest wciąż podstawowa różnica między Legią i Lechem a Lechią.

W pierwszej połowie mecz przypominał piłkarskie szachy, choć zapewne słynny pojedynek Spassky kontra Fischer w 1972 roku był bardziej zajmujący. Na gdańskiej szachownicy niewiele się działo: jeden celny strzał Lechii (Wolski z wolnego), zero Legii. Obie drużyny skutecznie się zablokowały, obrońcy grali świetnie, gra toczyła się w środku boiska, ciężko było wejść w pole karne.

Dopiero gol Lechii po rzucie rożnym w drugiej połowie otworzył mecz. Niestety dla Lechii, dużo lepiej z tego otwarcia skorzystał, jak się okazało na koniec, CWKS.

Lechia i Legia mówią o zdobyciu mistrzostwa Polski. Legia pokazała w Gdańsku, że wie, jak to zrobić. 

W futbolu niestety liczy się mądrość, cwaniactwo, a przede wszystkim zwycięstwa. Porażki, nawet po pięknych meczach, oddalają gdańszczan od upragnionego celu. Jagiellonia, Legia i Lech uciekają. 

Po meczu powiedzieli: 

Trener Legii Jacek Magiera: - Na trudnym terenie przegrywaliśmy 1:0 i wygraliśmy. To może tylko dobra drużyna i taką jest Legia! “Kucharz” ożywił naszą grę, dał dobrą zmianę. Przegoniliśmy Lechię w tabeli, co było naszym celem. 

Trener Lechii Piotr Nowak: - Szkoda naszych niewykorzystanych sytuacji. Ofensywnie graliśmy bardzo dobrze. Taka jest piłka. Musimy wyciągnąć wnioski, bo dwie bramki, które straciliśmy, nie powinny się zdarzyć. Powinniśmy grać mądrzej i nie być tak naiwni, jak przy stracie bramek.

Tutaj obejrzycie statystyki z meczu

Sebastian Łupak (0)
www.gdansk.pl