Z Madrytu do Gdańska, czyli Sara, Michał i Vincent

Przy filmie „Twój Vincent” pracowałam półtora roku. Namalowałam około 900 obrazów. W filmie to półtorej minuty Rozmowa z Sarą Campos, Hiszpanką, malarką, ambasadorką kampanii Łączy Nas Gdańsk.

Z Madrytu do Gdańska, czyli Sara, Michał i Vincent
A
A
data publikacji: 03 stycznia 2018 r.

Sara Campos w Gdańsku
Sara Campos w Gdańsku
fot. Jerzy Pinkas/www.gdansk.pl

Aleksandra Kozłowska: - Pamiętasz co pomyślałaś na wiadomość o tym, że zamieszkasz w Gdańsku?

Sara Campos: - Tak, dobrze to pamiętam. Pomyślałam: "O, my God! Matko, a więc jedziemy..." To była ekscytacja, ale i niepokój jak nam się ułoży. Znałam już trochę Gdańsk, Michał mnie raz zabrał w objazd po Polsce, pokazał też oczywiście swoje miasto. I Gdańsk mi się wtedy spodobał - małe miasto (w porównaniu z Madrytem), dużo zieleni, plaża... pięknie.


No, tak. Ale co innego wpaść tu na wakacje, co innego zamieszkać na stałe...

- To prawda. Urodziłam się w Madrycie, tam studiowałam malarstwo, tam mieszkałam. Także wtedy, gdy postanowiliśmy z Michałem, dziś moim mężem przeprowadzić się do Gdańska. Oboje pracowaliśmy wówczas w Madrycie - ja malowałam, on, architekt pracował w swojej dziedzinie.


Poznaliście się w Hiszpanii?

- Nie, w Niemczech, w Hildesheim. Oboje studiowaliśmy tam w ramach programu Erasmus. Poznaliśmy się i... od razu miłość. Tak, prawie od pierwszego wejrzenia. Po Erasmusie ja wróciłam do Madrytu robić dyplom, Michał wrócił do Gdańska skończyć swoje studia. Ale potem przyjechał do mnie. Dzielnie uczył się hiszpańskiego i pracował w swoim zawodzie.


A ty?

- Dostałam możliwość malowania kopii obrazów w muzeum Prado. Mój ulubiony malarz to Diego Velazquez, Prado ma wiele jego dzieł. Ale kopiowałam też innych malarzy od XV do XVIII w.


W skali jeden do jednego?

- Nie, tak nie można, to byłoby fałszerstwo. Moje obrazy musiały mieć inny rozmiar niż oryginały. Traktowałam to jako okazję do dalszego rozwoju, nie każdy ma taką możliwość by codziennie malować stojąc pół metra od Filipa IV w zbroi albo Infantki Marii Teresy. Była to dla mnie nie tylko wspaniała kontynuacja studiów, ale i praca. Wszystko co tam namalowałam, sprzedawałam - kopie bardzo chętnie kupowali turyści.


To dlaczego zdecydowaliście się przenieść do Polski?

- W 2008 r. zaczął się kryzys. W całej Europie, ale u nas bardzo mocno go odczuliśmy. Robiło się naprawdę niewesoło. Polska lepiej sobie radziła. Analizowaliśmy sytuację, braliśmy pod uwagę różne "za" i "przeciw", możliwości pracy lepsze były tutaj. I teraz jak to wspominamy, nie mamy wątpliwości, że zrobiliśmy dobrze - Michał ma w Gdańsku swoją firmę, zleceń nie brakuje.


Ale zostawiłaś swój Madryt...

- Tak. Madryt, przyjaciół, rodzinę. Moja mama bardzo to przeżywała. No i szkoda mi było przestawać malować w Prado. Ale na początku nie mieszkałam tu na stałe. Ktoś zamawiał u mnie obraz, leciałam do Madrytu, spędzałam tam trzy miesiące malując i wracałam. I tak przez jakiś czas. Nie było radykalnego cięcia - tam koniec, teraz tylko Gdańsk.


Jak się tu czułaś?

- Najgorszy był brak słońca.


Rozumiem. Myślę, że dla wielu osób twój krok był niezrozumiały. Pomijając recesję, zostawiłaś kraj pełen słońca, muzyki, dobrej kuchni, otwartych ludzi, a wybrałaś północ zamieszkałą przez nieufnych, wiecznie narzekających ponuraków.

- Rzeczywiście nasze kraje są inne. Ale to jest właśnie bardzo ciekawe.


Co najbardziej cię zaskoczyło?

- Cisza. W mieście, w kawiarni, na ulicy, wszędzie. Dalej mam to poczucie, po siedmiu latach tutaj. W Hiszpanii głośno mówimy, głośno się zachowujemy. I to bez względu na okoliczności, na przykład w poczekalni u lekarza. Tutaj jest totalna cisza, u nas zgiełk. Ale zauważyłam, że zmieniła się moja tolerancja poziomu decybeli. Po przyjeździe do Gdańska, cały czas myślałam: "O, matko, ale tu cicho", teraz gdy lecę do Madrytu, myślę: "Rany, ale tu głośno!”


Jaka była pora roku, gdy tu przyjechałaś? Bo to też jest ważne w ogólnym odbiorze nowego miejsca.

- Jest ważne (śmiech). Trafiłam niby nieźle bo akurat zaczynało się lato. Ale szokiem były dla mnie tak krótkie noce. O 4 robi się jasno! Dzień w nocy. Nie mogłam się do tego przyzwyczaić, bardzo źle spałam. Szłam nad ranem na siku i nie mogłam już zasnąć. To było straszne. Z drugiej strony niezwykłe było obserwować jak nagle, dzięki słońcu ludzie na ulicach stali się zadowoleni, uśmiechnięci, jakby przeszli jakąś przemianę. Zrozumiałam to dopiero, gdy nadeszła zima (śmiech). Sama zimą zaczynam chorować.


fot. Jerzy Pinkas/www.gdansk.pl

Co jeszcze było dla ciebie inne?

- Relacje towarzyskie. Tu na każdą imprezę chodzi się parami. Kto nie ma pary, jest na uboczu, czasem wręcz patrzy się na niego, czy na nią podejrzliwie. Ludzie przychodzą w parach i przez całą imprezę trzymają się w parach, nie odstępują się na krok. A to nie sprzyja poznawaniu nowych osób, nie czułam się więc najlepiej. W Hiszpanii jest inaczej, tam często nawet nie wiesz kto z kim jest parą. Dziewczyna ma chłopaka, czy męża ale często chodzi na spotkania z przyjaciółmi, z koleżankami sama. Tak samo jej chłopak - ma swoje grono znajomych. Oczywiście fajnie też od czasu do czasu wybrać się gdzieś razem, ale nie jest to wymóg. Tu mam wrażenie, że to wręcz instytucja.


A słynne polskie narzekanie?

- Nie zauważyłam. No, może na pogodę, tak na pogodę Polacy lubią narzekać. Kiedy byliśmy na Erasmusie - pojechałam tam z koleżanką z Madrytu, a w naszej grupie byli jeszcze Amerykanie, Polacy, Niemcy, Anglicy i Finowie - my, Hiszpanki najlepiej czułyśmy się z Polakami. Trudno konkretnie powiedzieć na czym to polegało, po prostu od razu się polubiliśmy. Z Niemcami porozumienie było już inne. Byli mili, przyjaźni, a mimo to zabrakło tej więzi. Podobnie z Amerykanami, z Finami to już zupełnie dystans jak stąd w kosmos. A Polacy - gadatliwi, uśmiechnięci, skorzy do zabawy. Najbliżsi nam z charakteru.


Jak w Gdańsku odnalazłaś się zawodowo?

- Kiedy zdecydowaliśmy się tu przyjechać, na początku jeszcze malowałam. Potem zamówień było mniej. Ale znajomi zaczęli dopytywać o lekcje hiszpańskiego. Nie jestem filologiem, zrobiłam więc w Warszawie w instytucie Cervantesa kurs na nauczyciela języka. I zaczęłam dawać lekcje. Było to dla mnie bardzo fajne - poznałam mnóstwo ludzi - od 16 do 50 lat, wielu z nich jest moimi kolegami do tej pory. Dzięki tym lekcjom przestałam czuć się wyizolowana. Byłam wprawdzie trochę niepewna siebie, nerwy - wiadomo - jak sobie poradzę, ale dużo nauczyłam się w ten sposób o Polsce i Polakach. Tematem konwersacji często była polityka (uwielbiam o niej rozmawiać), poznawałam więc polski punkt widzenia, sposób patrzenia na świat. To było świetne.


Nie brakowało ci malowania?

- Malowałam zawsze. I dla siebie, i na zamówienie. Skończyło się w 2012 r., gdy urodził nam się Leon. Farby, ich zapach - to nie byłoby dobre dla dziecka w małym mieszkaniu. Ale do ósmego miesiąca ciąży malowałam - w Prado. W Madrycie urodziłam też Leona.


Nie zdążyłaś wrócić?

- Nie, to był świadomy wybór. Tu kobieta urodzi dziecko i sama siedzi z nim w szpitalu. W Hiszpanii chłopak czy mąż może być nie tylko przy porodzie, ale potem mieszka w szpitalu z matką i dzieckiem. Od początku opiekuje się maluchem. Nie tak jak tu - że tylko wpada na wizyty. Poza tym nie czułam się w Gdańsku na tyle pewna z moją znajomością polskiego, a poród i przebywanie kilka dni w szpitalu wymagają bezbłędnej komunikacji, musiałam mieć pewność, że będę dobrze rozumiana. Cały czas zresztą mam takie obawy, nie wiem czy to co mówię, jest adekwatne. Mam poczucie, że codziennie zdaję test językowy.

Po dwóch miesiącach wróciliśmy z Leonkiem do Gdańska. I to już na stałe. Teraz synek chodzi do przedszkola. Zaczął chodzić, gdy dostałam pracę przy filmie "Twój Vincent".


Właśnie! Byłaś jedną z setki malarzy tworzących ten wyjątkowy obraz. Jak znalazłaś się w tej ekipie?

- Zadzwoniła do mnie szwagierka : "Wiesz, Sara, znalazłam w gazecie ogłoszenie, że szukają malarzy do pracy". "Malarzy?" - pomyślałam - "To rzadkość, że ktoś potrzebuje malarzy. Jeśli już to ściennych”. Ale wysłałam portfolio i czekałam. Któregoś dnia telefon - mam przyjść do Gdańskiego Parku Naukowo-Technologicznego na testy. Zdałam i zaprosili mnie na 6-tygodniowe szkolenie. Pracę dostałam, ale na jej rozpoczęcie musiałam poczekać. Najpierw tylko kilku malarzy i reżyserka pracowało nad storyboardem, potem kręcili film z aktorami. Dopiero po roku przystąpiliśmy do malowania.


Jak to wyglądało?

- Pracowałam przez półtora roku. Miałam tylko kilka dni urlopu, bo już wcześniej kupiliśmy bilety na wypad z dzieckiem na Teneryfę. A uwielbiamy tę wyspę. Cały czas mówimy, że chyba wyjedziemy właśnie na Teneryfę (śmiech).

Malowaliśmy w PPNT, w dużej hali każdy z nas dostał swój zamknięty, wyciemniony boks. Światło oczywiście było, ale świata za oknem nie widzieliśmy. Cały czas zapach farb i specyficzny mocny zapach olejku goździkowego, którego używaliśmy po to by farby nie wysychały. Przychodziliśmy następnego dnia i wciąż były mokre. Namalowałam około 900 obrazów, nie wiem dokładnie. W filmie to półtorej minuty.


Nie miałaś czasem dość?

- O, nie raz. Kilka razy dziennie miałam ochotę rzucić pędzlem (śmiech). Było to bardzo ciekawe, twórcze, zupełnie nowe dla mnie doświadczenie, ale też bardzo wyczerpujące. Pracując nad jedną sceną codziennie malujesz ten sam w zasadzie obraz, różni się tylko nielicznymi szczegółami - ułożeniem warg, spojrzeniem. Animowałam głównie Armanda, głównego bohatera. Z czarno-białych scen moim dziełem jest na przykład ten moment, gdy Vincent Podaje dziewczynie zawiniątko, a ona krzyczy, gdy widzi, że w chusteczce jest zakrwawione ludzkie ucho.

Wiesz, co robiłam, gdy skończyłam prace przy "Vincencie"? Przez kilka tygodni lubiłam w domu patrzeć na jasną, czystą ścianę. Miałam silną potrzebę wizualnego odpoczynku. I intensywnie zajęłam się dzieckiem, wcześniej miałam zbyt mało czasu dla niego.


Talent malarski odziedziczyłaś w genach?

- Nie. Jestem pierwszą malarką w rodzinie. Ale mój Michał ma zdolności po swoim dziadku - Bogusławie Marszalu, uczniu Bruna Schulza. Dziadek malował obrazy, tworzył grafiki, był autorem mozaik w kościołach w Sopocie, Gdyni (parafia Najświętszego Serca Pana Jezusa), w Grudziądzu. Michał od dziecka dorastał w twórczej atmosferze, dziś firma, która prowadzi z wujkiem mieści się w dawnym warsztacie dziadka Bogusława.


Czy Gdańsk, albo szerzej Polska inspirują cię jako malarkę?

- Ostatnio inspiruję się historiami kobiet, które posiadały wielki talent w swojej dziedzinie, ale nie mogły tego dowieść, a te które osiągnęły sukces zostały później zapomniane lub niedostatecznie, moim zdaniem docenione, jak np. Maria Curie-Skłodowska. To jest coś, co działo się przez wieki i dzieje nadal, zarówno w Hiszpanii, jak i w Polsce. Obrazy z tego cyklu obejrzeć w galerii Strefa Sztuki we Wrzeszczu.


Jak się tu czujesz po siedmiu latach? Na ile jesteś częścią tego miasta?

- Coraz bardziej czuję się z nim złączona. Uwielbiam Główne Miasto, szczególnie Kościół Mariacki. W Madrycie nie mamy takiego gotyku. Tu jest on surowy, mocny. Marzę o tym by mieszkać tak, by przez okno widzieć tę bazylikę.

Bardzo lubię też plażę. Zwykle jeździmy na Wyspę Sobieszewską, gdzie jest mniej ludzi. Mamy "swoje" wejście, gdzie wiadomo, że będzie prawie pusto.

Zakorzeniam się tu także dzięki rodzinie Michała. Od początku poczułam się jej częścią, gdy jeszcze nie znałam polskiego, wszyscy rozmawiali ze mną po angielsku, nie było bariery językowej. Michał ma siostrę z kilkorgiem dzieci, ciocie, kuzynów... dlatego czuję się w Gdańsku jak w domu. Fajne jest to, że tutaj mamy rodzinę, a gdy lecimy do Madrytu - tam też. Jest moja mama, u której w domu mieszkamy, jest mój brat, reszta krewnych. Cały czas mamy z nimi bliski kontakt. Teraz jedziemy do nich na Boże Narodzenie. Wynajmiemy duży dom i cała rodzina, wszystkie dzieci będziemy razem. A w Nowy Rok Michał weźmie udział w corocznym madryckim maratonie. Ja nie biegam, ja tylko kibicuję (śmiech).

Rozmawiała: Aleksandra Kozłowska