PORTAL MIASTA GDAŃSKA
PL | EN | DE

Piąta rocznica śmierci arcybiskupa Tadeusza Gocłowskiego: "Cogito Pro Christo". Witold Bock mówi o tym, jaki był abp Gocłowski i co zrobił jego następca

Piąta rocznica śmierci arcybiskupa Tadeusza Gocłowskiego: "Cogito Pro Christo". Witold Bock mówi o tym, jaki był abp Gocłowski i co zrobił jego następca
W poniedziałek, 3 maja, mija pięć lat od śmierci abp Tadeusza Gocłowskiego. Na czym polegał Jego fenomen, jaki wpływ miał na życie Gdańska i Pomorza? Jakie skutki przyniosło przekazanie gdańskiej archidiecezji jego następcy? - Miał krewki temperament, ale też sprawne hamulce. Obserwowałem, że Gocłowskiego można było nie tyle wkurzyć co zranić, zasmucić - mówi Witold Bock, sekretarz prasowy abpa Tadeusza Gocłowskiego w latach 1998-2008, konwertyta, producent telewizyjny.   
Arcybiskup senior Tadeusz Gocłowski w 2012 roku, w Pałacu Opatów, podczas wieczoru poświęconego mu w związku z wydaniem książki biograficznej autorstwa Barbary Kanold
Arcybiskup senior Tadeusz Gocłowski w 2012 roku, w Pałacu Opatów, podczas wieczoru poświęconego mu w związku z wydaniem książki biograficznej autorstwa Barbary Kanold
Krzysztof Mystkowski/KFP Kosycarz

 

Prof. Józef Borzyszkowski o abp Tadeuszu Gocłowskim: "To był naprawdę Gość"

 

Roman Daszczyński: Od lat jesteś poza Kościołem, poza stanem kapłańskim, świadomie wróciłeś do stanu świeckiego. Czy piąta rocznica śmierci abpa Tadeusza Gocłowskiego, z tej perspektywy, ma dla Ciebie znaczenie? 

Witold Bock: - Owszem ma. Inne wspomnienia też i na zawsze już będą miały znaczenie. Był jednym z nawigatorów mojego życia. Widziałem przede wszystkim według jakich map porusza się po świecie, jakie latarnie i punkty kontrolne są dla niego ważne. Subiektywnie wciąż uwodzi mnie wspomnienie jego wyrafinowanej kultury osobistej, przenikliwości i taktu w komunikacji z ludźmi. Przez całe lata żartowaliśmy pytając: kim byłby Gocłowski, gdyby nie był arcybiskupem? Wyobraźmy to sobie: senator Gocłowski, profesor Gocłowski. Mieć go za sąsiada byłoby powodem do dumy, a nie zgryzotą. 

 

Mieliście kontakt po Twojej konwersji? Miał pretensje?

- Pretensji nie usłyszałem, ale przeżywał to jak w znanym micie, jak Dedal. Bo to on skonstruował skrzydła z piór i z wosku, nauczył Ikara latać, a potem patrzył jak syn spada do morza. Rozmawiał ze mną jak Dedal, ojciec Ikara, któremu serce pękło na ten widok. Uff, nie było łatwo.

 

ODSZEDŁ PRZYJACIEL GDAŃSKA. RELACJA WIDEO Z UROCZYSTOCI POGRZEBOWYCH ARCYBISKUPA TADEUSZA GOCŁOWSKIEGO:

 

Zarządzał archidiecezją gdańską do kwietnia 2008 roku, potem stał się emerytem. Wiele kościelnej wody upłynęło przez te trzynaście lat. Dziś biskupem w Gdańsku jest już następca jego następcy. 

- Ważny wątek. Przepaść między Gocłowskim a Głódziem zdefiniowała i już zawsze będzie opisywać historię Kościoła katolickiego w Trójmieście. W setkach rozmów, które odbyłem na przestrzeni lat, a teraz pobudzonych watykańskim werdyktem, ludzie mówią o dystansie, a nawet o czeluści jaka ich dzieliła. Pod każdym względem, z wyjątkiem tytułu na pieczątce, tj. Arcybiskup Metropolita Gdański.

Coś mi się jednak zdaje, że w tej noweli o przypadkach Sławoja Leszka Głódzia najciekawsze jeszcze przed nami. Prognozuję zakaz jego pochówku w krypcie katedry oliwskiej, co będzie precedensem w historii diecezji utworzonej niemal sto lat temu w Wolnym Mieście Gdańsku. Na dodatek, jego ponurą, oruńską rezydencję, fanaberię z sakralnym pastwiskiem dla danieli, spotka los podobny do pałaców z mrocznych czasów Kadafiego czy Kima.

 

Aż tak?

- Taka moja prognoza. Szukajmy jednak tła zdarzeń kojarząc fakty. Mało kto wie, że ten dobroduszny emeryt otrzymał dwukrotnie od następcy zakaz publicznych wypowiedzi. Tak, powiedzmy to, emeryt Gocłowski, złotousty kaznodzieja, laureat tytułu „Mistrza Mowy Polskiej”, miał usta kneblowane przez generała-kacyka i do tego w jakiejś emocjonalnej furii. Są w archiwach kurialnych dokumenty w tej sprawie.

Po drugie. Nie jest tajemnicą, że w styczniu 2008, gdy pojawiły się pomruki, że „nadchodzi Głódź”, Gocłowski napisał list do Watykanu. Wbrew plotkom, ani słowem nie wspomniał jego nazwiska jako kandydata. 

 

Może coś jednak było na rzeczy.

- Tak zrobił po swojemu Lech Wałęsa, do którego z warszawskiej Pragi przyszedł list z dopiskiem „do zobaczenia w Gdańsku, będziemy sąsiadami”. Gocłowski zaś w liście namalował watykańskim kardynałom Bertone i Re - na czterech stronach tekstu - pejzaż Gdańska; jako miasta Wolności i Solidarności; jako jednej z geopolitycznych osi tożsamości Europy, ponadto, ze swoistą czułością opisywał ludzi żyjących w jego diecezji, wspomniał o Kaszubach, stoczniowcach i potężnym komponencie społecznym Trójmiasta, jakim jest inteligencja uczelniana i nie tylko. Są powody by sądzić, że Głódź zapoznał się z jego treścią. Prześladował nawet dwóch duchownych kojarzących mu się z listem, tłumacza i kuriera. W rozmowie ze mną, w maju 2012, z charakterystyczną finezją mówił o „rozlazłych epistołach”, a uczestników Gdańskiego Areopagu określił „inteligencją zagrodową”. Pieprznie wyrażał się wówczas o prezydencie Adamowiczu, którego natomiast w kazaniu pogrzebowym mianował swoim przyjacielem. 

 

Arcybiskup Tadeusz Gocłowski i ks. Witold Bock w Polskiej Filharmonii Bałtyckiej na Ołowiance, przed koncertem z okazji XI Dnia Judaizmu; 17 stycznia 2008 roku
Arcybiskup Tadeusz Gocłowski i ks. Witold Bock w Polskiej Filharmonii Bałtyckiej na Ołowiance, przed koncertem z okazji XI Dnia Judaizmu; 17 stycznia 2008 roku
Maciej Kosycarz/KFP

 

To zaskakujące, że po arcybiskupie Gocłowskim Watykan zdecydował się przysłać do Gdańska kogoś tak diametralnie różnego.

- Następcą koryfeusza został despota. Dla dobra sprawy wyjaśnijmy pojęcia. Koryfeusz - kantor greckiego chóru, nadający ton, a metaforycznie lider uzyskujący efekt przez uwodzenie czystym dźwiękiem. Despoci - to urzędnicy zarządzający prowincjami na krańcach imperium. Jednak sposób ich działania nasączył na zawsze nazwę ich funkcji. Despota zarządza siejąc lęk, a w konsekwencji spustoszenie. 

Konkluzja? Arcybiskup Głódź dotarł do Gdańska z hasłem w herbie Milito Pro Christo. Doprowadził do starcia z kulturą i tradycją metropolity Gocłowskiego, którą opisałbym hasłem Cogito Pro Christo. 

 

Watykan nie wiedział co robi? Nuncjatura zawiodła? A może był to jednak oczekiwany kierunek zmian w Gdańsku? Podobnie jak w Krakowie.

- Jest coś na rzeczy i między innymi dlatego nie zajmuję już pokoju z widokiem na doktrynę katolicką. O tym zaś, kto upichcił ten bigos generalski z kiełbasą poligonową dla Gdańska, będzie jeszcze okazja porozmawiać.

 

A nowy metropolita?

- Ma przed sobą - w praktyce - wybór podstawowy. Dobrze mu życząc ufam, że nie ma dylematu, która tradycja może go interesować. Radzę jednocześnie, by się dobrze zastanowił, jak przywrócić Kościołowi na Pomorzu zdolność kalibracji społecznej. Nieprzypadkowo we wstępie do swojego przemówienia na Gdańskim Areopagu Zbigniew Brzeziński mówił o Tadeuszu Gocłowskim - zwracając  się do 1500 trójmiejskich inteligentów - słowami o mądrości, umiarze i odpowiedzialności. Wasz, czyli nasz arcybiskup - zakończył. A sala wstała i biła brawo, Gocłowskiemu, nie Brzezińskiemu. Oby abp Wojda zbierał podobne owoce swojego duszpasterstwa.

 

„Miałem zaszczyt poznać go jeszcze w okresie poniżenia i ograniczenia wolności narodu. Kościół w tych latach był ostoją tego, co jest cenne w życiu - duchowości, szacunku dla praw ludzkich, mądrości w postępowaniu, poczucia odpowiedzialności historycznej, umiaru w celach, ale z bezkompromisowym oddaniem się wielkiej sprawie, jaką jest wolność i demokracja Polski. Uosobieniem tych cech jest i był wasz - a czy mogę powiedzieć - nasz arcybiskup”.

Zbigniew Brzeziński, Gdańsk Ołowianka, 2 października 2007

 

 

W Dworze Artusa, z prezydentem Pawłem Adamowiczem, podczas uroczystości nadania Andrzejowi Wajdzie tytułu Honorowego Obywatela Gdańska; 12 marca 2016 roku
W Dworze Artusa, z prezydentem Pawłem Adamowiczem, podczas uroczystości nadania Andrzejowi Wajdzie tytułu Honorowego Obywatela Gdańska; 12 marca 2016 roku
Jerzy Pinkas/www.gdansk.pl

 

Tadeusz Gocłowski lubił polityków, Tuska, Płażyńskiego i Adamowicza. Miał wpływ na karierę prezydenta Gdańska?

- Miał, ale nie na karierę. Na osobowość. Obserwowałem przez lata, jak Adamowicz wzrasta, rozwija się, uczy. Nie zawsze miał „rękę do ludzi”, sam dobrze o tym wiedział. Gocłowski zresztą też. Bohaterowie Stelli Maris i nie tylko byli tego najlepszym przykładem. Mam w tej sprawie własną teorię, ale metafora wymaga ciut poczucia humoru. Arcybiskup Tadeusz Gocłowski Metropolita Gdański, mimo całego patosu wynikającego z tytułu, nie był ojcem diecezji - był jej matką. Jego osobowość, emocjonalność, nosiła cechy takiej dojrzałej, wykształconej, mądrej matki. Kontakt z taką osobą to nie jakieś tam „pitu-pitu” albo „cześć mamuśka”. Elegancja powitania, szykowny ubiór, stosowne buty, zadbana fryzura, no i ten naturalnie stosowany kanon gestów. W rozmowach można było powiedzieć wszystko, pod jednym wszak warunkiem, że nawet za swobodnymi opowiastkami, a już zwłaszcza przy ocenach ludzi, musiały pojawiać się argumenty. Brak argumentów drogo kosztował. Trzeba było połykać własne słowa. Przestępcy w sutannach traktowali to wyrafinowanie jako folklor.

 

Rzeczywiście gotował zupę?

- Nie, ale herbatę chętnie parzył. Żył jak amerykański marines w randze generała, który w słynnym przemówieniu przekonywał - jeśli chcesz zmieniać świat zacznij od ścielenia łóżka. Gocłowski po porannym goleniu pastował buty. Dopiero potem były pacierze. Fryzjer przyjeżdżał raz w miesiącu o 6-tej rano, choć pozory wskazywały, że niespecjalnie ma nad czym pracować. Pan Ryszard opowiadał mi z rozrzewnieniem, że zawsze była dyscyplina, to znaczy, Arcybiskup czekał punktualnie przed drzwiami, a miejsce akcji było skrupulatnie zaaranżowane łącznie z kopertką za usługę. Po wszystkim sprzątał sam. Częścią tej kultury strzyżenia były unikalne rozmowy o świcie - wspominał fryzjer.

 

Irytował się? Bywał po prostu wściekły?

- Miał krewki temperament, ale też sprawne hamulce. Obserwowałem, że Gocłowskiego można było nie tyle wkurzyć co zranić, zasmucić. Bardzo przeżywał gdy był świadkiem chamstwa, podłości, przekleństw. Brał na rozmowę - i jak ta czuła, mądra matka, przy ciepłej zupie - stawiał pytania szukając przyczyn, inwestując w rozwiązania. Nie wrzeszczał, ale bywało, że mówił „drukowanymi literami”. Nie umiał i nie chciał karać. Przeżywał. Nie spał. Przyznał mi się kiedyś, że po eksplozji Stelli Maris nie spał trzy miesiące. Życzliwi lekarze uporządkowali go lekami. Ale, i co najważniejsze, szczerze się śmiał. Ba, rechotał nawet. Prowokował do śmiechu. Zaczepiał i uwielbiał żart sytuacyjny. Nigdy nie opowiadał kawałów. Dykteryjki o ludziach - bardzo chętnie.

 

Pierwsza przejażdżka oryginalnym amerykańskim School Busem, zakupionym przez w Szkołę Podstawową nr 29 w Gdańsku Rudnikach, nie mogła się odbyć - rzecz jasna - bez arcybiskupa Tadeusza Gocłowskiego i kropidła; 13 listopada 2014 roku
Pierwsza przejażdżka oryginalnym amerykańskim School Busem, zakupionym przez w Szkołę Podstawową nr 29 w Gdańsku Rudnikach, nie mogła się odbyć - rzecz jasna - bez arcybiskupa Tadeusza Gocłowskiego i kropidła; 13 listopada 2014 roku
Jerzy Pinkas/www.gdansk.pl

 

A wady miał?

- Tak. Wadę wzroku.

 

Czasami sprawiał wrażenie, że jest jak żywy pomnik. Uwielbiał mówić kazania tym swoim dobrze ustawionym, niskim głosem, jak u aktora. Miał dystans do siebie?

- W pontyfikałach rzeczywiście był jak posąg z kolumnady Berniniego. Był staranny rytualnie. Na co dzień uwielbiał ironię, w tym autoironię. Pamiętam jednak jego ostrzeżenie, że ironia może ranić i zadawać ból. Nie dzieje się tak pod warunkiem, jeśli ironia chodzi pod ramię ze swoimi dwoma siostrami, z inteligencją i z dobrocią. 

 

Autoironia? Naprawdę?

- No to opowiem na koniec anegdotę. Około 23:15 dzwoni mój telefon komórkowy, połączenie anonimowe, więc grzecznie mówię: - Słucham? - To ty jeszcze nie śpisz i do tego podnosisz telefony? - usłyszałem charakterystyczny tembr głosu. - Rzecznik, który nie podnosi telefonów jest jak biskup, który się nie modli - oświadczyłem. Pauza. - No to idę odmówić kompletę. Za ciebie. Warto było zadzwonić, chociaż zapomniałem po co.