PORTAL MIASTA GDAŃSKA
PL | EN | DE

“Wysłałem list do Karola, księcia Walii”. Niepublikowana rozmowa z profesorem Jerzym Limonem

“Wysłałem list do Karola, księcia Walii”. Niepublikowana rozmowa z profesorem Jerzym Limonem
Rozmowa z prof. Jerzym Limonem, przeprowadzona w 2020 r. Profesor opowiedział o okolicznościach w jakich udało się zrealizować ideę Gdańskiego Teatru Szekspirowskiego i o tym, jak to się stało, że patronem przedsięwzięcia został Karol, książę Walii.
Po prawej, przy mikrofonie, stoi postać mężczyzny około lat sześćdziesięciu, z artystyczną burzą siwych włosów. Ubrany jest w niebieską marynarkę, pod szyją ma apaszkę. Na ekranie, który stoi za nim, wyświetlony jest wielki napis: Gdański Teatr Szekspirowski
Prof. Jerzy Limon w lutym 2018 roku, podczas obchodów 10-lecia Gdańskiego Teatru Szekspirowskiego
Dominik Paszliński/www.gdansk.pl

 

Roman Daszczyński: Panie Profesorze, Nagroda Gieysztora - nagroda przyznawana raz do roku za wybitne osiągnięcia kulturalne - po raz pierwszy trafiła do Gdańska, i mówiąc wprost: do Pana. Czym ona dla Pana jest?

Prof. Jerzy Limon: - Przede wszystkim niespodzianką, bo nie spodziewałem się i w ogóle nie myślałem, że takie wyróżnienie może mnie spotkać. No i jak do mnie zadzwoniono, to byłem naprawdę bardzo bardzo zdumiony, zaskoczony. W uzasadnieniu napisali wprawdzie o Teatrze, że to jest za inicjatywę, za stworzenie Gdańskiego Teatru Szekspirowskiego i wypełnienie go treścią, działalnością, ale mówiono mi również, że komisja doceniła promocję naszego dziedzictwa kulturowego za granicą, i że to jest ważny aspekt. I dla mnie też, bo muszę przyznać, że gdy jako student pierwszy raz byłem w Anglii, przez trzy miesiące na Uniwersytecie w Sussex - akurat to była wtedy wyjątkowa rzecz, Uniwersytet w Poznaniu miał wymianę jakąś z Anglią - już wtedy uświadomiłem sobie, że Polska takiej promocji potrzebuje. 

Pojechał Pan z Trójmiasta studiować na Uniwersytecie Adama Mickiewicza?

- Tak, do Poznania. W Gdańsku nie było wtedy jeszcze uniwersytetu, a jedynie Wyższa Szkoła Pedagogiczna. Nie mieliśmy tutaj anglistyki i Poznań był dla mnie jedyną możliwością. Wtedy obowiązywała rejonizacja, nie można było studiować, gdzie się chciało. Z Trójmiasta na anglistykę jechało się do Poznania.

W którym ogólniaku Pan się uczył?

- Najpierw w gdańskiej “Trójce”, ale mnie stamtąd wyrzucili po dwóch latach za wagarowanie. Skończyłem I LO w Sopocie, gdzie dyrektorką była słynna Emilia Narudzka. Miałem bliżej do szkoły, bo w Sopocie mieszkałem. 

I po maturze - Poznań. Pierwsza połowa lat siedemdziesiątych, epoka Gierka, nawiązanie kontaktów naukowych, kulturalnych i gospodarczych z Zachodem. Dużo was tam wtedy pojechało na wymianę do Anglii? Który to był dokładnie rok?

- 1974, od lutego do kwietnia. Do Anglii pojechało pięciu czy sześciu studentów, ja byłem jednym z tych szczęśliwców, którzy się załapali. No i oczywiście natychmiast pobiegłem do księgarni, gdzie przepiękne książki różne były. Ja wtedy studiowałem również historię sztuki, więc naturalnie interesowały mnie książki z dziejów kultury, z historii, i takie właśnie książki przeglądałem.

Nie na polską kieszeń w tych latach, można było się zrujnować.

- W ogóle nie kupowałem, bo to było poza moimi możliwościami. Stypendium wynosiło wówczas 130 funtów na trzy miesiące, oczywiście siła nabywcza funta była większa niż dziś, ale to i tak były małe pieniądze. 

Tytuły książek w Polsce zupełnie niedostępne, musiały robić wrażenie.

- Tak, robiły, i właśnie wtedy ze zdumieniem odkryłem, że z perspektywy zachodnich autorów kultura kończy się na Odrze. I za Odrą już nic nie ma. I jak były mapy historii, kultury, sztuki i tak dalej, to one kończyły się właśnie na Niemczech w granicach po II wojnie światowej. Nawet na tych wschodnich Niemczech, a Polski już nie było. I to mnie strasznie ubodło. Później, gdy pisałem pracę magisterską o teatrze elżbietańskim i czytałem różne publikacje, to też zauważyłem, że o dziejach teatru na wschód od Odry już nie było nic, tak jak by tam się nic nie działo nigdy. 

I tak Pana to ubodło, że postanowił Pan coś z tym zrobić?

- To może zabrzmieć trochę infantylnie, ale rzeczywiście tak było. Coś w tym było, że to dało mi taki impuls, że jednak coś trzeba zrobić, żeby pokazać, że to jednak nie była pustynia. Bo ta powojenna żelazna kurtyna działała w dwie strony, z jednej strony nas tutaj izolowano i nie pozwalano wyjeżdżać na Zachód, z drugiej zachodni autorzy mieli utrudniony dostęp do nas. Z tego wynikała ta biała plama na wschód od Odry. I to wszystko mnie ubodło, bo wiedziałem, że już w renesansie Polska istniała w świadomości angielskich kupców i trochę aktorów, ta polska się przewija w kilku dramatach, jest nawet sztuka, która rozgrywa się w całości w Gdańsku i na Rozewiu - to jest “Tragedia Hoffmana albo zemsta za ojca”, taki jest jej tytuł.

XVI wiek?

- 1602 rok, początki siedemnastego. 

Tak więc coś się działo, ale w książkach, które Pan zobaczył jako student w Anglii, nic na ten temat nie było?

- Zupełna pustynia. A przecież po tej stronie Odry liczne zespoły aktorskie z Anglii bywały, w samym Gdańsku mamy 25 sezonów teatralnych udokumentowanych. 

Księga Kondolencyjna poświęcona pamięci prof. Jerzego Limona

 


Kiedy w Panu dojrzał pomysł, żeby odnowić w Gdańsku tradycje teatru szekspirowskiego?

- Pomysł… Tym teatrem gdańskim i aktorami angielskimi działającymi w Gdańsku, zająłem się już pisząc pracę doktorską, która na wydanie czekała jedenaście lat, ale to takie czasy były, papieru nie było. Przydział papieru był wtedy dla piszących najważniejszą rzeczą, dzisiaj to musi się wydawać śmieszne, a co najmniej dziwne, ale tak za “komuny” było. Pisząc pracę doktorską przewertowałem tutejsze archiwum, znalazłem dokumenty niepublikowane wcześniej - część tylko była publikowana niegdyś przez badaczy niemieckich, którzy wcześniej odkryli to powinowactwo, ten związek początków teatru zawodowego w Gdańsku z Londynem. Tak więc ja podjąłem temat, który był już częściowo opracowany i go uzupełniłem o nowe dokumenty. W latach osiemdziesiątych byłem w Londynie i widziałem początki budowy Globe Theater, poznałem nawet ludzi, którzy byli inspiratorami tego przedsięwzięcia, a także ludzi odpowiedzialnych za tę budowę. Mały krąg osób. Wtedy właśnie mi się po raz pierwszy zamarzyło, żeby w Gdańsku coś takiego też zrobić, ale wydawało mi się to zupełnie nierealne.

Kiedy z nierealnego zaczęło kiełkować realne?

- Dopiero, gdy nastała nowa Polska. Pomyślałem sobie wtedy, że w nowym kraju, rządzonym przez światłych polityków i szczodrą nową klasę kapitalistów, wystarczy mieć dobry pomysł i pieniądze jak manna z nieba spłyną. I w całej swojej naiwności tak sobie myślałem, no i założyłem fundację, razem z Andrzejem Żurowskim i Adzikiem Zawistowskim…

To był 1990 rok?

- Tak. Inauguracja naszej działalności była w 1991, w styczniu. Cappella Gedanensis zaśpiewała specjalnie przygotowane pieśni angielskie z czasów Szekspira, bardzo piękny koncert. Przyjechał ambasador angielski, przemówienie wygłosił. Ja też parę słów wtedy powiedziałem, myślałem - w swojej naiwności, teraz to aż śmieszne jest - że gdy wygłoszę to swoje przemówienie, to jak na firmach amerykańskich ludzie z takimi dużymi czekami przyjdą, i zacznie się zbiórka pieniędzy. Tych gości też nie znałem, tam w sumie ponad 200 osób było. Z kręgów polityki i biznesu nikogo nie znałem. Z mediów znałem tylko Dorotę Sobieniecką, dziennikarkę, która właściwie ułożyła listę gości, bo miała rozeznanie. Ja przez różne kontakty poznałem pierwszego w życiu kapitalistę, który była właścicielem takiej sieci  sklepów “Semeco”. 

Kapitalista jak się nazywał?

- Bogdan Barczyk.

Barczyk? On zdaje się “Gazetę Gdańską” miał.

- Ma do dzisiaj, tytuł. Proszę spojrzeć, to jest portret Szekspira, namalowany przez Barczyka, bo on kończył szkołę artystyczną, rzeźbiarzem jest z wykształcenia. 

O tym nie miałem pojęcia. Myślałem, że to trochę buraczana historia.

- Nie, nie, nie… To jest człowiek wielu talentów, choć różne wrażenie może robić. W każdym razie to był pierwszy kapitalista i on nam zafundował bufet: wino musujące i przekąski. Tak więc, gdy już wygłosiłem to moje przemówienie, ze zdumieniem zobaczyłem, że ludzie zamiast garnąć się do mnie z tymi czekami, to rzucili się do stołów i zaczęli zajadać, i popijać… 

Cały Szekspir z jego znajomością ludzkiej natury! To Pan się wtedy tego jeszcze nie nauczył?

- Hahahaha! Naprawdę naiwny jeszcze wtedy byłem. Co więcej, zauważyłem, że niektórzy zgarniali butelki wina musującego ze stołu, za pazuchę i do domu. Wtedy sobie pomyślałem, że lista gości nie była jednak właściwa, i że trzeba będzie jeszcze dużo zrobić. Tych pryszniców zimnych było więcej, znacznie więcej. I wtedy zrozumiałem, że musi być jeszcze jakiś magnes. Idea jest jak temat w mediach - jednodniowa, dwudniowa.

Co tym magnesem się stało?

- Magnesem stał się Książę Walii.

Rok 1993. Tutaj wykazał się Pan niezłą siłą przebicia. 

- Prawdę mówiąc, żadnej siły przebicia nie miałem, nikogo w Pałacu Buckingham nie znałem. Po prostu wyczytałem w jakiejś gazecie angielskiej, jak to Książę Walii interesuje się kulturą, że objął patronatem odbudowę jakiegoś pałacu w Leningradzie. Pomyślałem sobie, że to byłby dobry patron nasz, książę Karol. No więc napisałem list, i to jeszcze myląc adresy, bo jedyny pałac, jaki znałem w Londynie, to był Pałac Buckingham, a on tam nie mieszka, on mieszka w Pałacu św. Jakuba. Szczęśliwie poczta jest królewska, więc list trafił do niego. Moja żona szczerze się uśmiała, jak pisałem ten list, myślała, że postradałem zmysły. 

List wysłał Pan pocztą po prostu? Był nadany przez Pocztę Polską?

- Tak, z adresatem “Jego Królewska Wysokość Książę Walii”. 

Wysłał Pan z Gdańska, poleconym?

- Nie pamiętam, czy poleconym. Z Gdańska pewnie nie, bo jeszcze nie mieliśmy tutaj biura. Pewnie z Gdyni, może w Orłowie. Po prostu prywatny list do Księcia Walii. Był koniec roku 1991, albo początek 1992.

I przyszła odpowiedź?

- Tak, po dwóch czy trzech miesiącach. To była odpowiedź od koniuszego królewskiego. Śmiałem się, że widocznie sprawy kultury podlegają koniuszemu w pałacu, ale to tak naprawdę od dawna jest funkcja honorowa, nie chodzi o osobę, która w dawnych wiekach zajmowała się królewskimi stajniami. W każdym razie koniuszy napisał, że książę zainteresował się naszą sprawą i że dadzą mi znać. 

Pewnie myśl była taka, że po prostu grzecznościowo odpisali.

- W pierwszej chwili może trochę tak, ale dzięki temu, że wcześniej poznałem ambasadora brytyjskiego, to dowiedziałem się, że Pałac wcześniej zasięgnął w ambasadzie języka, czy to jest poważna sprawa i tak dalej. No i zaprosili mnie, tym razem sekretarz osobisty księcia napisał i w uzgodnionym dniu pojechałem, ale niestety tego dnia rano książe grał w polo, spadł z konia i złamał rękę. Spotkanie zostało odwołane, wróciłem trochę na tarczy, ale po dwóch, trzech tygodniach przyszedł kolejny list, w którym było napisane, że książę przemyślał całą sprawę i stwierdził, że będzie zaszczycony, jeśli zostanie patronem tak wspaniałego przedsięwzięcia. Tak więc taki był początek, naprawdę nikogo nie znałem w Pałacu. Muszę powiedzieć, że od tamtej pory poznałem bardzo wielu, i polityków, i ludzi biznesu, ludzi ważnych w sztuce, i w różnych innych dziedzinach, ludzi którzy coś znaczą i tak dalej, i nigdy mi się nie zdarzyło, żeby ktoś odpowiedział ot tak, na list. Jeśli ja piszę list do ważnego człowieka biznesu, to ten list z reguły nie trafia do niego, on ma sekretarki, asystentów, którzy kierują ten list gdzieś, albo wrzucają do kosza. To samo dotyczy polityków. Z mojego doświadczenia: książę Karol jest jedyną osobą, która odpowiedziała na list człowieka znikąd właściwie.

Poruszające.

- No, ale widocznie trzeba mieć krew królewską nawet do takich rzeczy.

Szczęście, że miał Pan w sobie tę naiwność, bo przecież bez niej listu do księcia by pan nie wysłał…

- Hahahaha! Rzeczywiście!

„Wzór Europejczyka, wyrafinowany inteligent, świetnie gotował”. Konsul Łew Zacharczyszyn wspomina prof. Jerzego Limona


Panie Profesorze, kiedy doszło do pierwszego osobistego spotkania z księciem Karolem?

- Właśnie po tym drugim liście, od sekretarza, gdy powiedzieli, że książę chce być naszym patronem. Pojechałem tam, protokołu w ogóle nie znałem, wszystkie możliwe zasady chyba złamałem, ale byli wyrozumiali. Zaprosiłem księcia do Gdańska, a zaprosić księcia może tylko głowa państwa, czyli prezydent RP, o czym oczywiście nie wiedziałem. Książę nie był zbytnio przejęty protokołem, oni są zawsze zdania, że mają swoje zasady i nie muszą się zawsze trzymać międzynarodowego protokołu dyplomatycznego. Dlatego na przykład przy sadzaniu przy stole często łamią reguły i sami decydują kto gdzie ma siedzieć, a nie respektują zasad obowiązujących w dyplomacji. Dla nich politycy ważni z innych krajów nie są tak ważni, bo są wybierani i to nie jest dziedziczne. 

Jest w tym jakiś głęboki sens…

- No tak, bo dziś są, a jutro ich nie będzie. A oni jakąś kontynuację stanowią.

Nie mówiąc już o tym, że królowa Elżbieta II miała osobiście do czynienia z postaciami takimi, jak Churchill, więc ci obecni politycy są dla niej raczej lekkiej wagi. Jak przebiegła rozmowa z księciem Karolem?

- Sympatycznie. Książę jest zawodowcem w kontaktach z ludźmi, każdemu z kim rozmawia, wydaje się, że znają się już od dawna. Umie słuchać, słucha ze zrozumieniem, zadaje pytania i wszyscy są zawsze zachwyceni. Tak więc ja też byłem zachwycony taką serdecznością księcia i tak dalej… I jego wiedzą, taką, która nawet dla mnie była zaskakująca. Na przykład podczas pierwszego spotkania mówił mi też o swojej fundacji, jego fundacja kształci młodych ludzi, którzy nie mają zawodu i niczego nie umieją. Kilkadziesiąt tysięcy ludzi wyszło już spod jego skrzydeł i tak jest co roku. 20-30 tysięcy ludzi dostało zawód w różnych dziedzinach i szansę na godne życie. Książę powiedział mi w czasie tego spotkania: “No tak, w Polsce macie problem, bo rzemiosła nie macie, nie macie rzemieślników”. Co prawda, to prawda. Gdy się jedzie do innych krajów, miast takich jak Florencja, są całe uliczki rymarzy, introligatorów, szewców, kapeluszników i tak dalej. Niech pan przejdzie się po Gdańsku, żeby zobaczyć, że jakieś resztki są, ramiarz, który oprawia obrazy. 

Warsztatów bursztyniarskich jest mnóstwo.

- Tak, ale to jest rzemiosło innego typu, nastawione na obsługę ruchu turystycznego. Rzemiosła dla mieszkańców rzeczywiście nie ma.  Gdzie są rękawicznicy na przykład? Kiedyś byli.

Rymarza jednego pamiętam przy Piwnej, ale już go tam nie ma.

- A ja rękawicznika pamiętam z Wrzeszcza. W Gdyni było sporo rzemieślników, teraz już nie ma. Wszystko to upadło… Ale mniejsza z tym. W każdym razie książę dość dużo wiedział o naszym kraju, co dla mnie było budujące, no i od tego czasu byliśmy w kontakcie. On w 1993 roku przyjechał tutaj, zaproszenie wysłał mu ówczesny prezydent Lech Wałęsa. To była krótka, sześciogodzinna wizyta. Od tego czasu książę Karol wspomagał nas w różny sposób.

Poproszę konkretnie.

- Nie polegało to na przelewaniu jakichś dużych sum pieniędzy, tylko na uczestniczeniu w takich wieczorach promocyjnych w londynie, a nawet jak już zaczęli pokazywać się jacyś sponsorzy, to on się z nimi spotykał na jakimś koktajlu, a nawet raz czy dwa takie kolacje z nim organizowaliśmy.

Gdańszczanie mają powody, by z sympatią patrzeć na księcia Karola.

- Myślę, że jak najbardziej. On wie dużo o Gdańsku. Nie był wprawdzie jeszcze tutaj w Teatrze, ale mam obiecane, że gdy do Polski przyjedzie, to nas tutaj odwiedzi. Jego syn był, książę William z księżną Kate. 

To zdaje się nie były pierwsze wizyty członków brytyjskiej rodziny królewskiej w Gdańsku. Jeszcze w czasach PRL był tutaj książę Filip.

- To prawda. Książę Filip był tutaj w 1975 roku, bo odbywały Mistrzostwa Świata w Powożeniu Zaprzęgów Czterokonnych. Filip, czyli mąż królowej i ojciec Karola, uczestniczył w tych zawodach i oni jeździli po plaży w Sopocie, i tak dalej. Ale ja w ogóle do niego nie pisałem. Od razu z Karolem miałem do czynienia. Co do Filipa, to Gunter Grass opowiedział mi anegdotę, bo wtedy akurat odrestaurowany został ten wspaniały plafon Izaaka van den Blocke'a, w Sali Czerwonej Ratusza Głównomiejskiego. Dzieło malarskie bardzo piękne. Telewizja zachodnioniemiecka przysłała ekipę, żeby zrobić reportaż o tym. Gunter Grass był narratorem, i opowiadał mi, że siedzą w tej Sali Czerwonej, kręcą materiał i nagle im światło zgasło. Wtedy braki prądu bywały od czasu do czasu. Wezwali elektryka. Oni tam siedzą, palą papierosy i nagle drzwi się otwierają, taka wysoka postać, taki cień stanął w świetle drzwi i oni mówią: “Czy pan jest elektrykiem?”. A on mówi: “Nie, jestem Filip Angielski”. 

Angielski, wcześniej grecki. Hahahaha! Pan żartuje?!

- Nie! Mówię, zupełnie serio! To mi Grass opowiadał osobiście. 

Prof. Jerzego Limona wspomina Basil Kerski: “Miejsca dla Jurka szukałbym obok Andrzeja Wajdy”


Panie Profesorze, podejrzewał Pan siebie o taką wytrwałość i upór, które konieczne były do tego, aby Gdański teatr Szekspirowski się urzeczywistnił.

- Powiem szczerze, że wytrwałość i upór to były tylko na początku, a później już zwyczajnie nie wypadało się wycofać. 

Ładnie powiedziane. O kim jeszcze warto powiedzieć, o czyich zasługach dla Teatru? 

- W pierwszym okresie, gdy działała fundacja, to najbliżej pracowałem z Władysławem “Adzikiem” Zawistowskim, organizowaliśmy wspólnie imprezy promocyjne, aukcje dzieł sztuki, jakieś imprezy typu urodziny Szekspira, wywoływanie ducha Szekspira. W tym okresie tworzyliśmy taki tandem. Czasem nam świętej pamięci Andrzej Żurowski pomagał, ale to głównie Zawistowski i ja. Trzeba jednak podkreślić, że nie stanowiliśmy tego magnesu. Z władz Gdańska to oczywiście prezydenci, od Franciszka Jamroża zaczynając, który jakoś bardzo uwierzył w nas, był prezydentem w czasie wizyty księcia Karola i przygotował taką uchwałę, list intencyjny do Rady Miasta, że przekaże ziemię pod budowę Teatru. 

A, bo to była ziemia miasta?

- No, więc później się okazało, że nie… List był nieważny i trzeba było zadziałać inaczej.  

W jaki sposób?

Okazało się, że ziemia należała do skarbu państwa, a wojewodą był wtedy Maciej Płażyński. Trzeba było więc załatwić z wojewodą, że ziemię przekazał miastu, ze wskazaniem, że to na rzecz naszej fundacji. A warto pamiętać, że fundacje były wtedy na cenzurowanym, jak i dzisiaj są, i z wielką podejrzliwością patrzono na to. 

Ale Płażyński okazał się sojusznikiem?

- Tak, jak najbardziej, i bardzo nas popierał przy różnych okazjach, Nawet wieczór promocyjny kiedyś poprowadził w Warszawie, wtedy był już marszałkiem Sejmu. 

Prezydent Tomasz Posadzki?

- Też, też…

Prezydent Paweł Adamowicz? 

- Jak najbardziej. Adamowicz był prezydentem najdłużej i jego wkład był największy. Cała nasza historia to jest ciąg przypadków, z reguły szczęśliwych zbiegów okoliczności. W 2004 roku ministerstwo ogłosiło konkurs na duże inwestycje w kulturze. Myśmy oczywiście jako fundacja chcieli startować z naszym projektem. Na początku 2005 mieliśmy już rozstrzygnięty konkurs architektoniczny, który wygrał Rizzi. Ministerstwo dało nam do zrozumienia, że jako fundacja możemy startować w konkursie, ale nie mamy zbyt dużych szans. 

Dlaczego?

- Ponieważ fundacje są niezależne, samodzielne i obawa urzędników była prosta, ze fundacji da się duże pieniądze, ona wybuduje coś pod nazwą teatr, a to może teatrem w ogóle nie być. Takie podejrzenia były. Wtedy zapadła decyzja wspólna, podjęta przez marszałka województwa Jana Kozłowskiego, prezydenta Adamowicza i przeze mnie, że powołamy do życia instytucję Gdański Teatr Szekspirowski, który będzie miał trzech założycieli: Urząd Miejski w Gdańsku, Urząd Marszałkowski i fundacja. Tak więc jesteśmy nietypową isntytucją, powołaną przez trzy podmioty.

Instytucje samorządowe stały się sposobem na odpędzenie lęków ministerstwa. Resztę miała załatwić fundacja?

- Tak, fundacja miała prawa do ziemi, miała część projektu, to był projekt koncepcyjny, i musiała to wszystko przekazać formalnie do GTS-u. Jeszcze było zabawnie, bo jak miasto nam przepisało ziemię, którą dostało od Płażyńskiego, czyli skarbu państwa, ze wskazaniem, że ma fundacji dać, to tam był zapis, że fundacja musi teatr zbudować. W momencie kiedy fundacja przekazała ziemię do GTS-u, to w Urzędzie Miejskim odezwały się głosy, że w takim razie trzeba od fundacji odebrać zniżkę, jaką uzyskała na zakup tej ziemi. To było ponad 90 procent zniżki i ktoś miał pomysł, że fundacja musi wpłacić te pieniądze, bo nie zrealizowaliśmy zadania, nie wybudowaliśmy teatru. 

Kilka nieprzespanych nocy Pan chyba miał.

- Byłem po prostu zdumiony. Adamowicz uśmiał się po prostu i coś tam zrobili, nie wiem dokładnie co, ale w każdym razie została powołana instytucja. Musieliśmy uzyskać zgodę na budowę, a zgodę na budowę można mieć tylko wtedy, gdy się ma projekt wykonawczy, a to jest pół roku pracy. Czas nas tak piekielnie gonił, że dzień przed ostatnim dniem zgłaszania do konkursu, ja całą noc podbijałem papiery. Całe stosy były, ileś tych kopii. Trzeba było podbijać za zgodność z oryginałem i takie różne, to była wielogodzinna praca. Rano to wszystko zostało zawiezione pociągiem do warszawy i złożone w ostatnim dniu. Ze wszystkim zdążyliśmy. No, i okazało się, że dostaniemy pieniądze z ministerstwa. Trzeba podkreślić, że były to środki Unii Europejskiej, które przekazano do Ministerstwa rozwoju, a Ministerstwo Rozwoju do Ministerstwa Kultury.  

W jakiej części Unia Europejska sfinansowała budowę Gdańskiego teatru Szekspirowskiego?

 - W 75 procentach. 

Kto pokrył pozostałe 25 procent?

- Urząd Marszałkowski, Urząd Miejski w Gdańsku i fundacja. 

Bez udziału pieniędzy państwowych?

- Bez.

Dużo prywatnych donatorów udało się Panu pozyskać?

- Nie. W tamtym czasie, jeśli były darowizny od prywatnych przedsiębiorców to rzędu tysiąca złotych. To były ważne pieniądze, bo dzięki nim fundacja mogła działać, ale teatru za to by się nie wybudowało. U nas nie ma tradycji wspierania kultury przez osoby prywatne i przekonałem się o tym, można powiedzieć, że na własnej skórze. Próbowaliśmy cegiełki sprzedawać i aukcje robić, ale wszystko z mizernym skutkiem. Koszt takich imprez był często równy przychodom. O, wśród osób, które mają zasługi do czasu rozpoczęcia budowy warto wymienić też panią prezydentową Jolantę Kwaśniewską, ona też była magnesem. Dzięki temu wsparł nas w tamtym czasie amerykański przedsiębiorca David Chase, który w latach dziewięćdziesiątych prowadził w Polsce interesy. Spotkaliśmy się, wypiliśmy herbatę, on wypytywał o koszty funkcjonowania fundacji, a potem nagle po miesiącu przyszła ze Stanów jakaś darowizna, trzy tysiące dolarów, czy coś koło tego. Księgowa do mnie przybiega: “Niech pan zobaczy, ktoś przysłał, chyba przez pomyłkę!”. Ja na to: “Ale niech pani nie odsyła, bo zobaczymy, co z tego wyniknie”. 

I co wynikło?

- Po kolei, proszę posłuchać. Drugi miesiąc - znowu przychodzi przelew. Trzeci miesiąc - znowu. Od firmy, której nie znamy. Dopiero po pół roku się dowiedziałem, że David Chase wydał polecenie, żeby nam koszty utrzymania fundacji pokrywali. I to było dla nas zbawienne, bo przez dwa lata, czy trzy lata mieliśmy byt zapewniony.

Ale teatru z takich darowizn byście nie wybudowali?

- Tak, to trzeba jasno powiedzieć, że bez pieniędzy unijnych i samorządowych nic byśmy nie wybudowali. To był jeden z tych szczęśliwych zbiegów okoliczności, że ministerstwo wtedy ogłosiło ten konkurs na duże inwestycje w kulturze. To był pierwszy i ostatni taki konkurs. Siedemnaście dużych projektów w Polsce otrzymało pieniądze unijne. Nigdy coś takiego się nie powtórzyło. 

Działalność Teatru wspierana jest teraz przez Lotos. 

- Tak, ale to wymagało dużo pracy i jest to wynik stabilizacji sytuacji. Osoby decyzyjne w Lotosie są na stanowiskach od kilku lat, widzą, że wcześniejsza pomoc przyniosła dobre owoce, a to buduje zaufanie, które jest ważne. Dzięki współpracy z Lotosem udało się zrealizować nietuzinkowe przedsięwzięcia, ale to jest osobny i niełatwy temat. 

Do budowy mogliście przystąpić w roku 2008.

- Trzeba było przetarg ogłosić, inwestora zastępczego znaleźć. Na skutek różnych biurokratycznych sytuacji ta budowa ruszyła w 2011-ym. W ciągu trzech lat teatr powstał.

Jest Pan dumny z tego, co artystycznie udało się dokonać w ciągu tych następnych lat?

- O, zawsze jest za mało środków. Można by zrobić znacznie więcej, ale brak pieniędzy to jest największa bolączka. 

Czym jest dla Pana teatr?

- Nie tylko przestrzenią do wystawiania sztuk, ale jest taką świątynią, czy skarbnicą języka. I tego języka strzeże. A trzeba go strzec, bo pierwszy zamach, jakiego dokonuje władza autorytarna, jest zamachem na język. Słowa stają się jak wydmuszki, którymi zostajemy otoczeni. Słowa faszerowane są nowymi znaczeniami, zakłamaniem, nienawiścią, podłością i tak jak się robi “strefy wolne od”, tak powstają strefy wolne od słów, które znaczą. Zaczyna panować pustosłowie. Teatr się temu przeciwstawia, i Szekspir wciąż ma wiele do powiedzenia.

 

Roman Daszczyńskiwww.gdansk.plroman.daszczynski@gdansk.pl
Roman Daszczyński - najnowsze
Roman Daszczyńskiwww.gdansk.plroman.daszczynski@gdansk.pl
Roman Daszczyński - najnowsze