Wojtek nie mieszka na Oruni, ale jest już dobrze znany mieszkańcom dzielnicy. Przemierza Orunię z aparatem fotograficznym, by dokumentować współczesną historię tego miejsca przez pryzmat jej mieszkańców. Portrety tworzy w ramach projektu „Obecność miejsca: Orunia. Między wspomnieniem a przyszłością” w ramach Stypendium Marszałka Województwa Pomorskiego dla twórców kultury na rok 2026. Sam jednak podkreśla, że jego działania już dawno wykraczają poza ramy założenia. Wojtek robi zdjęcia, ale przede wszystkim rozmawia z ludźmi, wsłuchuje się w historie ich życia, nawiązuje znajomości i… wraca do nich już jako znajomy. – Można powiedzieć, że mam tu teraz dobrych kolegów – uśmiecha się.
Marek Krześniak: Proszę powiedz, dlaczego Orunia?
Wojciech Szulc-Cholnicki: Jak widać dookoła [jesteśmy przy ul. Sandomierskiej i skręcamy w ul. Przy Torze] jest to miejsce bardzo ciekawe wizualnie i... ludzie są niesamowici. Tworzą wyjątkową społeczność, znają się nawzajem, mieszkają tu od kilku pokoleń. Nawet w tych budynkach, które mijamy, mieszkają ludzie, którzy są tu od roku 1947.
Ale to wiesz teraz, gdy już ich poznałeś. Czemu początkowo wybrałeś tę dzielnicę na swój projekt?
Mam blisko na Orunię, a ponieważ lubię się szwendać, to bywałem tu i – jak to się mówi – „to miejsce mi siadło od razu na wejściu". Wizualnie. Tym bardziej, że gdy spojrzeć z przejazdu kolejowego, to widać Główne Miasto. To niecałe 3 km, a między ulicą Długą i tym miejscem jest przepaść. A to cały czas jest to samo miasto.
Dlatego prowadzone są tu działania rewitalizacyjne...
No tak, zachodzą tu wielkie zmiany. To miejsce w ciągu 10-15 lat radykalnie się zmieni. Część osób ma tego świadomość, a część nie. Ale to i tak się wydarzy. Myślę, że robienie takich projektów jak mój, pomaga ludziom zrozumieć, że za historią każdego miejsca kryją się też historie mieszkańców.
Skąd wziął się sam pomysł?
To nie jest pierwszy materiał dokumentalny, który robię. Czuję, że takie działanie to jest po prostu moja powinność. Jak zacząłem przychodzić na Orunię, to tłumaczyłem ludziom, o co chodzi w projekcie...
To teraz mi to powiedz, co im mówiłeś.
Jak przychodzę i mówię, że chcę fotografować, to każdy pyta: „Panie, po co te zdjęcia?”. A pomysł jest dosyć surrealistyczny, ale wydaje mi się ciekawy: żeby pokazując mieszkańców pokazywać też to miejsce. Oni tu żyją, więc znają okolicę na wylot. Są tu rodziny, czasami nawet trzypokoleniowe. Bywa, że ich historia sięga okresu przedwojennego.
Ludzie są początkowo nieufni?
To naturalne.
Jak więc ich sobie zjednujesz?
Przychodzę, raz. Potem drugi, trzeci, piąty, dziesiąty. I ludzie oswajają się ze mną, poznają. I jak człowiek dogada się już z jedną osobą, to dostaje swego rodzaju rekomendacje: inni już wiedzą, o co chodzi.
Czy może pojawił się lekki snobizm, aby być na twoich zdjęciach? „Sąsiad był fotografowany, to ja też chcę!”?
Aż tak to nie. Ale ludzie, do których przychodziłem, wiedzieli, że wcześniej u kogoś tam byłem i dalej już łatwiej szło.
W swoim projekcie fotografujesz nie miejsca, ale ludzi.
Tak, robię też dokumentację, ale skupiam się na ludziach.
Jednak nie są to typowe portrety, tylko... No właśnie, jak ty sam byś to określił?
Szczerze mówiąc planowałem zrobić z tego reportaż, ale to praktycznie niemożliwe. Wychodzi mi więc taki reportaż trochę pozowany. Niektóre zdjęcia z moimi bohaterami muszę w jakiś sposób inscenizować. Minimalnie, ale jednak.
Twoi bohaterowie opowiadają ci też o sobie i o Oruni. Czy najpierw robisz sesję, czy wcześniej prowadzisz rozmowę, czy robisz to jednocześnie?
Zaczyna się od rozmowy. Często trwa to dłużej i wtedy ludzie opowiadają mi historię swojego życia. Zdjęcia robię potem.
I starasz się dodać do zdjęcia odpowiedni kontekst, pasujący do tej historii?
No tak. Jeśli ktoś jest księdzem to staram się zrobić zdjęcie tak, żeby było widać, że jest księdzem, jak jest mechanikiem, to fotografuję go przy aucie lub warsztacie. Oczywiście jest tu jakiś kompromis pomiędzy tym, co bym chciał, a co mogę zrobić. Jednak staram się każdego pokazać z najlepszej strony, bo ludzie są tu niesamowici. Na początku podchodzili do mnie na zasadzie: „Czego pan tu chcesz?”, a teraz się witamy, zapraszają mnie na kawę. Praktycznie dziś mam tu kolegów. Znam już wiele osób. Na przykład tam na przystanku siedzi pan, który urodził się w 1940 r. Jest w świetnej formie intelektualnej i historiami z przeszłości sypie jak z rękawa, wplatając do tego mnóstwo anegdot.
Ty te historie nagrywasz?
Tak, część tych historii mam nagranych dyktafonem. Nie wiem, jak wykorzystam je dalej, ale chciałbym to pociągnąć. Myślę, że warto byłoby jeszcze raz się przekopać przez ten materiał i nawet wrócić do niektórych rozmówców i zrobić większy materiał.
Czyli masz pomysł, by zrobić album ze zdjęciami i historiami Oruniaków?
Tak, choć album to może złe słowo, bo wtedy zdjęcia pełniłyby już funkcję marginalną, uzupełniającą, a najważniejszy byłby tekst.
Czy w tych rozmowach pewne tematy przewijają się częściej niż inne?
Wracają historie o emigracji w latach 50. osób, które miały w papierach kaszubsko-niemieckie korzenie, początki Solidarności, a potem kapitalizmu lat 90., powódź na Oruni... Te tematy wracają niemal w każdej opowieści.
W jaki sposób dobierasz bohaterów do swoich zdjęć?
W ponad 80 procentach to kwestia przypadku. Zaczęło się od tego, że kilka osób mnie wprowadziło w tę społeczność i podali mi namiary, z kim warto rozmawiać. Bo moim zamysłem było fotografowanie Oruniaków, którzy są tu od zawsze, ale też napływowych, jednak takich, którzy są mocno związani z Orunią i mają duży wpływ na to miejsce.
Ile już zrobiłeś zdjęć do projektu?
Na stronie na Instagramie (@orunia.obecnoscmiejsca) jest już ponad 30 prac. W obróbce jest też kilka, więc w sumie będzie ponad czterdzieści.
A ile ma być docelowo?
Nie wiem. Jeśli uda mi się dalej pociągnąć ten projekt, to chętnie nawet dobiłbym do stu.
Projekt ma się zakończyć wystawą.
Wystawę chciałbym zrobić późną jesienią. Najprawdopodobniej przy Domu Sąsiedzkim przy ul. Gościnnej 11 lub w budynku GAK przy ul. Dworcowej. Jestem jeszcze na etapie ustalania tego.
To będą zdjęcia wydrukowane w dużym formacie?
Tak, 100 na 70 cm. I do każdego zdjęcia będzie opis i jedno zdanie odpowiedzi na pytanie, które zadaję ludziom.
To samo pytanie dla każdego?
Tak, taki wspólny mianownik. I jest dość zabawne, że wszyscy odpowiadają podobnie.
Jak brzmi to pytanie?
„Czym dla Pana/Pani/Ciebie jest Orunia?”. I pierwsze, co większości ciśnie się na usta, to, że to jest ich dom. Zwykle każdy zastanawia się sekundę i mówi: „Co to jest Orunia? To mój dom! Tu się wychowałem, tu żyję”. I ta wypowiedź bardzo często wraca w różnych formach.
Robisz zdjęcia ludziom w różnym wieku?
Tak. Większość to ludzie, którzy wiele tu przeżyli, ale zrobiłem też zdjęcie z maleńkim dzieckiem, jednym z najmłodszych Oruniaków.
Jeśli pod zdjęciem ma być odpowiedź, czym jest dla ciebie Orunia, to niemowlę nic nie powie...
Na zdjęciu jest z siostrą, więc będzie jej wypowiedź.
Ile prac będzie wydrukowanych?
Tak między 30 a 40. To też zależy od przestrzeni, w której będę pokazywane.
Czyli nie uda ci się wydrukować wszystkich...
Na pewno nie. Wszystkie będzie można zobaczyć na moim profilu na Instagramie, ale na wystawę będę musiał je przebrać. Wybiorę te – moim zdaniem – najlepsze.
Wszystkie zdjęcia do tego projektu robisz czarno-białe. Dlaczego?
Jestem wychowany na fotografii analogowej i posługuję się taką stylistyką zgodnie z powiedzeniem, że jeśli kolor nie pełni funkcji na zdjęciu, to się go unika. Poza tym trudno jest zrobić zdjęcie, aby jednocześnie „siadły” kolory i kompozycja. Fotografia czarno-biała jest bardziej konkretna, a kolor może odwrócić uwagę, często jest bajerem. Są fotograficy, którzy robią genialne rzeczy w kolorze, ale to nie jest takie proste. Tego uczy się w szkołach.
Ty fotografem jesteś: z wykształcenia, z zawodu czy z doświadczenia?
Bardziej z doświadczenia. Moje życie tak się potoczyło, że raz robiłem zdjęcia, innym razem nie. W tym momencie mam zupełnie inną pracę, a tym zajmuję się po godzinach, głównie w weekendy.
Podczas naszego spaceru odwiedziliśmy kilka osób. Z każdą umawiałeś się na jakieś spotkanie. To znaczy, że wracasz do swoich bohaterów?
Wracam, bo te relacje pozostają. Można powiedzieć, że wiem, gdzie mogę wpaść na kawę. Ludzie na Oruni są niesamowici i myślę, że takich nie poznałbym ani na Głównym Mieście, ani na żadnym nowym osiedlu.
Więcej o projekcie: Zachować pamięć o ludziach i miejscu. Fotograficzny portret Oruni