Największy sukces rewitalizacji to ludzie działający z pomysłem i robiący rzeczy niesamowite, tak jak Katarzyna Pusz z Biblioteki Ratuszowej na Oruni, która wymyśliła miniaturowe biblioteczki, zachwycające wszystkich odwiedzających. Wkrótce razem z Justyną Łukowicz mają pokazać pracownikom innych miejskich bibliotek, jak robi się te cudeńka i jak za ich pomocą można promować czytelnictwo, ozdabiając jednocześnie własne placówki. Oczywiście sam pomysł tworzenia takich miniatur jak i inicjatywa rozszerzenia trendu nie mogłyby rozwinąć się bez aktywnego wsparcie kierowniczki oruńskiej filii Wojewódzkiej i Miejskiej Biblioteki Publicznej, Anny Zakrzewskiej. Wszystkie trzy panie pytamy o początki mini biblioteczek, które mają szansę stać się hitem miejskich placówek, a może i jednym ze znaków rozpoznawczych gdańskiej kultury, czymś takim, jak słynne miniaturowe szopki dla Krakowa.
Marek Krześniak: Czy to, co panie robią, jakoś się nazywa? Czy ma to nazwę własną?
Katarzyna Pusz: Nigdy się nad tym nie zastanawiałyśmy. Ale też nigdzie nie spotkałyśmy się z czymś takim. Próbowałam szukać tego w intrenecie na różne sposoby i nie znalazłam niczego podobnego.
Justyna Łukowicz: Można powiedzieć, że to mini biblioteczki.
KP: No tak. Tak to nazwałyśmy na potrzeby warsztatów.
Czy to oznacza, że to jest wasz autorski pomysł?
KP: Pomysł jest zaczerpnięty z wakacyjnych wojaży. W naszej bibliotece mamy zwyczaj wspólnie podróżować. Czasami są to wypady 2-3 dniowe, czasami dłuższe, wakacyjne. Jeździmy razem – bibliotekarki z jednej filii.
JŁ: Takie dawne wyjazdy zakładowe, które dziś nie są już praktykowane, więc organizujemy je sobie same.
KP: Ten pomysł narodził się właśnie na takim wyjeździe, podczas spaceru po Wenecji. Tam różni artyści malują, tworzą... Była też pewna księgarnia, przed którą siedział pan i robił malutkie książeczki... chyba z papieru, choć były tam też pudełka od zapałek. Po powrocie stwierdziłyśmy, że same mogłybyśmy coś takiego zrobić. I tak się to zaczęło. Pierwsze prace tak wyglądały, że... nawet nie są tu wystawione. Ale każda kolejna, którą zrobiłyśmy, podobała nam się coraz bardziej. Jest to wspólne dzieło nas wszystkich, bo każdy dorzucał jakiś swój pomysł.
JŁ: Koleżanka jest bardzo skromna.
Gdy przy poprzednich wizytach robiłem zdjęcia tym mini biblioteczkom, to na fotografii na zbliżeniu wcale nie ma pewności czy to prawdziwy regał, czy miniaturka.
KP: To prawda. Na zdjęciach trudno to wychwycić.
Proszę więc zdradzić swoją tajemnicę. Wiem, jak przy pomocy pralki można niechcący skurczyć sweter do dziecięcego rozmiaru. A czy jest jakaś magiczna metoda na pomniejszenie książki?
JŁ: Oczywiście, że tak. Bez magii nic by się nie udało. To jest ogromna dawka miłości do książki i czytelnika, którą bibliotekarze wkładają w tę pracę.
KP: Każdy czytelnik, który tu przychodzi, zatrzymuje się przy takiej biblioteczce przynajmniej na moment. Ludzie zwracają uwagę: „O, książka, którą niedawno czytałem”, „Ostatnio to wypożyczałem”. Pytają też, gdzie można to kupić. My oczywiście tego nie sprzedajemy, to są nasze prace wyłącznie na potrzeby biblioteki.
Jak to się wykonuje?
KP: Organizujemy w bibliotece specjalne warsztaty, na których pokazujemy jak to robimy i jak do tego dochodziłyśmy. Na początku wkład (czyli to, co jest między okładkami miniaturowej książki) robiłyśmy z filcu. Później kombinowałyśmy z innymi materiałami. W końcu szefowa wpadła na genialny pomysł, jednak jaki, to niech już zostanie naszą słodką tajemnicą.
Widzę, że okładki miniaturowych książek są po prostu wydrukowane na papierze. Ale skąd wziąć odpowiedni obrazek?
KP: Znaleźć w internecie daną książkę.
Ale przecież to musi być okładka przednia i tylna oraz grzbiet.
KP: No i tu pojawia się nasza mała magia. W biblioteczkach są książeczki z grzbietami, o ile można je w takiej wersji znaleźć w sieci. Ale jeśli chcemy mieć konkretny tytuł i nie ma obrazka z grzbietem, to drukujemy tylko front okładki i książeczkę przyklejamy w ten sposób, że stoi przodem. Można by pobawić się w programie graficznym i dorobić grzbiety, tylko że my jesteśmy bibliotekarkami, a nie informatykami i niektóre rzeczy trudno nam zrobić komputerowo. Jednak, jeśli ktoś jest grafikiem lub ma do tego smykałkę, to poradziłby sobie z tym. W naszym przypadku to wyłącznie wyobraźnia i magia.
Na półeczkach oprócz książek widać także różne gadżety.
KP: Tak, są elementy bransoletek, kawałki bursztynu, małe słoiczki itd. Niektóre elementy są kupne, bo trudno zrobić miniaturową buteleczkę, zegar, wazonik czy aparat fotograficzny. Takich rzeczy trzeba szukać na różnych stronach internetowych. Często pochodzą z dziecięcych zabawek. Wiele pań widząc, że robimy takie rzeczy, zostawia nam drobne gadżety po dzieciach. Można więc powiedzieć, że czytelnicy też przyczyniają się do powstawania tych prac.
Czy biblioteczki są jakoś zabezpieczane, np. lakierowane?
KP: Nie. Są klejone klejem na gorąco. Półki początkowo próbowałyśmy wycinać z papieru, ale uginały się. Testowałyśmy tekturowe, z kartonu…
JŁ: Patyczki po lodach.
KP: To był hit na początku, ale wtedy trzeba było znaleźć ramkę, która wymiarami pasowała do patyczka, co było bardzo trudne. I wpadłyśmy na pomysł, by stosować listewki. Pierwszą listwę przyciął mąż koleżanki – nasza złota rączka. Wykorzystujemy też wszystko, co zbędne gdzieś w piwnicy czy garażu.
Wspominałyście panie o warsztatach. Muszę więc o nie dopytać, bo chyba wiele osób chciałoby zobaczyć, jak to się robi.
Anna Zakrzewska: Organizujemy takie zajęcia. Warsztaty wiążą się jednak z kosztem wydruku i ramek, które musimy kupić, ale póki mamy na to budżet, to robimy to. Jedynie liczba miejsc jest ograniczona do 10., bo inaczej zbyt długo to wszystko trwa. Żeby zrobić taką najmniejszą ramkę, trzeba poświecić na to nawet 3-4 godziny.
Kiedy planowane są kolejne warsztaty?
AZ: Najbliższe będą 17 lipca w piątek między godziną 12.00 a 15.00. Trzeba się jednak wcześniej zapisać na listę na stronie biblioteki.
KP: To jest bardzo fajny czas spędzany wspólnie z czytelnikami. Pamiętam, jak przyszedł tata z córką i byłam zszokowana, bo oni zrobili najładniejszą ramkę.
Skąd ten szok? Że tata ma niby mniejszy talent?
KP: Nie. Dla mnie zaskoczeniem było to, że pojawiły się nie pojedyncze osoby, ale ludzie przyszli rodzinnie. Przychodzi mama, tata..., z córką, z synem. Wspólnie pracują, toczą się tu rozmowy nie tylko o książkach.
Czy to nie jest trochę tak, że rodzice przyprowadzają dzieci, by coś porobiły, ale sami bardziej się w to wciągają?
KP: Nie. Gdybyśmy mówili o małych dzieciach, być może tak by było, ale tu mówimy o nastolatkach. I fajnie obserwować, że można połączyć rodzica z dzieckiem w takim trudnym wieku, bo taki młody człowiek jest bardzo krytycznym odbiorcą i nastolatki najtrudniej jest czymś zainteresować. I jeszcze jak to zrobić, żeby nie było „obciachu”? „Na warsztaty z mamą lub tatą? Lepiej nie!”. A tu się to udaje.
Jak dobieracie tytuły książek? Czy robicie biblioteczki tematyczne?
JŁ: Tak. Mamy ramki z nowościami, z hitami bibliotecznymi, z klasyką. To już w zależności od tego, gdzie dana ramka ma się znaleźć.
KP: Personalizujemy biblioteczki. Przede wszystkim jak pojawiają się nowości, to powstaje kolejna ramka i staramy się stawiać ją bliżej lady, bo czytelnik zawsze może zerknąć i wybrać coś do wypożyczenia. W niektórych ramkach umieszczałyśmy kontrowersyjne tytuły. To często zachęca do dyskusji, bo ludzie są ciekawi dlaczego ta książka tu stoi. „Słyszałem, że ona jest beznadziejna, a oni ją tu postawili, może warto jednak przeczytać". Dodatkowo w ramce zawsze zostawiamy miejsce na umieszczenie miniaturki zdjęcia. Na warsztatach zwykle uczestnicy wysyłają nam swoje fotografie na maila, my je minimalizujemy, drukujemy i wycinamy. To może być ta osoba, jej zwierzę albo ukochane miejsce.
JŁ: Niektórzy robią ramki na prezent, np. dla mamy, taty.
KP: Ja, kiedy robiłam biblioteczkę dla przyjaciółki, która jest aktorką, to postawiłam miniaturowy mikrofon, nuty...
Czy dobór książek też był specjalnie dla niej?
KP: To były dokładnie te, które ona czyta, „ciężcy” autorzy. Trudno mi się to robiło, bo to zupełnie nie moje klimaty (śmiech), ale każdy ma swój gust i to jest fajne, że te ramki można personalizować. Raz robiłyśmy prywatnie taką ramkę na prezent dla starszej pani, czytelniczki. Miałyśmy okazję zobaczyć jakie tytuły ją interesują. Gdy otrzymała prezent, zachwycała się: „Ojej, ale ja to wypożyczyłam! O matko, przecież ja to ostatnio miałam! Czytałam to!". Zaskoczenie pani było ogromne, a odbiór tak pozytywny, że zaczęła dopytywać, gdzie można zobaczyć więcej takich prac. I przyjechała z koleżankami do Ratusza Oruńskiego, obejrzeć ramki, bo tak była zachwycona prezentem.
Czy zdarzyło się, że tworzona przez was ramka odwzorowywała jaki konkretny regał?
KP: Tak. Robiłyśmy taki naszej koleżance. Najpierw dostałyśmy zdjęcie regału, dokładnych tytułów i tego jak są rozmieszczone książki. Dokładnie tak samo wkleiłyśmy je do ramki.
JŁ: Naszych bibliotecznych półek jeszcze nie odwzorowałyśmy, ale byłoby z tym mnóstwo roboty (śmiech).
A było w drugą stronę: czy ktoś oglądając mini biblioteczkę tak samo ustawił książki?
KP: Nie słyszałam. Chociaż może po warsztatach... Ludzie mają wielką fantazję i rozmaite pomysły. To jest ciekawe również dla nas, obserwować, jak ludzie układają książeczki i gadżety – nazwałabym to choreografią przedmiotów w ramkach. My robimy to już w pewnym stylu, a ludzie przychodzą na warsztaty i układają po swojemu: książeczka może leżeć, może wystawać, zawsze ktoś zrobi coś inaczej.
JŁ: To jest inspirujące.
KP: I nas rozwija, bo uważam, że każda kolejna ramka jest ładniejsza.
Liczyłyście, panie, ile już takich ramek wykonałyście?
KP: Nie, ale myślę, że przez dwa lata, odkąd je robimy, powstało już około 20. Każda z nas ma też taką w domu. Oprócz mnie (śmiech). Szewc bez butów chodzi.
Korzystając z okazji, muszę to powiedzieć: Bardzo istotną kwestią w tym co robimy jest wolność, którą nam daje pani kierownik. Wydaje się, że nikt z nas nie byłby w stanie rozwijać swoich zainteresowań ani realizować pomysłów, które mamy, gdyby nie to, że kierownik nam na to pozwala. Są instytucje, gdzie pracownik nie za wiele może, a u nas, kiedy szefowa widzi, że ktoś ma do czegoś dryg, daje mu wolną rękę i mówi mu „Super, róbmy to, działajmy!”. Nie tłamsi i nie chowa tych pomysłów do kieszeni. To jest cudowne, bo gdyby człowiek dostawał odmowę przy każdym pomyśle, z którym przychodzi, to po 3-4 razach skrzydełka byłyby podcięte. A my tu wszyscy możemy te nasze skrzydła mocno rozwijać. I inni chętnie angażują się do działań zespołowych.
Niedawno w bibliotece w Ratuszu Oruńskim zorganizowaliście państwo wystawę tych mini biblioteczek. Ale jak przyjdzie się tak po prostu, to też można je obejrzeć?
KP: Jasne. Nie zabieramy ich stąd.
Ile książek mieści się w takiej ramce? Pewnie zależy od rozmiaru, ale około 100 może być?
KP: Więcej.
To spokojnie można by zrobić np. „100 najczęściej wypożyczanych pozycji w 2025 r.” albo „50 najcenniejszych książek w zbiorach filii”.
KP: Kupujemy ten pomysł (śmiech). Choć zwykle i tak robimy miniaturki tych pozycji, które są najczęściej czytane. Miałam też taki pomysł, aby ogłosić konkurs i zrobić mini biblioteczkę dla osoby, która wypożyczy najwięcej książek w ciągu roku. Wtedy w grudniu można by zrobić jej prezent z ramką książek, które przeczytała.
Wyobrażam sobie, że ktoś mógłby wypożyczać książki hurtowo, tylko po to by taki prezent otrzymać, a potem sam byłby zaskoczony tytułami.
AZ: Czasami sprawdzamy czytelników, pytając czy im dana książka się podobała.
U mojej córki w szkole dzieci muszą narysować obrazek z przeczytanej książeczki (śmiech).
JŁ: À propos – teraz mamy w planach ramkę na dział dziecięcy.
KP: No tak, dla dzieci nie zrobiłyśmy jeszcze żadnej. Więc powstanie w dużym formacie.
Wspomniały panie, że na warsztatach potrzeba 4 godzin na zrobienie takiej biblioteczki. A kiedy panie robią to same, to idzie szybciej i z automatu, czy bardziej się staracie i potrzeba więcej czasu?
KP: Trudno powiedzieć. Żeby zrobić rameczkę formatu A4 od początku do końca, potrzeba 8 godzin spokojnej pracy. Ale są też wyjątkowe przedsięwzięcia, jak ta ramka za ladą biblioteczną. Wśród mnóstwa tytułów znalazła się w niej książka naszego kolegi z filii – Andrzeja Faca pt. „Rodzaj męski dokonany”. Oczywiście umieszczona pośrodku! I teraz chwalimy się czytelnikom, że to książka Andrzeja, który jest z nami. Ta ramka jest też największa i praca nad nią zajęła nam pół roku. Jest to żmudna i monotonna praca.
JŁ: Ja to porównuję do darcia pierza z dawnych lat. Takie zadanie relaksuje, można wspólnie spędzić czas, porozmawiać albo można tez pracować indywidualnie i się wyciszyć.
Czy powinniśmy o czymś jeszcze wspomnieć na koniec?
KP: Jeśli ktoś ma w piwnicy ramki od obrazów – mogą być uszkodzone – to może je do nas przynieść i damy im drugie życie.
Są wymagania co do tych ramek?
KP: Nie. Każdą można wykorzystać. Zwłaszcza takie stare ozdobne pięknie się potem prezentują.
AZ: A ja dodam, że wkrótce nasze koleżanki będą prowadziły warsztaty dla bibliotekarzy, żeby rozpropagować mini biblioteczki w całym Gdańsku. Mamy nadzieję, że kolejni pracownicy bibliotek też złapią tego bakcyla!