Iwona Woźniewska – kobieta z misją w Nowym Porcie

Miejski Ośrodek Pomocy Rodzinie w Gdańsku wręczył nagrody „Ludzie z misją 2026” tym, którzy skutecznie wspierają mieszkańców miasta. Wśród nagrodzonych jest prezeska Stowarzyszenia 180 Stopni i założycielka Youth Pointu w Nowym Porcie, uosobienie pozytywnej energii. My dopytujemy ją o jej misję, początki stowarzyszenia, zajęcia dla „bąbelków” i rodziców, o kondycję psychiczną młodych, studio nagrań, rejsy i to całe zamieszanie z „ju pońtem”.
06.05.2026
Więcej artykułów poświęconych Gdańskowi znajdziesz na stronie głównej gdansk.pl
Kobieta na tle wielkich liter grafiti
Iwona Woźniewska, założycielka Stowarzyszenia 180 Stopni i Youth Pointu w Nowym Porcie
fot. Marek Krześniak / BRG

Marek Krześniak: Gratuluję nagrody Ludzie z misją. Czym to wyróżnienie jest dla pani?

Iwona Woźniewska: Bardzo dziękuję. Mam poczucie, że nagroda jest rodzajem podsumowania pewnego etapu mojej współpracy z młodymi we wspieraniu ich zdrowia psychicznego poprzez wzmacnianie ich odporności i towarzyszenie im w codzienności, szczególnie tej kryzysowej.

Proszę powiedzieć, jak pani postrzega swoją misję?

Mam w sobie pewną ideę, która wyrosła na gruncie doświadczeń z moich czasów małoletnich. Chciałabym być dostępną, mądrą i znaczącą osobą dorosłą, która pozostając poza oceną, będzie stanowczo i łagodnie towarzyszyć młodym ludziom, starając się zauważać ich potrzeby i reagować na nie.

Kiedy dowiedziała się pani, że została zgłoszona do nagrody?

Kiedy młodzi podsunęli mi papiery do podpisania, że zgadzam się na udział. Początkowo miałam opór, ale pomyślałam, że Youth Point ma 10 lat, ja mam 40, więc te okrągłe rocznice to dobry czas podsumowania.

 

Laureatka ze statuetką i dyplomem, w otoczeniu wiceprezydent Gdańska i dyrektorki MOPR
Iwona Woźniewska przyjmuje statuetkę z rąk wiceprezydent Moniki Chabior i dyrektorki MOPR Agnieszki Chomiuk
fot. Grzegorz Mehring/gdansk.pl

Proszę więc opowiedzieć jakie były początki Youth Pointu? Zaczęło się od Stowarzyszenia 180 Stopni?

Nie. To wszystko dzięki Kasi Werner, która zaprosiła mnie do zainicjowanego przez siebie projektu „Od Wyzwolenia do Wolności”. Gdy opowiadałam o swoim doświadczeniu bycia w dzielnicy, zrodziła się myśl, by wziąć za nią jakiś rodzaj odpowiedzialności. A że czas sprzyjał, bo akurat świeżo obroniłam pracę magisterską z pedagogiki, związałam się z Fundacją Zmian Społecznych w Gdyni, gdzie otworzyliśmy placówkę wsparcia dziennego. Wkrótce Kasia zaproponowała, by zrobić coś w Gdańsku. Zastanawiałam się nad tym i doszłam do wniosku, że to bardzo niefajnie, że w Gdyni istnieje takie miejsce dostępne dla młodych, które się nimi opiekuje, a w Nowym Porcie nie ma nic dla osób w wieku adolescentnym. 

Wiek adolescentny to dorastająca młodzież?

Tak, czyli to już ten okres „burzy i naporu”, 12-16 lat. Ci młodzi w dzielnicy oczywiście byli, ale tacy niezauważani. Albo powiedzmy raczej zauważani jedynie pod kątem dewastacyjnym, gdy coś narozrabiali.  

Pani zgodziła się zaangażować, by to zmienić…

To był moment, kiedy Europejskie Centrum Solidarności robiło projekt pod nazwą „Zrozumieć sierpień”. Powiedziałam Kasi Werner: „Dobra, zróbmy jedno działanie”.

Dlaczego jedno?

Bo ja jestem z Nowego Portu. Urodziłam się tutaj w 1986 r.  Dorastałam w tym Nowym Porcie... różnorodnie, z dużą tendencją do substancji psychoaktywnych, szczególnie alkoholu, oraz do bycia widoczną w przestrzeni dzielnicy, ale może nie od najlepszej strony. Te środowiska nowoporckie znają mnie od wielu lat, dlatego pomyślałam, że jeśli mam tu wejść w jakąś pracę terapeutyczną z tymi młodymi, którzy najczęściej są dziećmi moich koleżanek z gimnazjum, to tego nie da się zrobić. Było to dla mnie bardzo niekomfortowe. Ale nie mogłam odmówić.

I co zrobiliście?

Nakręciliśmy z młodymi reportaż pt. „Zrozumieć Młody Port”, właśnie w ramach funduszy z projektu realizowanego przez Europejskie Centrum Solidarności. I związaliśmy się z ósemką młodych, z którymi po tym Nowym Porcie „szlajaliśmy się”. Chodziłyśmy z nimi, oni pokazywali nam różne miejscówki, rozmawialiśmy o tym, jak im w tym Nowym Porcie jest. Ja wiedziałam, jak to było być nastolatką w Nowym Porcie na początku lat 2000, wiedziałam mniej więcej, z opowieści rodziców, jak to było być nastolatkami w Nowym Porcie w latach 70. XX w., ale absolutnie nie miałam wiedzy jak to jest w 2016 r. Okazało się, że miejscówki młodych są te same, że na przestrzeni tych 15 lat znane mi formy spędzania wolnego czasu praktycznie się nie zmieniły. Ale najważniejsze, co zadziało się pomiędzy mną a tą fantastyczną ósemką, to że zbudowaliśmy prawdziwe relacje. Kiedy już nakręciliśmy ten reportaż – bardzo fajny i autentyczny, bo młodzi mieli różne warsztaty z produkcji filmowej i okazało się, że są w stanie wejść w taką formułę – to młodzi zapytali, co z nim robimy. Powiedziałam: „Wiecie co? Zróbmy premierę w Centrum Sztuki Współczesnej Łaźnia, na czerwonym dywanie. Niech to będzie takie super wydarzenie dla nas”. Młodzi na to: „Dobrze, tylko nikt nie przyjdzie”. Odparłam: „No, jak nikt nie przyjdzie, to trudno. Przynajmniej obejrzymy sobie efekt naszej kilkumiesięcznej pracy w takiej ładnej aranżacji”.

I ktoś się pojawił?

Na tę premierę przyszło z 200 osób! Naprawdę. Cała dzielnica, osoby znaczące dla młodych, reprezentanci szkoły, przedstawiciele Biura Rozwoju Gdańska i Wydziału Rozwoju Społecznego. Ta premiera odbiła się dużym echem, młodzi byli bardzo wzruszeni. Prowadzili ją od początku do końca. Dziewczyny były w moich sukienkach, chłopcy w pożyczonych garniturach. Naprawdę świetnie to wyszło. I pod koniec tej gali młodzi do mnie podeszli i powiedzieli: „No dobra, Iwona, ale nie zostawisz nas teraz?”. Pomyślałam: „O, chol...a!”. To znaczy pomyślałam wtedy gorsze słowo, jeszcze bardziej niecenzuralne (śmiech). Ale jak tak na nich spojrzałam i zobaczyłam te wielkie oczy pełne wzruszenia, to pomyślałam, że ten reportaż, ten czas poświęcony na jego stworzenie oznaczają, że już się zobowiązałam, żeby jakoś im towarzyszyć.

To był początek Stowarzyszenia 180 Stopni?

Dopiero zalążek. Na początku nie mieliśmy nic: ani lokalu, ani pieniędzy. Czasami robiliśmy zrzutę na pizzę i zabieraliśmy młodych. Spotykaliśmy się nieustannie w różnych miejscach Nowego Portu „pod chmurką” i tak prowadziliśmy działania. Kiedy pogoda była gorsza, to użyczano nam przestrzeni w domu sąsiedzkim, w CSW Łaźnia, w IV LO – tam, gdzie mogliśmy wejść, tam szliśmy. Pomyśleliśmy jednak, że ci młodzi potrzebują własnej przestrzeni. Ale takiej naprawdę własnej, z aktem własności. Przestrzeni, za którą oni wezmą odpowiedzialność. Wówczas jeszcze nie byliśmy zarejestrowanym stowarzyszeniem w Krajowym Rejestrze Sądowym (KRS), ale pojawiła się możliwość zostania partnerem społecznym procesu rewitalizacji. Pamiętam, jak pisaliśmy fiszkę projektową do Biura Rozwoju Gdańska, jeszcze nie mając wpisu do KRS-u i starając się szybko go załatwić, abyśmy mogli stać się legalnym partnerem i otworzyć miejsce dla młodych.

Zestaw czterech zdjęć pokazujących szarą kamienicę i wejście do niej z charakterystyczną płaskorzeźbą głowy brodatego mężczyzny
Youth Point mieści się w lokalu na parterze budynku przy ul. Na Zaspę 53, wyremontowanym i zaadaptowanym, dzięki programowi rewitalizacji
fot. Marek Krześniak / BRG

Wybór padł na lokal przy ul. Na Zaspę 53.

Zastanawialiśmy się, jakie to miejsce w ogóle ma być. A kamienica przy ul. Na Zaspę 53 i tak naturalnie stawała się lokalem, w którym przebywali młodzi, bo to był pustostan. Stwierdziliśmy, że to jest super miejscówka: jest długa, wąska, trudno tu będzie się odizolować. I rzeczywiście – jak jest tu 20 młodych, to wszyscy są blisko. *

Muszę podkreślić, że to młodzi zaczęli współpracę z Biurem Rozwoju Gdańska. To oni chodzili na spotkania i procedowali różne sprawy. A sam Youth Point powstał w grze „The Sims”. To gra komputerowa, gdzie można budować domy, wyposażać je i potem sterować różnymi postaciami. I młodzi wykreowali Youth Point w „Simsach” – tak jak został przez nich zaprojektowany, tak został zrealizowany. Więc oni od samego początku mieli wpływ na wszystko, nawet na to, że mamy niesamowicie drogą ogrzewaną podłogę (śmiech). Youth Point rzeczywiście stał się ich miejscem. Mieli wpływ nawet na harmonogram, czyli to, co ma się dziać. Młodzi wymyślili, że ma być studio nagrań, bo oni rapują. Potem pojawiło się studio foto-wideo, bo zaczęli nagrywać różne filmiki, teledyski i robić sesje zdjęciowe. To miejsce jest bardzo plastyczne, pomimo tego, że jest placówką wsparcia dziennego. W praktyce od godz. 13 do 19 jesteśmy placówką wsparcia dziennego, a wcześniej, później i w weekendy dzieje się tu... wszystko. Podsumowując w skrócie: to „wszystko” zaczęło się od presji Kasi Werner na mnie i wzbudzania poczucia winy, że w Gdyni jest miejsce dla młodych, a w Gdańsku go brakuje, a potem z relacji z młodymi.

Młodzi ludzie oświetleni reflektorem nagrywają wideo
Młodzi ludzie mają duży wpływ na to, jakie zajęcia są prowadzone w w Youth Pointcie. Tu warsztaty foto-wideo
fot. Youth Point / Fundacja 180 Stopni

Jak dzisiaj wygląda działalność Youth Pointu?

Mamy dwa Youth Pointy. Ta pierwsza gdyńska placówka wsparcia dziennego, która była prowadzona przez Fundację Zmian Społecznych „Kreatywni” stała się naszym miejscem i jest prowadzona przez nasze Stowarzyszenie 180 Stopni. Mamy też Youth Point w Gdańsku w Nowym Porcie, gdzie za moment otwieramy Centrum Rozwoju Młodych, które będzie budowało i wzmacniało umiejętności młodych niezbędne do odnalezienia się na rynku pracy. Zakładamy też Centrum Edukacyjne, które będzie wzmacniać proces nauki. My w Nowym Porcie mamy bardzo niskie wyniki testów szkolnych, bardzo dużo drugoroczności, młodzi ludzie często wypadają z systemu edukacji, mamy bardzo dużo młodych samodzielnych matek, którym o wiele trudniej odnaleźć się na rynku pracy, a często w ogóle nie mają takich doświadczeń. Dodatkowo ci nasi młodzi, brzydko mówiąc, „już się zestarzeli” i mają po dwadzieścia kilka lat, a są dalej z nami związani, wiemy co u nich i gdy coś się dzieje, to korzystają z możliwości rozmowy z nami czy z innego wsparcia. Doszliśmy do wniosku, że możemy wpłynąć na ich rzeczywistość pozytywnie, jeśli ich trochę „wyskliujemy”, czyli wyposażymy ich w umiejętności niezbędne na rynku pracy. 

Jak chcecie to zrobić?

Realizując szkolenia, kursy, zapewniając pomoc asystenta pracy, doradcy zawodowego oraz wsparcie terapeutyczne, żeby budować w nich motywację, aby oni na tym rynku pracy byli. Do tego Centrum Edukacyjne dla tych naszych „bąbli” od 16. roku życia, aby przygotować ich do matury. Warto zwrócić uwagę, że oni często mają bardzo duże zasoby intelektualne, tylko poziom zaniedbań środowiskowych jest tak wysoki, że oni nie są w stanie dobrze zafunkcjonować w systemie szkolnym. I to nie przez to, że są mało inteligentni. Nie, nie, nie - wręcz przeciwnie! 

Iwona na tle kuchni
W Youth Poincie na małej przestrzeni udało się wszystko zmieścić
fot. Marek Krześniak / BRG

Widziałem, że przygotowujecie też zajęcia dla młodszej grupy 7-9 lat.

Tak! To jest nasze nowe wyzwanie, grupa „kidosów”, uruchomiła się w poniedziałek 13 kwietnia. To jest nasz „open space”, czyli dwie godziny, kiedy młodzi bez względu na to czy są zapisani do Youth Point, czy nie mogą być z nami.

To są te codzienne zajęcia od godz. 16 do 18?

Tak. I są prowadzone głównie przez naszą animatorkę młodzieżową, która ma w sobie bardzo dużo ciepła. Jest też tancerką i prowadzi u nas grupę taneczną. Doszła do wniosku, że fajnie byłoby takim małym bąblom zorganizować czas i przestrzeń w Youth Pointcie, bo często słyszymy: „A co jest dla młodszych?”. Ja wtedy mówię, że dla młodszych jest Dom na Skraju, jest druga placówka wsparcia dziennego, a my jesteśmy tylko „od młodzieży”. Ale w końcu uległam, by otworzyć nasze drzwi też na te małe bąbelki. Jestem tym przerażona, ale wiem, że Dorki da radę.

Czemu taki dość wąski przedział wiekowy 7-9?

To są mniej więcej klasy 1-3. Te dzieci są na podobnym poziomie rozwojowym. Jesteśmy w stanie tak skonstruować zajęcia, aby były ciekawe zarówno dla 7-latka jaki i 9-latka. A już trudno byłoby zrobić te same zajęcia np. dla 7-latka i 11-latka. Rozwojowo, to są już inne grupy.

No tak, a młodsi to jeszcze przedszkolaki. Teraz to jasne. Ile osób tu działa?

W Nowym Porcie mamy: mnie, Kordiana, Angelikę, Karolinę, Dorty, Aldiego, Matiego. Polana i nową stażystkę Julię, a w Gdyni mamy: Monikę, Nikolę, Dominikę, Kasię, nową Martynę i Maksa. Więc jest nas piętnastka. To, co dla nas ważne, to że zatrudniamy dużo naszych absolwentów i absolwentek. Jeśli nasi młodzi idą w kierunku nauk społecznych – a bardzo często idą – jeżeli studiują pedagogikę, psychologię, pracę socjalną, to możemy zatrudniać ich w placówkach wsparcia dziennego jako wychowawców i wychowawczynie. A jeżeli mają wykształcenie średnie albo mają doświadczenie we współpracy z młodszymi osobami, to zatrudniamy ich jako animatorów i animatorki młodzieżowe. Więc realnie najwięcej w kadrze mamy naszych wysoko wykwalifikowanych „bąbli”. I ja uważam, że to jest super w modelu naszego stowarzyszenia, że młodzi mogą się z nami związać i doświadczyć też pracy zawodowej w naszych ramach. Oczywiście o ile mają odpowiednie kompetencje.

To wygląda na świetne podejście, bo macie np. 25-letnią osobę, która dopiero zaczyna pracę, a ma już 10 albo 15 lat doświadczenia.

Absolutnie tak. Nie trzeba ich szkolić z naszych wartości i naszych idei. Nie trzeba ich wdrażać do mocno demokratycznej specyfiki naszej pracy. Oni po prostu to mają. Oczywiście można się też z nami rozstawać (śmiech). My się nawet cieszymy, kiedy młody człowiek mówi np. że ma drugą pracę jako pedagog szkolny. Świetnie! To sprawia, że mam wrażenie dużej sensowności naszych działań.

Grupa młodzieży z zeszytami w długim pomieszczeniu
Zajęcia w Youth Pointcie
fot. Youth Point / Fundacja 180 Stopni

Nie chcecie rozwijać tych działań na kolejne punkty?

Często słyszymy, że jesteśmy małą organizacją. „Czemu nie jesteśmy więksi? Dlaczego tych Youth Pointów nie ma piętnastu?”. Z wyboru. Bo dla nas bardzo ważne są relacje. Pewnie fajnie by było zakładać kolejne miejsca i pewnie dalibyśmy radę obudować je kompetentną kadrą, ale model pracy naszego stowarzyszenia zakłada wysoką relacyjność, czyli wolę mieć mniejszy zakres działania, bardziej lokalny, ale naprawdę silny i odczuwać to, że naprawdę wpływam na jakąś zmianę społeczną, niż mieć rozbudowaną działalność i nie do końca wiedzieć, jak się nazywa jakiś młody, w którejś placówce. My jesteśmy bardzo mocno osadzeni lokalnie. Nasza praca tu w Nowym Porcie i w Gdyni Dąbrowie dociera głęboko do tkanki społeczności.

Jak do was trafić nie jako pracownik tylko jako wychowanek? Albo jak rodzice mają do was trafić, bo macie też zajęcia dla rodziców?

Tak. I te zajęcia są prowadzane przez „bąbli”. To są moduły kształtowania umiejętności rodzicielskich. Podczas tych spotkań prowadzonych przez naszych młodych liderów/liderki zawsze jest też pedagog-psycholog. Czyli zawsze jest osoba, która jeszcze bardziej profesjonalnie może rodziców wesprzeć, jednak to jest inicjatywa młodych. Młodzi doszli do wniosku, że mamy niewyedukowanych dorosłych i że z przyjemnością wezmą na siebie odpowiedzialność za przekazanie im własnej perspektywy. Młodzi sami kształtują siatki programowe i przygotowują spotkania dla rodziców.

 W jakim wieku są ci młodzi prowadzący?

16-18 lat. Otworzyliśmy też Pion Szkoleniowy Stowarzyszenia 180 Stopni i to są młodzi, których można sobie wynająć totalnie za darmo do przeprowadzenia różnorodnych kursów. Ja bardzo polecam szkolenie pt. „Aktualizacja wiedzy o współczesnej młodzieży”. Ono jest genialne. Młodzi przeprowadzają w nim przez różnorodne aplikacje. Mnie się wydaje, że jestem młodzieżowa, naprawdę osadzona w tym świecie młodych, wiem co to jest „6-7” itd., ale jak młodzi robią to szkolenie, to ja za każdym razem jestem zaskoczona. Zresztą oni stale muszą je aktualizować, bo to szybko zmieniające się trendy i to szkolenie z miesiąca na miesiąc ma całkowicie inną zawartość. I jak jest ten moment, kiedy opowiadają o aplikacjach, to ja nie jestem w stanie nadążyć. Ci nasi młodzi wykonują dobrą robotę. Mnóstwo inicjatyw wychodzi od nich, a my wspieramy realizację. 

Kobieta siedząca po turecku w żółtym fotelu
W takim gabinecie młodzi ludzie mogą poczuć się swobodnie
fot. Marek Krześniak / BRG

Jacy dorośli przychodzą? Jak trafiają do was? 

Bardzo różnie. Oczywiście pierwszeństwo w rekrutacji mają osoby, które korzystają ze wsparcia Miejskiego Ośrodka Pomocy Rodzinie (MOPR), z rodzin, gdzie jest bardzo potrzebne nasze zaangażowanie, bo mamy do czynienia z jakimś rodzajem wieloproblemowości. Jednocześnie dla nas bardzo ważne jest to, żeby to miejsce było dostępne. Często przychodzą więc młodzi, którzy nas kojarzą, mówią: „Tu chodziła moja koleżanka, ja też bym chciał porobić tu coś fajnego, a przy okazji trochę mi w tym życiu trudno”. I bardzo dużo jest takich młodych, którzy sami chcą przyjść, a my wtedy mówimy: „Dobra, super, tylko rodzic jest potrzebny do podpisania kontraktu". I wtedy omawiamy z rodzicem, co w ogóle potrzeba i do czego my się możemy całej rodzinie przydać. Czasami młodzi pojawiają się z rekomendacji psychologa lub pedagoga szkolnego. I mamy bardzo dużo młodych, którzy się pojawiają u nas ze wskazania przez lekarzy psychiatrów. Ja jestem suicydolożką, więc zajmuję się zagrożeniami samobójczymi i tematyką samobójstw, więc bardzo często w tym gabinecie pojawiają się młodzi po hospitalizacjach psychiatrycznych w związku z podjętą próbą samobójczą. I tu ważna jest bardzo duża praca również z rodzicami, bo trzeba podjąć wszystkie działania, które będą stabilizować system rodzinny po podjęciu próby samobójczej. Najczęściej, jeżeli jest taka trudna sytuacja i takie wydarzenie, to właśnie pojawia się Youth Point i Iwona Woźniewska, czyli ja.

To polecanie was nie bierze się chyba tylko z tego, że taki punkt istnieje, ale też z waszej skuteczności.

W województwie mamy coraz więcej suicydologów i suicydolożek, ale nadal mało, czyli pewnie z piątkę. Istnieje też pewnego rodzaju luka systemowa. Młody człowiek wychodzi ze szpitala psychiatrycznego i potem... tak nie za bardzo wiadomo, co robić. Najczęściej jeszcze nie ma psychoterapii, bo trochę trzeba na nią poczekać. Rodzice są w bardzo dużym niepokoju, system rodzinny się dezorganizuje. Wtedy to jest praca dla suicydologa/suicydolożki w postwencji, czyli mówimy „proszę usunąć wszystkie niebezpieczne przedmioty, jeśli dziecko przyjmuje leki, dawać mu wydzieloną dawkę, nie może mieć do nich dostępu...”. To takie podstawy zabezpieczające, o których rodzice nie wiedzą, bo nie są psychologami, pedagogami ani suicydologami. A informacja, jak mają postąpić, daje im poczucie bezpieczeństwa. 

Dużo jest takich przypadków?

Trafiają do mnie młodzi po próbach samobójczych albo z myślami samobójczymi lub o tendencjach samobójczych. Chciałbym mieć mniej pracy, ale mam jej bardzo dużo, zwłaszcza takiej postwencyjnej z rodzicami, kiedy mówimy, co trzeba zrobić, jak dziecko wróci z tego szpitala, albo też prewencyjnej - np. przychodzą rodzice bardzo zaniepokojeni autoagresją u dziecka. Wtedy zastanawiamy się co zrobić: terapia czy inne oddziaływanie itd. 

Iwona na tle półek z głośnikami, flamastrami i innymi drobiazgami, za nią czarna tablica do pisania
Przestrzeń Youth Point zaprojektowali dla siebie młodzi ludzie
fot. Marek Krześniak / BRG

Ma pani duże doświadczenie, więc zapytam: Ostatnio wiele się słyszy o problemach psychicznych i psychologicznych. Czy to dlatego, że tych problemów jest więcej, czy lepiej umiemy te problemy diagnozować? Może kiedyś było ich tyle samo, tylko zamiatało się je pod dywan?

Na pewno mamy większą świadomość i mamy lepszą psychoedukację. Mamy też diagnozy i nazewnictwo. Potrafimy więc lepiej to opisać. Jednocześnie mam wrażenie, że jeśli chodzi o wrażliwość, przeciążenie układów nerwowych młodych ludzi i styl życia, który ten układ nerwowy przeciąża, to zdecydowanie jest gorzej. Mamy kryzys relacyjny, czyli bardzo dużo młodych osób przychodzi z opowieścią o doświadczeniu bycia samotnym. OK, są jacyś znajomi, jest rodzina, ale dostępność emocjonalna i relacyjność jest inna. Jak ja byłam dzieckiem i pokłóciłam się z mamą, to szłam do taty nagadać na mamę. Jak tata był po stronie mamy i nie udało mi się go przekabacić, to szłam do babci. Jak babcia stwierdziła: „Nie, nie, nie, Iwona, jednak nie zachowałaś się jak powinnaś”, to pojawiał się wujek Piotrek, który zawsze był po mojej stronie. Więc ja się wyregulowałam, bo miałam kim. On powiedział: „No wiadomo, ta twoja mama to tak zawsze...”, a ja na to: „Wujek, no właśnie o to mi chodzi”. I ja byłam spokojna w swoim układzie nerwowym. A teraz ci młodzi mają duże trudności z regulacją emocjonalną również dlatego, że jest mało osób, które mogą im pomóc wyregulować ich układ nerwowy. Mają na przykład tylko mamę w domu.

Czyli zmienił się też model rodziny.

Jest mniej relacji i mniej wsparcia. I nie chodzi o super mądre psychoterapeutyczne wsparcie. Tu chodzi o to, że ktoś posłucha i powie: „OK, staram się rozumieć to, co mówisz”. Naprawdę nie trzeba więcej robić. Czasami układy nerwowe się ko-regulują, czyli jak młodemu człowiekowi spojrzę w oczy i spytam: „Może chcesz herbatę?”, to niewiele więcej potrzeba. Chodzi o to, że my w ogóle regulujemy się w relacjach. Jeżeli ja się do pana uśmiechnę, to pewnie pan też się do mnie uśmiechnie. Po prostu. Tak działamy. A młodzi mają małą dostępność osób bliskich, ale takich, z którymi realnie mają relacje. Zmieniły się też relacje rówieśnicze, bo bardzo często są przeniesione do internetu, a w relacji z telefonem to ja się średnio wyreguluję. Odwrócę uwagę od moich emocji, może nawet napiszę do koleżanki, kolegi, oni mi odpiszą albo nie. Mogę też pogadać ze sztuczną inteligencją, co jest straszne.

Dlaczego? To teraz gorący temat.

Ludzie nie zawsze zdają sobie sprawę, że informacje i dane, które udostępniają są gromadzone i że sztuczna inteligencja jest jakiegoś rodzaju algorytmem. To, za co ją cenię, to jest dostępność, tzn. ja na pewno nie będę tak szybko dostępna jak ChatGPT. Młodzi oczywiście czerpią od AI jakiś rodzaj wiedzy, próbują się regulować w relacji ze sztuczną inteligencją, czyli np. zadają pytanie: „Czemu jestem taki?” albo „Co zrobić, żeby...?”. I to jest OK, tylko bardzo często ten bot zastępuje relacje. Ja w czasie spotkań w gabinecie często zadaję pytanie: „Co robisz, jak się źle czujesz?”. „Piszę z botami”. OK, tylko myślę, że bot napisze nam raczej to, co chcemy, bo przeanalizuje algorytm. A drugi człowiek bardzo często nam powie to, co my potrzebujemy usłyszeć, żeby nastąpiła jakaś zmiana. Widzę w AI zasób, ale dostrzegam też dużo niebezpieczeństwa. Jeżeli taki bot jest bardziej dostępny niż drugi człowiek, a na dodatek on będzie taki jak ja chcę, to prawdopodobieństwo, że skorzystam z drugiego człowieka spada. Niebezpieczna jest też natychmiastowość reakcji. Nie jestem już w swoich emocjach na dłużej. Mam trudności z ich zaakceptowaniem, więc od razu chce je oddać. Zanim człowiek zareaguje, np. odbierze telefon albo przyjdzie, to ja chociaż trochę z tymi emocjami pobędę. One mnie nie zabiją, nic mi nie zrobią. A tu jest natychmiastowość reakcji.

Co jest dla młodych największym problemem?

Mamy dużo wyzwań w świecie terapeutycznym, ale to co jest teraz najtrudniejsze, to poczucie dotkliwej samotności tych młodych ludzi. I łatwo to zaobserwować, patrząc czy są w przestrzeni miasta „ekipy”, czy młodzież spotyka się w dużych grupach. Kiedyś to było normą, że mieliśmy ekipy, które wychodziły ze sobą „na port”, w przestrzeń miasta. Było to 7, 9, 20 osób. Teraz są to dwójki, trójki. A jakże często widzimy młodych siedzących samotnie z telefonem w ręku. To widok, na który często już nie zwracamy uwagi, bo on się znormalizował. Młodym jest trudniej w relacjach i te relacje stały się źródłem lęku i niepokoju, dlatego mamy coraz więcej diagnoz lęków społecznych. Często to obserwuję w Youth Pointcie, szczególnie w dni działania poradni, kiedy jedna osoba wychodzi z gabinetu a następna wchodzi. Teraz zabrzmię, jakbym była bardzo stara, ale za moich czasów ludzie się ze sobą witali, albo patrzyli na siebie i się uśmiechali, czyli wchodzili w jakąś interakcję i to było naturalne. A teraz jeden młody człowiek wychodzi, następny wchodzi i nie ma między nimi interakcji. Nawet nie patrzą na siebie. Dla nich bardzo stresujące jest, np. wejście do Youth Pointu, kiedy do gabinetu trzeba przejść przez salę, w której już są zajęcia. Dostaję wiadomość: „Iwona, czy możesz po mnie wyjść, bo tu jest grupa ludzi?”. „Dobrze, wychodzę”. I muszę tę osobę przeprowadzić, bo ona jest bardzo zestresowana, ma bardzo pobudzony układ nerwowy, a ma tylko przejść przez sale, gdzie jest dziesięć osób. 

I mimo tego, że to potencjalnie sympatyczne towarzystwo...

Tak i takie responsywne, czyli witające się i nawiązujące kontakt. Czyli umiejętności emocjonalno-społeczne, które my nabywaliśmy na podwórku i to bez obecności rodziców – bo na tych trzepakach raczej mamy i taty nie było – pozwalały nam na budowania relacji. A teraz ci młodzi muszą radzić sobie w całkowicie inny sposób, bardzo często pod ciągłą kontrolą rodziców. Ja mam trzyletnią córkę i jak pójdę z nią na plac zabaw, to mam nad nią jakąś kontrolę, ale uwielbiam te momenty, kiedy ona podchodzi do innego dziecka i zaczyna się spontanicznie bawić, trochę zapomina o mojej obecności, a ja tylko z boku ją obserwuję. Bardzo nie chcę być takim nadopiekuńczym rodzicem, który przybiegnie, kiedy drugie dziecko wyrwało jakąś łopatkę. Niech moja córka nauczy się załatwiać te sprawy sama. Jak wejdzie na karuzelę i zakręci się jej w głowie i się źle poczuje, to jak zapłacze i zawoła: „Mamo!”, to ja podejdę, ale nie będę jej wcześniej zabierać z karuzeli, bo pomyślę, że zaraz będzie płakać. Ona ma doświadczać pewnego dyskomfortu, ma się tego uczyć. I jak słyszę o pokoleniu płatków śniegu, to interpretuję to jako pokolenie dzieci niesamowicie chronionych przez rodziców przed doświadczaniem wszelkich frustracji. A my potrzebujemy frustracji, aby móc się rozwijać. Naprawdę. I jeśli dziecko cały czas jest chronione przed frustracją, to nie ma odporności psychicznej. Ja wtedy słyszę te historie w gabinecie, że „ktoś się na mnie krzywo spojrzał”. „No i co z tego? Ludzie czasami krzywo na siebie patrzą. To się naprawdę w świecie wydarza! Ale co to dla ciebie znaczy?”. To jest przerażające doświadczenie, że ktoś nie był miły. Słyszę: „Ja tam nie pójdę, bo ta pani wygląda niemiło”. „To uśmiechnij się do niej, może będzie miła. Zobacz. Spróbuj coś zrobić, żeby była milsza”. Młodzi w ogóle boją się inicjowania relacji. Bardzo boją się odrzucenia. To są bardzo trudne rzeczy, ale wynikają z historii uczenia, czyli oni z jakiegoś powodu się boją. Jakieś doświadczenia powodują, że czują się niekompetentni relacyjnie. Oczywiście nie mówię o wszystkich młodych ludziach, ale w moim gabinecie widzę taki wzorzec. Najczęściej młodzi mówią o samotności, o braku relacji albo o tym, że te relacje są mało autentyczne. Albo że czują się niezrozumiani. I bardzo często sami pozbawiają się sprawczości: „Co możesz zrobić? Czego ty w tej sytuacji potrzebujesz?”. „Nie wiem”.

Grupa dziewczyn w czarnych koszulkach pozuje do zdjęcia
W pomieszczeniach Youth Pointu nie ma za dużo miejsca, jednak wszyscy się mieszczą
fot. Youth Point / Fundacja 180 Stopni

Czy młodzi ludzie szukający wsparcia mogą tu przyjść w dowolnym momencie?

Byłam w ramach tygodnia profilaktyki w naszym ulubionym IV LO, które jest po sąsiedzku. Po mojej prelekcji podeszły do mnie młode osoby z pytaniem, czy one mogą do Youth Pointu po prostu przyjść. „No pewnie – odparłam – zapraszam, jesteśmy otwarci od takiej godziny, ja się nazywam Iwona Woźniewska. Jak potrzebujecie napisać, że przyjdziecie, to napiszcie”. I przyszły dwie młode, cudne osoby, które same, oddolnie założyły całą grupę liderską. Zrobiły rekrutację w IV LO, zwerbowały około 10-12 osób i zaraz mamy pierwsze spotkanie grupy, którą same stworzyły. Po raz pierwszy coś takiego mi się zdarzyło, że młodzi tak totalnie sami wszystko zorganizowali. Stwierdzili, że „ta pani opowiada, że Youth Point to takie fajne miejsce, że są takie grupy, i że fajnie by było, to my sobie taką założymy...".  Młodzi zawsze mogą tu przychodzić w godzinach otwarcia Youth Pointu, a jeśli chcą być w innym czasie i dadzą nam znać, to my się tak zorganizujemy, żeby mogli tu być. 

Czyli nie ma tak, że mówicie „Mamy już zapisane 20 osób i nie ma miejsc”?

Mamy zabudżetowane 23 miejsca, ale z resztą radzimy sobie na inne sposoby...

Bez budżetu (śmiech).

Tak, bez budżetu, albo z budżetem uzyskanym od naszego ukochanego LPP lub od innych. Jakoś sobie radzimy i nigdy nie było tak, żebyśmy komuś powiedzieli „Nie, sorry. Nie ma dla ciebie miejsca, nie ma na ciebie środków”. Były takie momenty w Youth Pointcie, że tutaj siedziała grupa terapeutyczna, w studio młodzi nagrywali rap albo siedzieli w 15 osób na kanapie, w sali obok odbywały się zajęcia taneczne i Youth Point był wypełniony ludźmi, życiem, dynamiką. I co ciekawe, jakoś sobie nawzajem za bardzo nie przeszkadzaliśmy. Lubię jak to miejsce pulsuje, jak tu się dużo dzieje.

Iwona przed mikrofonem na tle pomarańczowej maty wygłuszającej
Studio nagrań jest maleńkie, ale tworzone są tam wielkie rzeczy
fot. Marek Krześniak / BRG

Czy ze studnia nagrań wyszły już jakieś gwiazdy, ukazały się jakieś płyty?

Tak. Na samym początku wydaliśmy płytę „Młoda Epka”. To było wiele lat temu. Następnie wyszła płyta „Jedność” robiona w ramach środków z UNICEF-u jako współpraca polsko-ukraińska zakończona dużym koncertem. Następnie wyszła płyta Grupy Muzycznej. Ale przed wszystkim nasza Angelika Bogdańska, która jest naszą bąbelką, ale też wychowawczynią, pedagożką i odpowiada za nową grupę muzyczną Flight with Flow, rok temu dostała się do programu „Must Be the Music”, więc mamy tutaj prawie światowe gwiazdy. Dużo się dzieje w studio nagrań. Współpracujemy z dziesiątką artystów i artystek, którzy na stałe tu nagrywają. Przede wszystkim to są  „rapsy”, ale mnóstwo rzeczy działo się w tym naszym studio nagrań: od podcastów po jakieś instrumentarium. Studio jest naprawdę bardzo małe, ale mamy człowieka-orkiestrę Kamila Polańskiego, który robi magię. U niego nie ma takiej opcji, że się nie da. Jest najstarszym z „bąbelków”, bo ma trzydziestkę i jest menadżerem studia nagrań, naszym akustykiem, nagłaśnia wszystkie imprezy, czasami go wypożyczamy innym organizacjom.

A czasami wyruszacie w rejs...

To super sprawa. Mam poczucie, że my jako stowarzyszenie mamy niesamowitą umiejętność przyciągania wspaniałych ludzi. Przyszedł do nas pan Mirek i powiedział, że chciałby zaprosić nasze dziewczęta do pilotażowego projektu „Nowa Fala”, który ma wzmacniać obecność młodych kobiet na morzu. Pomyślałam, że tego jeszcze nie robiliśmy. Rzuciłam pomysł naszym młodym i bardzo im się spodobał. W ten sposób nasze dziewczęta stały się załogą jachtu Antica. Nie dość, że nauczyły się tych wszystkich rzeczy, których nie nazwę, bo się na tym nie znam, to zaczęły wypływać w rejsy i teraz przed nimi jakieś patenty żeglarskie itd. Niesamowite było też, kiedy dziewczyny opowiadały mi, że to bycie na wodzie i bycie odpowiedzialnym za statek, załogę, za to, by przepłynąć z punktu A do B i powrócić, spowodowało u nich taką niesamowitą uważność. Telefony nie były potrzebne. Relacyjność i to, że one za coś wspólnie odpowiadały było dla nich niesamowitym doświadczeniem. Ale to one pięknie o tym opowiadają. Dla mnie sam projekt „Nowa Fala” jest świetny i czuję wielką wdzięczność, że to akurat my zostaliśmy do niego zaproszeni, bo fajnych organizacji w Gdańsku jest bardzo dużo. 

Dwa zdjecia z grupą dziewczyn na pokładzie jachtu
"Nowa Fala", czyli dziewczyny z Youth Pointu na pokładzie jachtu "Antica"
fot. Youth Point / Fundacja 180 Stopni

Czy Youth Point to miejsce tylko dla mieszkańców Nowego Portu?

Jesteśmy finansowani z budżetu Gdańska, więc formalnie wsparcie mogą uzyskać u nas mieszkańcy miasta, ale nasze stowarzyszenie nie weryfikuje adresu zamieszkania, więc mamy młodych chyba zewsząd. Pamiętam w 2021 r. stacja TVN nagrywała program „Inspirujące kobiety” i mnie do niego zaproszono. Powiedziałam, że to super, ale zapraszam do stowarzyszenia i zgadzam się na udział w programie, jeżeli on będzie skupiony na młodych i na działalności stowarzyszenia w moim kontekście. Wtedy ja mogę nawet mojego prywatnego psa pokazać (śmiech). Przyjechała do nas Dorota Wellman, a stacja TVN Style emitowała to szerokiej publiczności. Potem nastąpił taki moment, że przyjeżdżali do nas młodzi z Warszawy, Poznania, Wrocławia, Olsztyna... Chcieli się spotkać i zobaczyć, jak działa Youth Point. To było niesamowite. Pamiętam, pewnego dnia przychodzę do pracy, a przed Youth Pointem stoi grupa młodych ludzi. Mówię: „Ooo, siema. A kim wy jesteście?”. „A przyjechaliśmy z Warszawy, Chcieliśmy zobaczyć to miejsce” (śmiech).

Zrobiła się legendarna miejscówka.

Tak, ale to trwało tylko przez jakiś czas – na szczęście albo nieszczęście.

Zanim zadam ostatnie pytanie, chciałbym dowiedzieć się skąd pomysł nazwania placówki. Youth Point to nie jest dla mnie łatwa nazwa do wymówienia.  

Doszliśmy do wniosku, że placówki wsparcia dziennego często kojarzą się stereotypowo z jakimiś świetlicami środowiskowymi i takimi miejscami mało... nie wiem, jak to nazwać...

Mało cool.

No tak, takimi mało fajnymi. I doszliśmy do wniosku, że młodzi są ponglish na maksa – mówią po polsku i po angielsku. Niech więc ta nazwa będzie taka bujająca, angielska i trochę wkurzająca osoby dorosłe. 

Na żółtym fotelu siedzi po turecku śmiejąca się kobieta, na podłodze zabawne czerwone kapcie w kształcie raków
Iwona emanuje serdecznością i dobrym humorem
fot. Marek Krześniak / BRG

Czyli się udało (śmiech).

No tak, czasami jak rodzice wymawiają nazwę Youth Point, to bywa zabawnie. Oczywiście, niektórzy wymawiają ją bardzo dobrze, ale przekręcenia są cudowne. Natomiast dla młodych to absolutnie naturalne i ta nazwa jest całkowicie swoista. Już nie pamiętam dokładnie jak ona powstała, ale mam wrażenie, że w jakimś procesie decyzyjnym z młodymi. 

Prowadzicie Youth Point 10 lat. Ile lat jeszcze chcecie działać?

Myślałam o tym, aby z okazji 10-lecia stowarzyszenia i mojego 40-lecia oddać prezesurę. Jednak Dominika, która jest w zarządzie naszego stowarzyszenia powiększa swoją rodzinę, więc z tego względu jeszcze przedłuża się moja kadencja. Mam jednak wrażenie, że Youth Point i Stowarzyszenie 180 Stopni cały czas mają kontynuatorów i kontynuatorki. Ci młodzi są tak związani z ideą tego miejsca i w ogóle z ideą stowarzyszenia, że dopóki oni będą, to miejsce i stowarzyszenie też będą istnieć. A mamy naprawdę fajną średnią wieku. Dość powiedzieć, że ja jestem najstarsza (śmiech). Podsumowując: bardzo bym chciała, żebyśmy w ogóle nie byli potrzebni, ale myślę, że będziemy działać jeszcze długo.

 

Lokal przy ul. Na Zaspę 53 został wyremontowany w ramach projektu "Rewitalizacja obszaru Nowy Port z Twierdzą Wisłoujście w Gdańsku" dofinansowanego z Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego. W ramach zadania przeprowadzono prace adaptacyjno-remontowe oraz wyposażono lokal dostosowując go do nowej funkcji prowadzenia działalności społecznej na rzecz lokalnych mieszkańców.