Popularny aktor Artur Żmijewski w Gdańsku: Byłem tam! Polska powinna przyjąć uchodźców z Syrii

Artur Żmijewski - odtwórca głównej roli w wielu filmach i serialach, m.in. "Ojciec Mateusz" - jest jednocześnie ambasadorem Dobrej Woli UNICEF. W piątek, 22 września, gościł w Gdańsku. Portalowi gdansk.pl udzielił wywiadu, w którym apeluje do naszych sumień: - Życie Syryjczyków w obozach dla uchodźców to wegetacja. Widziałem to na własne oczy. Ich sytuacja jest beznadziejna. Mamy obowiązek im pomóc.

Popularny aktor Artur Żmijewski w Gdańsku: Byłem tam! Polska powinna przyjąć uchodźców z Syrii
A
A
data publikacji: 23 września 2017 r.

Artur Żmijewski, znany polski aktor, namawiał podczas wizyty w Gdańsku, aby Polki i Polacy zechcieli pomóc uchodźcom wojennym z Syrii
Artur Żmijewski, znany polski aktor, namawiał podczas wizyty w Gdańsku, aby Polki i Polacy zechcieli pomóc uchodźcom wojennym z Syrii
Grzegorz Mehring/gdansk.pl

Artur Żmijewski znany jest Polkom i Polakom z ekranów kinowych i telewizyjnych: “Ojciec Mateusz”, “Na dobre i na złe”, “Katyń”, “Kamienie na szaniec” i nowy film “Atak paniki”, dopiero co pokazany na festiwalu filmowym w Gdyni.

Żmijewski jest także ambasadorem UNICEF, organizacji ONZ niosącej pomoc dzieciom na świecie. W tej roli Żmijewski był już w Mali i Etiopii, oglądając na własne oczy dramatyczny los dzieci i matek w tych krajach. Latem wrócił z Jordanii, gdzie odwiedził dwa obozy dla uchodźców uciekających przed wojną w Syrii. Żmijewski mówi, że jest naszymi oczami i uszami, że jego obowiązkiem jest zobaczyć te miejsca i zdać nam relację. Od naszego sumienia zależy, co zrobimy z tą wiedzą.

Niżej rozmowa ze Żmijewskim o jego wizycie w Jordanii i jego stosunku do kwestii przyjęcia przez Polskę uchodźców z Syrii:

Sebastian Łupak: Czy Polska powinna przyjąć uchodźców z Syrii?

Artur Żmijewski: - Tak! Jak się człowiek napatrzy, tak jak ja miałem szansę się napatrzeć, na cierpienie takich ludzi, to w ogóle nie ma żadnej dyskusji. Uchodźca ma absolutne prawo szukać szansy na przeżycie, na życie, wszędzie, gdzie to tylko możliwe, w tym w Polsce. Powinien mieć nadzieję, że zostanie przyjęty, jako uchodźca przed wojną, w kraju, w którym - z jego perspektywy - jest dobrobyt.

Był Pan w lipcu tego roku, jako ambasador UNICEF, w dwóch obozach w Jordanii, zorganizowanych tam dla uchodźców z Syrii: w Za’atari i Azraq. Co Pan tam zobaczył?

- Proszę sobie wyobrazić, że ma pan kawałek blaszanego domku, z małym ogródkiem: jakiś arbuz, jakaś pietruszka. W koło pustynia i właściwie znikąd pomocy. Mieszka tam Pan miesiącami, latami. Tam jest bardzo ciasno, kontener przy kontenerze. W jednym obozie 80 tysięcy ludzi, w drugim 53 tysiące. Taki obóz to właściwie ogrodzone miasto z blachy na środku pustyni. W takiej ciasnocie pojawiają się problemy z chorobami zakaźnymi. Jest bardzo mały przydział wody na człowieka na picie, gotowanie, pranie i toaletę. Tym ludziom długo dostarczano jako pożywienie jedynie mąkę. W końcu dostali talony na żywność. Postawiono im budki z produktami higienicznymi i żywnością. Z tych kilkudziesięciu tysięcy ludzi może tylko trzy tysiące mają pracę: prace porządkowe, ochrona obozu czy praca w polu. Więc prawnicy i lekarze pracują w polu. Część pracuje na czarno, ale jeśli ktoś zostanie przyłapany na takiej pracy, to traci prawo do pobytu w obozie. Niektórzy do pracy wysyłają dzieci, bo dziecka przyłapanego na pracy nie można wyrzucić. Taki obóz to tak naprawdę dom-więzienie. Jeden z jego mieszkańców powiedział mi: “Jestem w stanie zaryzykować życie, żeby moje dzieci miały przyszłość. Jestem zdesperowany, żeby dostać się do Europy, bo tu, w tych warunkach, nie mamy żadnej szansy”. Życie w obozie to wegetacja. Ja mogłem wyjechać z takiego obozu, ale oni nie. Powiedzmy sobie szczerze: ich los jest beznadziejny!

Czyli to nasz obowiązek pomóc im?

- Wydaje mi się rzeczą naturalną, że każdy, kto ma lepiej, ma obowiązek pomóc tym, którzy mają gorzej. To jest walka o ich życie, a nie o to, żeby oni sobie do nas przyjechali i zarobili tutaj trochę pieniędzy. Nie zapominajmy, że w latach 80. cała Europa pomagała Polakom. Niemcy w sposób bardzo efektywny pomagali Polakom, którzy przyjeżdżali tam, żeby szukać lepszego życia, bo u nas był stan wojenny, a kryzys i warunki życia w Polsce nie pozwalały wtedy wielu rodzinom przeżyć. To jest niedaleka perspektywa, w jakiej to my szukaliśmy pomocy. Wiele osób, które teraz uciekają z Syrii, nie chce wcale wyjechać na stałe. Oni bardzo by chcieli wrócić do swoich krajów, ale nie mogą wrócić do swoich domów, bo tam jest wojna, bo ich domy są pod ostrzałem. Syria była krajem cywilizowanym z wielką historią. Ja tam byłem w 1992 roku. Byłem w Palmirze, Latakii, Damaszku. To był piękny kraj, mądrych i przyjaznych Europejczykom ludzi. My 20 lat temu mieliśmy na naszym kontynencie konflikt na Bałkanach, w byłej Jugosławii. Gdyby mnie ktoś zapytał, czy w Europie jest jeszcze możliwa kolejna wojna po Jugosławii, to powiedziałbym, że nie! Ale wszyscy widzą, co się dzieje na Ukrainie, w Donbasie. Powiedzmy sobie jasno: wojna jest zawsze bardzo blisko nas.

Od lewej: Marek Krupiński, dyrektor generalny UNICEF Polska oraz aktor Artur Żmijewski, ambasador Dobrej Woli UNICEF w Gdańsku, w Ratuszu Głównego Miasta, w piątek 22 września
Od lewej: Marek Krupiński, dyrektor generalny UNICEF Polska oraz aktor Artur Żmijewski, ambasador Dobrej Woli UNICEF w Gdańsku, w Ratuszu Głównego Miasta, w piątek 22 września
Grzegorz Mehring/gdansk.pl

Polski rząd nie chce przyjąć ani jednego uchodźcy z obozów w Jordanii. Mało tego, nie chce relokacji ani jednej osoby z obozów we Włoszech i Grecji. Wcześniej taką umowę o relokacji kilku tysięcy uchodźców podpisał z UE rząd Ewy Kopacz. Jak Pan ocenia stanowisko obecnego rządu?

- Ja się nie chcę mieszać w wielką politykę, natomiast uważam, że to są sytuacje absolutnie błędne. Postępując w ten sposób budujemy mur pomiędzy sobą i ludźmi, którzy naszej pomocy potrzebują. Jednocześnie ten mur powstaje w nas samych. Ja jestem zwolennikiem promowania postaw altruistycznych, a nie egoistycznych. Z tej perspektywy nie mogę się zgodzić z takim myśleniem.

Polski rząd twierdzi, że nie przyjmuje uchodźców, bo chroni Polaków przed "terrorystami"…

- To są tylko słowa, które niestety głęboko zapadają w ludzką pamięć. Niektóre słowa mogą bardzo skrzywdzić, a niektóre mogą szeroko otworzyć serca. Ja byłbym ostrożny w ferowaniu takich ocen i wyroków. Namawiałbym każdego, żeby we własnym sercu zrobił sobie rachunek sumienia i wyobraził sobie taką sytuację, w której to jego dotyka wojna, zburzenie domu, śmierć osoby bliskiej z powodu tego, że ktoś strzelił do mojego domu z haubicy, a z broni do mojej żony, do mojego dziecka. To nie są sytuacje łatwe do wyobrażenia. Jeszcze jakiś czas temu procentowo zupełnie inaczej myśleliśmy o ludziach, którzy potrzebują pomocy, a są z tamtego świata. A to jest świat bardzo nieodległy. Trzeba oczywiście edukować tych, którzy przyjeżdżają do nas, żeby ułożyli tu sobie życie. Ale jak widać po mnogości osób innego koloru skóry czy innego wyznania, które już chodzą po ulicach polskich miast, to nie jest tak, że ci ludzie się nie asymilują. Oczywiście, że się asymilują, przy zachowaniu swojej tożsamości kulturowej, przy zachowaniu swoich tradycji, które niosą ze sobą od pokoleń. Trzeba im po prostu dać szansę na asymilację i edukować ich.

Może jako kraj katolicki boimy się muzułmanów?

- Oczywiście w Polsce dominuje religia katolicka, ale są i prawosławni, i muzułmanie. Oni nigdy nie stanowili problemu. Proszę sobie przypomnieć, ilu Żydów mieszkało w Polsce, aż się wydarzyła taka tragedia, jak II wojna światowa, która zmiotła społeczność żydowską z naszego kraju. A to, czego nie zrobił Hitler, zrobili w 1968 roku komuniści, zmuszając tysiące ludzi do wyjazdu z ich własnego kraju. Więc ta różnorodność w nas cały czas jest, tylko to jest kwestia mądrej edukacji i otwierania się na inność, a nie zamykania murem. To nie jest żadna metoda w zglobalizowanym świecie, żeby się odciąć od świata płotem z drutu kolczastego. Ci ludzie znajdą sposób, żeby do Polski przenikać. Czy nie lepiej więc zorganizować to w sposób cywilizowany, mając nad tym pełną kontrolę, panując nad tym i wiedząc, kto i w jakim celu do naszego kraju przyjeżdża? Wydaje mi się, że ta opcja jest znacznie lepsza. Lepiej rozwiązać to systemowo.

W Polsce trzeba dużo odwagi cywilnej, żeby powiedzieć głośno: tak, jestem za przyjęciem uchodźców. Ma Pan przez to kłopoty?

- Ja nie zwracam uwagi na hejt, bo go nie czytam. Uważam natomiast, że najcenniejszą dla człowieka wartością jest możliwość spojrzenia na swoje odbicie w lustrze. Namawiam każdego, żeby w taki sam sposób postępował.

Udało się Panu dotrzeć z tym przekazem do kogoś z decydujących o naszej polityce uchodźczej?

- Ja mam ograniczone możliwości. Mogę się tylko wypowiadać głośno w imieniu UNICEF, mówiąc o tym, jak krzywda na świecie jest, w Syrii, w Etiopii, w Erytrei, w Mali. Ci wszyscy ludzie mają takie same marzenia, jak my: oni chcą świętego spokoju, zdrowia własnego i zdrowia swoich dzieci. Dzieci, które pytałem w obozie w Jordanii, kim chcą być w życiu, tak samo jak w Polsce chcą być nauczycielkami, inżynierami, aktorkami, budowlańcami. To są tacy sami ludzie. Różni nas tylko to, że my urodziliśmy się w miejscu, w którym nie ma wojny.

Trafia do Pana argument ekonomiczny: Polski nie stać na taką pomoc? 

- Uświadamiam to wszystkim, którzy nie chcą w to wierzyć: większość świata żyje w biedzie. Trudno mi się zgodzić z argumentami, że w Polsce jest bardzo źle, skoro w Mali ponad 85 procent obywateli żyje w skrajnym ubóstwie. Różnica między krajami ubogimi a Polską jest ogromna.

Co by Pan powiedział ludziom, którzy sprzeciwiają się przyjęciu nawet jednego uchodźcy z Syrii, żeby zmienić ich nastawienie?

- Nie nadaję się na takie wielkie odezwy. Powiem tak: otwartość jest ogromną wartością. Społeczeństwa, które zamykają się na innych, tracą. Ludzie zawsze migrowali i te migracje nie ustaną. My migrowaliśmy za ocean. Sytuacja powojenna spowodowała, że z Wilna i Lwowa musieliśmy przejechać do Szczecina i Wrocławia, a Niemcy z Wrocławia i Jeleniej Góry musieli przejechać na zachód. Zawieruchy wojenne zawsze wywołują takie skutki. Teraz też tak jest. Z migracjami nie da się walczyć. Zamknięcie granicy nie sprawi, że ci ludzie się do nas nie przedostaną. Przedostaną się, ale nie będą rozumieli naszej niechęci do nich.

Żmijewski i Krupiński podczas prezentacji 'Edukacja w strefach wojny'
Żmijewski i Krupiński podczas prezentacji 'Edukacja w strefach wojny'
Grzegorz Mehring/gdansk.pl

Dzieci jako żołnierze, dzieci jako niewolnicy

Swoją prezentację w Gdańsku miał także Marek Krupiński, Dyrektor Generalny UNICEF Polska. Opowiadał o edukacji dzieci w strefach wojny na całym świecie, nie tylko w Syrii.

Marek Krupiński: - W skali globalnej 264 miliony dzieci nie chodzi do szkoły z powodu konfliktów zbrojnych, ubóstwa, zmuszania dzieci do pracy. Ta ilość dzieci niestety się powiększa. Do tego dochodzi dyskryminacja czy wczesne małżeństwa dziewczynek nawet w wieku 10 lat. Taka dziewczynka staje się potem na całe życie służącą. Dzieci są wykorzystywane seksualnie, sprzedawane. Są przymusowo wcielane do gangów zbrojnych, do partyzantek. Do tego dochodzi przymusowa praca: na przykład Maroko to raj turystyczny, a z drugie strony dzieci pracują tam na straganach, jako tragarze, są zmuszane do żebrania. W Polsce niektóre dzieci są zaniedbane, ale na świecie dzieci są naprawdę niedożywione. W Somalii widziałem skrajne niedożywienie - dzieci na granicy życia i śmierci.

- Są całe rejony świata, gdzie praktycznie nie istnieje edukacja. W Liberii dwie trzecie dzieci nie chodzi do szkoły. Zbudowanie szkoły to edukacja, ale też dostęp do zdrowia. W Afryce subsaharyjskiej i innych częściach świata UNICEF w szkołach prowadzi nawet lekcje mycia rąk. Dziecko wraca potem do domu, do lepianki, i pokazuje rodzicom, że trzeba myć ręce. Uczymy o szczepieniach, o zdrowym żywieniu. Szkolimy nauczycielki i pielęgniarki.

- Byliśmy w maju tego roku w Syrii, w Aleppo. Jechaliśmy z Bejrutu, przez Holms. Widzieliśmy na miejscu gruzy. I tysiące niepełnosprawnych dzieci. W Syrii w wyniku wojny ucierpiało 6 mln dzieci; a 1,7 miliona dalej nie chodzi do szkoły. Mamy 87 potwierdzonych ataków na szkoły w Syrii - to dane wiarygodne. Te dzieci dalej są ofiarami wybuchów min: taka mina ich nie zabije, tylko urwie rękę czy nogę. Przeprowadzamy więc tam akcje edukacyjne, żeby dzieci nie podnosiły podejrzanych przedmiotów. Dzieci uczą się na specjalnych zajęciach, jak chodzić po zaminowanym mieście. Odbudowujemy w Syrii ponad 300 klas szkolnych. Dam przykład: 56 złotych to 500 ołówków dla dzieci. Nasza akcja “Szkoła w pudełku” to zeszyty, kredki, książki, gumki i nożyczki dla dzieci w Syrii. Zachęcam więc wszystkich do pomocy.

Artur Żmijewski i Marek Krupiński gościli w Gdańsku jako uczestnicy zorganizowanej przez Muzeum Historyczne Miasta Gdańska debaty "Wrzesień - czy wszystkie dzieci idą do szkoły? O dzieciach pozostających w trudnej sytuacji życiowej".

Sebastian Łupak (0)
www.gdansk.pl
sebastian.lupak@gdansk.pl
więcej tekstów autora
Sebastian Łupak (0)
www.gdansk.pl
sebastian.lupak@gdansk.pl
więcej tekstów autora